wtorek, 10 kwietnia 2007

 

Jeśli szanowni czytelnicy nie mają dosyć tematów wielkanocnych w moim opracowaniu, to proponuje dzisiaj zapoznanie sie z paroma wielkanocnymi ciekawostkami muzyczno-liturgicznymi z tradycji głównie łacińskiej, ale trochę też greckiej i protestanckiej. Poniżej znajdują się linki do różnych wersji językowych orędzia paschalnego, troparionu paschalnego, paschalnej sekwencji przed Ewangelią i wielkanocnej antyfony maryjnej, a także metodystycznej pieśni wielkanocnej i paschalnego kanonu z Taize.

 

Exsultet po łacinie

 

Exsultet po angielsku

 

Exsultet po koreańsku

 

Troparion paschalny po grecku (Christos anesti)

 

Troparion paschalny po grecku, starocerkiewnosłownosłowiańsku i estońsku

 

Troparion paschalny po starocerkiewnosłownosłowiańsku (Christos woskres)

 

Troparion paschalny po arabsku i francusku

 

Sekwencja po łacinie (Victimae laudes paschali)

Regina coeli po łacinie, niestety nie gregoriańskie

 

Christ the Lord Is Risen Today po angielsku, oczywiście

 

Christ the Lord Is Risen Today w ciekawej aranżacji

 

Kanon z Taize (Christus resurrexit)

Artur Rumpel

13:23, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 kwietnia 2007

 

Χριστός ανέστη εκ νεκρών,

θανάτω θάνατον πατήσας,

και τοις εν τοις μνήμασι,

ζω ήν χαρισάμενος!


Chrystus powstał z martwych,

śmiercią śmierć zwyciężył i zmarłym

dał życie wieczne


Radosnych Świąt Wielkanocnych

życzą

Ela, Artur i Pawełek Rumplowie


Użyto obrazu Zmartwychwstanie Szymona Czechowicza

piątek, 06 kwietnia 2007
 

Od kilku miesięcy toczy się w naszym kraju na nowo dyskusja o prawie nienarodzonych dzieci do życia i „prawie” wyrodnych matek do ich zabijania. W ostatnich tygodniach w sporze tym pojawiły sie nowe wątki.


W połowie marca lider SLD Wojciech Olejniczak udzielił na łamach Gazety Wyborczej dosyć obszernej wypowiedzi na temat swojego stosunku do życia nienarodzonych. Z całego tego dosyć długiego tekstu istotne jest tak naprawdę jedno zdanie: W związku z tym dziś SLD zdecydowanie opowiada się za pełną legalizacją zabiegu przerywania ciąży. Nie wiem, czy pan Olejniczak rzeczywiście miał na myśli to, co napisał. Trudno mi w to uwierzyć, gdyż słowa te oznaczają że największa partia lewicy opowiada sie za mordowaniem dzieci aż do momentu porodu, z dowolnych powodów i nawet bez zgody matki. Oczywiście elukubracje młodego przywódcy postkomunistów wcale nie muszą mieć dla sprawy życia złych skutków. SLD nawet z przybudówkami nieprędko zdobędzie takie poparcie społeczne, aby móc w sejmie przepychać swoje absurdalne i nieludzkie pomysły. Podejrzewam, że nie nastąpi to za kadencji Olejniczaka, jako szefa partii.


Po takiej deklaracji zaś, zapewne politycy PO i PSL będą dużo mniej chętni niż dotychczas do zawierania koalicji z lewicą w kolejnej kadencji parlamentu. Nie mówiąc juz o tym, że parę dni później „taśmy Oleksego”, dostarczyły tym partiom kolejnych powodów, by sie od lewicy trzymać jak najdalej. Przyszłe koalicje nie są jednak tym, o czym chciałbym pisać. Wspominam o tekście lidera lewicy tylko dlatego, że jest on jednym z zaistniałych ostatnio faktów, które mogą zmienić stosunek znacznej części polskiego społeczeństwa do funkcjonującego w naszym kraju „kompromisu aborcyjnego”.

Wyrok i po wyroku


Tydzień później otrzymaliśmy wiadomości o skandalicznym wyroku „Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości”. Kobiecie z Polski przyznano odszkodowanie za odmowę aborcji, której domagała się pod pretekstem zagrożenia swojego zdrowia. Gazeta Wyborcza od razu zrobiła z tej pani bohaterkę. Trybunał orzekał w oparciu o polskie prawo, które dopuszcza zabijanie nienarodzonych z takiego powodu. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Owym zagrożeniem zdrowia w tym przypadku okazało sie ryzyko pogorszenia wzroku. Pogorszenia, a nie utraty.


Wyrok trybunału, uznający takie pogorszenie za wystarczające do zabicia dziecka, de facto legalizuje w Polsce aborcję na życzenie. Bo skoro dzisiaj wystarcza do niej pogorszenie wzroku skutkujące koniecznością noszenia mocniejszych okularów, to jutro lub pojutrze mogą wystarczyć rozstępy. Środowiska lewicowe i feministyczne, które pomogły pani Tysiąc w procesie, tym samym złamały wspomniany wyżej kompromis. Innymi słowy, tego kompromisu już nie ma. Istnieje obawa, ze znajdą sie lekarze, którzy obawiając sie sądów i wyroków będą wydawać zaświadczenia o „medycznych przesłankach do aborcji” pod byle pretekstem. Oczywiście, głęboko wierzę w to, że większości polskich lekarzy nie pozwoli na to sumienie, ale nie mam złudzeń, ze jak w każdej grupie, tak i w tym zawodzie znajdą się czarne owce. Aby temu zapobiec, trzeba zmienić prawo, tak, aby zagrożenie dla zdrowia kobiety nie było juz wystarczające do zabicia jej dziecka.


A we Florencji....


Przesłanką do likwidacji innej furtki, zawartej w tejże samej ustawie może być tragiczne wydarzenie, jakie miało niedawno miejsce we Florencji. Zamordowano tam („poddano aborcji”) zdrowe dziecko, gdyż mniemano, na podstawie niedokładnych badań, że jest ono obarczone wadami uniemożliwiającymi życie. Myślę, że i ten zapis, który pozwala zabić dziecko z powodu możliwych wad uniemożliwiających życie (nie mówiąc juz o upośledzeniach, które też są dla ustawodawcy wystarczającym uzasadnieniem zabójstwa) należy zlikwidować. Po pierwsze dlatego, ze florencki przypadek pokazuje, jak bardzo takie badania potrafią być omylne. Po drugie każde dziecko, nawet to, które umrze zaraz po urodzeniu ma prawo do chrztu i godnej śmierci.


Pochwały godne są przypadki tych rodziców, którzy wiedząc, że ich dziecko przeżyje samodzielnie ledwie kilka chwil, przygotowują się do tego, aby mogło ono poczuć, że jest przez nich kochane i umierać ze świadomością tego faktu.


W świetle tych faktów nie ma powodu, aby nadal podtrzymywać coraz wątlejszy „kompromis aborcyjny”. Tym bardziej bez sensu jest utrwalanie go poprzez zapis w konstytucji, co proponuje prezydent Kaczyński. W świetle faktów, które przywołałem wyżej, obecnie jest właściwy moment dla uchwalenia ustawy lepiej chroniącej nienarodzone życie, to znaczy takiej, w której jedyną okolicznością dopuszczającą przerwanie życia malutkiej istoty ludzkiej jest poważne zagrożenie życia matki. Zwłaszcza, ze układ sił w obecnym sejmie, przy odrobinie dobrej woli ze strony inicjatorów ewentualnej nowelizacji, może pozwolić na jej uchwalenie.

