niedziela, 13 maja 2012
poniedziałek, 07 maja 2012
Wbrew pozorom i wbrew tytułowi projekt "Głupie Maile", którego istotnymi częściami składowymi są dwa blogi pod tym samym tytułem nie jest, a przynajmniej nie ma być, projektem głupim. Paradoksalnie jest to projekt naukowy, poświęcony badaniu i analizowaniu tytułowych głupich maili. Mam zamiar zwieńczyć go za kilka lat publikacją książkową. Badania nad głupimi mailami, które podjąłem mają bardzo niewielki zasięg, ograniczają się bowiem do wiadomości otrzymanych przeze mnie za pośrednictwem poczty elektronicznej. Większość z nich to korespondencja niechciana i niezamawiana, czyli tak zwany spam, bywają jednak wśród nich także maile przychodzące do mnie w ramach zaprenumerowanych przeze mnie newsletterów. Nie ma natomiast tu żadnych maili, które bym zaprenumerował, czy w inny sposób zamówił dla ich głupiego charakteru. Projekt ma więc charakter klasycznego badania metodą analizy źródeł zastanych, nie zaś eksperymentu.
Głupie maile badam uznawszy je za specyficzną formę kuriozum literackiego. Kurioza literackie uważam zaś za jeden z najważniejszych przedmiotów badań z zakresu antropologii literatury. Są one bowiem skarbcem wiedzy o kulturze jako takiej. Śmiem twierdzić, że "Liber Chamorum", "Nowe Ateny" i "Polski Kodeks Honorowy" więcej nam mówią o polskiej kulturze szlacheckiej, aniżeli "Pan Tadeusz" i Trylogia. Projekt "Głupie Maile" jest więc uzupełnieniem i kontynuacją projektu "Napisy drobne" poświęconego krótkim, z różnych powodów zaskakującym, tekstów na które natknąłem się w ostatnim czasie, zarówno w moim bezpośrednim otoczeniu, jak też we wszelkiego rodzaju mediach, tak elektronicznych, jak i drukowanych. Chociaż między obydwoma projektami zachodzi szereg podobieństw wynikających przedewszystkiem z faktu, że obydwa penetrują dalekie obrzeża literatury, to występują między nimi także fundamentalne różnice, przedewszystkim w długości omówień. W projekcie "Napisy drobne", już na etapie blogowym opierają się na zestawieniu krótkiego tekstu źródłowego i dosyć długiej jego analizy, która zresztą w planowanej na dalszą przyszłość wersji książkowej będą jeszcze znacznie dłuższe. Zupełnie inaczej jest z "Głupimi Mailami". Tu tekst, źródłowy jest zazwyczaj znacznie dłuższy niż tam, a komentarz jest zdawkowy, lub zgoła nieobecny. Dłuższy pojawi się najprawdopodobniej w wersji książkowej, o ile takowa w ogóle kiedykolwiek powstanie, co do czego oczywiście brak jest jakiejkolwiek pewności. Nawet i wtedy jednak zamierzam te teksty analizować grupami, nie zaś każdy z osobna.
Różnice są więc niemałe, ale chyba mimo wszystko podobieństw jest więcej. Należy do nich i to, że obydwa projekty nawiązują wyraźnie do prac ojca polskiej antropologii literatury, czyli Jana Stanisława Bystronia. Rozważania na podobne tematy zawarł on w swej arcyciekawej i pod pewnymi względami fundamentalnej książce "Tematy, które mi odradzano". Badania nad napisami drobnymi nawiązują do jej rozdziału o napisach, a nad głupimi mailami do rozdziału o "łańcuszkach szczęścia". Zaliczenie obydwu tematów do antropologii literatury nie powinno wzbudzać większych wątpliwości. Dyscyplina ta bowiem, aby naprawdę mieć konkretny, rzeczywisty wkład w zbadanie i opisanie kultury, musi zajmować się nie tylko głównym nurtem literatury, ale także jej obrzeżami. Na koniec jeszcze słówko o wspomnianych dwu blogach, noszących identyczny tytuł "Głupie Maile". Blog w serwisie blox.pl ma charakter zestawienia materiałów źródłowych. Znajdują się tam kompletne teksty wszystkich maili wybranych przeze mnie do projektu i tylko tych. Nie ma tam żadnych pochodzących ode mnie komentarzy, czy analiz, a jeśli jakieś krótkie wyjaśnienie uznaję za absolutnie konieczne, umieszczam je wyłącznie w tytule wpisu. Z kolei blog w serwisie deser.pl kierować się będzie znacznie swobodniejszymi zasadami. Trafiają tutaj tylko niektóre teksty z projektu badawczego, te mianowicie, które mają szansę zainteresować ewentualnych czytelników. Czasami trafią tu też maile, które do tegoż projektu się nie kwalifikują, np. różnego rodzaju dowcipy. Wszystkie są opatrzone krótkimi komentarzami wprowadzającymi. Blog na bloksie prawdopodobnie będzie funkcjonował kilka lat, ten na deserze może zniknąć za kilka tygodni, jeśli nie znajdzie uznania u czytelników.
