poniedziałek, 20 listopada 2017

kalifat

Co prawda znacznie rzadziej niż kiedyś, ale nadal stosunkowo często można w Biedronce i innych podobnych marketach znaleźć książki z zakresu nauk humanistycznych, czy poważnej eseistyki. Do takich pozycyj należy "Kalifat terroru" Samuela Laurenta z  podtytułem "Kulisy działania Państwa Islamskiego" w przekładzie Ewy Kaniowskiej. Wbrew pozorom nie jest to reportaż, ale dogłębna analiza, co prawda spełniająca tylko niektóre kryteria naukowości (ma mało przypisów i nie ma bibliografii) ale bardzo solidna. Wyjaśnia genezę sukcesów kalifatu, wskazując jednocześnie na jego atuty i słabości. Sugeruje, że potęga Państwa Islamskiego została w dużej mierze zbudowana na błędach rządów Iraku, USA i Francji. Co ciekawe delikatnie chwali postępowanie rządu Syrii wobec IS. W zdecydowanej większości przypadków analizy autora są trafne. Oczywiście z perspektywy czasu (książka powstałą w 2014) można wytknąć autorowi kilka błędów: nie docenił Kurdów wśród wrogów PI, a Filipin wśród nowych terenów ekspansji kalifatu, nie przewidział też interwencji rosyjskiej. Dominują jednak analizy i wnioski trafne. Można powiedzieć, że autor trafnie przewidział scenariusz rozwoju i upadku omawianego tworu. 

niedziela, 12 listopada 2017

Pisałem ostatnio. że Robert Ludlum nie należy do moich ulubionych autorów sensacyjnych i że jego powieści uważam za znacznie słabsze od dzieł Folleta czy Forsytha. Jeszcze gorzej od oryginałów wypadają jednak książki jego kontynuatorów, piszących w oparciu o jego zapiski. Nawet znacznie gorzej. Ostatnio przeczytałem trzy książki o przygodach Jona Smitha, agenta amerykańskiej Tajnej Jedynki, agencji o której nie słyszał nikt, oprócz jej pracowników i prezydenta US.

 

Przeczytałem "Przymierze Kasandry" (The Cassandra Compact 2001,  autor Philip Shelby), "Opcję paryską" (The Paris Option, 2002, autor Gayle Lynds) i "Kod Altmana" (The Altman Code, 2003, autor Gayle Lynds). Wszystkie są napisane "na jedno kopyto". We wszystkich "tymi złymi" są hiperpatrioci dążący do radykalnego wzmocnienia obrony swojego kraju. Niestety nie ma spójności między książkami Shelbyego a Lyndsa. Postacie mają inne charaktery, umiejętności, stopień zażyłości, wiedzę, a nawet imiona. To mocno zgrzyta. Można czytać, ale tylko jeden raz. 

Na jednej z fejsbukowych grup czytelniczych ktoś niedawno pytał, kto jest najlepszym obecnie autorem powieści kryminalnych w Polsce: Remigiusz Mróz czy Katarzyna Bonda? Musiał ów pytacz być bardzo młody, albo bardzo mało oczytany, bo odpowiedź jest oczywista: żadne z nich. Ani Bonda, ani Mróz do pięt nie dorastają Krajewskiemu, Miłoszewskiemu, Wrońskiemu i wielu innym. Ale z tej dwójki moim zdaniem lepsza jest Katarzyna Bonda. Mroza nie da się czytać, a próbowałem bardzo usilnie, kilka książek wmusiłem w siebie, kilka innych napocząłem. Bondę czytać się da, ale wracać nie ma do czego. To są książki do czytania jednorazowego. Czytadła do pociągu.

niedziela, 05 listopada 2017

W piątek 3 listopada miałem okazję wysłuchać w kościele Św. Józefa Robotnika w Rybniku ciekawego koncertu inaugurującego festiwal "Rybnicka Jesień Chóralna". Wykonawcą był chór Salutaris z Mińska, a na repertuar składały się utwory sakralne współczesnych kompozytorów wschodnioeuropejskich pochodzące zarówno ze wschodniego, jak i zachodniego porządku chrześcijańskiej liturgii. Koncert ten unaocznił, że można i dziś tworzyć piękną muzykę sakralną, głęboko zakorzenioną w tradycji zarówno chorału, jak i wielogłosu. Przez tę godzinę poczułem się, jakbym znowu był na "Pieśni Naszych Korzeni" w Jarosławiu, choć teraz słuchałem muzyki współczesnej a nie dawnej. Szkoda tylko, że na koncercie było tak mało ludzi. Link do strony zespołu: http://salutaris.by/


19:06, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 października 2017

Od dawna lubię anglosaską powieść sensacyjną, mam jednak wśród autorów tego gatunku kilku ulubionych i całą gromadę mniej ulubionych. Do tych pierwszych należą Follet, Forsyth i Morrell. Pozostałi, w tym również sławni, nie zachwycają mnie jakoś. I do tej drugiej grupy należy Robert Ludlum. Przez wiele lat miałem przerwę w czytaniu jego książek, Ostatnio postanowiłem do nich wrócić i po lekturze kilku utwierdziłem się w swojej opinii o tym autorze. "Zdrada Tristana" jest przede wszystkim słaba merytorycznie. Przedstawiona w niej wersja dwudziestowiecznych dziejów świata nie ma oparcia w ustaleniach historyków. Akcja jest wartka i wciągająca, ale główny bohater nie przekonuje. Jest za dobry w tym co robi. Ma w sobie coś z superbohatera. A występowanie superbohaterów jest na miejscu w fantastyce, ale nie w sensacji. 

22:23, svetomir
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 października 2017

ryba

W i tak niewielkim Kościele Starokatolickim w Polsce nastąpiła schizma. W ubiegłym roku nagle zmarł wieloletni przywódca Kościoła bp Marek Kordzik. Na początku tego roku wybrano nowego zwierzchnika w osobie abp. Artura Wiecińskiego. Po kilku miesiącach grupa kapłanów na kolejnej sesji synodu nagle odwołała abp. Wiecińskiego pod pozorem złamania przez niego tajemnicy spowiedzi. Wybrano nowym zwierzchnikiem ks. Artura Miłańskiego, ten jednak, jak się wydaje nie objął władzy i nie został konsekrowany na biskupa. Po kilku tygodniach na czele tej grupy stanął bp Wojciech Kolm, dawny zwierzchnik Kościoła, odwołany po aferze pedofilskiej. Drugą grupą kieruje nadal abp Wieciński. Grupa bp. Kolma posunęła się do zanegowania ważności całej linii sukcesyjnej abp. Filipowicza, więc i bp. Kordzika. To już wyższy poziom szurostwa. Każda grupa ma własna stronę internetową.

Grupa abp. Wiecińskiego - https://starokatolicy.pl/

Grupa bp. Kolma - http://www.kosciolstarokatolicki.pl/

sobota, 14 października 2017

Miałem dziwny sen o papieżu Franciszku. Śniło mi się, że w Rumunii miał miejsce zamach na niego, w czasie pontyfikalnej liturgii greckokatolickiej. 

