Z wakacji zagranicznych zazwyczaj przywożę płyty z muzyką. Ostatnio jednak, z tej racji, że jestem ojcem dwojga małych dzieci, nie mam na wczasach czasu na bieganie po sklepach muzycznych . Z tego więc powodu podczas tegorocznego pobytu w Chorwacji tradycji uczyniłem zadość, idąc po lini najmniejszego oporu. Nie szukałem sklepów muzycznych, ani stoisk z płytami. Płytę, a właściwie dwupłytowy album kupiłem w kiosku z prasą po drodze na plażę. Wyboru dokonałem na chybił trafił spośród dwóch dostępnych tam tytułów, nazwiska artystów nic mi bowiem nie mówiły. Okazało się, że szczęśliwie trafiłem na muzyka folkowego. Co ciekawe jednak, Halid Bešlić, którego nagrania nabyłem w kiosku na chorwackim wybrzeżu, jest nie Chorwatem, a Bośniakiem. Bośniackiej muzyki ludowej wcześniej praktycznie w ogóle nie znałem. Trochę to dziwne, bo jestem dosyć obsłuchany z tradycyjnym i współczesnym folklorem bałkańskim, głównie bułgarskim i chorwackim, ale też serbskim, greckim, macedońskim i rumuńskim.
Wyliczam to z premedytacją, bo po kilkukrotnym przesłuchaniu owych dwóch płyt Halida Bešlicia, na których towarzyszy mu cała plejada bośniackich artystów przekonałem się, że choć bośniackiej muzyki wcześniej nie słuchałem, nie była mi całkiem obca. Na tych dwóch płytach odnalazłem bowiem wpływy folkloru wszystkich wymienionych krajów. Oczywiście dwie płyty nie są wystarczająco obszernym materiałem, abym mógł na tej podstawie formułować jednoznaczne sądy. Nadal więc nie wiem, czy to folklor bośniacki jest tak eklektyczny, czy też tylko repertuar samego Bešlicia i jego przyjaciół. W obydwu jednak przypadkach rzecz jest warta odnotowania. Eklektyzm w folklorze i folku bośniackim istnieje niewątpliwie. Kwestią otwartą jest tylko jego zasięg. Tak więc i płyta kupiona w kiosku może stać się przyczynkiem do ważnych obserwacyj.
Od 2010 roku nasze Studenckie Koło Naukowe Etnolingwistów UMCS realizuje projekt badawczy wspierany przez grant uniwersytecki pt. <Pieczywo obrzędowe Lubelszczyzny>. Pięć studentek filologii polskiej UMCS: Olga Kielak, Ania Kowalska, Justyna Kowalczyk, Justyna Koper i Sylwia Kwiatkowska, biorą udział w konkursie na <Stypendium z wyboru> organizowanym przez portal Absolwent.pl. http://www.stypendiumzwyboru.pl/uczestnicy/korowajowa-etnomonografia-351 Stypendium chciałyby przeznaczyć na wydanie monografii o korowaju. Na monografię złożyłyby się informacje, które udało się im zebrać na temat weselnego chleba. Przygotowana przez nie monografia o pieczywie obrzędowym byłaby nie tylko publikacją naukową, ale i skansenem, przechowującym na swoich stronicach piękną, odchodzącą w przeszłość tradycję. W Polsce została niedawno przyjęta konwencja UNESCO w sprawie ochrony niematerialnego dziedzictwa kulturowego, w końcu znaleziono formułę, która pozwoli chronić to, co do tej pory wydawało się nie do uchwycenia w ramy programowe – chronić odchodząca w przeszłość ludowość z całym bagażem jej doświadczeń, wierzeń, zabobonów. Monografia o obrzędowym pieczywie wpisałaby się w ochronę niematerialnego dziedzictwa.
W Stypendium z Wybory głosowanie jest w pełni otwarte, co oznacza, że mogą wziąć w nim udział wszyscy internauci.
Stypendium otrzymają te osoby i grupy, które zdobędą najwyższe i najwięcej głosów. Im większa kwota, o którą ubiega się kandydat/grupa, tym trochę trudniej jest zdobyć stypendium.