10:48, svetomir , INNE
Link Komentarze (1) »
środa, 04 kwietnia 2007
 

Kolejny dzień – Wielka Sobota kojarzy sie przede wszystkim z chodzeniem ze święconym. Święcenie pokarmów odbywa się po południu, czasem wczesnym wieczorem. Ze święconym najczęściej idą dzieci, ale nie jest to regułą. Do święcenia niesie się zawsze: chleb, jajka i szynkę, inne pokarmy wedle woli. Spożywa się te pokarmy na wielkanocne śniadanie. Nic ze święconego nie może się zmarnować.
Również w Wielka Sobotę maluje się kruszonki. Na Śląsku stosuje się techniki jednobarwnego malowania: batikową, wytrawiającą i rytowniczą. Dosyć popularne jest również barwienie jajek wywarem z łusek cebuli. Tego też dnia piecze się wielkanocne ciasta. W Wielką Sobotę najważniejszym obrzędem jest święcenie pokarmów, ognia i wody w czasie liturgii Wigilii Paschalnej, która odprawiana w sobotni wieczór, należy już formalnie do niedzieli.. O święceniu ognia wspomniałem już przy okazji palm, pisząc o opalaniu ich części, robieniu krzyżyków, etc. Teraz wspomnę, że czasami w miejsce palm opala się specjalnie na ten cel przygotowane drewienka. Również święcenie wody ma niemałe znaczenie w magii ludowej. Wodę zabiera się do domów do picia i kropienia. Na razie dosyć rzadko w parafiach górnośląskich liturgia Wigilii kończy sie procesją rezurekcyjną. Ta ostatnia dotąd odprawiana jest najczęściej w niedzielę wczesnym rankiem.
Pierwszy dzień świąt spędza się w zaciszu domowym, w gronie najbliższej rodziny. Nikogo w tym dniu nie powinno się odwiedzać. Na odwiedziny jest przeznaczony świąt dzień drugi. Początkiem obchodów pierwszego dnia Świąt Wielkanocnych jest procesja rezurekcyjna, najczęściej odprawiana wcześnie rano. Gdzieniegdzie istniał do niedawna zwyczaj ścigania się furmankami w drodze na rezurekcję. Ścigają się także piesi. Wierzono, że zwycięzca wyścigu pierwszy ukończy żniwa (Pośpiech). Nie ma na Śląsku zwyczaju dzielenia się jajkiem. Na śniadanie jedzono: wędzonkę, jaka, chleb, sól, chrzan iwino. Ciekawy zwyczaj, związany ze spożywaniem wielkanocnych jajek notowano jeszcze sto lat temu na Śląsku Cieszyńskim. Polegał on na smażeniu jajecznicy na ognisku pod lasem lub na łące, najczęściej w drugi dzień świat. Kończyło się to smażenie śpiewami i tańcami przy ognisku. Obrzęd ten łączy elementy sakralne i ludyczne. Sakralnymi są niewątpliwie poświęcone jajko i ognisko, nawiązujące do o dwa dni wcześniejszego ogniska przy kościele. Ludycznymi są zaś śpiew i taniec. Weźmy z kolei taki śmigus-dyngus, który dziś zwłaszcza w miastach przybiera charakter chuligańskiego wybryku. Jednak inna była jego rola przez stulecia. Dawni folkloryści pisali o poniedziałku wielkanocnym, ze jest to „najmokrzejszy i najradośniejszy dzień w roku”. Tak jest i dotąd w niektórych miejscowościach, przykładem mogą służyć tu wsie Krzyżanowice i Bolesław pod Raciborzem.


Zwyczaje śmigusowe z tamtych okolic mają kilkaset lat udokumentowanej historii. Już Lucjan Malinowski (ojciec Bronisława, słynnego badacza wysp Pacyfiku) badając tradycję krzyżanowicką zastał ją w opowiadaniach informatorów jako bardzo starą, około stuletnią, a prowadził swoje badania na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX stulecia. Warto zacytować opis, który Malinowskiemu przekazał jego informator: Tu W Krzyzanowicach

jest prawo pachołcze, rząd jak gmiński, jest jeden fójtem (wójtem) wolóny (wybrany),

burmister przy tym i prawny. Przy tym w dniu w drugie święto wielkanocne to

ustanowióm, a trwa to aż do świętego Ducha do drugiego święta. Przez ten czas jest

kożdy pod strofóm (kara) obowiązany pachołek i dziewka do procesyje w niedziela iść,

a przi tym nie śmi żaden pachołek ku dziewce wieczorem czasem iść, bo dyby go tak

to prawo trefiło, żeby z dziewkom stał, abo siedział, tak musi patnast (piętnaście)

czeskich (srebrnych groszy) sztrofy zapłacic; to się dawa do kościelne kasy. Na

procesyi, kieby dziewka nie szła, abo pachołek, to są sztrofowani dwiema groszami.

Dwa razy przez ten czas jest w procesyi składka podle każdego wóle, to tez idzie do

kościelny kasy, a sprawujom se za to korągle. A to trwa uż przez sto lat. A we

Tworkowie a Roszkowie, to tez jest to samo, w Bukowie, w Seryni, w Rogowach i

Rudyszwałdzie, w Benkowicach. To się raz stało, tak była prziszła w nasze okolicy

wielka niemoc, tak, ze ludzie byli bardzo wymrzyli, że uż nie pómogały żadne prośby,

choć ludzie prosili, żeby ta niemoc ustała. Tak księdzowie w te okolicy byli się

urządzili, żeby szkolne dzieci, pachołcy i dziewki z procesjom naokoło wsi szli, ażeby

Bóg był tak dobry, miłosierny, żeby ta choroba ustała, i tak te prawo i te procesyje na

pamiątka dosawad dzierżom.

Istotą tych tradycji jest istnienie w każdej z tych wsi jakoby organizacji młodzieżowej o charakterze religijnym z jednej, a ludycznym z drugiej strony. Organizacja ta ma swoja strukturę i władze, w Bolesławiu na jej czele stoi „szef młodzieży”, a w Krzyżanowicach „pachołczy fojt” (ten ostatni tytuł nie zmienia się przynajmniej od czasów Malinowskiego, gdyż w jego zapiskach również się pojawia). Członkowie tej organizacji, skupiającej młodzież męską przez cały okres świąt kościelnych cyklu wielkanocnego zapewniają odświętną oprawę uroczystości kościelnych, zwłaszcza jeśli chodzi o udział w procesjach z chorągwiami i sztandarami, to jest więc religijny aspekt ich działalności.


Aspekt ludyczny pojawia się w noc z pierwszego na drugi dzień Wielkanocy, kiedy członkowie organizacji grupami chodzą po całej wsi budząc gospodarzy, składając życzenia, oblewając wodą i otrzymując od nich datki, zwłaszcza jajka, ale również pieniądze. Z otrzymanych jajek robią sobie rano jajecznicę i spożywają wspólny posiłek. W tym nocnym obrzędzie objawiają się niewątpliwie elementy bardzo dawne, żeby wymienić tylko pewne bogate symbole: noc, woda, jajo, wspólny posiłek. Nie będę tu próbował wchodzić w charakter symboliczny tego obrzędu, który ma wiele aspektów, ja w tym miejscu chciałem podkreślić tylko dwa z nich, mianowicie aspekt ludyczny i aspekt sakralny.


Myślę, że chuligański charakter dyngusów miejskich bierze się przede wszystkim z oddzielenia elementu ludycznego od religijnego, z zapomnienia wręcz, jakie święto się obchodzi. Dochodzi tu do poważnego zakłócenia równowagi, które owocuje znacznymi wynaturzeniami. Tych wynaturzeń nie ma w obrzędach śmigusowych w podraciborskich wsiach, gdyż tam elementy ludyczne ściśle się przeplatają z sakralnymi.


To samo powiązanie dwojakich elementów, może nawet bardziej ze sobą splecionych obserwujemy na właściwie tym samym terenie, bo również na południowej Raciborszczyźnie, tyle że w innych wsiach w postaci konnych procesji wielkanocnych. Procesje takie odbywają się w poniedziałek wielkanocny między innymi w Pietrowicach Wielkich, Sudole i Bieńkowicach.