Przed snem nie wiedziałem, że wybiera się w przyszłym roku do Rumunii i że jest tam planowana kanonizacja greckokatolickich męczenników.


sobota, 07 października 2017

różaniec

Mam pewien dystans do akcji "Różaniec do granic". W akcji tej, a zwłaszcza w jej medialnej otoczce granice jawią się jako mur, który trzeba uszczelnić i obronić modlitwą. Tymczasem dla mnie granice są mostem łączącym nas z tymi po drugiej stronie. Ja nie chcę szczelnych granic. Ja chcę granic w miarę możliwości i rozsądku otwartych. Największa dla mnie korzyścią z naszej przynależności do UE są otwarte granice. Dlatego dużo bardziej podobałaby mi się ta akcja, gdyby była zorganizowana nie tylko przez diecezje polskie, ale wspólnie z diecezjami niemieckimi, czeskimi, słowackimi, ukraińskimi, białoruskimi, litewskimi i rosyjskimi, gdyby modlitwy odbywały się w świątyniach po obydwu stronach granicy, gdyby wierni te granice przekraczali, modlili się u sąsiadów, a nawet w językach tych sąsiadów, a także w języku wspólnym wszystkich katolików - po łacinie. Słowem, gdyby był to "Różaniec bez granic".

poniedziałek, 18 września 2017

sinobrody

 

„Sinobrody” Kurta Vonneguta to chyba najlepsza z książek, jakie przeczytałem w czasie minionych wakacji. Dziwię się, że nie przeczytałem tego wcześniej. Wszak autor należy do moich ulubionych, a w czasie studiów czytałem wszystkie jego książki, jakie wpadły mi w ręce. Widocznie tej akurat nie mieli w lokalnej bibliotece. Powieść przybiera formę autobiografii fikcyjnego malarza Rabo Karabekiana. Jest on Amerykaninem ormiańskiego pochodzenia. W książce roi się więc od ormiańskich akcentów. Do typowych dla Vonneguta rozważań o życiu, literaturze, wojnie i ludobójstiwie, dochodzą tematy sztuki i Ormian. Ciekawostką jest dla mnie wzmianka o świętym Mesrobie. „Sinobrody” jest drugą książką, w której taką wzmiankę znalazłem. Pierwszą jest zbiór miniesejów Paula Coelho. To pewien paradoks, że owego ojca literatury ormiańskiej wspominają pisarze znajdujący się na przeciwległych biegunach współczesnej literatury. W zasadzie nie wiem, dlaczego akurat ta książka Vonneguta tak mi się spodobała. Ogólne wrażenie mam bardzo pozytywne, ale nie potrafię podać żadnych szczegółów. Co ciekawe, podobnie mam z twórczością innego, tym razem już rzeczywistego Amerykanina ormiańskiego pochodzenia. Alan Hovhaness należy do moich ulubionych kompozytorów. Jego muzyka mnie zachwyca, a sam nie wiem, czemu. Choć może w „Sinobrodym” kluczowe znaczenie dla wzbudzenia mojego zachwytu miał vonnegutowski styl umieszczania w powieści wstawek eseistycznych. Otóż u tego autora wstawki te są znacznie krótsze niż u innych pisarzy. Na to, na co oni potrzebują dwóch stron jemu wystarczają dwa zdania. A w tej książce wzniósł się pod tym względem na wyżyny.

czwartek, 14 września 2017

kalinowski

Tą książką, która pomogła mi przebrnąć przez pierwsze rozdziały twardochowego „Króla” była „Śmierć frajerom” Grzegorza Kalinowskiego. Podobnie jak tam, również i tutaj rzecz się dzieje w warszawskim środowisku skupionym wokół działaczy PPS i różnych przestępców. Akcja dzieje się nieco wcześniej, bo w pierwszej ćwierci XX stulecia. Jest tu obecny też przestępczy gwiazdor, z tym że nie Tasiemka, a Szpicbródka. Nie ma natomiast metafizyki. Jest to typowa powieść łotrzykowska. Co natomiast tu jest, czego nie ma u Twardocha, to nachalna sanacyjna propaganda. Wszyscy poza piłsudczykami są tu źli: endecy, komuniści, Niemcy, Rosjanie... Szczególnie razi w nazbyt czarnych barwach odmalowanie rządów Rosjan i Niemców w Warszawie. Razi też nadgorliwe, posunięte do śmieszności, tłumaczenie wtrętów obcojęzycznych. Bo czy można uzasadnić gwiazdkę przy wulgarnym rosyjskim przekleństwie, prowadzącą do przypisu o treści „wulgarne rosyjskie przekleństwo”? Ogólnie więc jest to książka gdzieś o dwa poziomy niżej od „Króla”. Wielką literaturą nie jest, ale na czytadło do pociągu nadaje się doskonale. Znacznie lepiej niż większość współczesnych polskich kryminałów.

wtorek, 12 września 2017

król twardoch

Do „Króla” Szczepana Twardocha zabierałem się długo. Dostałem tę książkę w kwietniu, skończyłem zaś ją czytać w sierpniu. Jakoś nie umiałem przebrnąć przez te warszawsko-przestępcze klimaty, które dominują w pierwszych rozdziałach. Przebiłem się przez nie dopiero wtedy, gdy w międzyczasie przeczytałem inną książkę w takichże waporach się kręcącą. No i dobrze że przebrnąłem. Te pierwsze rozdziały może dlatego były dla mnie trudne, a może raczej nudne, że w niczym nie przypominały „Morfiny” i „Dracha”. Myślałem sobie: „co to, Twardoch się na kryminały przerzucił, bo taka teraz moda?” Na szczęście się nie przerzucił. Od połowy książka staje się typowo twardochowa. I dobrze. Bo taka literatura jest nam potrzebna. Takiej literatury brakuje. Mrocznej, niepokojącej, wywołującej witkacowski wstrząs metafizyczny. Nie rozumiem jedynie, dlaczego autor zaczął tłumaczyć wtręty obcojęzyczne? Wcześniej tego nie robił i stanowiło to ważny element jego stylu. Bo Twardoch tym się między innymi wyróżnia wśród polskich pisarzy, że ma swój niepowtarzalny styl. Nie powinien go więc osłabiać. Bo gdy sól utraci swój smak, czym ją posolicie? Jeżeli trzeba by dać wspólny mianownik tym trzem powieściom, to są to książki o obłędzie. Jest więc Twardoch genialnym biografem obłędu . Polskiego obłędu głównie, choć głównymi bohaterami jego książek nie są klasyczni Polacy, a raczej Ślązacy, czy Żydzi, częściowo jedynie w polskość zanurzeni. Ale z pogranicza kulturowego widać lepiej.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

historia używek

 

Od ładnych kilku lat etnobotanika, czyli nauka o wykorzystywaniu roślin przez społeczności ludzkie jest jednym z głównych pól moich dociekań antropologicznych. Nic więc dziwnego nie ma w tym, że gdy w marketowym koszu z książkami wypatrzę jakąś pozycję, choćby luźno związaną z tą tematyką, kupuję ją i czytam. Tak było też z „Historią używek” Jarosława Molendy, wydaną przez Bellonę. To ciekawa książka i wata przeczytania, sporo się z niej dowiedziałem. Zmusiła mnie jednak do zweryfikowania mojego poglądu na kwestię dużo szerszą niż etnobotanika. Dotąd bowiem utrzymywałem, że w humanistyce praca naukowa od eseju różni się tym, że posiada przypisy. Otóż książka Molendy posiada przypisy, a pracą naukową nie jest. Mam zresztą spoore wątpliwości co do do tego, czy po usunięciu przypisów byłaby esejem. Jest to, wbrew pozorom przede wszystkim książka podróżnicza, po prostu taki jest jej styl. Na pracę naukową jest zbyt chaotyczna i zbyt mało systematyczna. W wywodzie są luki i długie wtręty nie na temat. Ale nie psuje to tej książki. Psułoby jedynie, gdyby miała być pracą naukową. A nie jest.

