środa, 19 września 2018

trzy kobiety 

Sięgnąłem po tę książkę zainspirowany dwoma poprzednimi lekturami dotyczącymi wojny i holokaustu. Chciałem jakby pociągnąć taki mały wojenno-holokaustowy cykl lektur, bo i takie rzeczy czytać trzeba, by nie stracić z oczu owych największych okropieństw najnowszych dziejów ludzkości. 

Niespodziewanie książka francuskiej filozofki wpisała mi się w cykl lektur "mistycznych", który ciągnę od wiosny, a w którym mistycyzm kobiecy, z jego różnymi odcieniami odgrywa kluczową rolę. Nie spodziewałem się, że współczesna autorka francuska w książce o trzech kobietach w dobie ciemności poświęci tak dużo uwagi i sympatii kwestiom duchowości. Okazuje się więc, że osławiona laicyzacja Francji nie jest wcale tak zaawansowana jak się na pozór wydaje. W żyłach francuskiego narodu nadal więc tętni religijność i duchowość, choć tętno to nie dla każdego i nie zawsze jest wyczuwalne.

Jest to więc książka bardziej o filozofii, religii i duchowości niż o wojnie i holokauście. Owszem, jest tu dość szczegółowe kalendarium historyczne, ale stanowi ono jedynie tło dla właściwej narracji. Ta skupia się przedewszystkiem na stosunku trzech bohaterek do filozofii, religii i życia. Bo właśnie stosunek do religii najbardziej odróżnia od siebie te trzy kobiety. Wszystkie trzy urodziły się w rodzinach żydowskich, ale tylko Arendt pozostała żydówką do śmierci, notabene jako jedyna z nich nie miała predylekcji do mistycyzmu. Stein przyjęła chrzest w Kościele katolickim i wstąpiła do zakonu karmelitanek, a Weil wyznawała własną religię będącą swoistą syntezą katolicyzmu i kataryzmu. 

Autorka, omawiając szczegółowo te kwestie w oparciu o pisma tej trójki i osób z nimi mniej lub bardziej związanych, żywi do swoich bohaterek niewątpliwą sympatię. Jeśli którąś z nich krytykuje, to Weil, z powodu jej radykalnego odrzucenia żydowskiego, a szerzej starotestamentalnego dziedzictwa. Ze zrozumieniem i chyba pełną akceptacja podchodzi natomiast   do drogi życiowej Edyty Stein, z tym że, trzeba przyznać, iż jej zasadniczo poświęca najmniej uwagi, skupiając się na pozostałej dwójce. Książkę warto przeczytać, bo dostarcza ona wiele informacyj nie tylko o tych trzech kobietach, ale i o atmosferze intelektualnej dwudziestowiecznej Europy, a w szczególności Francji.

49/52

* * * * *

wtorek, 18 września 2018

ballada

Zbiór opowiadań Twardocha lokujący się na pograniczu literatury głównego nurtu z jednej strony, a fantasy i horroru z drugiej. Niektóre z nich lokują się w charakterystycznych dla tego pisarza klimatach śląskich, inne są bardziej uniwersalne. Jedne są równie mroczne jak jego powieści, inne są poważne, ale pozbawione grozy. W niektórych czuć powiew "Dracha", w innych "Króla". We wszystkich jednak mocno czuć Twardocha. We wszystkich, nawet tych nie mrocznych, sporo śmierci i strachu. Erotyki teń niemało, choć chyba mniej wulgarnej niż w "Królu". Warte przeczytania, zwłaszcza, gdy się lubi tego pisarza. 

48/52

* * * * *

czwartek, 06 września 2018

Dokładnie rok temu założyłem na facebooku "Grupę udostępniania ankiet naukowych". Od tego czasu pojawiły się na niej dziesiątki wpisów i setki komentarzy. Mam nadzieję, że pomogła wielu ludziom, szczególnie studentom, ale też uczniom i młodym naukowcom, w zgromadzeniu materiału do badań. Dziękuję wszystkim aktywnym uczestnikom grupy. 

Nadal jednak jest za mała, by dobrze spełniać swoją rolę. Ma obecnie 294 członków, a chciałbym by jeszcze w tym roku miała trzystu, a w kolejnych latach nadal systematycznie rosła. marzy mi się tysiąc członków za kilka lat. Wtedy będziemy naprawdę dobrze działać i zapewnić badaczom reprezentatywne grono ankietowanych. 

