Maja Frykowska, dawniej znana jako Agnieszka i pod pseudonimem Frytka, od wielu już lat gości od czasu do czasu na łamach mediów, tak drukowanych, jak i elektronicznych osobliwie zaś te, które lubują się w wyszukiwaniu i publikowaniu rozmaitego autoramentu sensacyj. Stała się słynna, gdy uczestnicząc w którymś z idiotycznych widowisk telewizyjnych typu reality show uprawiała publicznie seks z innym uczestnikiem tego programu. O nim słuch zaginął, ale ona od tej chwili zaczęła funkcjonować gdzieś na obrzeżach krajowego showbiznesu. Można więc przypuszczać, że erotyczny eksces był starannie zaplanowanym sposobem na zaistnienie w przestrzeni publicznej, a nie zatraceniem się w cielesnej chuci. Metoda okazała się dosyć skuteczna, ale i obarczona niemałymi skutkami ubocznymi. Frykowska stała się znana, ale wielkiej kariery nie zrobiła, bo została zaszufladkowana do kategorii twórców erotycznych. Próbowała swoich sił jako piosenkarka i aktorka, ale bez większego powodzenia. Nie zagrała żadnej poważnej roli i nie nagrała samodzielnej płyty długogrającej. Lepiej poszło jej w dziennikarstwie. Prowadzi programy telewizyjne i portale internetowe. Od jakiegoś czasu widać wyraźnie, że przeszłość zaczęła jej ciążyć. Od mniej więcej dwóch lat dziennikarka podejmuje próby odcięcia się się od swojej przeszłości i związanego z nią nie do końca pożądanego wizerunku. Punktem zwrotnym wydaje się być zmiana imienia z Agnieszka na Maja, dokonana w 2010 roku. Jest to zmiana poniekąd dosyć dziwna. Zazwyczaj bowiem jest tak, że jeśli ktoś chce się odciąć od swojej lub rodzinnej przeszłości, to zmienia raczej imię, niż nazwisko, bo to wszak po nazwisku kojarzy się ludzi. Wyjątkiem jest może taka sytuacja, kiedy ktoś ma bardzo pospolite nazwisko i niezwykle rzadkie imię, wskutek czego kojarzony jest raczej po imieniu niż po nazwisku. Ale w omawianym przypadku taka sytuacja bynajmniej nie zachodzi. Agnieszka Frykowska miała pospolite imię i stosunkowo rzadkie nazwisko. Ta zmiana imienia jest więc dosyć tajemnicza. Tajemnica nieco się rozjaśnia w świetle późniejszych poczynań naszej bohaterki. Pod koniec 2011 roku media obiegła wieść, że Maja Frykowska nawróciła się, postanowiła zmienić swój styl życia i wstąpiła do Chrześcijańskiego Kościoła Reformacyjnego. Kościół ten jest jedną z dynamicznie rozwijających się w naszym kraju wspólnot pentekostalnych, czyli zielonoświątkowych.
Zdaję sobie sprawę, że to co teraz napiszę będzie kontrowersyjne, niepoprawne i nie do przyjęcia dla większości czytelników. Jednak amicus Plato sed magis amica veritas. Nie jestem pewien, czy posunięcie Frykowskiej można nazwać nawróceniem. Myślę, że można bezpiecznie przyjąć założenie, iż przed konwersją była ona katoliczką, przynajmniej nominalną. Oczywiście nie można wykluczyć i tego, że nie była ochrzczona, ale wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Przesłanką, która mnie skłania do przyjęcia takich wniosków jest owa tajemnicza sprawa zmiany imienia. Odnoszę wrażenie, że ten akt i późniejsza o rok konwersja są kolejnymi etapami tego samego duchowego procesu odchodzenia od katolicyzmu. Zastanówmy się, w jakich okolicznościach ludzie zazwyczaj zmieniają imię? Nie wtedy, gdy chcą się odciąć od swojej przeszłości, ale gdy przeżywają głęboką duchową przemianę, gdy zostają zakonnikami, muzułmanami, czy krysznaitami. Myślę więc, że urzędowa zmiana imienia przez Frykowską miała charakter swego rodzaju rytuału, może nawet nie do końca sobie przez jego bohaterkę uświadamianego. Zmiana imienia ze chrztu na inne jest w pewnym sensie zerwaniem, a przynajmniej osłabieniem więzi ze patronem chrzcielnym. Można nawet rzec, że jest to symboliczne przekreślenie katolickiego chrztu. Był to więc pierwszy wyraźny krok w kierunku odrzucenia katolickiej wiary i potencjalnego przyjęcia nowej. Obiór opcji zielonoświątkowej i przystąpienie do adekwatnej denominacji, nie było co prawda nieuniknioną konsekwencją owego pierwszego kroku, pozostawał jeszcze do wyboru cały wachlarz innych możliwości, ale było jego logicznym następstwem. Jestem przekonany, że wcześniejsza decyzja o konwersji znacznie ułatwiła późniejszą decyzję o konwersji. Jeśli w ogóle można tu mówić o jakimś nawróceniu, to w nie mniejszym stopniu zachodzi tu także odstępstwo. Maj Frykowska porzuciła wiarę katolicka dla protestanckiej. A lepiej być złym katolikiem, niż dobrym protestantem.