czwartek, 24 sierpnia 2017

kienzler

Ostatnimi czasy lubię czytać biografie. Nie aż w takim stopniu, aby stanowiły większość moich lektur, ale przynajmniej kilka takich rocznie czytuję, a jeśli doliczyć powieści biograficzne i pseudobiograficzne, to i kilkanaście. Ostatnio zaliczoną przeze mnie biografią jest praca Iwony Kienzler „Maria Konopnicka. Rozwydrzona bezbożnica”. Wydane przez Bellonę, więc tytuł tabloidowy, do tego już przywykłem. Książka jednak, co zresztą jest normą u tej autorki, solidna i godna polecenia. Przedstawia dużo faktów, skupiając się na życiu osobistym autorki „Roty”. Może być ciekawym przyczynkiem do rozwijającej się dyskusji na temat zmiany polskiego hymnu narodowego. Niektórzy wszak chcą „Rotą” właśnie zastąpić Mazurka Dąbrowskiego. A że są to środowiska skore go grzebania w biografiach, można się pokusić o stwierdzenie, że z życiorysem Konopnickiej się nie zapoznali. A warto to uczynić. Choćby za pomocą omawianej książki.

wtorek, 22 sierpnia 2017

atlas

 

W środę 9 sierpnia i w czwartek 10 sierpnia z "Wyborczą" można było kupić Atlas Drzew i Krzewów. W tych dwóch poręcznych tomikach opisano sto kilkadziesiąt gatunków roślin, czyli prawie wszystkie dziko rosnące oraz znaczną część dziczejących i powszechnie uprawianych. Niewątpliwie jest to pozycja potrzebna, bo większość dotychczas obecnych na rynku atlasów roślin po macoszemu traktowała drzewa i krzewy, skupiając się na roślinach zielnych. Nie ustrzeżono się jednak poważnych błędów. Agrest (Ribes uva crispa) oraz Porzeczkę pospolitą (Ribes rubrum) zaliczono błędnie do różowatych (Rosaceae) zamiast do agrestowatych (Grossulariaceae). Co dziwne, Porzeczkę czarną (Ribes nigrum) zaszeregowano prawidłowo. Warto zauważyć, że te dwie rodziny należą do różnych rzędów, jest więc to gruba pomyłka, a nie przyjęcie odmiennego systemu klasyfikacyjnego. Drugi błąd jest mniejszy. Otóż nazwa rodziny Eleagnaceae tłumaczona jest raz jako oliwnikowate (przy oliwniku), raz zaś jako rokitnikowate (przy rokitniku). Każda z tych dwóch nazw jest dopuszczalna, gdyż istnieją różne systemy klasyfikacyjne, ale należy zachować konsekwencję.

wtorek, 25 lipca 2017

Bolatice

Jak zapewne wiecie, często piszę o skansenach. Lubię skanseny, zaraziłem tą pasją moje dzieci. Niestety, polskie skansenyc często (najczęściej nie zawsze) tkwią jeszcze w minionej epoce i są nieco skostniałe. Np. brakuje w nich imprez, warsztatów, żywego rzemiosła i folkloru, ale to na szczęście również się zmienia. Na szczęście, bo dobry skansen powinien przyciągać widzów, również młodych, w tym dzieci. Aby to osiągnąć, musi stać się parkiem nie tylko wiedzy, ale i rozrywki. To już się dzieje, więc o ten aspekt możemy być spokojni. Natomiast inny problem nie zniknie sam, a raczej będzie narastał. Polskie skanseny w większości zatrymały sie na wieku XIX i ignorują XX. Nie ma w nich traktorów, kombajnów, ani młockarni, a powinny być. Dlatego jako wzór przedstawiam maleńkin skansenik z czeskiego Śląska. Jest maleńki, więc ma skromne możliwości. Ale XX wiek jest w nim obecny. I tak powinno być. 

Zdjęcia ze skansenu: 

http://fotoforum.gazeta.pl/a/80022.html?utm_sourc=e-mail&utm_medium=poleć_znajomemu

poniedziałek, 24 lipca 2017

wystawa

Ciekawa wystawa na Ignacym w Rybniku-Niewiadomiu. Jeszcze do piątku będzie czynna. Zdjęcia tutaj:

http://fotoforum.gazeta.pl/a/80021.html?utm_sourc=e-mail&utm_medium=poleć_znajomemu


09:03, svetomir , SZTUKA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 stycznia 2017

 

Kościół w ciągu dwóch tysięcy lat swego istnienia wypracował całe mnóstwo symboli odnoszących się do wiary, doktryny, moralności i historii zbawienia. Symbolami chrześcijańskimi są zarówno słowa, zwłaszcza zaś ich zapis graficzny, jak rozmaite znaki graficzne, od znaku Krzyża świętego oczywiście poczynając. Symbolami są również niezliczone wizerunki roślin, zwierząt i różnych przedmiotów, którym Tradycja kościelna przypisuje, oprócz ich znaczenia zwykłego, również dodatkowe znaczenie religijne. Wśród tej ogromnej liczby symboli odnoszących się do naszej Wiary, są niestety i takie, które przejęli wrogowie Kościoła i nadali im nowe, często przeciwne w stosunku do pierwotnego znaczenie. Często niestety te nowe znaczenia są szerzej znane i łatwiej rozpoznawane w świadomości społecznej, niż pierwotne. W konsekwencji większość katolików zaprzestaje używania danego symbolu, aby uniknąć skojarzeń z owymi antychrześcijańskimi ideologiami, co dzieje się najczęściej ze szkodą dla integralności życia religijnego. O kilku takich symbolach chciałbym napisać.

 

Najbardziej znanym symbolem chrześcijańskim, przejętym przez wrogów Kościoła jest Krzyż Świętego Piotra. Jest to odwrócony krzyż łaciński, czyli mający jedno ramię dłuższe od trzech pozostałych. W krzyżu łacińskim to dłuższe ramię skierowane jest ku dołowi, a w Krzyżu Świętego Piotra ku górze. Wedle tradycji na takim właśnie krzyżu miał zginąć Święty Piotr, który uprosił oprawców, aby go powiesili do góry nogami. Co prawda w rzeczywistości jest bardzo mało prawdopodobne, aby oprawcy dokonywali żmudnej operacji obracania ciężkiego krzyża dla zadośćuczynienia prośbie skazańca. Święty Piotr raczej dokonał żywota na normalnym krzyżu, jedynie wisząc na nim do góry nogami. Nie podważa to jednak egzystencji odwróconego krzyża jako atrybutu Świętego Piotra, tak jak egzystencji Pelikana jako symbolu Chrystusa nie podważa fakt, że prawdziwe pelikany, wbrew legendzie, nie poją swoich młodych własną krwią. Święty Piotr był zaś w sztukach plastycznych regularnie ukazywany bądź to na odwróconym krzyżu, bądź też z odwróconym krzyżem w ręku. Taką rzeźbę można zobaczyć w bocznym ołtarzu kościoła klasztornego przy opactwie benedyktynów w Lubiniu. Odwrócony krzyż zdobi też grób apostoła na Watykanie. Niestety, w wieku dwudziestym znaku odwróconego krzyża zaczęły używać liczne grupy czcicieli Szatana, dlatego obecnie kojarzony jest prawie wyłącznie z satanizmem, nie zaś z osobą pierwszego Papieża. W sztuce katolickiej symbol ten praktycznie wyszedł z użycia, spotykany jest we współczesnych jej wytworach jedynie sporadycznie, a każde jego użycie budzi spore kontrowersje. Takie właśnie kontrowersje, wynikające ze słabej znajomości symboliki chrześcijańskiej u wypowiadających się osób, pojawiły się, gdy papież Jan Paweł II, w czasie jednej ze swych pielgrzymek, celebrował Najświętszą Ofiarę z tronu ozdobionego Krzyżem Świętego Piotra. Stał się on z tego powodu celem ataków skrajnych środowisk fundamentalistycznych w protestantyzmie i prawosławiu, a także skrajnych tradycjonalistów katolickich. Pojawiły się nawet niedorzeczne bujdy o satanistycznej infiltracji Watykanu. Jak już nadmieniłem, kontrowersje te wynikały z braku wiedzy, gdyż Krzyż Świętego Piotra jest jak najbardziej na miejscu na tronie jego następcy. Użycie tego symbolu w tym przypadku podkreślało ciągłość posługi papieskiej od czasów Świętego Piotra do dzisiejszych dni.