Zachęcam więc do wstępowania do grupy i rozpowszechniania informacji o niej.

środa, 05 września 2018

 

Długo się zastanawiałem, czy wpis ten umieścić na blogu kulturowym, czy politycznym. Zdecydowałem się na ten pierwszy, bo zarówno wydarzenie, jak i zjawisko, przynależą do świata religii, a nie polityki. 

W czasie Mszy w kościele św. Brygidy w Gdańsku odprawionej z okazji kolejnej rocznicy porozumień sierpniowych przemówienie wygłosił JE Andrzej Duda, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej etc. Zanim jeszcze zaczął mówić świątynię, zapewne na znak protestu, opuścił JE Lech Wałęsa, były Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej etc. 

Prawicowy internet huczy od oburzenia na prezydenta Wałęsę: "Jak on mógł wyjść z kościoła w czasie Mszy". Ja natomiast oburzam się na prezydenta Dudę: Jak on mógł przemawiać w czasie Mszy?! Człek świecki, nawet prezydent, w czasie Mszy przemawiać nie może. Wszelkie przemówienia świeckich, mające charakter religijny, np. Świadectwa, powinny mieć miejsce po liturgii, albo przed nią. Świeckich zaś przemówień, a takie było to prezydenckie, w ogóle w świątyni wygłaszać nie należy. Jak się prezydent bardzo upiera, by wystąpić w czasie Mszy, to może Lekcję przeczytać, albo wezwania modlitwy wiernych. Swoich przemyśleń politycznych, choćby najwznioślejszych,  w czasie Mszy wygłaszać mu nie wolno. Jeśli, chce kazania głosić, to niech diakonem zostanie, droga wolna. A w obecnej sytuacji, to przemówienie było poważnym nadużyciem liturgicznym. 

Dlatego słusznie JE Lech Wałęsa z kościoła wyszedł. Ja też bym wyszedł. A po przemówieniu bym wrócił. Tym więc bym się odróżnił od byłego prezydenta, który nie wrócił. 

11:24, svetomir , RELIGIA
Link Komentarze (1) »
wtorek, 04 września 2018

Wawel

Po tej książce wiele się spodziewałem i niestety trochę się na niej zawiodłem. Może nie bardzo, ale trochę na pewno. Męczyłem się z nią od początku stycznia do końca sierpnia. Nie dlatego, żeby to była zła książka, przeciwnie, jest dobra, ale nieco ciężka. Nie nudna, nie trudna, ale właśnie ciężka. Ciężka, przyciężkawa, ociężała. Za dużo stron, za mało werwy. 

Fabularyzowany esej jest obiecującym gatunkiem, rzadko na razie przez autorów książek wykorzystywanym. W zasadzie przed "Córkami Wawelu" czytałem tylko dwie pozycje tego rodzaju: "Szarą Eminencję" Aldousa Huxleya i "Ja, Michał z Montaigne" Józefa Hena. Przyznaję, że obydwie były od "Córek Wawelu lepsze. Huxley o wiele, Hen troszeczkę. 

Na okładce książka jest porównywana do esejów Pawła Jasienicy, ale te, choć niefabularyzowane, były jednak lżejsze i dynamiczniejsze. Więcej barwnych, pełnokrwistych postaci, więcej wydarzeń, więcej dynamiki.

W związku z tym mogę z czystym sumieniem polecić "Córki Wawelu" miłośnikom historii dawnej Polski. Nie mogę jej natomiast polecić miłośnikom literatury, czy po prostu czytania. 

Tą książką chyba kończę tegoroczny cykl 1500. Wątpię, bym do grudnia przeczytał jeszcze jakieś książki traktujące o tej epoce. Oczywiście w kolejnych latach do tej tematyki powrócę. 