Bardzo ciekawy jest program procesji, który podaję na przykładzie Pietrowic. Jej główne elementy to: przemarsz do kościoła pątniczego, nabożeństwo tamże, objazd pól, wyścigi konne, zakończenie procesji w kościele parafialnym. Dominują oczywiście elementy religijne. Zalicza się do nich przemarsz, nabożeństwo, zakończenie, a także objazd pól, który jest forma błogosławieństwa. Nie bez znaczenia pozostają jednak w procesjach konnych także elementy ludyczne. Należy do nich w pierwszej kolejności wyścig konny, który jest żywiołową rywalizacja sportowa, angażującą cała wieś, nie tylko uczestników, ale licznych kibiców.


Nie jest to jednak jedyny element ludyczny procesji konnych. Po błogosławieństwie w kościele „kończy się część oficjalna wielkanocnych procesji konnych. Na początku XX wieku, jak oceniają badacze, zakończenie procesji miało inny charakter. Odbywało się ‘w gospodzie Neumana, w której - zgodnie ze stara umową – zwycięzca stawiał beczkę piwa. Dziś jeźdźcy odjeżdżają na koniach w różnych kierunkach, bo wielu z nich przyjeżdża z daleka, a spotkania towarzyskie odbywają się jedynie w kręgach prywatnych. Natomiast młodzi od lat bawią się na zabawie w miejscowym domu kultury”. Zresztą taneczne zabawy w drugi dzień Wielkanocy są dość powszechne i odbywają się również tam, gdzie nie ma procesji.


Nie należy moim zdaniem traktować tych zabaw, często po prostu dyskotek, jako czegoś zdrożnego. Nie są one jakąś nieuzasadnioną nowinką, ale mają mocne ukorzenienie w śląskich zwyczajach wielkanocnych. Jerzy Pośpiech pisze, ze kiedyś były one znacznie częstsze niż obecnie. Jak widzimy z przytoczonych przykładów świętowanie religijne, które omówiłem tu na przykładzie dawnych i nowych obrzędów wielkanocnych, jest przepojone elementami ludycznymi.



Byty kulturowe z zakresu religijności, zwłaszcza zaś religijności ludowej zaspokaja zazwyczaj nie tylko potrzeby ściśle religijne i duchowe, ale także na przykład psychologiczne, czy socjologiczne. Jest to bardzo wyraźnie widoczne na podstawie górnośląskiej Wielkanocy. W toku powyższego wywodu wielu obrzędom i zwyczajom przypisałem charakter magiczny. Praktycznie we wszystkich przypadkach jest to magia ochronna . Magiczne działania maja zabezpieczać działającego, jego bliskich oraz mienia od rozmaitych nieszczęść: piorunów, pożarów, chorób, szkodników, nieurodzaju, głodu, czy alkoholizmu. Właśnie słowo zabezpieczać ma tutaj kluczowe znaczenie. Te wszystkie działania bowiem zaspokajają potrzebę bezpieczeństwa, jaką w mniejszym lub większym stopniu odczuwa każdy człowiek. Sposobów zaspokojenia tej potrzeby jest wiele, ale w tradycyjnych społecznościach do najważniejszych należy magia ochronna. Inne grupy zwyczajów i obrzędów wielkanocnych służą zaspokojeniu innych potrzeb. Organizacje młodzieżowe zajmujące się klekotaniem w Wielki Piątek oraz śmigusem w drugie święto, służą zaspokajaniu potrzeby wspólnoty. Wymieniane przeze mnie liczne elementy ludyczne zaspokajają potrzebę zabawy. Często też sie zdarza, że działania magii ochronnej zatracają swoja pierwotna funkcję. Nie są już wtedy działaniami magicznymi, ale swego rodzaju rytuałem tożsamości. Po prostu ktoś kultywuje stare śląskie zwyczaje tylko po to, aby podkreślić, że jest Ślązakiem. W takim przypadku byty te zaspokajają potrzebę samoidentyfikacji. Trzeba jednak dbać o to, aby te pozareligijne motywacje świętowania nie były jedynymi, które nam przyświecają. Także bowiem w dawniejszych czasach zaspokajanie tych wszystkich potrzeb, które wymieniłem pozostawało w cieniu przeżycia religijnego.




LITERATURA:
1. J.Pośpiech, Zwyczaje i obrzędy doroczne na Śląsku ; Opole 1987

  1. Kornelia Lach; Wierzenia, zwyczaje i obrzędy. Folklor pogranicza polsko-czeskiego; Wrocław 2000;

  2. Lucjan Malinowski, Zarysy życia ludowego na Szląsku. W Jerzy Pośpiech, Stanisława Sochacka, Lucjan Malinowski a Śląsk, Opole 1976

  3. Artur Rumpel; Świętować po katolicku

     

 

 

 

Już po raz piąty zabieram się do pisania o śląskiej Wielkanocy. Poprzednie prace, w większości niepublikowane powstawały w latach 2001-2005. Niniejsza jest ich kompilacja ukazującą najistotniejsze zwyczaje i obrzędy wielkanocne. Skupię się na elementach religijności ludowej zróżnicowanej etnicznie katolickiej ludności południowej części Górnego Śląska, czasami dodając jakieś dopowiedzenie z innych rejonów górnośląskiej ziemi.