 

Kolejnym symbolem chrześcijańskim, który zawłaszczenie przez grupy chrześcijaństwu obce wypchnęło poza główny nurt życia kościelnego, jest Krzyż Celtycki. Wizualnie jest on podobny do Krzyża łacińskiego, z tym że górna jego część jest opasana kołem, często utworzonym z dwóch przeplatających się linij. Krzyże takie na terenach zamieszkałych przez Celtów pojawiały się już w czasach przedchrześcijańskich. Podczas chrystianizacji ludów celtyckich Krzyż ten został całkowicie zasymilowany przez Kościół i przez kilkanaście wieków był jednym z wielu powszechnie akceptowanych katolickich wzorów Krzyża. W tym czasie rozprzestrzenił się szeroko poza terytoria Celtyckie, spotyka się go np. w Rumunii i na Śląsku, gdzie zdobi m.in. ścianę stuletniego kościoła w miasteczku Krzanowice. Możliwe są różne interpretacje Krzyża celtyckiego w ramach Chrześcijaństwa. Okrąg na Krzyżu może symbolizować: aureolę Chrystusa, Jego nieskończoną miłość, lub Najświętszy Sakrament. Dorota Forstner OSB tak pisze o tym wariancie krzyża: Czteroramienny krzyż wpisany w koło jest przedchrześcijańskim symbolem światła i słońca używanym zarówno przez ludy azjatyckie, jak i przez dawnych Germanów. Był on dla nich także symbolem cyklu rocznego i zasadą biologiczną. Oznaczał zdrowie i życie. W sztuce chrześcijańskiej znaczenie tego znaku w odniesieniu do Chrystusa jako Światłości i Odkupiciela świata narzucało się samo przez się. Może on jednak również symbolizować jedynowładztwo Boga w świecie. (Forstner 1990; s. 13) I dalej: Szczególny charakter mają celtycki krzyże kamienne , które często spotyka się w Wielkiej Brytanii, a mianowicie w Irlandii i Szkocji. Na kontynencie są one niespotykane, a jeśli się pojawiają, to w innej formie. Rozwinęły sie one z prehistorycznych dolmenów; w czasach chrześcijańskich w tych nieforemnych kamieniach-pomnikach żłobiono najpierw tylko krzyż otoczony kołem (może jeszcze pod wpływem pogańskiego symbolu słońca), potem także spiralne ornamenty i litery. (Forstner 1990; s. 16-17) Nie ma więc najmniejszej wątpliwości, że Krzyż Celtycki jest od wieków przedewszystkiem krzyżem chrześcijańskim. Niestety również i ten symbol w wieku dwudziestym drastycznie zmienił konotacje. Używają go trzy różne obce chrześcijaństwu środowiska. Po pierwsze celtyccy neopoganie, co jest w pewnym stopniu uzasadnione, po drugie nacjonalistyczni skinheadzi z różnych krajów europejskich, po trzecie zaś jest on stosowany jako talizman w ruchu New Age. Z tego względu katolicy i inni chrześcijanie, zwłaszcza poza Wyspami Brytyjskimi są znacznie ostrożniejsi w jego używaniu niż w poprzednich stuleciach.

 

Kolejnym symbolem, najbardziej chyba z dotychczasowych popularnym w swoim pierwotnym kontekście jest Oko Opatrzności. Graficznie symbol ten przedstawia wizerunek oka wpisanego w równoramienny, rozwartokątny trójkąt z rozwartym kątem u góry. Często wokół trójkąta pojawiają sie dodatkowe ornamenty, najczęściej ułożone w formę okręgu. Znak ten symbolizuje Opatrzność Bożą i Trójcę Świętą. W ikonografii chrześcijańskiej oko otoczone promieniami słonecznymi, lub w trójkącie zwróconym ku górze jest symbolem Boskiej Opatrzności lub Trójcy Świętej. (Biedermann 2003; s.247). Oko Boże jako samodzielny symbol wszechobecności Bożej, jest najczęściej wpisane w trójkąt (symbol Trójcy Świętej). Symbol ten pojawia się dopiero po Reformacji, zwłaszcza w oknach kościołów i zwornikach sklepień.(Forstner 1990; s.349) Podobnie pisze o tym Wiesław Bator w dziewięciotomowej encyklopedii Religia. Encyklopedia PWN. (Gadacz, Milerski 2001-2004; T. VII; s.402). Ja osobiscie w swoich badaniach terenowych wielokrotnie zetknąłem się z Okiem Opatrności umieszczonym na przydrożnych krzyżach i kapliczkach w południowej części Górnego Śląska. Zwłaszcza na krzyżach postawionych w XIX wieku i pierwszej połowie XX, Oko Opatrzności pojawiało się wyjątkowo często.(Rumpel 2004; strony nie numerowane ). Niestety, ten symbol został zawłaszczony najwcześniej z omawianych. Już w XVIII wieku znak i całą koncepcję Opatrzności Bożej (mocno ją przy tym przekręcając) przejęli masoni i iluminaci. W symbolice wolnomularskiej występuje „wszechwidzące oko Boga” w trójkącie i wieńcu promieni, przypominające wspomniany już symbol Trójcy Świętej; umieszczone w wielu lożach nad fotelem mistrza ma przypominać o mądrości przenikającej wszystkie tajemnice i o czujności Stwórcy, Wielkiego Architekta Świata, zwane jest także niekiedy „okiem Opatrzności”. (Biedermann 2003; s. 248) Z inicjatywy masonów Oko Opatrzności znalazło się na banknocie dolarowym. Z tego powodu na Zachodzie, a zwłaszcza w kręgach anglosaskich jest postrzegane jako symbol masoński a nie katolicki. Na szczęście u nas jest jeszcze inaczej. Z Okiem Opatrzności jest też związana inna ciekawa sprawa. Otóż problem zawłaszczania symboli podjęła J.K. Rowling w siódmym i ostatnim tomie przygód Harrego Pottera . Na weselu przyjaciół Harrego, jeden z gości pojawia się przystrojony w symbol z grubsza wyglądający jak Oko Opatrzności. Powoduje to agresję ze strony innego gościa, który rozpoznaje w tym znaku emblemat czarnoksiężnika Gellerta Grindelwalda, najgorszego przed Voldemortem, który zabił wielu ludzi, w tym jego dziadka (Rowlin 2008; 155-156). W dalszej części książki okazuje się, że w istocie jest to znak Bractwa Poszukiwaczy Insygniów Śmierci, zawłaszczony jedynie przez złego czarnoksiężnika (Rowling 2008; 420-427). Myślę, że autorka świadomie porusza tu kwestię zawłaszczania symboli (nie jest to zresztą jedyny rzeczywisty problem społeczno-kulturowy poruszony w cyklu), odnosząc się za jednym zamachem aż do dwóch przypadków takich przejęć w naszym świecie. Jednym jest to, które tutaj omawiam, drugim zaś zawłaszczenie swastyki, świętego znaku wyznawców hinduizmu i dżinizmu przez Adolfa Hitlera i jego zwolenników. Grindelwald bowiem pod wieloma względami (narodowość, czas działania etc.) przypomina Hitlera.