 

* * * *

47/52


piątek, 31 sierpnia 2018

Tegorocznym hitem ulicznego grania na deptaku w Rowach było "Halleluyah" Leonarda Cohena. Miałem je okazje usłyszeć w ciągu dziesięciu dni w czterech różnych wersjach na trzech różnych instrumentach. Jestem przekonany, że do takiej scenerii dużo bardziej ten utwór pasuje, niż do wnętrz kościołów, gdzie też jest ostatnio często grywany, zwłaszcza na ślubom. Świątyniom zostawmy muzykę ściśle religijną i ściśle sakralną, a tę, której sacrum jest bardziej dyskretne, ogólnikowe, pielęgnujmy w przestrzeniach świeckich.

14:36, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 sierpnia 2018

Narodowe czytanie dzieł wielkiej polskiej literatury to już uznana tradycja. W tym roku padło na "Przedwiośnie" Żeromskiego. Pewnie bym o tym nie pisał, bo nie lubię ani tej książki, ani jej autora, ale sytuacja się zmieniła, gdy dowiedziałem się, że oficjalnie czytana będzie mocno uwspółcześniona wersja powieści. A uwspółcześnionych wersyj książek nie lubię jeszcze bardziej. 

Mam w swej biblioteczce uwspółcześnioną "Rodzinną Europę", którą czytałem z niedosytem, bo u Miłosza starannie dozowane archaizmy są jednym z wyznaczników stylu. Mam też uwspółcześniony "Komizm" Bystronia, którego nie przeczytałem w ogóle, bo uwspółcześniony to już nie Bystroń. Mam w końcu dwa wydania Biblii księdza Wujka, jedno transkrybowane z oryginału, drugie uwspółcześnione w Międzywojniu. Różnica jak między niebem a ziemią. 

W "Przedwiośniu" do narodowego czytania uwspółcześnienie miało polegać na usunięciu słowa "tudzież" i powtórzonych epitetów, podobno na życzenie JE Andrzeja Dudy. Okazało się, że zmiany poszły dalej i usunięto 30% tekstu powieści. większość krytyków skupia się na tej skali, ale ja wyrażam swoją dezaprobatę dla jakiegokolwiek uwspółcześniania. Usunięcie "tudzież" i powtórzeń już wystarczająco psuje styl, by nie uznawać tej wersji za dzieło Żeromskiego. Bo dzieło, to nie tylko treść, ale i forma. A formę w tym przypadku zniszczono. 

środa, 29 sierpnia 2018

Martel

Yann Martel jest dla mnie literackim odkryciem roku. Jest to w sumie pisarz w Polsce umiarkowanie znany, jego powieści lądują w marketowych koszach z tanią książką, a moim zdaniem należy on do najciekawszych anglojęzyczych autorów średniego pokolenia - takich, którzy są już bardzo dojrzali literacko, ale jeszcze mogą mocno namieszać w światowej literaturze.

Oczywiście, prawie wszyscy znają film "Życie Pi", ale mało kto wie, że powstał na podstawie książki, jeszcze mniej tę książkę czytało, a już tylko naprawdę nieliczni znają inne dzieła jej autora. A szkoda, bo są to książki naprawdę niebanalne i, nie waham się tego napisać, wybitne.

Każda z nich jest też zupełnie inna. "Ja", to fikcyjna autobiografia, przepełniona treściami erotycznymi i światopoglądowymi. W "Beatrycze i Wergilim" praktycznie nie ma seksu, ani religii, jest sporo wątków autobiograficznych, czy też pseudoautobiograficznych, ale ujętych nietypowo, w trzeciej osobie.

Powieść z elementami eseju (są w niej zresztą rozważania o powieściach i esejach i ich wzajemnym stosunku) aluzyjnie pisze o Holokauście, porównując go z zagładą całych gatunków zwierząt. Jest tu trochę przemocy i sporo informacji o taksydermii, co przywodzi na myśl "Biegunów" z ich plastynatami i preparatami. 

* * * * *

46/52

wtorek, 28 sierpnia 2018

1939

Ta mała książeczka może znacznie poszerzyć wiedzę przeciętnego Polaka o dyplomatycznych kulisach wybuchu II wojny światowej. Autor ukazuje mam działania rządów Francji i Wielkiej Brytanii oraz różnych rządowych i prywatnych mediatorów. Wahania, próby rozmów z Niemcami, w końcu decyzja o wypowiedzeniu Niemcom wojny. Kluczowe jest zdanie kończące książkę: 

"Bez względu na te ciągłe odwołania do honoru prawda o wojnie 1939 była taka, że nie chodziło w niej o wyzwolenie Polski spod okrutnej okupacji, lecz o uchronienie Wielkiej Brytanii i Francji przed groźbą rozpadu świata - ich świata".