Nie sądźmy jednak, abyśmy nie byli sądzeni. Mamy prawo wytykać Mai Frykowskiej błędne wybory życiowe, mamy prawo te wybory krytykować, a nawet potępiać. Nie mamy jednak prawa potępiać jej osoby. Zwłaszcza, ze istnieją liczne i poważne okoliczności łagodzące, które znacznie zmniejszają ciężar moralny jej błędów. W szczególności należy tu wspomnieć o jej ciężkiej sytuacji rodzinnej. Od trzech pokoleń jej przodkowie po mieczu giną śmiercią tragiczną. Jej pradziadek, drobny przedsiębiorca, zginął w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia w dosyć tajemniczym wypadku samochodowym. Jej dziadek Wojciech Frykowski, producent filmowy, 9 sierpnia 1969 w domu Romana Polańskiego w Beverly Hills został zamordowany przez bandę Charlesa Masona. Jej ojciec Bartłomiej, operator filmowy zginął w tajemniczych okolicznościach 8 czerwca 1999 w Wyszkowie, w dworku córki Andrzeja Wajdy, Karoliny. Prokuratura uznała jego śmierć za samobójczą, lecz wiele wskazuje a morderstwo. Przy takim obciążeniu żyje się pod wielka presja i różne błędne decyzje są do pewnego stopnia usprawiedliwione.
Z wakacji zagranicznych zazwyczaj przywożę płyty z muzyką. Ostatnio jednak, z tej racji, że jestem ojcem dwojga małych dzieci, nie mam na wczasach czasu na bieganie po sklepach muzycznych . Z tego więc powodu podczas tegorocznego pobytu w Chorwacji tradycji uczyniłem zadość, idąc po lini najmniejszego oporu. Nie szukałem sklepów muzycznych, ani stoisk z płytami. Płytę, a właściwie dwupłytowy album kupiłem w kiosku z prasą po drodze na plażę. Wyboru dokonałem na chybił trafił spośród dwóch dostępnych tam tytułów, nazwiska artystów nic mi bowiem nie mówiły. Okazało się, że szczęśliwie trafiłem na muzyka folkowego. Co ciekawe jednak, Halid Bešlić, którego nagrania nabyłem w kiosku na chorwackim wybrzeżu, jest nie Chorwatem, a Bośniakiem. Bośniackiej muzyki ludowej wcześniej praktycznie w ogóle nie znałem. Trochę to dziwne, bo jestem dosyć obsłuchany z tradycyjnym i współczesnym folklorem bałkańskim, głównie bułgarskim i chorwackim, ale też serbskim, greckim, macedońskim i rumuńskim.
Wyliczam to z premedytacją, bo po kilkukrotnym przesłuchaniu owych dwóch płyt Halida Bešlicia, na których towarzyszy mu cała plejada bośniackich artystów przekonałem się, że choć bośniackiej muzyki wcześniej nie słuchałem, nie była mi całkiem obca. Na tych dwóch płytach odnalazłem bowiem wpływy folkloru wszystkich wymienionych krajów. Oczywiście dwie płyty nie są wystarczająco obszernym materiałem, abym mógł na tej podstawie formułować jednoznaczne sądy. Nadal więc nie wiem, czy to folklor bośniacki jest tak eklektyczny, czy też tylko repertuar samego Bešlicia i jego przyjaciół. W obydwu jednak przypadkach rzecz jest warta odnotowania. Eklektyzm w folklorze i folku bośniackim istnieje niewątpliwie. Kwestią otwartą jest tylko jego zasięg. Tak więc i płyta kupiona w kiosku może stać się przyczynkiem do ważnych obserwacyj.