Obrzędy wielkanocne zwyczajowo zaczynają się poświęceniem palm w Niedzielę Palmową. Palmą powszechnie nazywa się obrzędowy bukiet z gałązek drzew i krzewów, suszonych traw i kwiatów, a także innych elementów na przykład wstążek i kolorowego papieru w charakterze dodatków. Niektórzy etnologowie wiążą palmy wielkanocne z prastarym pogańskim kultem "rózgi życia", zielonej i młodej gałązki, symbolizującej odżywanie przyrody (Pośpiech). W tradycji kościelnej są one pamiątką triumfalnego wjazdu Chrystusa do Jerozolimy i gałązek palmowych, które kładli przed Nim jej mieszkańcy. Na Górnym Śląsku palmy najczęściej wykonywano z gałązek następujących drzew i krzewów: wiyrba, potym kokocz, jo nie wiym, wiym, że to u Pieczki dycki rosło tyn kokocz, ale co to było za roślina to nie wiym, dycki to tak nazywali, lyska, oliwne drzewko na tyn wyrch się potym dowało, kocianki (Gorzyce). Wiyrba, kocianki i kokocz to ludowe określenia trzech gatunków wierzby: w. białej (salix alba), w. iwy (s. caprea) i w. kokocyny. Stosowano też gałązki innych drzew i krzewów liściastych, w tym przede wszystkim brzozy. W tradycyjnych palmach nigdy nie używano gałązek drzew iglastych. Drzewa takie nie budziły się bowiem z zimowego snu nie miały więc mocy pobudzania sił wegetacyjnych. Moc tę jeszcze zwiększano poprzez odpowiednie przygotowania. Gałązek na palmę nie zbierano bezpośrednio przed niedzielą palmową, ale około dwóch tygodni wcześniej. Scięte gałązki wkładano do wody i pozwalano im wypuścić małe listki. Dotyczyło to przede wszystkim gałązek brzozy. Brzoza ma duże znaczenie w magii ludowej na omawianym terenie. Stosuje się ją również w obrzędach związanych ze świętem Bożego Ciała.
Wróćmy jednak do palm. Wykonywało się owe palmy w następujący sposób:
on jedna ta wiyrba dycki przecion na poły i tak to fajnie potym obwionzoł, tym jednym połym we trzech miejscach
(Gorzyce). Tradycyjnie do wiązania palmy nie używano sznurka ani drutu. Oprócz omawianego wiązadła stosowano również czerwone kokardki, albo rzemień od bata, "aby konie były tłuste" (Strzeleckie) Palma tradycyjna składała się z trzech do sześciu gałązek, długości około 25 - 40 cm. Nie było i zasadniczo nie ma na Śląsku zwyczaju tworzenia palm znaczniejszych rozmiarów.
Do śląskiej palmy zasadniczo nie dodawano żadnych składników, poza gałązkami jak kwiaty, trawy, czy papiery. W ostatnich dziesięcioleciach palmy tradycyjne są niestety coraz częściej wypierane przez palmy kupowane w sklepach , a przynależące do tradycji innych regionów kraju. Zmiany te występują jednak jedynie u rodzin nie uprawiających ziemi, ani nie chowających zwierząt gospodarskich. Rodziny rolnicze i półrolnicze (półrolniczymi nazywam te, które mają pozarolnicze źródła utrzymania, pomimo to jednak dodatkowo uprawiają ziemię, lub chowają zwierzęta) nadal wykorzystują palmy tradycyjne, gdyż tylko takie nadają się do zastosowania w praktykach magicznych, które omówię poniżej. Palmy do kościoła nosiły i noszą do nadal głownie dzieci. Źle jest widziane obecnie noszenie palm przez dorosłych. Po poświęceniu palmę przynosi się do domu i odcina się część górną od dolnej we trzech miejscach związanej. Tę część dolną zabierają również dzieci do kościoła na obchody wielkosobotnie. Niekiedy tę czynność wykonują dorośli, zwłaszcza w przypadku, gdy obchody te sprawowane są zgodnie z rubrykami liturgicznymi, czyli w godzinach nocnych (Liturgia Wielkiej Nocy bezwzględnie powinna zacząć się po zmierzchu, a zakończyć przed świtem, przepisy te jednak zaczęły obowiązywać dopiero od czasu reformy liturgicznej).
W czasie tych obchodów opala się palmę w żarze poświęconego ogniska. To opalanie można rozumieć jako rytualne oczyszczenie przez ogień, i to nie byle jaki ogień, bo przecież poświęcony. Trzeba przy tym baczyć, aby gałązki nie uległy spaleniu, ani nadmiernemu osłabieniu, gdyż utraciłyby wtedy możność dalszego zastosowania. Tak spreparowane palmy powtórnie przynosi się do domu i zachowuje aż do dni krzyżowych, czyli poniedziałku, wtorku i środy poprzedzających uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego.
W Dni krzyżowe Palmy te rozplątuje się i wykonuje się z nich małe krzyżyki. W innych częściach Śląska robi się to kiedy indziej, na przykład w Poniedziałek Wielkanocny, albo nawet już w samą Niedziele Palmową, w takim przypadku jest pominięty etap opalania. W owe dni część tych krzyżyków wtyka się w ziemię na polu, aby zapewnić dobre urodzaje. Inną część z nich zatyka się za Święte obrazy w domu, by zapewnić domownikom wszelką pomyślność. Jeszcze inne zatyka się za belki dachu domu i innych budynków by ochronić te budynki przed pożarami. Wreszcie ostatnią część zatyka się za ramy okien, by dom chronić od piorunów. Resztki po tej operacji rozdzielania palm trzeba koniecznie spalić w piecu, nie wolno ich wyrzucać. Istnieje bowiem silne przekonanie, że wyrzucanie jakichkolwiek przedmiotów poświęconych sprowadza nieszczęście.
Inne zastosowania mają wierzchy palm oddzielone od dołów przed Wielką Sobotą. Te części przechowuje się w domu z wielką starannością, aż zajdzie potrzeba ich użycia. Zastosowania ich są zaś dwojakie. Po pierwsze "kotki" z palm stosuje się jako lekarstwo na bóle gardła. Wielu badaczy twierdzi, że zwyczaj ten nie jest już praktykowany, a zachował się jedynie w pamięci i w przekazie ustnym. W rzeczy samej praktykuje się go dzisiaj bardzo rzadko, ale jednak można się z tym jeszcze gdzieniegdzie spotkać (Gorzyce). Na choroby przeziębieniowe stosuje się niekiedy wywar z palm. Ten sposób nie jest pozbawiony racjonalności. Palma jest jak już wspomniałem wykonana przede wszystkim z gałązek różnych gatunków wierzby. Wierzba zaś, a zwłaszcza jej kora zawiera w składzie salicylany, podobne w charakterze chemicznym i działaniu farmakologicznym do aspiryny. Sproszkowana kora wierzby jest zresztą stosowana nie tylko w medycynie ludowej, ale także akademickiej.
Druga grupa zastosowań jest związana z hodowlą bydła:
No to zaś potym jak krowa się ocieliła, rozumiysz, toch trocha tego wyrchu nabrała do gorka i szłach se jom okadzić. Toch do gorka wciepła i konsek wonglika do tego, tak że mi się to chyciło i to tym dymym żech se okadziła. Jak żech miała krowa ocielono, to potym zaroz na drugi dziyń toch se wziyna tej palmy do gorka takigo starego, ciepłach tam wongli, coby mi się to chyciło. To było taki zapobieżyni, że się niby tej krowie nic nie stanie, tak starzy ludzie godali. To tak prawiom, że ją nie podleci. Moja mama też tak robiła, ale jo tego już nie prowadziła. Chodziła potym z tym kadzidłym po całym chlywie. Jak jo uż prawie nie robiła, to Erichowe synki zawsze miały, tóż prawim to dejcie synki jedna ta palma. Dali mi jom, bo mi się najbardziyj o tyn wyrch rozchodziło, żebych miała na to okadzyni. Dyć ostatnio jeszcze Nowak prziszoł do mie, prawi ni mosz czasym z palmy. Jo prawia Josefie, jeszcze tam kanś jest we worku na wyrchu, wiysz. Bo prawi se nie wiymy rady momy tako krowa jakoś choro, nie umimy se dać rady z niom. Może by my spróbowali jeszcze jom okadzić. Nie było to downo, nie wiym możno ze trzi roki, bo ze dwa roki krowy ni mo. I dałach mu to.
(Gorzyce)
Na podstawie tych informacji można zaobserwować pewne zróżnicowanie w tych praktykach. I tak niekiedy okadza się cały chlew, niekiedy zaś tylko samą krowę z cielęciem. Niekiedy zabieg ten traktuje się jako profilaktyczny, kiedy indziej jako leczniczy. Palmy niesione w procesji przez duchowieństwo i osoby zakonne są spalane całkowicie, a popiół z nich stosuje się w następnym roku w obrzędach środy popielcowej. Nie ma natomiast na Górnym Śląsku powszechnego w innych stronach obyczaju chłostania się palmami.
Tyle można powiedzieć o palmach. Widać z powyższego, że palma wielkanocna ma niemałe znaczenie magiczne. Palma, jako symbol sił wegetacyjnych, wzmocniona jeszcze przez poświęcenie ma moc pobudzania tychże sił w ludziach i zwierzętach. Zieloność palmy udziela witalności krowom i ludziom.