Interesujące są też uwagi językowe - autor zauważa, że Brytyjczycy woleli mówić i pisać o nazistach, zaś Francuzi o Niemcach: "Po wybuchu wojny rząd francuski poprosił swego brytyjskiego sojusznika, by w dyskusji o celach wojny nie odróżniał tak mocno "nazistów" od "Niemców",  gdyż we Francji to wojna z Niemcami, trzecia w ciągu siedemdziesięciu lat, buduje waleczność narodu". To zdanie mówi trzy rzeczy: że ta kontrowersja językowa nie jest bynajmniej nowa, że Brytyjczycy, a szerzej Anglosasi mają we współczesnym świecie dużo więcej do powiedzenia, niż Francuzi i dlaczego części Polaków tak zależy na podkreślaniu roli Niemców, a nie nazistów w tych wydarzeniach. Narracja kładąca nacisk na Niemców w miejscu nazistów pozwala budować uproszczoną wizję odwiecznego konfliktu polsko-niemieckiego.

* * * * *

45/52

sobota, 25 sierpnia 2018
piątek, 24 sierpnia 2018

 ornaty

Kilka dni temu w internecie rozgorzała dyskusja na temat ornatów wyprodukowanych w Polsce na Światowe Spotkanie Rodzin. Wielu katolików, nie tylko zresztą tradycjonalistów, krytykuje te szaty, ja jednak chcę ich bronić, a nawet je chwalić.

Po pierwsze, wyglądają na wykonane z naturalnych materiałów, co bardzo cieszy w obecnym zalewie plastikowej tandety. Każdy naturalny, czy to wełniany, czy lniany, czy nawet bawełniany ornat, należy chwalić, zwłaszcza, że spotkanie się skończy, a setki ornatów pozostaną i będą służyć kapłanom przez lata.

Po drugie, wykorzystany na nich symbol stylizowanego triskelionu jest zakorzeniony w zachodnim, zwłaszcza zaś celtyckim katolicyzmie jako symbol Trójcy Świętej. Na zarzuty, że symbol ten nie jest rozpoznawalny poza kręgiem celtyckim, odpowiem, że wręcz przeciwnie, jest to symbol rozpowszechniony w całym zachodnim Kościele, o czym świadczy np. fasada kościoła Świętego Krzyża w Żywcu. 

żywiec

Po trzecie, kolory tych ornatów są najwyraźniej liturgiczne, wbrew niektórym opiniom. Na zdjęciu widzimy ornaty biały i zielony. Dziwi jedynie różowa dalmatyka, wszak do trzeciej niedzieli adwentu jeszcze daleko.

Po czwarte, owszem odnoszą się również do symboliki tęczy,, ale w jej tradycyjnie katolickim ujęciu trójbarwnej, też między innymi odnoszącej się do Trójcy Świętej. Odsyłam do mojego artykułu sprzed kilku lat: Czy tęcza na Placu Zbawiciela jest symbolem biblijnym?

Po piąte, jak dla mnie są zwyczajnie ładne, ale to już kwestia gustu. 

Akurat prawda o Trójcy Świętej jest obecnie słabo prezentowana we Mszy Świętej. Zniknęło wiele modlitw trynitarnych, zniknęło potrójne Kyrie, zniknęła Prefacja o Trójcy Świętej w niedziele zwykłe. Należy więc się cieszyć, że choćby te ornaty przypomną o Trójcy w czasie Mszy.

czwartek, 23 sierpnia 2018

komisarz

Po kilku książkach niezmiernie poważnych, trzech tomach esejów i autobiografii naukowca, przyszedł czas na przeczytanie i omówienie jakiegoś lekkiego czytadła.

Znowu się tak zdarzyło, że zaczynam serię od drugiego tomu i nie mam z tym problemu, co więcej, dostrzegam w takim sposobie czytania wiele zalet. Warto też pamiętać, ile problemów narobił Szwejk dostarczając panom oficerom drugi tom "Grzechów ojców" zamiast pierwszego.