Niedawno pisałem, że Gościa Niedzielnego, podobnie jak Gazetę Wyborczą, warto kupować jedynie dla dodatków. Skoro więc powiedziałem A, wypada abym teraz powiedział B i zajął się regularniejszym niż dotąd recenzowaniem owych dodatków. W bieżącym roku będę się starał wyłapać i omówić wszystkie płyty z muzyką dołączane do tego czasopisma. W szczególności będę chciał zbadać i ocenić, czy układają się one w jakąś spójną i logiczną całość. W związku z tym na koniec roku planuję napisać swoiste podsumowanie tego cyklu recenzyj. Dziś natomiast chcę ów cykl zainicjować, omawiając płytę "Najpiękniejsze przeboje operowe" dołączoną do numeru z ósmego stycznia bieżącego roku. Tytuł płyty jest adekwatny do jej zawartości. Są to bowiem właśnie przeboje, czyli najpopularniejsze, najbardziej rozpoznawalne fragmenty oper. Są tu nie tylko arie, ale także duety, pieśni chóralne, uwertury i inne partie instrumentalne. Wybrano utwory czterech najwybitniejszych kompozytorów operowych: Pucciniego, Verdiego, Mozarta i Bizeta. Co ciekawe, pominięto Wagnera. Ciekaw jestem, czy uznano jego utwory za zbyt trudne, czy też zbyt niebezpieczne ideologicznie dla czytelników Gościa Niedzielnego? Pominięto także kompozytorów polskich, co również jest bardzo zastanawiające. Mam nadzieję, że jest to podyktowane chęcią poświęcenia polskiej operze osobnej płyty. W przeciwnym bowiem razie oznaczałoby to lekceważący stosunek do kultury polskiej i byłoby bardzo smutne. Wykonawcami utworów są filharmonie w Hamburgu i Lublanie, często angażujące się w takie projekty, jak płyty do gazet i tanich seryj. Poziom jest więc całkiem przyzwoity, choć pewnie żadnego melomana do muzycznej ekstazy nie doprowadzi. Również tu budzi się odrobina żalu, że nie skorzystano z nagrań wykonawców polskich, ale widocznie nie było możliwości nabycia takowych. Dobrze, że taka płyta się ukazała. Choć prezentowane na niej utwory mają charakter świecki, to powstały one w katolickim klimacie. Media katolickie powinny promować tradycyjną kulturę europejską, gdyż nawet jej bardziej świeckie elementy są przepojone katolickim duchem. Ta płyta spełnia więc podwójnie pozytywną rolę. Po pierwsze składa się na kulturalną formację czytelników Gościa Niedzielnego, po drugie zaś osłabia argumenty tych rzekomych obrońców wiary i moralności, którzy twierdzą, że opera jest okazją do grzechu.
Omawiając powieść "Zamieć" Kena Folleta postawiłem tezę, że literatura europejska, zwłaszcza zaś brytyjska, nadal jest, a przynajmniej bywa, nośnikiem wartości chrześcijańskich. Tak śmiałej tezy nie można jednak opierać na odosobnionym przykładzie jednej powieści, do tego jeszcze rozumianej alegorycznie. Dlatego też w dzisiejszym tekście chciałbym wzmocnić argumentację, poprzez podanie drugiego przykładu. Wybrałem nań powieść Fredericka Forsytha "Upiór Manhattanu", będącą sequelem znanej powieści "Upiór Opery" zapomnianego francuskiego pisarza Gastona Lerou, zdaniem niektórych zaś raczej sequelem opartego na tejże powieści musicalu Antona Lloyda Webera pod tym samym tytułem. Między Folletem i Forsythem zachodzą liczne podobieństwa. Obydwaj są brytyjskimi dziennikarzami oraz światowej sławy autorami powieści sensacyjnych. Książki obydwu są przekładane na dziesiątki języków, wydawane w milionach egzemplarzy i często ekranizowane. Obydwaj często wplatają w akcję postacie i fakty historyczne. I obydwaj, co wykazują moje analizy, opierają swoją twórczość na światopoglądzie chrześcijańskim.