niedziela, 06 maja 2012
W jednym z poprzednich tekstów tego cyklu, traktującym o wynajmowaniu lokali, zahaczyłem o kwestię precyzji wypowiedzi. Uważam, że jest to bardzo ważna sprawa. Jak nauczał Święty Ignacy Loyola: "Kto mało precyzuje, ten mało wie, a jeszcze mniej uczy innych". Stwierdzenie, że nieprecyzyjne wypowiedzi wprowadzają odbiorców w błąd, brzmi jak banał, ale jest bez najmniejszej wątpliwości prawdziwe. Nadawca nieprecyzyjnego komunikatu często nie zdaje sobie sprawy z jego nieprecyzyjności, wieloznaczności i możliwości niewłaściwego zrozumienia, nie zna bowiem wszystkich jego możliwych znaczeń. Miał więc rację Święty Ignacy, nauczający, że ten, kto mało precyzuje, ten mało wie, bowiem nieznajomość rozmaitych znaczeń nieprecyzyjnego wyrażenia jest niewątpliwie rodzajem niewiedzy. Brak precyzji wypowiedzi nabiera powoli rozmiarów poważnego problemu społecznego. Zwrócili nań uwagę także twórcy kampanii Polszczyzna-Lubię to. W jednym ze spotów należących do tej akcji została przedstawiona scenka rodzinna, której uczestnicy wyrażają się wybitnie nieprecyzyjnie, wskutek nadużywania zaimków. W scence tej ów brak precyzji prowadzi do konfliktu.
Oczywiście nadużywanie zaimków nie jest jedynym powodem nieprecyzyjności wypowiedzi, ba, nie jest nawet najczęstszym. O wiele częściej jest nim używanie wieloznacznych słów. Taki właśnie przypadek opisywałem w tekście o wynajmie i taki też chcę opisać dzisiaj. Tekst zamieszczony na zdjęciu powyżej jest wybitnie nieprecyzyjny. "ROW RYBNIK TO TYLKO PIŁKA!" - cóż to właściwie znaczy? Możliwych znaczeń jest wiele. Słowa "ROW" i "PIŁKA" są wieloznaczne, a do tego znaczenie tekstu jest mocno zaciemnione przez użycie samych wielkich liter. ROW to albo Rybnicki Okręg Węglowy, albo Spółdzielnia Mieszkaniowa ROW, albo klub sportowy K.S. Energetyk ROW Rybnik, albo wreszcie nowo powstały klub sportowy ROW Rybnik, kontynuujący tradycje klubu RKM Rybnik. Piłka zaś to albo 1. narzędzie do cięcia (mała piła), na przykład piłka do metalu, albo 2. okrągły lub owalny sprzęt do zabaw i gier sportowych, a przykład piłka tenisowa, albo 3. dyscyplina sportowa wykorzystująca takiż sprzęt, na przykład piłka nożna, piłka ręczna, albo wreszcie 4. Marian Piłka, polityk Prawicy Rzeczypospolitej.