"Komisarz" Pauliny Świst, kimkolwiek ona jest, to powieść erotyczna, z lekka zabarwiona wątkiem sensacyjnym raczej niż kryminalnym. Czyta się to łatwo, ale nie za bardzo jest po co. Po pierwszy i kolejne tomy raczej już więc nie sięgnę. Poziom literacki wyższy niż u Mroza, co nie dziwi, bo nawet książka telefoniczna ma poziom wyższy niż powieści Mroza, ale niższy niż u Bondy, czyli nadal bardzo niski. 

Zaskakuje więc doskonała znajomość topografii Gliwic i okolic. W połączeniu z niskim poziomem literackim czyni to raczej niemożliwą wersję oficjalną, jakoby autorka była z Wrocławia. Tak marnie piszący ludzie nie robią dobrego researchu. Powraca więc pytanie, kto się ukrywa za pseudonimem. Na pewno nie Mróz, bo u niego topografia leży, research nie istnieje, a poza tym nie pochodzi z okolic Gliwic, ani tam nie mieszka. Znam co prawda jednego polskiego pisarza, który bardzo dobrze zna te okolice, ale nie za bardzo wierzę, że mógłby napisać coś tak słabego. No chyba, że celowo i dlatego pod pseudonimem. No dobrze, zaryzykujmy. Stawiam tezę, że Pauliną Świst jest .... Szczepan Twardoch.

44/52

* * 

środa, 22 sierpnia 2018

allegra

Ta książka dziwnym trafem wpadła w moje ręce. Dał ją moim dzieciom franciszkański kleryk, gdy zaniosły mu drobną ofiarę na seminarium w czasie kwesty pod kościołem, po Mszy. Jak widać książki się do mnie garną. Temat mnie bardzo zainteresował, więc tę pozycję z chęcią i uwagą przeczytałem. Nie czyta się jej łatwo, z powodów: przydługiego wstępu, chaotycznego stylu samego błogosławionego i złego tłumaczenia całej książki. Przydługi wstęp jest pewnie po to, aby za autora książki mógł uchodzić Oppes, a nie Allegra.

A naprawdę ciekawe w tej książce są właśnie wspomnienia bł. Gabriela, resztę można by spokojnie pominąć. Dostarczają one wielu cennych informacyj na temat sytuacji Kościoła w Chinach i metodologii tłumaczenia Pisma Świętego. Najciekawsze są jednak refleksje, w których autor ubolewa nad zanikiem używania łaciny w Kościele, zwłaszcza w sprawowaniu liturgii i nauczaniu teologii. Zacytuję krótki fragment poświęcony reformie liturgii: "W końcu doszliśmy do zgody z nim i z innymi, aby wprowadzić język ojczysty do czytań, modlitw i Ewangelii, ale by zostawić po łacinie przynajmniej kanon, i to jeden jedyny kanon, który sięga zasadniczo pierwszych wieków Kościoła."

Cieszy mnie bardzo fakt, że Benedykt XVI zdążył beatyfikować tego świątobliwego kapłana. 

* * * *

43/52

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

 

interwencje

Ostatnio mam jakiś ciąg na eseje, trzy książki tego gatunku pod rząd. Do tego we wszystkich trzech wspomina się Ciorana, co chyba oznacza, że będę musiał zabrać się za lekturę dzieł tego myśliciela, skoro nagminnie cytują go wybierani przeze mnie autorzy. 

Co do samej książki, była ona dla mnie znacznie trudniejsza w odbiorze, niż eseje Kundery i Tokarczuk, głównie ze względu na jej silą francuskość, objawiającą się licznymi nawiązaniami do bliżej mi nieznanych francuskich twórców kultury, przedewszystkiem pisarzy francuskich mało znanych poza Francją. Odnoszę wrażenie, że pod tym względem francuska kultura przypomina nieco polską, na nasze postrzeganie świata też mają wpływ głownie twórcy krajowi, słabo znani za granicą.

Najważniejsze, co wyniosłem z tej książki, to to, że konserwatyzm jest dużo bardziej zróżnicowany niż mi się dotąd wydawało. Autor jawi się jako swego rodzaju konserwatysta, ale jego rodzaj konserwatyzmu jest mi zupełnie obcy. Houellbecq bowiem opiera swój światopogląd głównie na krytyce religii i indywidualizmu, a dla mnie, również przecież konserwatysty, obydwa te zjawiska są niezmiernie ważne i bliskie. 