W omawianej powieści autor czerpie pełnymi garściami nie tylko ze wspomnianego dzieła Leroux, ale też z twórczości Edgara Allana Poe, czy Clive'a Staplesa Lewisa. Wykorzystuje też wątek naczelnego mitu amerykańskiej popkultury, streszczający się w zdaniu "od zera do bohatera". Specyficzna jest narracja utworu. Opiera się ona na wypowiedziach kilkunastu narratorów, będących zarazem bohaterami utworu. Ten rzadko stosowany zabieg literacki, szerszemu gronu czytelników znany przedewszystkiem z powieści Orhana Pamuka "Nazywam się czerwień", pozwala osiągnąć ciekawy efekt spojrzenia na akcję z różnych punktów widzenia. Każdy rozdział powieści Forsytha ma innego narratora. Problematyka religijna poruszana jest przedewszystkiem w dwóch rozdziałach: "Wizja Dariusa" i "Modlitwa Josepha Kilfoyle (powinno być Kilfoyle'a, ale polski przekład tej powieści najwyraźniej jest dziełem jednego z tych tłumaczy, którzy doskonale znają język angielski, ale nie za dobrze polski). Rozdziały te, zwłaszcza czytane obok siebie doskonale wyrażają obecne w chrześcijańskiej teologii mistycznej rozróżnienie między prawdziwym i fałszywym mistycyzmem. Wizja Dariusa jest przejawem mistycyzmu fałszywego, pogańskiego, napędzanego narkotykami i niskimi żądzami, zaś modlitwa ojca Józefa mistycyzmu prawdziwego, chrześcijańskiego, opartego o silną i autentyczną więź z Bogiem. Rozmowa Jezusa Chrystusa z tym irlandzkim księdzem wykazuje liczne podobieństwa do rozmowy Aslana z kalormeńskim oficerem w ostatnim tomie cyklu narnijskiego. W obydwu dyskursach w bardzo podobny sposób ujęty jest stosunek religii prawdziwej do religij fałszywych. Całkiem być może, że Forsyth w tej kwestii zapożyczał od Lewisa. Literatura jest zresztą w dużej mierze ciągiem zapożyczeń. Odnoszę wrażenie, że właśnie na tej fundamentalnej rozmowie u Forsytha oparła się J.K. Rowling, konstruując równie fundamentalną rozmowę pomiędzy Harrym Potterem i Albusem Dumbledorem w ostatniej części przygód młodego czarodzieja. Przyjrzyjmy się krótkim fragmentow obydwu rozmów. U Forsytha Chrystus mówi: "Możesz mi to powiedzieć, bowiem, jak się domyślasz, jestem w twojej głowie". U Rowling natomiast Harry pyta "Czy to dzieje się naprawdę, czy tylko w mojej głowie?", na co otrzymuje odpowiedź "Ależ oczywiście to dzieje się w twojej głowie, Harry, tylko skąd, u licha, wniosek, że wobec tego nie dzieje się to naprawdę?". Między tymi stwierdzeniami, wbrew pozorom, nie ma sprzeczności. U Forsytha również to, co dzieje się tylko w głowie, jest równie rzeczywiste, jak to, co dzieje się w świecie zewnętrznym.
Dwa wspomniane rozdziały, owe mistyczne interludia, nie stoją obok akcji, ale stanowią jej kluczowe elementy. Bez nich powieść byłaby niespójna, natomiast one same mogłyby funkcjonować samodzielnie, jako minitraktaty mistyczne, ukryte pod maską utworów fabularnych. Szczególnie "Modlitwa Josepha Kilfoyle" zawiera zdumiewająco głębokie i zarazem rozległe refleksje teologiczne, zwłaszcza, jeśli się zważy, w jakiego typu powieści jest umieszczony. Polski wydawca nazwał "Upiora Manhattanu" "połączeniem romansu z kryminałem". Jest to oczywiście prawda, ale nie cała. "Upiór Manhattanu" jest prawdopodobnie jedną z najpoważniejszych książek Fredericka Forsytha. To, że mimo tego nie traci ona przebojowego charakteru, świadczy o niewątpliwym geniuszu autora.
Jak powszechnie wiadomo, branża usług budowlanych jest prężna i ma się nieźle. Jednak nawet najprężniejsza branża potrzebuje niekiedy reklamy i promocji. Nie ma więc niczego dziwnego w tym, że właściciele domów i mieszkań są wręcz bombardowani reklamami usług budowlanych. Co ciekawe, poszczególne segmenty tej branży reklamują się z różną intensywnością.
Najbardziej nachalni są producenci i instalatorzy drzwi. Posuwają się oni do metod budzących poważne wątpliwości. Starają się, co prawda, nie przekraczać granic prawa, niewątpliwie za to przekraczają wszelkie granice dobrych obyczajów i dobrego smaku. Na przykład, chodzą od mieszkania do mieszkania jak Świadkowie Jehowy i namawiają na wymianę drzwi, sugerując przy tem, że większość sąsiadów już się na to zdecydowała, co oczywiście, zazwyczaj nie ma nic wspólnego z prawdą. Inni sięgają po metody bardziej wyrafinowane. Dogadują się na przykład z agentami firm ubezpieczeniowych, które zazwyczaj nie chcą ubezpieczać mieszkań nieposiadających solidnych drzwi. Jeśli więc klient takowych nie ma, agent chętnie poleci zaprzyjaźnionego instalatora. Niektóre firmy idą jeszcze dalej. Gdy w jakiejś okolicy zdarzają się włamania do mieszkań, często pojawia się plotka, że łupem padają jedynie mieszkania bez drzwi antywłamaniowych i że złodzieje przed akcją z rozmysłem takowe typują. Oczywiście nie da się firmom branży drzwiowej udowodnić inspirowania takich plotek. Tak jednak zazwyczaj w życiu bywa, że is fecit, cui prodest. A największą korzyść z owych plotek wynosi właśnie rzeczona branża.