Od 2010 roku nasze Studenckie Koło Naukowe Etnolingwistów UMCS realizuje projekt badawczy wspierany przez grant uniwersytecki pt. <Pieczywo obrzędowe Lubelszczyzny>. Pięć studentek filologii polskiej UMCS: Olga Kielak, Ania Kowalska, Justyna Kowalczyk, Justyna Koper i Sylwia Kwiatkowska, biorą udział w konkursie na <Stypendium z wyboru> organizowanym przez portal Absolwent.pl. http://www.stypendiumzwyboru.pl/uczestnicy/korowajowa-etnomonografia-351 Stypendium chciałyby przeznaczyć na wydanie monografii o korowaju. Na monografię złożyłyby się informacje, które udało się im zebrać na temat weselnego chleba. Przygotowana przez nie monografia o pieczywie obrzędowym byłaby nie tylko publikacją naukową, ale i skansenem, przechowującym na swoich stronicach piękną, odchodzącą w przeszłość tradycję. W Polsce została niedawno przyjęta konwencja UNESCO w sprawie ochrony niematerialnego dziedzictwa kulturowego, w końcu znaleziono formułę, która pozwoli chronić to, co do tej pory wydawało się nie do uchwycenia w ramy programowe – chronić odchodząca w przeszłość ludowość z całym bagażem jej doświadczeń, wierzeń, zabobonów. Monografia o obrzędowym pieczywie wpisałaby się w ochronę niematerialnego dziedzictwa.
W Stypendium z Wybory głosowanie jest w pełni otwarte, co oznacza, że mogą wziąć w nim udział wszyscy internauci.
Stypendium otrzymają te osoby i grupy, które zdobędą najwyższe i najwięcej głosów. Im większa kwota, o którą ubiega się kandydat/grupa, tym trochę trudniej jest zdobyć stypendium.
Niedawno pisałem, że Gościa Niedzielnego, podobnie jak Gazetę Wyborczą, warto kupować jedynie dla dodatków. Skoro więc powiedziałem A, wypada abym teraz powiedział B i zajął się regularniejszym niż dotąd recenzowaniem owych dodatków. W bieżącym roku będę się starał wyłapać i omówić wszystkie płyty z muzyką dołączane do tego czasopisma. W szczególności będę chciał zbadać i ocenić, czy układają się one w jakąś spójną i logiczną całość. W związku z tym na koniec roku planuję napisać swoiste podsumowanie tego cyklu recenzyj. Dziś natomiast chcę ów cykl zainicjować, omawiając płytę "Najpiękniejsze przeboje operowe" dołączoną do numeru z ósmego stycznia bieżącego roku. Tytuł płyty jest adekwatny do jej zawartości. Są to bowiem właśnie przeboje, czyli najpopularniejsze, najbardziej rozpoznawalne fragmenty oper. Są tu nie tylko arie, ale także duety, pieśni chóralne, uwertury i inne partie instrumentalne. Wybrano utwory czterech najwybitniejszych kompozytorów operowych: Pucciniego, Verdiego, Mozarta i Bizeta. Co ciekawe, pominięto Wagnera. Ciekaw jestem, czy uznano jego utwory za zbyt trudne, czy też zbyt niebezpieczne ideologicznie dla czytelników Gościa Niedzielnego? Pominięto także kompozytorów polskich, co również jest bardzo zastanawiające. Mam nadzieję, że jest to podyktowane chęcią poświęcenia polskiej operze osobnej płyty. W przeciwnym bowiem razie oznaczałoby to lekceważący stosunek do kultury polskiej i byłoby bardzo smutne. Wykonawcami utworów są filharmonie w Hamburgu i Lublanie, często angażujące się w takie projekty, jak płyty do gazet i tanich seryj. Poziom jest więc całkiem przyzwoity, choć pewnie żadnego melomana do muzycznej ekstazy nie doprowadzi. Również tu budzi się odrobina żalu, że nie skorzystano z nagrań wykonawców polskich, ale widocznie nie było możliwości nabycia takowych. Dobrze, że taka płyta się ukazała. Choć prezentowane na niej utwory mają charakter świecki, to powstały one w katolickim klimacie. Media katolickie powinny promować tradycyjną kulturę europejską, gdyż nawet jej bardziej świeckie elementy są przepojone katolickim duchem. Ta płyta spełnia więc podwójnie pozytywną rolę. Po pierwsze składa się na kulturalną formację czytelników Gościa Niedzielnego, po drugie zaś osłabia argumenty tych rzekomych obrońców wiary i moralności, którzy twierdzą, że opera jest okazją do grzechu.