 

* * * * 

42/52

 

czwartek, 16 sierpnia 2018

bieguni

Późno, bo późno, ale lepiej późno niż wcale, zabrałem się w końcu za "Biegunów". Lektura ta mocno mnie zaskoczyła. 

Choć Olga Tokarczuk postrzegana jest przedewszystkiem jako prozaiczka, a i "Bieguni" są zazwyczaj klasyfikowani do prozy, w rzeczywistości jest to esej, elementami prozaicznymi w postaci nowelek tylko nieco okraszony.

Esej poświęcony zasadniczo podróżowaniu, pielgrzymowaniu, przemieszczaniu się, które jest, zwłaszcza w owych wtrętach nowelistycznych niepokojąco skontrowane wzmiankami o śmierci, plastynacji, konserwacji zwłok, etc. A więc zasadniczo o życiu i śmierci. Wszak navigare necesse est, vivere non est necesse. 

* * * * * 

41/52

piątek, 03 sierpnia 2018

kundera

"Zasłona" Milana Kundery to rewelacyjny siedmioczęściowy esej o historii powieści. Autor patrzy na literaturę światową jako na całość, a nie na zbiór literatur partykularnych. Dawno z żadnej książki poświęconej nie wyniosłem tylu ciekawych spostrzeżeń i impulsów do własnych dociekań. Skorzystałem więc z niej zarówno jako czytelnik, jak też jako antropolog. 

Esej ten jest nie tylko cenną analizą ale też kawałkiem doskonałej literatury. Jest to świetnie napisane i świetnie się to czyta. Polskiego czytelnika mogą też ucieszyć liczne odwołania do literatury polskiej, głównie do Gombrowicza, ale też Brandysa, Miłosza i Tuwima. Na pewno jest to jedna z trzech najlepszych książek, jakie w tym roku przeczytałem. Dlatego daję szóstkę. 

40/52

* * * * * * 

czwartek, 02 sierpnia 2018

Taylor

Nie udało mi się ustalić, kiedy dokładnie powstał angielski oryginał tej książki. Na pewno było to pomiędzy rokiem 1952 (rok wygłoszenia serii wykładów, na których się opierała) a 1956 (rok śmierci autora). Ja sam dysponuję jedynie drugim wydaniem polskim z 1961 roku. Nabyłem tę książkę na wyprzedaży dubletów bibliotecznych, na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy byłem liceallistą. 

 Wtedy bardzo mi się przydała do usystematyzowania mojej wiedzy na temat dziejów nauki. Dziś też może spełniać taką rolę, choć trzeba przyznać, że jest już nieco przestarzała. Nie chodzi nawet o to, że nie obejmuje najnowszych dziejów nauki, bo to przecież oczywiste. Większym problemem jest to, że wydaje się być nieco skażona wpływami panującego w czasie jej powstawania scjentyzmu, wskutek czego niezbyt obiektywnie ocenia niektóre epoki. Nie docenia na przykład średniowiecza, a przecenia renesans, a zwłaszcza Galileusza. 

Dużo lepiej te kwestie są wyłożone w opisywanej już kiedyś przeze mnie na tym blogu książce Fizyka. Siedem teorii, które wstrząsnęły światem Nathana Spielberga i Bryona D. Andersona, którą przy tej okazji ponownie polecam. Można te książki porównywać, bo Historia nauk przyrodniczych w zarysie również skupia się głównie na fizyce. Chemia i biologia są tam też opisane szeroko, ale daleko nie tak dokładnie, jak fizyka. Szczególnie w dziedzinie biologii da się odczuć brak jej dziejów najnowszych. Nie znajdziemy w tej książce historii odkrycia kodu genetycznego, bo autor po prostu tego nie dożył. 

Mimo to wszystko, książkę zasadniczo polecam, bo  jej zalety przewyższają wady. Przedewszystkiem jest napisana przystępnie, a zarazem ściśle, czego mogliby się uczyć niektórzy autorzy współcześni, miotający się pomiędzy Scyllą niezrozumiałości, a Charybdą uproszczeń. Jest też, co istotne, dostępna w  obrocie antykwarycznym, mimo, że wydanie polskie, w odróżnieniu od oryginału angielskiego, od dawna nie było wznawiane. 