Przyjmijmy wersję najbardziej prawdopodobną, a więc opierającą się na przyjęciu założenia, że "ROW RYBNIK" to "klub sportowy K.S. Energetyk ROW Rybnik", a "PIŁKA" to "piłka nożna (dyscyplina sportu)". Nawet to nie prowadzi nas jednak do jednoznaczności. Otrzymujemy bowiem zdanie w postaci: "Klub sportowy K.S. ENERGETYK ROW Rybnik to tylko piłka nożna (dyscyplina sportu)!", które nadal ewidentnie trąci bełkotem. Rozumienie dosłowne jest niemożliwe. Klub sportowy należy bowiem do zupełnie innej kategorii bytów niż dyscyplina sportowa, toteż nie może zachodzić między nimi relacja równości, czy też tożsamości. Zrozumieć ten napis może tylko osoba mająca pewne, choćby minimalne rozeznanie w realiach rybnickiego sportu. Otóż wspomniany K.S. ENERGETYK ROW Rybnik posiada dwie sekcje: piłki nożnej i koszykówki. Kiedyś posiadał owych sekcyj kilkanaście, ale to już odległa historia. Natomiast wzmiankowany wyżej klub ROW Rybnik, powstał w tym sezonie i zajmuje się żużlem. Autor napisu chciał więc zapewne zaprotestować przeciwko przyjęciu przez nowy twór nazwy łudząco podobnej do starego. Prawdopodobnie uznaje on używanie przez żużlowców szyldu „ROW Rybnik” za swego rodzaju uzurpację. Można domniemywać, ze za napisem tym stoją środowiska kibiców piłki nożnej. Można przyznać im rację, co do meritum, przynajmniej częściowo. Kluby sportowe, podobnie zresztą jak partie polityczne, związki wyznaniowe, stowarzyszenia etc. nie powinny mieć nazw łudząco podobnych i mogących wprowadzać w błąd. Nie można jednak pochwalać niedbalstwa językowego autorów napisu. Kibicowanie drużynie piłkarskiej nie zwalnia z obowiązku precyzyjnego wyrażania się. Gdyby ów zbulwersowany kibic dopisał do swego napisu jeszcze jedna linijkę tekstu, na przykład „A NIE ŻUŻEL”, jego przekaz byłby klarowny i zrozumiały. W obecnej postaci zaś daleko mu do tego. Autor napisu wpadł w tak zwana pułapkę oczywistości. Dla niego ten tekst był jednoznaczny i z tego wyciągnął on nieuprawniony wniosek, że i dla odbiorców takim będzie. O tej pułapce warto pamiętać, bo wpadnięcie w nią grozi nie tylko kibicom piłkarskim, ale wszystkim autorom jakichkolwiek tekstów.
piątek, 04 maja 2012
PROGRAM FESTIWALU czwartek, 17 maja, 19.00 Bilety do kupienia na stronie: www.sklep.polskieradio.pl Klub Festiwalowy XV Nowej Tradycji ! Wszystkich uczestników i publiczność Festiwalu Nowa Tradycja zapraszamy po koncertach do Klubu ursynOFF http://www2.polskieradio.pl/nowatradycja/
czwartek, 26 kwietnia 2012
wtorek, 24 kwietnia 2012
niedziela, 22 kwietnia 2012
Telewizja PULS, niegdyś katolicka, obecnie zaś rozrywkowa, w nietypowy sposób czci pamięć poległych w Katastrofie Smoleńskiej. Zarówno w roku ubiegłym jak i w bieżącym w wigilię rocznicy tego tragicznego wydarzenia przypomniała film „O dwóch takich, co ukradli księżyc” z młodymi Jarosławem i Lechem Kaczyńskimi w rolach głównych. Kierownictwo stacji argumentowało następująco: „Nie mamy w naszej ofercie programów informacyjnych, w których moglibyśmy przekazać np. relacje z obchodów drugiej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Dwukrotna emisja w tym okresie filmu, w którym jako dziecko wystąpił prezydent Lech Kaczyński jest odpowiednią formą uczczenia Jego pamięci na naszej antenie”.
Ta sympatyczna forma upamiętnienia wielkiego Polaka nie spodobała się redaktorom związanego z Gazetą Wyborczą internetowego serwisu rozrywkowego deser.pl. Napisali oni na swojej stronie tak: „Wiemy już, że to nie przypadek, ale ciągle nie jesteśmy pewni, czy pokazywanie tego lekkiego filmu z młodym Lechem Kaczyńskim nie godzi w podniosły i smutny nastrój rocznicy jednej z największych katastrof w historii Polski”. Zadziwiająca jest ta troska o podniosły nastrój wychodząca ze środowiska nieustannie wyśmiewającego pamięć o katastrofie i jej ofiarach. Najwyraźniej najbardziej środowisku temu najbardziej przeszkadzają te formy upamiętniania JE Lecha Kaczyńskiego, w których jest on przedstawiony jako postać sympatyczna i ciepła. Nie są to incydentalne przypadki, lecz reguła. Pisze na przykład Piotr Zaremba w najnowszym Uważam Rze „ciepłą historię o żonie prezydenta przerywającej o północy jego spotkanie z przyjaciółmi portal Lisa przedstawił jako dowód na … niekompetencję zmarłego”.