Omawiając powieść "Zamieć" Kena Folleta postawiłem tezę, że literatura europejska, zwłaszcza zaś brytyjska, nadal jest, a przynajmniej bywa, nośnikiem wartości chrześcijańskich. Tak śmiałej tezy nie można jednak opierać na odosobnionym przykładzie jednej powieści, do tego jeszcze rozumianej alegorycznie. Dlatego też w dzisiejszym tekście chciałbym wzmocnić argumentację, poprzez podanie drugiego przykładu. Wybrałem nań powieść Fredericka Forsytha "Upiór Manhattanu", będącą sequelem znanej powieści "Upiór Opery" zapomnianego francuskiego pisarza Gastona Lerou, zdaniem niektórych zaś raczej sequelem opartego na tejże powieści musicalu Antona Lloyda Webera pod tym samym tytułem. Między Folletem i Forsythem zachodzą liczne podobieństwa. Obydwaj są brytyjskimi dziennikarzami oraz światowej sławy autorami powieści sensacyjnych. Książki obydwu są przekładane na dziesiątki języków, wydawane w milionach egzemplarzy i często ekranizowane. Obydwaj często wplatają w akcję postacie i fakty historyczne. I obydwaj, co wykazują moje analizy, opierają swoją twórczość na światopoglądzie chrześcijańskim.
W omawianej powieści autor czerpie pełnymi garściami nie tylko ze wspomnianego dzieła Leroux, ale też z twórczości Edgara Allana Poe, czy Clive'a Staplesa Lewisa. Wykorzystuje też wątek naczelnego mitu amerykańskiej popkultury, streszczający się w zdaniu "od zera do bohatera". Specyficzna jest narracja utworu. Opiera się ona na wypowiedziach kilkunastu narratorów, będących zarazem bohaterami utworu. Ten rzadko stosowany zabieg literacki, szerszemu gronu czytelników znany przedewszystkiem z powieści Orhana Pamuka "Nazywam się czerwień", pozwala osiągnąć ciekawy efekt spojrzenia na akcję z różnych punktów widzenia. Każdy rozdział powieści Forsytha ma innego narratora. Problematyka religijna poruszana jest przedewszystkiem w dwóch rozdziałach: "Wizja Dariusa" i "Modlitwa Josepha Kilfoyle (powinno być Kilfoyle'a, ale polski przekład tej powieści najwyraźniej jest dziełem jednego z tych tłumaczy, którzy doskonale znają język angielski, ale nie za dobrze polski). Rozdziały te, zwłaszcza czytane obok siebie doskonale wyrażają obecne w chrześcijańskiej teologii mistycznej rozróżnienie między prawdziwym i fałszywym mistycyzmem. Wizja Dariusa jest przejawem mistycyzmu fałszywego, pogańskiego, napędzanego narkotykami i niskimi żądzami, zaś modlitwa ojca Józefa mistycyzmu prawdziwego, chrześcijańskiego, opartego o silną i autentyczną więź z Bogiem. Rozmowa Jezusa Chrystusa z tym irlandzkim księdzem wykazuje liczne podobieństwa do rozmowy Aslana z kalormeńskim oficerem w ostatnim tomie cyklu narnijskiego. W obydwu dyskursach w bardzo podobny sposób ujęty jest stosunek religii prawdziwej do religij fałszywych. Całkiem być może, że Forsyth w tej kwestii zapożyczał od Lewisa. Literatura jest zresztą w dużej mierze ciągiem zapożyczeń. Odnoszę wrażenie, że właśnie na tej fundamentalnej rozmowie u Forsytha oparła się J.K. Rowling, konstruując równie fundamentalną rozmowę pomiędzy Harrym Potterem i Albusem Dumbledorem w ostatniej części przygód młodego czarodzieja. Przyjrzyjmy się krótkim fragmentow obydwu rozmów. U Forsytha Chrystus mówi: "Możesz mi to powiedzieć, bowiem, jak się domyślasz, jestem w twojej głowie". U Rowling natomiast Harry pyta "Czy to dzieje się naprawdę, czy tylko w mojej głowie?", na co otrzymuje odpowiedź "Ależ oczywiście to dzieje się w twojej głowie, Harry, tylko skąd, u licha, wniosek, że wobec tego nie dzieje się to naprawdę?". Między tymi stwierdzeniami, wbrew pozorom, nie ma sprzeczności. U Forsytha również to, co dzieje się tylko w głowie, jest równie rzeczywiste, jak to, co dzieje się w świecie zewnętrznym.