39/52

* * * *

środa, 01 sierpnia 2018

 ćwiek

Twórczością Jakuba Ćwieka zainteresowałem się po jego liście do grafomana Mroza. Sięgnąłem więc po pierwszą z brzegu książkę i bingo. Nie umiałem się oderwać, dopóki nie przeczytałem. Może zadziałało tez to, że zasadniczo lubię książki, dziejące się w znanych mi miejscach. A katowicki dworzec i jego okolice znam dobrze, bo przez pięć lat na nim się przesiadałem jadąc na studia. Ogólnie nie lubię horrorów, a ta książka mnie wciągnęła. Naprawdę daje do myślenia. 

Po wspomnianym liście niektórzy zarzucali Ćwiekowi, że on sam niewiele różni się od Mroza, bo też pisze dużo. Może i pisze dużo, ale w odróżnieniu od Mroza pisać potrafi.

I jeszcze ciekawostka. Z tej książki wynika, że i ja jestem pisarzem. Pada tam bowiem zdanie: "Jak ktoś napisze jedną książkę i ją wyda, jest pisarzem." A ja napisałem dwie, które mi wydano. Mimo to nie uważam się za pisarza, co najwyżej za publicystę.

38/52

* * * * *

wtorek, 31 lipca 2018

Czasami piszę tu o zmarłych, zwłaszcza twórcach kultury. Ostatnio pisałem o dwóch zmarłych tego samego dnia prawie stulatkach, reprezentujących de facto epokę, która właściwie odeszła jeszcze przed ich narodzinami, a oni byli jednymi z nielicznych, którzy pielęgnowali jej resztki.

Dziś wypada mi napisać o dwojgu muzyków, odeszłych minionego weekendu. Kora i Tomasz Stańko należeli do panteonu polskiej muzyki ostatniego półwiecza. Ich twórczość pozostanie z nami na zawsze, gdyż jest nieusuwalną częścią korpusu polskiej kultury. Najodpowiedniejszym do zilustrowania tego tekstu zdaje mi się ich wspólny utwór "Die Grenze".

Mam też z tym utworem związane wspomnienia. Otóż pochodzi on z płyty "O!". Jest to jedyny album Maanamu, jaki nabyłem w postaci kasety, będąc jeszcze licealistą. A nabyłem go z powodu obecnego na nim utworu "Pałac na piasku", bo już wtedy fascynowały mnie biblijne wątki w kulturze. W twórczości Kory to była jedna z tych rzeczy, która mnie najbardziej urzekała - inspiracje różnymi tradycjami duchowymi, tu Ewangelia, gdzie indziej Upaniszady. Widać było, że jest duchową poszukiwaczką, Wędrującą. Mam nadzieję, że znalazła to, czego szukała. 

07:20, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 lipca 2018

mural

Dwa tygodnie temu pisałem o rybnickich muralach. Niestety części tych dzieł już nie. Zastąpione zostały w większosci przez brzydkie bohomazy. Tylko dwa z nowych murali warte są uwagi, Te niniejszym prezentuję.

mural

18:05, svetomir , SZTUKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lipca 2018

 

Minął już prawie miesiąc, odkąd JE Emmanuel Macron, książę Andorry, prezydent Republiki Francuskiej etc. etc. etc. objął uroczyście urząd honorowego protokanonika papieskiej Bazyliki Świętego Jana na Lateranie, ale dopiero teraz znalazłem lukę w tematach, żeby o tym napisać.

Większość komentatorów się z tego zwyczaju prezydenckiego kanonikowania śmieje, ja jednak się z niego cieszę. To, że prezydenci nadal korzystają z tego przywileju katolickich (arcychrześcijańskich) królów Francji, świadczy o istnieniu jakiejś nici, może wątłej ale nadal rzeczywistej, pomiędzy królestwem a republiką. W tej laickiej republice nadal tkwią relikty katolickiej monarchii, jak perły w kupie gnoju. I te perły, prędzej, czy później zaowocują. Chociaż nie wiadomo, czy tego doczekamy.