Przejdźmy do następnych zwyczajów. Niedziela Palmowa otwiera Wielki Tydzień zwany też niekiedy w liturgii kościelnej tygodniem Męki Pańskiej. Ta druga nazwa pojawiła się po reformie liturgicznej i zastąpiła wcześniejszy dwutygodniowy Okres Męki Pańskiej (Tempus Passionis), wciąż jeszcze funkcjonujący w świadomości ludowej. Dawniej z Wielkim Tygodniem związane były liczne przesądy. Utrzymały się już tylko dwa z nich i nie dotykają już całego tygodnia, a tylko drugiej jego części, najczęściej od Wielkiej Środy począwszy. Obydwa omówię przy wielkim piątku, tu tylko wspomnę, że jeden zakazuje prac na roli i w ziemi w ogólności, a drugi śpiewu, a zwłaszcza gry na wszystkich instrumentach, oraz używania sprzętu audiowizualnego.
Pierwszym po Palmowej Niedzieli dniem z którym związane są szczególne obchody jest Wielka Środa. Są z nią związane dwa obrzędy: palenie żuru i wypędzanie Judasza. Paleniem żuru nazywane jest spalanie starych mioteł, często nasączonych smołą lub innym paliwem. Odbywa się to najczęściej na wzgórzach za wsią (Pośpiech). Śpiewa się przy tym obrzędowe pieśni. Palenie Judasza, bądź jego wypędzanie jest obyczajem praktycznie już zanikłym w czasach obecnych. Różnie się to odbywało. Czasami wypędzano z kościoła przebraną na czerwono postać, czasami palono kukłę symbolizującą niewiernego apostoła (Pośpiech) lub zrzucaną takowa z kościelnej wieży.
Z Wielkim Czwartkiem związana jest tradycja zawiązanych dzwonów. Mówi się, ze od Gloria we mszy Wielkiego Czwartku do Gloria Wielkiejnocy dzwony kościelne są zawiązane. Gdzieniegdzie mówi się też, że są na ten czas wywiezione do Rzymu (Pośpiech) W tym czasie w liturgii kościelnej w miejsce dzwonków używa się kołatek. Nie wolno też wtedy używać żadnych instrumentów muzycznych ani w liturgii ani w życiu świeckim. W wielu domach w tym czasie, a gdzieniegdzie już od wielkiej środy ni słucha się radia, nie ogląda się telewizji i nie śpiewa się. Jest z tym też integralnie powiązane chodzenie z kołatkami. Kołatki są to drewniane idiofony używane w liturgii katolickiej od Wielkiego Piątku do Wielkiej Soboty zamiast dzwonków i gongów. Na śląskich wsiach rozpowszechnione było, a gdzieniegdzie nadal jest chodzenie w Wielki Piątek z tymi kołatkami młodych chłopców, a najczęściej ministrantów dookoła kościoła jak również po wsi. Od zawiązania dzwonów w czasie ceremonii Wielkiego Czwartku, aż do procesji rezurekcyjnej nie wolno było wykonywać żadnych robót ziemnych. Nie wolno było grzebać w ziemi ani rękami, ani żadnym narzędziem. Nie było również wolno niczego z ziemi wyciągać, ani wyrywać. Ziemia była przez ten czas objęta tabu, ze względu na dwukrotne przebywanie w niej Pana Jezusa, najpierw w ciemnicy, potem zaś w grobie. Z zakazu prac ziemnych w tym okresie mogli być zwolnieni tylko grabarze i tylko w najpilniejszych przypadkach. Przez wszystkich innych natomiast zakaz ten musiał być ściśle przestrzegany. Taka sytuacja trwa do tej pory i mało kto się z tego wyłamuje. W niektórych okolicach jednak jest on obecnie ograniczony czasowo do samego tylko Wielkiego Piątku. Pośpiech podaje, że w Wielką Sobotę prace rolne obecnie się wykonuje.
Szczególna obrzędowość była związana z dniem Wielkiego Piątku. Obchody tego dnia rozpoczynają się zaraz po północy. Miejscem tych nocnych obrzędów są rzeki i potoki, a w innych stronach źródła i studnie. W miejscach tych dokonuje się rytualnych obmywań:
Jak północ minyła to my uż tam szli. Ze wsi z Gorzyczek jedyn drugigo my wołali. Na woda to my szli. Tam my się pomodlili, umyli my się, o drugiyj, pół trzeciyj, to my wracali nazod. Potym to zaś my tak troszyczka nieskorzyj chodzili, tak kole czwartej. Jedni odchodzili, drudzy przichodzili. Każdy przed sia się modlił, swoji intyncje (Gorzyce) Modlili my się nie ino pod tom kapliczkom, ale ta, kaj teraz je tyn ołtorz, tam stoł krziż i pod tym krziżym my się też potym modlili. Tyn krziż był bez front złomany
(Gorzyce).
W tych potokach i źródłach obmywało się ręce, twarz i kolana. Miało to chronić przed licznymi chorobami, zwłaszcza reumatycznymi. Obrzęd obmywania sprawowano na pamiątkę wtrącenia Jezusa do potoku Cedron. Wodę tę (jeżeli pochodziła ze źródeł lub studni) nabierano również w naczynia i przynoszono do domu. Kropiono nią wszystkie pomieszczenia domu oraz chlewa i obory, dawno ją także do picia ludziom i zwierzętom. Miała ona moc chronienia przed wszystkimi chorobami. Część wody zachowywano na późniejsze potrzeby. W czasie burz kropiono nią okna. Dawano ją także do picia chorym. Kiedyś wierzono, że woda o północy zamienia się w wino lub krew (Pośpiech). Często z tym obmywaniem wiązały się liczne przesądy. Nie wolno było w drodze nic mówić, a po obmyciu nie było wolno się wycierać (tamże). Tenże sam Pośpiech notuje występujący gdzieniegdzie zwyczaj wypijania kieliszka wódki po powrocie z nocnych obrzędów. Czyniono to na pamiątkę napojenia Jezusa winem z goryczą. Wypicie kieliszka wódki w Wielki Piątek miało chronić przed chorobami i paradoksalnie również przed alkoholizmem. Najskuteczniejsza do tego celu miała być nalewka z tataraku, tak zwana tatarczówka. Na pamiątkę pięciu ran Jezusa, należało w Wielki Piątek zjeść piec kawałków chrzanu (tamże), co chronić miało przed chorobami przewodu pokarmowego. Chodzenie po żelazie i po nawozie miało chronić przed chorobami nóg. Maść wyrabiana w Wielki Piątek z pączków topoli miała leczyć choroby skóry i działać na porost włosów. Jest tych przesądów znacznie więcej, gdyby je wszystkie wymienić zdominowały by całą pracę. Warto natomiast zauważyć, ze powszechne jest przekonanie, że dzień uświęcony męką Chrystusa jest przepełniony magiczną mocą zdolną uwalniać ze wszystkich praktycznie dolegliwości, o ile zna się właściwą magiczną procedurę. Tego samego dnia miedzy południem a trzecią popołudniu na pamiątkę męki Chrystusowej stawia się zapaloną świecę przed krzyżem wiszącym na ścianie.

Część druga

poniedziałek, 02 kwietnia 2007

Zbliża się Wielkanoc. W Kościele Katolickim obrządku łacińskiego najważniejszą Mszą Świętą nie tylko tego święta, ale całego roku kościelnego jest Msza Wigilii Paschalnej. Według obecnych przepisów liturgicznych liturgie tę należy sprawować w nocy z soboty na niedzielę. Niestety, z nieznanych mi powodów, być może z lenistwa, niektórzy księża odprawiają tę mszę po południu, gdy słońce jest jeszcze na niebie. Znam nawet takie świątynie, gdzie liturgie te zaczyna sie o 17.00 a kończy o 18.30. Ta karygodna praktyka, całkowicie zniekształcająca sens świat wielkanocnych dotąd pokutuje w wielu parafiach. Przecież Jezus Chrystus zmartwychwstał w nocy, a nie w sobotę po południu. Poniżej podaję listę parafii archidiecezji katowickiej, które na swych stronach internetowych informują o terminie liturgii. Mam nadzieje, ze ta lista pomoże czytelnikom znaleźć godnie sprawowana liturgię i szerokim łukiem omijać parafie leniwych proboszczów.


18.00:

Św. Mikołaja w Borowej Wsi

Matki Bożej Różańcowej w Rudzie Śląskiej Halembie

Matki Bozej Szkaplerznej w Imielinie

Matki Bożej Różańcowej w Jastrzębiu- Moszczenicy

MB Wszechpośredniczki Łask i Św. Antoniego z Padwy w Jedłowniku

Matki Bożej Szkaplerznej i Św. Piusa X w Jejkowicach

Świętej Rodziny w Katowicach

Św. Floriana w Rybniku-Orzepowicach

Św. Św. Piotra i Pawła w Paniowach

Matki Bożej Różańcowej w Rudzie Śląskiej

Św. Jerzego w Rydułtowach

Św. Antoniego w Siemianowicach Śląskich

Św. Anny w Świerklanach

MB Fatimskiej w Turzy Śląskiej

Świętej Rodziny w Tychach

Św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Żorach



18.30:

Św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Bytomiu

Podwyższenia Krzyża Świętego w Kłodnicy

Św. Pawła w Rudzie Śląskiej


19.00:

Św. Marii Magdaleny w Bielszowicach

Św. Bartłomieja Apostoła w Bieruniu Starym

Św. Wawrzyńca w Chorzowie

Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Chorzowie

Św. Antoniego W Chorzowie

Św. Barbary W Chorzowie

Św. Józefa w Czerwionce

Krzyża Świętego w Tychach-Czułowie

Podwyższenia Krzyża Świętego w Gostyniu

Bożego Ciała w Jankowicach

Najświętszego Serca Pana Jezusa w Jastrzębiu Zdroju

Św. Katarzyny w Jastrzębiu Górnym

Podwyższenia Krzyża Świętego i Św. Herberta w Katowicach

Św. Jadwigi Śląskiej w Katowicach – Szopienicach

Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Kobiórze

Niepokalanego Serca NMP w Książenicach

Św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Marklowicach

MB Uzdrowienia Chorych w Rydułtowach- Orłowcu

Św. Wawrzyńca w Orzeszu

Św. Jana Chrzciciela w Pawłowicach Śl.