Dwa wspomniane rozdziały, owe mistyczne interludia, nie stoją obok akcji, ale stanowią jej kluczowe elementy. Bez nich powieść byłaby niespójna, natomiast one same mogłyby funkcjonować samodzielnie, jako minitraktaty mistyczne, ukryte pod maską utworów fabularnych. Szczególnie "Modlitwa Josepha Kilfoyle" zawiera zdumiewająco głębokie i zarazem rozległe refleksje teologiczne, zwłaszcza, jeśli się zważy, w jakiego typu powieści jest umieszczony. Polski wydawca nazwał "Upiora Manhattanu" "połączeniem romansu z kryminałem". Jest to oczywiście prawda, ale nie cała. "Upiór Manhattanu" jest prawdopodobnie jedną z najpoważniejszych książek Fredericka Forsytha. To, że mimo tego nie traci ona przebojowego charakteru, świadczy o niewątpliwym geniuszu autora.
Jak powszechnie wiadomo, branża usług budowlanych jest prężna i ma się nieźle. Jednak nawet najprężniejsza branża potrzebuje niekiedy reklamy i promocji. Nie ma więc niczego dziwnego w tym, że właściciele domów i mieszkań są wręcz bombardowani reklamami usług budowlanych. Co ciekawe, poszczególne segmenty tej branży reklamują się z różną intensywnością.
Najbardziej nachalni są producenci i instalatorzy drzwi. Posuwają się oni do metod budzących poważne wątpliwości. Starają się, co prawda, nie przekraczać granic prawa, niewątpliwie za to przekraczają wszelkie granice dobrych obyczajów i dobrego smaku. Na przykład, chodzą od mieszkania do mieszkania jak Świadkowie Jehowy i namawiają na wymianę drzwi, sugerując przy tem, że większość sąsiadów już się na to zdecydowała, co oczywiście, zazwyczaj nie ma nic wspólnego z prawdą. Inni sięgają po metody bardziej wyrafinowane. Dogadują się na przykład z agentami firm ubezpieczeniowych, które zazwyczaj nie chcą ubezpieczać mieszkań nieposiadających solidnych drzwi. Jeśli więc klient takowych nie ma, agent chętnie poleci zaprzyjaźnionego instalatora. Niektóre firmy idą jeszcze dalej. Gdy w jakiejś okolicy zdarzają się włamania do mieszkań, często pojawia się plotka, że łupem padają jedynie mieszkania bez drzwi antywłamaniowych i że złodzieje przed akcją z rozmysłem takowe typują. Oczywiście nie da się firmom branży drzwiowej udowodnić inspirowania takich plotek. Tak jednak zazwyczaj w życiu bywa, że is fecit, cui prodest. A największą korzyść z owych plotek wynosi właśnie rzeczona branża.
Ja osobiście za najbardziej perfidną i niesmaczną formę reklamy producentów i instalatorów drzwi uważam praktykę takiego redagowania ulotek i plakatów reklamowych, aby przypominały urzędowe komunikaty. Takie ulotki, czy plakaty są zazwyczaj wydrukowane monochromatycznie, prostą czcionką, bez żadnych ilustracyj, czy grafik. Ich treść prawie zawsze zaczyna się od słów "Uwaga lokatorzy!" W kolejnych zdaniach pojawiają się sformułowania w stylu "odbędzie się akcja wymiany drzwi". Czasami w nagłówku występuje słowo "komunikat". Rzadko natomiast pojawia się w tych materiałach nazwa firmy, zazwyczaj jest tylko numer telefonu. Dla osób mało zorientowanych w temacie, wyglądają one łudząco podobnie do komunikatów administracyj spółdzielni mieszkaniowych. Zwłaszcza ludzie starsi, gdy czytają o "akcji" skierowanej do "lokatorów", nabierają przekonania, że jest ona obowiązkowa, toteż wydają ostatnie zaskórniaki, często od ust sobie odejmując i kupują zupełnie im do niczego niepotrzebne drzwi. Oczywiście przedsiębiorcy stosujące takie niemoralne metody będą się zaklinać i przysięgać, że pod nikogo się nie podszywają, a wszelkie skojarzenia są absolutnie przypadkowe. Zdarzyło mi się kilka razy dzwonić do szefów takich firm. Wszyscy oni butnie i bezczelnie stwierdzali, że nic złego nie robią. Faktycznie, prawa wprost nie łamią. Można by co prawda od biedy podciągnąć ten proceder pod podstępne skłonienie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, ale byłoby to bardzo trudne do udowodnienia. Pozostaje jednak jeszcze ocena moralna takich działań, a ta jest jednoznacznie negatywna.