 

Oczywiście są też symbole, które chrześcijaństwo przejęło z innych kultur, ale nie zdołało oswoić całkowicie i mimo pewnych chrześcijańskich konotacji pozostały one jako takie religii chrześcijańskiej obce, a nawet wrogie. Tak jest w przypadku pentagramu, o którym siostra Forstner tak pisze: Pięcioramiennej gwiazdy (pentagramu) nie należy łączyć tylko z symboliką liczby pięć(....); nie tylko kryje ona w sobie zwielokrotniony złoty podział, ale ma także swoje własne znaczenie jako prastary znak czarodziejski (pentagram magiczny, kabalistyczny), który ujarzmia złe potęgi. Wszystko, co obejmuje swym zasięgiem, zostaje – jak wierzono- pozbawione swej sprawczej mocy. W symbolice pitagorejczyków pentagramu używano zamiast słowa „zdrowie” (ygieia). Uczniowie tej szkoły zwykli (za Lukianem z Samosaty) używać go jako formuły życzenia zamieszczanej na początku listu. Uważali to życzenie za najbardziej odpowiednie dla ciała i duszy, ponieważ wydawało im się, że w nim zawiera się wszystko, co dla człowieka jest dobre: szczęście w działaniu, radość i fizyczne dobre samopoczucie. Ten geometryczny znak był zatem synonimem owych treści. Nazywano go po prostu ygieia i w kręgu pitagorejczyków był ich znakiem rozpoznawczym. Wydaje sie, ze pentagram czy pentalfa były, jako symbole zdrowia i szczęścia bardzo rozpowszechnione. Mówi się , że królowi syryjskiemu Antiochowi (...) ukazał się przed bitwą przeciw Galatom we śnie Aleksander Wielki i radził mu zaopatrzyć swe wojsko w starodawny znak YΓIEIA, w którym połączenie z sobą ostrych kątów tworzy pięciokrotne alfa. Podobnie i na monetach tego króla był wytłoczony pentagram z jego podpisem. W armii cesarzy bizantyjskich, a więc już w czasach chrześcijańskich, żołnierze, których jako pierwszych rzucano w wir walki i którzy przed wszystkimi innymi oddziałami mieli przechylić szalę „zwycięstwa”, nosili małe tabliczki, na których umieszczana była pentalfa w trzech kolorach: zielonym i jasnoniebieskim z purpurowym obrzeżem. Zdaniem Korneliusza a Lapide znak ten uchodził za symbol Chrystusa: On jest Alfą i Omegą, a z jego pięciu ran wypływa zbawienie świata. (Forstner 1990; s.61-62) Wspomniana zaś piątka symbolizowała u pitagorejczyków wesele, zaślubiny, jako suma dwójki i trójki, a więc połączenie elementów męskiego i żeńskiego. Uważano, że nowożeńcom potrzebna jest opieka pięciu bóstw, a Platon uważał, że na wesele trzeba zaprosić pięciu przyjaciół oblubieńca i pięć przyjaciółek oblubienicy. Niektórzy wywodzą tę symbolikę od pięciu planet, które jakoby asystują zaślubinom Słońca i Księżyca. Zawarcie przymierza na Górze Synaj, które było niejako zaślubinami Boga z ludźmi było poprzedzone pięcioma poleceniami Boga. W zwyczajach weselnych duże znaczenie mają róża., winna latorośl, jabłko i pigwa, których liście lub kwiaty mają pięciodzielną budowę (Forstner 1990; s. 45). Warto też zauważyć, że w przekroju poprzecznym jabłka (którego weselna, a szerzej miłosna, czy też erotyczna symbolika nie tylko z piątką jest powiązana) można dostrzec pentagram utworzony przez szypułki nasion. Ojcowie Kościoła wiążą liczbę pięć najczęściej z rozmaitymi wydarzeniami biblijnymi. Święty Augustyn odnosi ją do pięciu zmysłów człowieka. W jego interpretacji pięć panien mądrych to te, które unikają zmysłowych rozkoszy. (Forstner 1990; s. 45-46) Biedermann, wśród grup używających pentagramu, wymienia Egipcjan, Etrusków, pitagorejczyków, gnostyków, manichejczyków, bogomiłów, średniowiecznych magów i wolnomularzy. Odnotowuje również jego chrześcijańskie znaczenie, jako symbolu pięciu ran Ukrzyżowanego oraz połączenia Początku i Końca w Chrystusie jako Alfie i Omedze. (Biedermann 2003; s.272-273). To wszystko wskazuje na to, że byłoby bardzo nierozsądnie używać pentagramu jako symbolu chrześcijańskiego, w kontekście tak ogromnej przewagi jego konotacyj z chrześcijaństwem sprzecznych. Tu nie ma mowy o próbie odebrania symbolu katolikom. To raczej Kościół próbował przejąć symbol obcy, co jednak nie dom końca się udało. Inna sprawa, że jak widać, pentagram jest symbolem o bardzo bogatej symbolice, bynajmniej nie tak jednoznacznym, jak się to wydaje Danowi Brownowi, który twierdząc, że oznacza on wyłącznie „sakralność kobiecą” (Brown 2006; s. 52-54), okazał się, nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą, totalnym ignorantem.

 

Zawłaszczenie symboli nie zawsze dokonuje się w takim samym stopniu. Z omówionych przeze mnie znaków najbardziej zawłaszczonym jest Krzyż Świętego Piotra, najmniej zaś Oko Opatrzności. Tak przynajmniej sytuacja wygląda w krajach naszego kręgu kulturowego. Nieco inaczej przedstawia się to na przykład na Wyspach Brytyjskich. Tam Krzyż Celtycki nadal funkcjonuje jako dobrze rozpoznawalny symbol chrześcijański, zaś Oko Opatrzności, inaczej niż u nas, kojarzone jest głównie z masonerią. Jak ustosunkowywać się do tych przemian w odczytywaniu i rozumieniu symboli? Myślę, że odpowiedź nie jest łatwa ani jednoznaczna. Wydaje mi się, ze pełne przywrócenie dawnego znaczenia wszystkim trzem omawianym symbolom nie jest już możliwe. Co więcej podejmowanie prób aktywnych działań w tym kierunku mogłoby mieć opłakane skutki. Z drugiej jednak strony uważam, że całkowite porzucanie tych symboli również nie jest dobrym rozwiązaniem. Za ścieżkę najlepszą uważam używanie ich jako symboli katolickich, przy jednoczesnym podkreślaniu ich znaczenia za pomocą kontekstu. Krzyż Świętego Piotra na portrecie tego apostoła, Krzyż celtycki na murze świątyni, czy Oko Opatrzności na przydrożnym krzyżu nie pozostawiają wątpliwości, co do ich katolickiego znaczenia. Zupełnie inne znaczenie wynika z kontekstu, gdy Krzyż Świętego Piotra widnieje na okładce płyty o antychrześcijańskim przesłaniu, Krzyż Celtycki na kibicowskiej fladze, a Oko Opatrzności na masońskiej świątyni. Dlatego tymi symbolami zależy się posługiwać, ale trzeba to czynić ostrożnie i z dużą dbałością o kontekst. Pentagram natomiast i inne symbole powierzchownie tylko schrystianizowane, możemy spokojnie i bez większej szkody dla integralności chrześcijańskiej kultury, pozostawić poganom, satanistom, okultystom, ezoterykom i synkretystom.