Świętej Rodziny w Piekarach

MB Częstochowskiej w Katowicach Podlesiu

Wszystkich Świętych w Pszczynie

Św. Józefa Robotnika w Rybniku

Ducha Świętego w Siemianowicach Śląskich

Ducha Świętego w Tychach

Św. Marii Magdaleny w Tychach

Św. Jadwigi w Tychach

Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Wodzisławiu Śląskim

Ducha Świętego w Wodzisławiu Śląskim

Apostołów Filipa i Jakuba w Żorach

Miłosierdzia Bożego w Żorach


19.30:

Św. Mikołaja w Bujakowie

Jezusa Chrystusa Dobrego Pasterza w Chorzowie Batorym

Św. Józefa w Chorzowie

Św. Szczepana w Katowicach-Bogucicach

Ścięcia Św. Jana Chrzciciela w Tychach



20.00:

Św. Jana Sarkandra W Bańgowie

Najświętszego Serca Pana Jezusa w Bieruniu Nowym

Matki Boskiej Bolesnej w Mysłowicach-Brzęczkowicach

Św. Franciszka w Chorzowie

Św. Jadwigi w Chorzowie

Ścięcia Św. Jana Chrzciciela w Rudzie Śląskiej- Goduli

Św. Brata Alberta w Jastrzębiu Zdroju

Św. Barbary i Św. Józefa w Jastrzębiu Zdroju

Katedra Chrystusa Króla w Katowicach

Matki Boskiej Piekarskiej w Katowicach

Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Katowicach

Św. Św. Piotra i Pawła w Katowicach

NMP Wspomożenia Wiernych w Katowicach-Wełnowcu

Trójcy Przenajświętszej w Kochłowicach

Św. Klemensa w Lędzinach

Niepokalanego Poczęcia NMP w Mysłowicach Janowie,

Bożego Ciała w Rybniku- Niewiadomiu

Sanktuarium MB Piekarskiej

Miłosierdzia Bożego w Tychach

Św. Krzysztofa w Tychach

Św. Św. Wawrzyńca i Antoniego w Rudzie Śląskiej Wirku

Najświętszego Serca Pana Jezusa w Wyrach

Podwyższenia Krzyża Świętego w Wodzisławiu Śląskim- Zawadzie


21.00:

Św. Teresy w Rybniku-Chwałowicach

Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Czuchowie

NMP Matki Kościoła w Jastrzębiu Zdroju

Św. Św. Cyryla i Metodego w Knurowie

MB Królowej Różańca Świętego w Łaziskach Górnych

MB Pośredniczki Wszelkich Łask w Szczejkowicach

Warto przy okazji podkreślić, że są duszpasterze, którzy traktują Wigilię Paschalną tak jak na to zasługuje. Z powyższej listy wynika, ze jest kilka parafii w diecezji, które zaczynają ją o 21, a wiele kolejnych o 20. Z innych diecezji zasługują na wspomnienie dwie świątynie. W kościele pocysterskim w Rudach, w diecezji gliwickiej Wigilia jest sprawowana co drugi rok o 23.00, czyli tak, jak chciał Pius XII, gdy reformował obrzędy Wielkiego Tygodnia. W bazylice Świętej Trójcy, u O.O. Dominikanów w Krakowie natomiast liturgia zaczyna sie co prawda o 21.00 za to jest odprawiana bardzo uroczyście i bez żadnych skrótów.

 

sobota, 24 marca 2007
 

Od kilku tygodni dochodzą do nas wieści, które wywołują spore wzburzenie w środowisku ludzi kultury. Władze Polskiego Radia pod przewodnictwem Krzysztofa Czabańskiego wprowadzają znaczące zmiany w funkcjonowaniu rozgłośni. O ile wcześniejsze zmiany, między innymi dotyczące radiowej Trójki, a przywracające jej w dużej mierze dawny kształt sprzed destrukcyjnej rewolucji kierowanej przez Eugeniusza Smolara były powszechnie oceniane pozytywnie, o tyle te ostatnio zapowiedziane zjeżyły wielu ludziom włosy na głowach. Oprócz zwolnień grupowych, obejmujących głównie pracowników zatrudnionych przed 1989 rokiem, reformy mają polegać również na ograniczeniu liczby częstotliwości Dwójki i Biski na rzecz Jedynki. De facto oznacza to znaczne ograniczenie dostępności tych dwóch programów. O ile w przypadku Biski to żadna strata, bo już Smolar de facto uśmiercił tę stację i zrobił z niej hiphoptubę dla nastolatków, to ograniczenie zasięgu Dwójki będzie dla wielu osób z prowincji utratą jedynego kontaktu z kulturą wysoką.


Oczywiście Dwójka od dawna nie jest już ani jedynym, ani nawet najlepszym kanałem medialnego kontaktu ze wspomnianymi formami kultury. Każdy, kto dysponuje stałym łączem internetowym lub anteną satelitarną ma do dyspozycji znacznie szerszy niż słuchacze Dwójki wybór muzyki, spektakli teatralnych, etc. Problem polega na tym, że w chwili obecnej wiele jest jeszcze miejsc w Polsce, gdzie nie ma możliwości założenia stałego łącza, a na zestaw satelitarny niestety nie każdego stać. To się oczywiście będzie zmieniać na lepsze, w miarę postępu techniki. Za dziesięć lat tego problemu bez wątpienia już nie będzie. Wtedy będzie można pomyśleć o poważnej reorganizacji Dwójki, w tym nawet o przekształceniu jej w instytucję o charakterze archiwum radiowego. Obecnie jednak jest na to za wcześnie.


Jako liberał w ogóle nie jestem zbyt zachwycony istnieniem takich instytucji jak publiczne radio i telewizja utrzymywane w oparciu o podatek, dla niepoznaki zwany abonamentem. Skoro juz jednak jest to „Polskie Radio” to niech się przynajmniej odróżnia od stacji komercyjnych. Od zapewniania nam rozrywki są te ostatnie i zawsze będą to robiły dużo lepiej niż instytucja de facto państwowa. Natomiast radio publiczne może robić to, co dla stacji komercyjnych będzie co najwyżej marginesem działalności. Może pełnić funkcję edukacyjną i kulturotwórczą. Jeśli ją pełnić przestanie to w tym samym momencie powinno być zlikwidowane.