Te działania mają ściśle przemyślany charakter. Chodzi o to, by pamięć o ofiarach nie pociągała mas, by można ja było zamknąć w getcie dla moherów z Krakowskiego Przedmieścia. Nie da się, przynajmniej na razie, całkowicie zlikwidować narracji pamięci, władcy mediów postanowili więc, że trzeba nagłaśniać te jej fragmenty, które można społeczeństwu zohydzić, jako agresywne, a wyciszać i tłamsić te, które mają wydźwięk jednoznacznie sympatyczny. Tak właśnie media „salonowe” czynią od dwóch lat. Nie jest to bynajmniej strategia nowa. Stosowano ją już wcześniej.
Przykładem jest postawa lewicowych macherów medialnych wobec mediów katolickich w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Jak pisał kilka tygodni temu na łamach Uważam Rze Piotr Semka: „Mało kto też pamięta, że Radio Maryja początkowo było akceptowane w KRRiT przez polityków lewicy jako mniejsze zło. Tacy ludzie jak Marek Siwiec byli wówczas bardziej zaniepokojeni nowoczesnym konserwatyzmem w stylu „Frondy”, czy „pampersów” z Woronicza. I przyznawali po cichu, ze skoro już ma być jakieś radio katolickie, to niech to będzie radio dla babć, które nikogo młodego nie przyciągnie”. Wtedy ta strategia nie odniosła takiego sukcesu, jakiego oczekiwali jej twórcy. Próbują jednak nadal. Chodzi również o to, by środowiska patriotyczne, kultywujące pamięć o zginionych, podzielić. By tych, którzy oddają ofiarom hołd na ulicznych marszach poszczuć przeciw tym, którzy czynią to oglądając sympatyczny film. Skoro skutecznie udaje się dzielić patriotów na gruncie politycznym, próbuje się zdziałać to samo na gruncie kulturowym. I tu musimy się sprzeciwić lewicowym władcom dusz. Politycznie obóz patriotyczny może, a do pewnego stopnia nawet musi być podzielony, ale kulturowo, cywilizacyjnie, musimy stanowić jedność. Dotyczy to zarówno szacunku dla tragicznie zmarłych, jak też stosunku do życia, do religii, do kulturalnego dorobku Polaków i do historii. Jeśli o to nie zadbamy, za kilka lat na stołku zajmowanym obecnie przez Donalda Tuska zasiądzie Janusz Palikot, lub ktoś jego pokroju. A wtedy walka z chrześcijaństwem, Polskością, pamięcią i wszystkimi wartościami tradycyjnej zachodniej (łacińskiej) cywilizacji znacznie się zaostrzy. Wtedy sprzeciw będzie dużo trudniejszy, bo i pozycja nasza będzie dużo słabsza.
sobota, 21 kwietnia 2012
piątek, 13 kwietnia 2012
wtorek, 10 kwietnia 2012
Po niedawnej katastrofie kolejowej pod Szczekocinami JE Bronisław Komorowski, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej wprowadził na terenie całego kraju dwudniową żałobę narodową. Decyzja ta została skrytykowana przez wiele różnych środowisk, wpisuje się ona bowiem w trwającą od kilku lat, a dokładnie od początku AD MMV inflację żałoby narodowej.