 

BIBLIOGRAFIA

Joanna K. Rowling; Harry Potter i insygnia śmierci; Poznań 2008

Jan Biedermann; Leksykon symboli; Warszawa 2003

Tadeusz Gadacz, Bogusław Milerski; Religia. Encyklopedia PWN; Warszawa 2001-2004; Tom VII, Warszawa 2003

Dorota Forstner OSB, Świat symboliki chrześcijańskiej; Warszawa 1990

Artur Rumpel; Napisy pobożne w dekanacie tworkowskim; Cieszyn 2004; praca magisterska; maszynopis w posiadaniu autora.

Daniel Brown; Kod Leonarda da Vinci; Warszawa 2006

 

 

Tekst pierwotnie ukazał się w numerze 2/2010 (66) pisma "Pro Fide, Rege et Lege"

niedziela, 01 stycznia 2017

Transakcja zakupu kolekcji Fundacji Czartoryskich przez Skarb Państwa budzi we mnie raczej negatywne uczucia. Z kilku powodów. Argument, że wydano jedną siódmą rocznego budżetu Ministerstwa Kultury w sytuacji, w której notorycznie brakuje pieniędzy na ochronę zabytków, z których przerażająca część niszczeje i wkrótce będzie nie do uratowania, ma duże znaczenie, ale dla mnie nie jest w tej chwili kluczowy. Dużo ważniejsze są dwie inne kwestie. Po pierwsze, wraz z tą transakcją znika najważniejsza w Polsce prywatna instytucja zajmująca się kulturą. Państwo w dziedzinie opieki nad dziełami sztuki stanie się praktycznym monopolistą, a poszerzanie się listy dziedzin objętych państwowym monopolem jest wielce niekorzystne. Po drugie, ta transakcja praktycznie zrywa więź księcia Adama z Polską. Oznacza ostateczną rezygnację Czartoryskich ze starań o polski tron. A to znaczy, że szanse na restytucję tegoż tronu gwałtownie maleją. Dla monarchisty to smutna wiadomość.

10:29, svetomir , SZTUKA
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 grudnia 2016

gm

25 XII bieżącego roku, w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia zmarł George Michael, piosenkarz znany między innymi z bożonarodzeniowego przeboju „Last Christmas”. Naszej części świata ta śmierć została przyćmiona przez katastrofę lotniczą, w której zginęli prawie wszyscy śpiewacy rosyjskiego Chóru Aleksandrowa, zajmującego się głównie gloryfikacją Armii Czerwonej i Związku Sowieckiego.

 

Szkoda, że tak się stało, bo to śmierć Michaela jest znacznie bardziej znamienna. W pobożności ludowej, najczęściej katolickiej, ale nie tylko, przywiązuje się pewną wagę do daty śmierci poszczególnych osób. Gdy w tegoroczną Wielkanoc zmarli Matka Andżelika (założycielka najważniejszej na świecie telewizji katolickiej EWTN) i ks. Jan Kaczkowski, pojawiły się liczne głosy, że jest to oznaka szczególnej łaski Bożej dla tych ludzi.

Teraz w Boże Narodzenie zmarł George Michael, współtwórca kulturowej otoczki współczesnego Bożego Narodzenia, jednego z podstawowych elementów kulturowego chrześcijaństwa, na którym opiera się dzisiejsza cywilizacja zachodnia, którą niekiedy nazywam postłacińską. I teraz, jeśli przyjmiemy, ze data śmierci zakonnicy i księdza oznaczały Boską akceptację dla ich życia i dzieła, to to samo musimy przyjąć odnośnie daty śmierci piosenkarza. Wygląda więc na to, ze Bóg lubi kulturowe chrześcijaństwo, choćby na zasadzie, że lepsze takie, niż żadne. Oczywiście, równie prawdopodobne, a może i bardziej jest to, że z żadną z tych dat Bóg nie miał nic bezpośrednio wspólnego, bo jeśli i daje nam jakieś znaki, to raczej subtelniejszej natury.

17:33, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 listopada 2016
czwartek, 01 września 2016

 

 

 

Great minds think alike. Wielcy muzycy zawsze się odnajdą i porozumieją, by wspólnie tworzyć rzeczy wspaniałe i nadające sztuce nowe kierunki. Drogi Mike’a Pattona i Johna Zorna wielokrotnie krzyżowały się w przeszłości, skrzyżują się ponownie przy okazji tegorocznego festiwalu Sacrum Profanum. Dwie gwiazdy muzycznej awangardy rozświetlą październikowe niebo nad Krakowem. Mike Patton wystąpi osobiście, za Johna Zorna zaświadczy muzyka. A wszystko to podczas trzech wspaniałych koncertów w ramach Sacrum Profanum 2016!

 

Dla każdego z nich gatunki to nie granice, w ramach których wypada się poruszać, ale składniki, z którymi należy eksperymentować mieszając w dowolnych proporcjach, by tworzyć nowe smaki. Im bardziej intrygujące, tym lepiej. Od Easycoveru The Commodores napisanego przez Lionela Richie, a nagranego przez Pattona z Faith No More, który gości na antenie komercyjnych stacji, aż po położony na scratchu wokal na płycie z legendami turntablizmu The X-Ecutioners. Od dadaistycznego, brudnego Naked City Zorna z udziałem śmietanki jazzowej awangardy nowojorskiej z drastycznym zdjęciem Weegee’ego na okładce  po pełen pięknych, tkwiących w chasydzkiej tradycji współczesnych kompozycji album The Circle Maker. Od atmosfery festiwalu w San Remo, którą emanuje popowa piosenka Ore d'amore z płyty Mondo Cane po ambientowe i noise’owe elektroniczne wycieczki z Fenneszem. Tę sieć można rozpinać w nieskończoność, nie tylko ze względu na śmiałość pomysłów, jakie Mike Patton i John Zorn wcielili w życie w trakcie swej artystycznej działalności, ale także z racji ich tytanicznej aktywności.

 

Zwłaszcza Zorn imponuje liczbą dotychczasowych wydawnictw, zarówno sygnowanych jego nazwiskiem jako wykonawcy, jak i autora kompozycji. O producencie nie wspominając – w tej roli występuje na ponad 2000 albumów. I we wszystkich rolach zawsze trzyma poziom. Talent nowojorczyka do pisania muzyki płynie szerokim strumieniem, zabierając z sobą inspiracje jazzem, muzyką żydowską, współczesną, klasyką, metalem, awangardą, noisem, elektroniką... Można dostać zadyszki wymieniając gatunki, z którymi ten multiinstrumentalista miał do czynienia.