środa, 14 marca 2007

Religia bożka bezpieczeństwa, o której pisałem pod koniec stycznia (a wcześniej pisali inni) czyni coraz to większe postępy tak w kraju, jak i poza jego granicami. W ostatnich dniach prasa przyniosła informacja o dwóch kolejnych wielkich zwycięstwach tego sekciarskiego kultu. Najpierw dotarły do nas niepokojące sygnały ze Szwecji. Tamtejszy rząd pragnie odesłać do lamusa tajemnicę korespondencji, oczywiście pod pozorem walki z terroryzmem. Nie wiem, co prawda z jakiego powodu terroryści mieliby zaatakować ten neutralny kraj. Władze Szwecji pewnikiem tez nie wiedzą, bo i po co im ta wiedza? Wszyscy, którzy jeszcze nie wyłączyli swoich mózgów zdają sobie przecież sprawę z tego, że terroryści są jedynie pretekstem, a nie powodem tej decyzji. Zostali wybrani zapewne dlatego, że po 11 września 2001 mnóstwo ludzi się ich boi. Gdyby nie ta atmosfera strachu przed terroryzmem, wybrano by inny pretekst: neofaszystów, mafię sycylijską, czy chociażby „ciemnych Polaków”. Istotą szwedzkiego pomysłu jest totalna kontrola poczty elektronicznej i rozmów telefonicznych. Przed terroryzmem wątpliwa to ochrona, a wolności osobistej ograniczenie znaczne. Drugi niepokojący sygnał pochodzi z naszej Ojczyzny. Posłowie koalicji rządowej, a zwłaszcza PiSu wykombinowali rzecz, z pozoru bardziej od szwedzkiej niewinną, w istocie jednak dużo od niej groźniejszą. Projekt zakłada praktycznie nieograniczony dostęp policji do treści naszych esemesów i adresów odwiedzonych przez nas stron internetowych. Pal sześć esemesy, tą droga rzadko przekazuje się ważne informacje, ale ten, kto pozna listę naszych adresów, praktycznie będzie o nas wiedział wszystko. Dobrze o tym piszą internauci na Forum portalu Gazeta.pl. Szczególnie ciekawe są wypowiedzi ddddww:


chcesz, żeby każdy policjant mógł wiedzieć, że masz problemy z erekcją (albo

miałeś je 5 lat temu), bo często wpisujesz/wpisywałeś w wyszukiwarce słowo

"viagra" ? chcesz, żeby każdy policjant mógł wiedzieć, jak często wchodzisz na strony

erotyczne i jakie są Twoje upodobania seksualne ?

chcesz, żeby wiedział, jaką bieliznę Twoja dziewczyna (żona) kupiła w internecie ?

chcesz, żeby wiedział, co anonimowo pisała o Waszym życiu i pożyciu na różnych

forach internetowych i co Ty pisałeś ?

chcesz, żeby wiedział, ze nie dość często zaglądasz na stronę "naszego

dziennika", a zbyt często na strony "wyborczej", albo, nie daj boże, zdarzyło Ci

się zajrzeć na stronę "nie" ?

tego wszystkiego i wielu, wielu innych rzeczy można się dowiedzieć mając jedynie

adresy stron, które Ty lub Twoja żona lub dziewczyna odwiedziliście w internecie

i ned_papa:


Ale w tym rzecz, że do tego właśnie kaczystowska władza chce ich zmusić. I chce

ich zmusić do udostępniania każdemu gliniarzowi, który prowadzi śledztwo w

jakiejkolwiek sprawie. Czyli - ktoś doniesie na Ciebie, że na przykład masz w

domu maszynerię i handlujesz bimbrem. Dzielnicowy wszczyna śledztwo w tej

sprawie, i przegląda, jakie SMSy wysyłałeś, do kogo dzwoniłeś i komu puszczałeś

sygnały, oraz jakie strony przeglądałeś w necie. I zupełnie przypadkiem, takie

dane mogą trafić na przykład do faceta, który chce ci zaszkodzić, w takim czy

innym celu. O wiele łatwiej przekupić dzielnicowego, co zarabia koło 1000 zł

niż prokuratora, który do tej pory ma wyłączny dostęp do bilingów? Dalej

uśmiecha ci się taka perspektywa? A wystarczy, że jakiś dialer przekieruje cię

na stronę z porno dziecięcym. Stronę natychmiast zamkniesz, ale połączenie

będzie zapisane - i już gotowy kolejny sukces policji, która zatrzyma groźnego

pedofila!


To są realne zagrożenia. Pod rządami tej ustawy władza będzie gromadziła haki ta wszystkich i tylko od kaprysu rządzących będzie zależało użycie tych haków. To, ze nikt nie będzie wolny, to oczywiste. Nikt jednak nie będzie też bezpieczny, bo każdy będzie mógł trafić do więzienia z powodów przez siebie nie zawinionych, na przykład strony pedofilskiej uruchomionej przez dialer, jak w przykładzie podanym przez ned_papa. Chroń nas Panie Boże od takich sposobów na obronę przed terrorystami i innymi przestępcami!

sobota, 10 marca 2007

Z początkiem bieżącego miesiąca pojawiła się informacja, że Ministerstwo Nauki planuje likwidację prac magisterskich na rzecz egzaminu magisterskiego. Spotkało sie to z głosami niezadowolenia ze strony środowisk naukowych. Po kilku dniach z instytucji tej wyszło uściślenie, iż projekt bynajmniej nie dotyczy wszystkich kierunków studiów. W takiej sytuacji pomysłowi należy przyklasnąć, o ile tylko tych cięć nie będzie zbyt wiele. Na niektórych kierunkach studiów prace magisterskie już od lat maja charakter parodystyczny. Nie za bardzo mi sie chce w to wierzyć, ale od wielu studentów kierunków prawniczych na różnych uniwersytetach słyszałem, ze parce magisterskie na ich wydziałach nie tylko liczą przeciętnie 20-30 stron, ale też są zupełnie pozbawione jakiegokolwiek nowatorstwa, podejmują bowiem tematy w stylu „Rola świadka w procesie karnym”. Oczywistym jest, że jeśli praca magisterska tak ma wyglądać, to lepiej, żeby jej w ogóle nie było. Co prawda z drugiej strony bardzo rzadko sie zdarza, aby praca magisterska była zapisem naprawdę wartościowego projektu badawczego, jednak przynajmniej minimalną wartość naukowa mieć powinna. Jest rzeczą pożyteczną i pożądana, aby młody człowiek, kończący studia choć raz w życiu stworzył dzieło natury intelektualnej o określonych objętości i znaczeniu. Osoby legitymujące sie wykształceniem wyższym przynależą do warstwy inteligencji, co powinno się przekładać na umiejętność przelewania swoich myśli na papier. Praca magisterska jest konkretnym dobrem intelektualnym stworzonym przez młodego inteligenta. W większości przypadków jest ona ostatnią rzeczą napisana przez tegoż. Dlatego nie należy zbyt pochopnie odbierać studentom możliwości wykazania sie i stworzenia choćby małej cegiełki w gmachu intelektualnego dorobku ludzkości. Zlikwidować należy prace magisterską tylko tam, gdzie maja one fikcyjny charakter, a kierunek studiów nie wymaga wyrobienia u absolwentów umiejętności tworzenia dłuższych form pisanych. Są jednak i takie kierunki, gdzie należy propagować pisanie znacznie większej ilości drobnych prac, obok jednej magisterskiej. Mam tu na myśli przede wszystkim dyscypliny humanistyczne, gdzie moim zdaniem dobra praktyką jest, aby każdemu egzaminowi przedmiotowemu towarzyszyło pisanie opartej na źródłach pracy semestralnej. Taką metodę sprawdzania zdobytej wiedzy stosowali moi profesorowie w Cieszynie i bardzo to sobie chwalę. Cieszy mnie tez fakt, że podobnie myśli wielu profesorów wykładających na humanistycznych kierunkach, np. Prof. Leon Koj. Aby można było nazwać sie solidnie wykształconym w którymś z kierunków humanistycznych trzeba pisać, pisać, pisać..... Oczywiście, poprzedziwszy pisanie odpowiednio większą dawka czytania, ale to juz temat na inny artykuł.