Żałobę Narodową w Polsce, podobnie jak w większości krajów świata wprowadza się zasadniczo w dwóch przypadkach: śmierci wybitnej jednostki, osobliwie zaś tragicznej, lub wielkiej katastrofy z licznymi ofiarami. Żałoby narodowe ogłaszano w Polsce począwszy od okresu II Rzeczypospolitej. Przez kilkadziesiąt lat ogłaszano jednak żałobę niezwykle rzadko: W okresie II Rzeczypospolitej uczyniono to cztery razy ( po śmierci prezydenta Wilsona, ministra Pierackiego, marszałka Piłsudskiego i arcybiskupa Teodorowicza), w czasie okupacji dwa razy ( po śmierci premiera Sikorskiego i po upadku Powstania Warszawskiego), a w okresie PRLu znów cztery razy (Po śmierci prezydenta Bieruta, generalissimusa Stalina, generała Zawadzkiego i prymasa Wyszyńskiego). Jak widać, na te dziesięć przypadków dziewięć dotyczyło śmierci wyróżniających się jednostek, a tylko jeden katastrofy z licznymi ofiarami. W okresie III Rzeczypospolitej ogłaszano żałobę czternaście razy z czego raz z powodu śmierci wybitnej jednostki (Jan Paweł II), dwanaście razy z powodu katastrof budowlanych komunikacyjnych, górniczych i klęsk żywiołowych, a raz z obydwu powodów naraz. Okres ten dzieli się wyraźnie na dwa podokresy. W latach 1990-2004 ogłoszono żałobę trzy razy, co mniej więcej odpowiada częstotliwości międzywojennej i wojennej, a w latach 2005-2012 jedenaście razy. Począwszy od 2004 roku ogłaszano ją w każdym roku za wyjątkiem 2011. Festiwal żałoby zaczął pod koniec swojej drugiej kadencji Aleksander Kwaśniewski, który w roku 2005 ogłosił ją trzy razy. Obserwując żałoby ostatniej dekady da się zaobserwować dwa zjawiska. Jedno dostrzegają prawie wszyscy, na drugie mało kto zwraca uwagę. Pierwszym jest inflacja żałób, które są obecnie ogłaszane wielokrotnie częściej niż dawniej, drugim jest ich demokratyzacja. Kiedyś żałobę ogłaszano prawie wyłącznie po śmierci wybitnych w pozytywnym, czy negatywnym sensie jednostek, obecnie ogłasza się ja prawie wyłącznie w przypadku katastrof z licznymi ofiarami.
A przecież katastrofy zdarzały się i wcześniej. Choćby w PRLu było ich niemało, a żadna nie została uhonorowana żałobą. Dlaczego więc te z XXI wieku są tak wyróżniane? W niektórych przypadkach jest to do pewnego stopnia uzasadnione. Po zawaleniu się hali targowej w 2006 roku napisałem na ten temat tekst zatytułowany „Katastrofa i mit”, który pozwolę sobie zacytować w całości: „Tragiczna w skutkach katastrofa budowlana w Chorzowie budzi wiele emocji. Wielu komentatorów zwraca uwagę na dysproporcje w traktowaniu jej ofiar i ofiar wypadków drogowych, w których każdego weekendu ginie ich podobna ilość. W gronie tychże komentatorów wyróżnia się Janusz Korwin-Mikke, który przyczyn tych dysproporcji doszukuje się w mającej komunistyczne źródła chęci dowartościowania tragedii zbiorowej, kosztem indywidualnej. Ma w tym sposobie patrzenia, sporo racji, ale moim, jako etnologa, zdaniem nie wyczerpuje przyczyn omawianego zjawiska. Jedna z owych przyczyn, dotąd nie zauważana, tkwi w pewnych strukturach mitycznych, mających kolosalny wpływ na nasze myślenie Po katastrofie nieraz mówiono: „takiej tragedii jeszcze u nas nie było”. Nie jest to prawda. Owszem były takie i tragiczniejsze nawet katastrofy – lotnicze i morskie. Dlaczego więc akurat ta, ma być czymś wyjątkowym? Otóż wszystkie dotychczasowe wielkie katastrofy w naszym kraju miały charakter komunikacyjny. Jesteśmy już z tego typu wydarzeniami niejako oswojeni. Droga, podróż zawsze uchodziła za ryzykowną. Zawsze wyruszając w drogę liczono się z możliwością katastrofy. Świadczą o tym liczne przekazy kulturowe, choćby tekst pieśni: „Idziesz w drogę, chociaż blisko? Z Bogiem wychodź z progu. A gdy wrócisz z niej szczęśliwie to podziękuj Bogu”, czy stojące na rozstajach dróg krzyże. Również podróżowanie