 

Jednym z bardziej istotnych jest balansująca na granicy modern classical i muzyki klezmerskiej kameralistyka, Zorn potrafi komponować ją jak mało kto. Rzewna lub porywająca, płynna lub porwana, zawsze jest to twórczość najwyższej próby, świadcząca o jego głębokim przywiązaniu do żydowskiego dziedzictwa i umiejętności przedstawienia go światu w najlepszym i pozbawionym banalizującego komercyjnego filtra świetle. I właśnie kameralne utwory na fortepian oraz kwartet smyczkowy zabrzmią w środę, 5 października w Sali Teatralnej Centrum Kongresowego ICE Kraków. Wyobraźnię Johna Zorna dostrzeżemy tego wieczoru tym wyraźniej, że jego utwory wykonają wybitni instrumentaliści – specjalista od muzyki współczesnej, amerykański pianista Stephen Drury, którego interpretacje dzieł XX-wiecznych wyznaczyły horyzont wykonawczy (utwory .˙ . (fay çe que vouldras) z 2005 i Carny z roku 1991) oraz legendarny brytyjski Arditti Quartet, dla którego muzyka współczesna nie ma tajemnic i który przez krytyków stawiany jest nieraz wyżej, aniżeli wielki Kronos Quartet. Czworo kameralistów wykona trzy kompozycje Zorna z lat 1996 (Kol Nidre), 2003 (Necronomicon) oraz 2011 (Pandora’s Box), przy czym w ostatnim obok Brytyjczyków na scenie stanie także świetna polska sopranistka znana z nietuzinkowego wykorzystania swego głosu, Barbara Kinga Majewska. Tym samym koncert 5 października da nam doskonały przegląd kameralnej twórczości Johna Zorna i zaostrzy apetyty na więcej w przyszłości.

 

Mike Patton jest również bardzo aktywnym artystą, choć nie aż tak płodnym, jak Zorn, ale pozwolimy mu zrekompensować dyskograficzne braki przy okazji tegorocznego Sacrum Profanum – podczas festiwalu wystąpi bowiem aż dwukrotnie! Po raz pierwszy zobaczymy go w towarzystwie skrzypka i kompozytora Eyvinda Kanga w odświeżonym i wzbogaconym dla festiwalu materiale z albumu Virginal Co Ordinates (oryginalna wersja ukazała się w 2004), natomiast podczas drugiego koncertu wykona partię wokalną (celowo nie piszemy „zaśpiewa”!) w utworze Laborintus II Luciana Berio, a tym samym wspaniale zamknie tegoroczny tydzień z muzyką nietuzinkową. Dwa zupełnie odmienne dzieła, odległe – choć wciąż mieszczące się w nurcie modern classical – estetyki, inne podejście do muzycznej materii. Nie każdy poradziłby sobie z takim wyzwaniem, zwłaszcza podjętym podczas dwóch kolejnych wieczorów, tymczasem mamy pewność, że interpretacje Pattona będą bez pudła. Virginal Co Ordinatesto w dużej mierze wokalna improwizacja, żonglerka słowem i melodią, pełna meandrów i nonszalancji. Materiał dla zadziornego dandysa idealny! Tymczasem Laborintus II jest manifestem wielości, to utwór, którym Berio świadczy o współczesnym świecie, złożonym, niejednoznacznym, pełnym wzajemnych powiązań i inspiracji. Kiedy przypomnimy sobie, że osobą łączącą pop rodem z San Remo i dadaistyczny metal jest Mike Patton, zrozumiemy, że nie sposób znaleźć lepszą kandydaturę do wypowiadania, wykrzykiwania, zaśmiania, dźwiękonaśladowania i wyśpiewania tego, co w partyturze zawarł Berio.

 

Obecność ściągającego stadionowych rozmiarów tłumy Pattona w programie Sacrum Profanum może zaskakiwać – rockowe korzenie wciąż przesłaniają wielowątkowość jego muzycznych aktywności. Zachowując status gwiazdy wykształcił rzeszę fanów jego eksperymentalnego oblicza. Żadne z nich nie przeważa, w dodatku oba są niewątpliwie godne uwagi. Eksperyment i popularność, wyrafinowanie i przystępność. Sześć oktaw, niezwykła muzykalność, ogromny dystans do własnej osoby i nieustępliwa ciekawość gwarantują, że dwa festiwalowe koncerty Mike’a Pattona odbiją się w Polsce szerokim echem.

 

Organizatorami festiwalu są Miasto Kraków i Krakowskie Biuro Festiwalowe. Projekt dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Bilety dostępne na Eventim.pl wraz z punktami sprzedaży (m.in. Empik, Media Markt, Saturn) oraz w punktach InfoKraków.

 

Sacrum Profanum 2016 

1-8 października, Kraków

Więcej na: http://sacrumprofanum.com/

 

Zorn in a chamber

John Zorn - Carny (1991) / Kol Nidre (1996) / Necronomicon (2003) / .˙. (fay çe que vouldras) (2005) / Pandora's Box (2013)

5 października, 20.00, Centrum Kongresowe ICE Kraków: Sala Teatralna

 

Wykonawcy: 

Stephen Drury – fortepian, 

Barbara Kinga Majewska - sopran 

Arditti Quartet

 

 

Virginal Co Ordinates

Eyvind Kang – Virginal Co Ordinates 2016 (2004)

7 października, 20.00, Centrum Kongresowe ICE Kraków: Sala Audytoryjna

 

Wykonawcy:             

Eyvind Kang – skrzypce

Mike Patton – wokal

Tomek Mirt – syntezator modularny

Anna Mamińska – tambura 

Hubert Połoniewicz – tambura 

Sinfonietta Cracovia

 

Labirynt

Karlheinz Stockhausen - Für kommende Zeiten (1970)

Luciano Berio, Edoardo Sanguineti - Laborintus II (1965) 

8 października, 20.00, Centrum Kongresowe ICE Kraków: Sala Audytoryjna

 

Wykonawcy:             

Mike Patton - wokal

Jérôme Noetinger - taśma

George-Elie Octors - dyrygent 

Chór Polskiego Radia

Ictus Ensemble

czwartek, 25 sierpnia 2016

 

 

W multimedialnym świecie odbieranie sztuki jednym tylko zmysłem staje się już eksperymentem. Mnogość bombardujących nas bodźców i informacyjny szum powodują, że czujemy permanentny niedosyt wrażeń. Sacrum Profanum nie może zostawić nas w stanie niezaspokojenia, toteż proponuje także wydarzenia przekraczające tradycyjne ramy koncertu.

 

Oprócz ogłoszonej 16 czerwca wystawy Rondo znaczy koło (17.09–11.12), przygotowanej wspólnie z Bunkrem Sztuki i prezentującej twórczość Anny Zaradny, kuratorki pierwszego w wolnej Polsce festiwalu poświęconego improwizacji i eksperymentowi Musica Genera, usłyszymy bohaterkę ekspozycji także w roli instrumentalistki – o ile ten staromodny epitet pasuje do artystki używającej na wskroś współczesnego instrumentu, jakim jest komputer. W piątek, 7 października o 19:00 w Centrum Kongresowym ICE Kraków obok Anny Zaradny, kompozytorki, artystki sztuk wizualnych i audialnych, staną Robert Piotrowicz i Jérôme Noetinger, by wspólnie wykonać program zatytułowany Sono Genera – fuzję muzyki elektroakustycznej, improwizowanej i sound artu.