Ja osobiście za najbardziej perfidną i niesmaczną formę reklamy producentów i instalatorów drzwi uważam praktykę takiego redagowania ulotek i plakatów reklamowych, aby przypominały urzędowe komunikaty. Takie ulotki, czy plakaty są zazwyczaj wydrukowane monochromatycznie, prostą czcionką, bez żadnych ilustracyj, czy grafik. Ich treść prawie zawsze zaczyna się od słów "Uwaga lokatorzy!" W kolejnych zdaniach pojawiają się sformułowania w stylu "odbędzie się akcja wymiany drzwi". Czasami w nagłówku występuje słowo "komunikat". Rzadko natomiast pojawia się w tych materiałach nazwa firmy, zazwyczaj jest tylko numer telefonu. Dla osób mało zorientowanych w temacie, wyglądają one łudząco podobnie do komunikatów administracyj spółdzielni mieszkaniowych. Zwłaszcza ludzie starsi, gdy czytają o "akcji" skierowanej do "lokatorów", nabierają przekonania, że jest ona obowiązkowa, toteż wydają ostatnie zaskórniaki, często od ust sobie odejmując i kupują zupełnie im do niczego niepotrzebne drzwi. Oczywiście przedsiębiorcy stosujące takie niemoralne metody będą się zaklinać i przysięgać, że pod nikogo się nie podszywają, a wszelkie skojarzenia są absolutnie przypadkowe. Zdarzyło mi się kilka razy dzwonić do szefów takich firm. Wszyscy oni butnie i bezczelnie stwierdzali, że nic złego nie robią. Faktycznie, prawa wprost nie łamią. Można by co prawda od biedy podciągnąć ten proceder pod podstępne skłonienie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, ale byłoby to bardzo trudne do udowodnienia. Pozostaje jednak jeszcze ocena moralna takich działań, a ta jest jednoznacznie negatywna.
Wiele jest książek o Bożym Narodzeniu. Z rozmysłem napiałem to pierwsze zdanie tak, aby było ono dwuznaczne. Bo wyrażenie "książki o Bożym Narodzeniu" można rozumieć dwojako. Pierwsza grupa to dzieła literackie opowiadające o tym, jak to Nasz Pan Jezus Chrystus narodził się w ubogiej stajence w Dawidowym Mieście Betlejem. Druga zaś to opowieści o świętach Bożego Narodzenia. Te dwie grupy razem tworzą całkiem pokaźną literaturę bożonarodzeniową. Dziś chciałbym zwrócić uwagę na książkę należącą do grupy drugiej. Gdy mówimy o książkach poświęconych świętom Bożego Narodzenia, to chyba większości z nas na myśl przychodzi przedewszystkiem "Opowieść wigilijna" wraz ze swymi niezliczonymi literackimi i filmowymi mutacjami. "Zamieć" Kena Folleta do grona owych mutacyj się nie zalicza, wykazuje jednak pewne podobieństwa strukturalne do owego bożonarodzeniowego klasyka. Jej zasadnicza akcja rozgrywa się podobnie jak u Dickensa w bardzo króttkim okresie czasu, w tym przypadku jest to kilka przedświątecznych i świątecznych dni. Jednak nie brakuje w tej powieści również wspomnień o przeszłości poszczególnych bohaterów, o której zresztą dowiadujemy się całkiem sporo i wybiegania w przyszłość. Ta ostatnia pojawia się przedewszystkim w epilogu, w którym są krótko ukazane kolejne święta Bożego Narodzenia. To również jest pewne nawiązanie do "Opowieści wigilijnej" i jej Ducha Przyszłych Świąt. Nawiązań do tej książki jest tam zresztą więcej, w tym też bardziej bezpośrednich. Przyjemność ich wyszukiwania pozostawiam szanownym czytelnikom. Nieuważny lub nieoczytany czytelnik może uznać "Zamieć" za płytką powieść sensacyjną, pozbawioną głębszej treści. Będzie to jednak opinia absolutnie błędna. Powieść ta bowiem nie jest pozbawiona metafizycznej głębi. Jej bohaterowie ratują ludzkość od śmiercionośnego wirusa skradzionego z laboratorium przez szalonych terrorystów. Można to odczytać jako alegorię Bożego Narodzenia, a konkretnie Wcielenia Jezusa Chrystusa, które jest wszak ratowaniem ludzkości od śmiercionośnego pod względem duchowym wirusa grzechu. Dodatkowym, ale również istotnym przesłaniem powieści jest podkreślenie wartości rodziny. "Zamieć" jest dowodem na to, że literatura europejska, zwłaszcza zaś brytyjska, nadal jest, a przynajmniej bywa, nośnikiem wartości chrześcijańskich.