Szkoda, że my mamy takich reliktów mniej, właściwie jedynym wyraźnym jest Order Orła Białego. Warto o nim w ten sposób myśleć. 

piątek, 20 lipca 2018

 gmina

Ta książka musiała się tu znaleźć prędzej czy później, a teraz jest na to najlepszy czas, kiedy publikuję sporo wpisów o Śląsku. Praca obecnego gorzyckiego wójta jest chyba najbardziej systematycznym opracowaniem o Gminie Gorzyce, w ujęciu historycznym i krajoznawczym. Omawia wszystko, co warto w gminie zobaczyć i o niej wiedzieć. Przedstawia też biografie wybranych znanych postaci związanych  z gminą. Cenny jest tez zamieszczony na końcu książki informator o wydarzeniach kulturalnych w gminie. Przydałaby się jeszcze jako dodatek do książki mapa gminy z zaznaczonymi wszystkimi obiektami wymienionymi w książce, bowiem użyte w niej określenia lokalizacyjne często są niezrozumiałe dla osób spoza danego sołectwa. A cieszyłbym się, gdyby książka mogła służyć nie tylko mieszkańcom, ale tez turystom odwiedzającym gminę. 

37/52

* * * * *

środa, 18 lipca 2018

 

W dyskusji o śląskim hymnie, która przetacza się przez facebooka, pojawiła się propozycja, by przełożyć hymn czeskiego Śląska. Podejmuję to wyzwanie i prezentuję swoje, dynamiczne tłumaczenie, oczyszczone z akcentów zbyt czeskich:

 

Ziemio śląska uświęcona

Ziemio najpiękniejsza z wszech

Tobie miłość uwznioślona

Tobie mój ostatni dech

Gwiazdą tyś nam w serca daną

O Ciebie nasz gniew i spór

Z siostrzycami tyś związaną

Prastarych pasmami gór.

 

Z nimi razem Ziemio Święta

Stwórca Ciebie w jedno kładł

Mądrość Twoja z Pragi wzięta

Wiarę dał Ci Velehrad

Sióstr śladami krocz ku chwale

Z różnych ludów jedno twórz

W jedności, miłości trwałej,

Tako nam dopomóż Bóg!

 

Krocząc śladami sióstr obu

Osusz dzisiaj swoje łzy

Leć do celu w szczęścia dobie

Patrz, gdzie prawa Twe i czyn

Sławy Twojej nad wszystkimi

Niech rozbłyśnie jasny blask

Boże, ześlij śląskiej ziemi

Wolność, siłę, sławę zaś.

07:28, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lipca 2018

blog tygodnia

Od kilku dni mój blog widnieje na bloksie wśród "Blogów tygodnia". Dziękuję. Jednocześnie w minionym tygodniu po raz pierwszy udało mi się wejść do pierwszej pięćdziesiątki rankingu bloksa. 

ranking

poniedziałek, 16 lipca 2018

dugue

Chociaż książka ta nie jest w sensie ścisłym ani o mistycyzmie, ani o mistykach, ani o mistyczkach, to jakoś wpisuje się w ten właśnie cykl moich ostatnich lektur. Szczególnie można dostrzec jej związki z omawianą tu niedawno książką "Kobiety Bożego Miłosierdzia". "Czas miłosierdzia" jest antologią modlitw różnych autorów z różnych epok. Wśród tych autorów poczesne miejsce zajmują trzy bohaterki tej drugiej książki: Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, Święta Faustyna Kowalska i Marta Robin.

"Czas miłosierdzia" może mieć co najmniej dwa zastosowania. Po pierwsze może i powinien być, jak głosi jego podtytuł: "modlitewnikiem do Bożego Miłosierdzia". Po drugie jest on też dobrym zbiorem źródeł do badania dziejów występowania koncepcji Miłosierdzia Bożego w chrześcijaństwie i innych religiach monoteistycznych. Zastosowaniu go w tym drugim celu sprzyja umieszczenie w wydaniu polskim licznych przypisów.

Może też służyć innym badaniom z zakresu antropologii religii, na przykład analizowaniu wpływów polskich na współczesną religijność francuską. Warto bowiem zauważyć, że wśród autorów tekstów zawartych w tej antologii jest aż czworo Polaków: św. Faustyna, św. jan Paweł II, św. Maksymilian Maria Kolbe i biskup Jan Ozga.

 

36/52

* * * * * 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40