 

Piotrowicz, pierwszy z wymienionych muzyków jest nie tylko współzałożycielem festiwalu i wytwórni Musica Genera, uznanym kompozytorem, autorem instalacji dźwiękowych, ale także wirtuozem modularnych syntezatorów analogowych znanym z nasyconych emocjami dźwiękowych performance’ów. Jego twórczość czerpie z muzyki elektroakustycznej, niemniej rozwija się w kierunku pełnej dynamicznych napięć improwizacji. Tymczasem Noetinger, pochodzący z Marsylii filmowiec, wydawca i instrumentalista, uprawia coś, co można nazwać elektroakustycznym kontrolowanym chaosem, zaś jego ulubionymi instrumentami są rejestrator dźwięku i wszelkiej maści elektroniczne urządzenia zdolne manipulować nagranym lub znalezionym na taśmie materiałem. Energia towarzysząca jego występom na żywo udziela się zarówno towarzyszącym mu na scenie artystom, jak i publiczności, dzięki czemu wspólny występ jego i dwóch wielkich nazwisk polskiej muzyki współczesnej z pewnością nie przejdzie bez echa. Koncert jest niebiletowany i otwarty dla publiczności.

 

Tymczasem w sobotę 8 października o 18:00 w Sali Teatralnej Centrum Kongresowego ICE Kraków zobaczymy koprodukcję festiwalu Sacrum Profanum i agencji producenckiej Kijora Film, multimedialne przedsięwzięcie stawiające znak równości między różnymi dyscyplinami sztuki. Będzie to Opera o Polsce z muzyką Artura Zagajewskiego do fragmentów filmów dokumentalnych Piotra Stasika. Stasik, wraz z Piotrem Gruszczyńskim, jest także autorem libretta do tego nietypowego spektaklu wykorzystującego, prócz miksowanych na żywo projekcji, także fragmenty audycji radiowych i recytowane teksty. Szereg dźwiękowych impresji oraz filmowych fragmentów pływa w mrocznej, drapieżnej muzyce, wszystko to buduje momentami krytyczny, momentami pełen czułości obraz współczesnej Polski. W operze tej obywają się twórcy bez śpiewu – odczujemy ten brak po to, by lepiej zrozumieć pustkę, nieodłączny atrybut rzeczywistości, którą spektakl opisuje. Twórcy zadają w Operze o Polsce szereg pytań dotyczących nas – Polaków i naszego stosunku do kraju, ale, jak sami piszą, „nie odnajdziemy tutaj łatwych odpowiedzi. W zamierzeniu obrazy, muzyka i słowo mają tylko przestrzeń do kontemplacji i namysłu, poszukiwań archetypów, symboli czy metafizyki, zaś widz ma się stać współtwórcą spektaklu, poszukać własnej opowieści o Polsce.”

 

Muzykę Zagajewskiego wykona specjalnie wyselekcjonowany ansambl (z m.in. Wojciechem Błażejczykiem i Michałem Górczyńskim w składzie) poprowadzi Maciej Koczur, teksty recytował będzie Wojciech Kalarus, choreografię natomiast opracowała Dominika Knapik. Spektakl jest współfinasowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej oraz Instytucję Filmowę „Silesia-Film”

Organizatorami festiwalu są Miasto Kraków i Krakowskie Biuro Festiwalowe. Projekt dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Sacrum Profanum: Sono Genera (Anna Zaradny, Robert Piotrowicz, Jérôme Noetinger)

07 października 2016 r. 19.00

Centrum Kongresowe ICE Kraków

Koncert niebiletowany.

 

Sacrum Profanum: Opera o Polsce

08 października 2016 r. 18.00

Centrum Kongresowe ICE Kraków

Bilety na Eventim.pl

wtorek, 26 lipca 2016
wtorek, 28 czerwca 2016
wtorek, 21 czerwca 2016

Z okazji trwającego Euro, przypominam wiersz nieznanego autora o zupełnie innych mistrzostwach:

 

Opowiadanie piłkarza składu podstawowego Reprezentacji Polski (Mundial 2002).

 

Nam strzelać nie kazano - Wstąpiłem na pole
Ogromnego boiska. Ku*&a! Ja pie...**olę!
Kibiców koreańskich ciągną się szeregi
Po trybunach wysokich, aż po same brzegi.
Widziałem ich trenera: - przybiegli, coś powiedział,
A później już spokojnie na swej ławce siedział.
Sędzia gwizdnął w swój gwizdek, no i się zaczęło,
Lecz od owego pisku wnet z nieba lunęło.
A na mokrej murawie ciężko piłkę kopać,
Tak, aby butem czystym nie nadepnąć błota.

Co innego Korea, te brudasy skośne
Taplały się wciąż w błocie, jak dzieci radośnie.
Ubrudzili nam piłkę i potem strzelali...
Dudek chciał zostać czysty. Wy byście łapali?
Nie miejcie więc don żalu, ze w bramce stal z boku,
Wraz z żona oszczędzają na proszku w tym roku.
Cóż, że przegraliśmy, zachowajmy powagę.
Wszak wciąż mamy nad nimi moralna przewagę.
Po cóż kibic narzeka, musi się wydzierać?
Przecież już powiedziałem - nie kazano strzelać!

Nam strzelać nie kazano - a tu mecz kolejny.
Dzisiaj już deszcz nie pada, co za klimat chwiejny!
Trener jednak usłyszał, że znów będzie lało,
Dał więc swym zawodnikom złe ciuchy na ciało.
I ubrał on piłkarzy w koszulki specjalne
Co (choć zwykle z wyglądu) są nieprzemakalne.
Gdy jednak zapanuje przepiękna pogoda
Ogromna bywa z nimi często niewygoda
Nie przepuszczają potu, kleją się do ciała,
Nic dziwnego, ze Polska tak kiepściutko grała.

Inaczej Portugalia, ich główny menago
Niejednego w swym klubie trzymał Figo-fago.
Piłka zaś przyśpieszała, jak jakaś rakieta,
Kiedy miał ją przy sobie ten Pedro Pauleta.
Lecz najgorsze już było (taką grę pier...**lę!),
Że, gdy nie patrzyliśmy, to walili gole.
Płoche wasze obawy, cóż, że obrywamy!
W tym meczu honorowo na faule wygramy.
No i po co te krzyki, że nam władowano?
Przecież już powiedziałem - strzelać nie kazano!

Nam strzelać nie kazano - czas na Amerykę.
Kibice nas przywitali przeogromnym krzykiem!
Jak my w takich warunkach mamy móc pracować?!
Lecz dziś trener na szczęście kazał kibicować.
Siedzimy sobie zatem, ja, a obok Dudek.
Zajadamy chipsy, pijem gorący kubek;
Kiedym ja na odwrocie własny opis czytał,
Dudek wciąż do Tottiego eSeMeSy pisał.
Minęło już z pięć minut, wszyscy ciągle krzyczą...
No i jak mam to czytać, gdy oni tak ryczą?!

Wreszcie się ten mecz skończył, pewnie przegraliśmy,
Lecz nie patrzyłem ile - z Dudkiem gadaliśmy
Wciąż o naszych zarobkach. Małe jak cholera,
Aż musimy dorabiać. Czas zmienić trenera.
Nagle wzrok zawiesiłem na wielkich ekranach.
Jak to? Co to za cyfry? To fatamorgana?
Ale jednak, naprawdę, Polska dziś wygrała.
O ja pierdziu, ej Dudek, niezła wyszła chała!
Na usprawiedliwienie coś powiedzieć chcielim:

Nam strzelać nie kazano - oni nie wiedzieli...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36