po morzu jest i zawsze było uważane za tak niebezpieczne, że obrosło w tony folkloru i zabobonu, że wspomnę tylko o obyczajowym zakazie odpalania papierosa od świeczki „bo marynarz na morzu zginie”. Tak więc zarówno droga jak i morze dorobiły się swoich mitów jako miejsca szczególnie niebezpieczne. A czy istnieje miejsce, które byłoby w strukturach mitycznych uważane za szczególnie bezpieczne? Owszem, istnieje takie miejsce i jest nim Dom. Zasadniczo mit Domu jako miejsca bezpiecznego dotyczy budynku mieszkalnego, ale w sensie rozszerzonym rozciąga się w pierwszej kolejności na świątynie, w następnej zaś na wszystkie budynki. W związku z powyższym katastrofa na drodze, czy na morzu uważana jest podświadomie za coś naturalnego, wręcz normalnego. Oczywiście jest to rzecz niepożądana, ale obdarzona taką naturą, że liczyć się z ewentualnością jej nastąpienia zawsze trzeba. Katastrofy budowlane, dotyczące budynków, nie mieszczą się w tej kategorii. W systemie mitycznym są czymś, co absolutnie zdarzać się nie powinno. A jeśli mimo wszystko się zdarza, to wtedy niepomiernie szokuje. I stąd reakcja na chorzowska tragedię taka, jaką widzimy. Dwa tysiąclecia chrześcijaństwa i dwa wieki scjentyzmu nie wypleniły myślenia mitycznego, nic w tym zresztą dziwnego, bo tak naprawdę nie kłoci się ono ani z jednym ani z drugim. Omawiany tu przykład katastrofy budowlanej jako sprzecznej z naturalnym porządkiem wyrażanym przez system mityczny znajdujemy również nie gdzie indziej, a w Ewangeliach. Chrystus wspomina o katastrofie budowlanej (zawalenie się wieży), w której zginęło osiemnaście osób. Czyż w owym czasie nie było zatonięć statków pochłaniających dziesiątki osób? Były, ale na exemplum do kazania bardziej nadawało się zawalenie wieży, bo było bardziej spektakularne, chociaż pochłonęło mniej ofiar. Nil novi sub sole....”. Ten tok myślenia nie ma jednak zastosowania w stosunku do katastrof komunikacyjnych. Tu rację ma jak najbardziej Janusz Korwin-Mikke. To nie inflacja jest najistotniejsza jeśli chodzi o żałobę narodową. Ona jest tylko zjawiskiem ubocznym. Istota problemu tkwi w demokratyzacji. Nasz kraj bardzo stara się udowodnić swoja demokratyczność, również w tej dziedzinie. Prezydenci Kwaśniewski, Kaczyński i Komorowski reprezentowali trzy różne opcje polityczne, ale w tej sprawie byli nadzwyczaj zgodni. Dziś już nie trzeba być prezydentem, premierem, ministrem, papieżem, czy prymasem, aby otrzymać żałobę narodową. Wystarczy zginąć wraz z przynajmniej dziesięcioma innymi osobami. Oczywiście każda katastrofa skutkująca śmiercią ludzi jest tragedią dla rodzin i przyjaciół ofiar. Ale czy na pewno dla całego narodu? A jak to wygląda w innych krajach? Oprócz Polski są w Europie i na świecie przynajmniej trzy inne kraje ogłaszały po 1990 roku żałobę narodową więcej niż dziesięć . Są to Bułgaria, Rosja i Ukraina. Kraje te ogłaszały żałobę odpowiednio 13, 27 i 13 razy. Wszystkie żałoby bułgarskie były poświęcone ofiarom katastrof, w Rosji wszystkie z wyjątkiem dwóch, a na Ukrainie wszystkie z wyjątkiem jednej. We wszystkich tych krajach demokracja jest młoda, a w niektórych z nich mocno wątpliwa. Wymaga więc stałego potwierdzania takimi w gruncie rzeczy nic nie znaczącymi gestami. Skoro stajemy w takim towarzystwie, to nasza praktyka demokratyzacji żałoby świadczy o słabości, a nie sile polskiej demokracji. W starych demokracjach, takich jak Francja, czy Wielka Brytania żałoby ogłaszane są średnio dwa razy na dekadę, a poświęcone w większości zmarłym wybitnym jednostkom. Wychodzi więc na to, że w tej dziedzinie wzorce zachodnie realizowaliśmy w międzywojniu a nawet za komuny, a obecnie przerzuciliśmy się na wschodnie. |
Zakładki:
Ciekawe blogi
Więcej o mnie
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||