12:39, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 marca 2007

Ponad miesiąc temu pisałem o idiotycznym pomyśle Automobilklubu Chełmskiego kierowanego przez niejakiego Grzegorza Gorczycę, aby każdy pieszy poza miastem w nocy zmuszony był nosić kamizelkę hańby. Ja wiem, że zapaleni automobiliści nienawidzą piechurów, ale takie znakowanie pachnie zamiarami fizycznej eliminacji niepokornych. Parę dni temu świat obiegła wieść o kolejnym pomyśle zmotoryzowanych nawiedzeńców z Chełma. Chodzi o zakaz topienia marzanny, bo rzekomo zwyczaj ten prowadzi do mordowania nauczycieli. Motowariaci (bo inaczej autorów takich pomysłów nazwać nie sposób) przyznali się, ze ich pomysł był tylko żartem, dla zwrócenia na siebie uwagi. No cóż, skoro nie maja lepszych pomysłów na to ostatnie świadczy to o bardzo niskim poziomie inteligencji tych panów. Oto bowiem, oprócz niewątpliwego rozgłosu zapewnili sobie, a w szczególności zapewnił sobie prezes, całkowitą utratę wiarygodności. Oznajmił on oto całemu światu, że odtąd żadnego jego pomysłu, żadnej inicjatywy, zapowiedzi, czy obietnicy nie należy traktować poważnie. Dlatego, z pełna satysfakcją dopisuję Grzegorza Gorczycę do Galerii Ucinaczy Nosów, jako drugiego po Marianie Piłce. W galerii będę umieszczał autorów szczególnie absurdalnych pomysłów, których sami na sobie nie realizują. Chcę tu nawiązać do stronnictwa występującego w jednej z bajek Leszka Kołakowskiego. Jego członkowie ucinali nosy wszystkim, których udało sie im złapać. Miał to być środek zapewniający długowieczność. Dziwnym trafem jednak swoich nosów zapomnieli sobie poucinać. Pan Gorczyca, któremu polecam lekturę biblijnej Księgi Przysłów, a szczególnie wersetu 26,18-19: Jak ten, co rzuca bezmyślnie strzały, oszczepy i śmierć - tak człowiek, co zwodzi bliźniego i mówi: «To tylko dla żartu», zajmie w tejże galerii poczesne miejsce. Jest on wzorcowym ucinaczem, bo nie zauważyłem, żeby chociaż na jednym zdjęciu w bogatej galerii na stronie Automobilklubu nosił na sobie kamizelkę odblaskową, którą innym narzuca.

19:31, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 lutego 2007
 

W poprzednim artykule pisałem o bulwersującej sprawie wyrugowania liturgii unickiej z zabytkowej cerkiewki w Pawłowie Starym. Wcześniej pisało o tym Słowo Podlasia i Portal Kościół.pl. Wczorajszej niedzieli doczekaliśmy się reakcji janowskiego proboszcza, który raczył sie, na stronie internetowej swojej parafii wypowiedzieć tymi słowy:

Od pewnego czasu nasza parafia stała się słynna z powodu publikacji o byłym organiście w niektórych gazetach , wrogich Kościołowi. W ostatnim czasie pożywką dla tego poziomu prasy staje się kapliczka w Starym Pawłowie. Mieszkańcy Pawłowa zaniepokojeni głoszonymi w kapliczce ideami o nowej parafii w Pawłowie oprotestowali decyzję proboszcza dotyczącą możliwości odprawiania w niej nabożeństw przez ks. Piętkę. Swoją prośbę następnie wyrazili na piśmie popierając ją podpisami.

Ks. proboszcz pozostając w głębokim szacunku dla podziału administracyjnego diecezji na parafie, które mimo terytorialnej odrębności stanowią całość diecezji ustosunkował się pozytywnie do prośby swoich parafian.


Jak widać styl wypowiedzi księdza proboszcza jest zawiły i niezrozumiały, żeby nie rzec bełkotliwy. W tym samym stylu odpisywał on na maile moim znajomym (mnie nie odpisał jak dotąd). Maili tych nie będę cytował, bo nie do mnie były adresowane. Powiem tylko, ze na takie same sie w nich powoływał argumenty, jak w cytowanym wyżej tekście. Ciekaw jestem, czy o zakaz liturgii unickich prosili go ci sami Pawłowianie, którzy w reportażu Katolickiego Radia Podlasie entuzjastycznie się o niej wypowiadali? Śmiem wątpić.


Ksiądz proboszcz porównuje sprawę cerkiewki do informacji o byłym janowskim organiście. Zapewne chodzi mu o sprawę Piotra Grochowskiego. Jeśli rzeczywiście tak jest, to porównuje sprawy absolutnie nieporównywalne. W sprawie organisty parafia i proboszcz (raczej poprzedni niż obecny) byli ofiarami zakusów oszusta nieroba i pieniacza. W sprawie cerkiewki obecny proboszcz jest sprawcą zamieszania i cierpienia wiernych i całego Kościoła. Bo to Kościołowi i jego jedności szkodzą działania księdza Grabowieckiego. Tenże ksiądz jednak usiłuje słowa krytyki pod swoim adresem przedstawić jako ataki na Kościół właśnie. Słowo Podlasia, portal Kościół.pl i mój skromny blog zostały zaszeregowane do prasy wrogiej Kosciołowi. Można i tak, ale warto sie zastanowić, kto tu naprawdę Kościołowi szkodzi, a kto Kościoła i jego jedności oraz różnorodności broni.

 

 

 

środa, 21 lutego 2007
 

Od ponad tygodnia opinię publiczną bulwersuje sprawa cerkwi neounickiej w Pawłowie Starym . W ubiegłym miesiącu ksiądz ksiądz Stanisław Grabowiecki, proboszcz parafii rzymskokatolickiej w Janowie Podlaskim zakazał odprawiania w tejże cerkiewce, obecnie należącej do parafii janowskiej, liturgii unickiej, którą od kilku lat sprawował tam ojciec Roman Piętka MIC, proboszcz parafii neounickiej w Kostomłotach. Cała sprawę opisało Słowo Podlasia .

Cerkiewkę, chylącą się ku ruinie odrestaurował swego czasu o. Roman z wiernymi pragnącymi uczestniczyć w liturgii obrządku wschodniego. Ten niemłody i schorowany człowiek natrudził się wiele, a teraz nie może wejść do świątyni, która przywrócił do życia. Powtórne odebranie neounitom cerkwi w Pawłowie jest poniekąd podeptaniem pamięci Męczenników Pratulińskich, którym cześć oddaje się, przynajmniej formalnie, również w parafii janowskiej. Piszę „przynajmniej formalnie”, bo nie bardzo rozumiem, jak można z jednej strony czcić męczenników, z drugiej zaś zwalczać tradycję, w której sie wychowali i dla której zginęli. Taki mix to za wiele dla mojego małego rozumku.

Niejasna jest rola w tej sprawie biskupa Zbigniewa Kiernikowskiego, ordynariusza Diecezji Siedleckiej. Według relacji Słowa Podlaskiego to właśnie wolą biskupa motywował swoją decyzję nieżyczliwy unitom proboszcz. Jeśli rzeczywiście wolą rzymskokatolickiego biskupa jest rugowanie unickiej liturgii z terenu swojej diecezji to jest to bardzo smutne. Jest to tym smutniejsze, że biskup, który by podjął taką tragiczną decyzję odwraca się plecami do spuścizny swojego wielkiego poprzednika biskupa Henryka Przeździeckiego. Ów wielki hierarcha ocalił od upadku wschodni obrządek na Podlasiu, tworząc pod swoją jurysdykcją sieć parafii neounickich.

Te parafie przeżyły swój trudny czas po ostatniej wojnie, kiedy to katolicy obrządku wschodniego byli okrutnie i krwawo prześladowani przez komunistów, którzy doprowadzili do likwidacji wszystkich tych parafii oprócz jednej jedynej w Kostomłotach, gdzie, dzięki zapałowi kolejnych proboszczów udało się przetrwać. Biskup Kiernikowski ma wybór, czyim chce być kontynuatorem: swoich wielkich poprzedników, czy komunistów?

Proszę Szanownych czytelników o pisanie listów z protestami do parafii w Janowie i diecezji w Siedlcach, a także z poparciem do parafii w Kostomłotach .

11:38, svetomir , RELIGIA
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 lutego 2007

Tegoż dnia wojna domowa ogarnęła cały kraj. Siedem stronnictw walczyło ze sobą bezlitośnie. Ciekawe było, że zwo­lennicy ucinania nosów biegali z brzytwami, starając się uciąć nos komu można z przeciwnych obozów, ale sami nie zdążyli so­bie wcale poobcinać nosów i mieli je wszyscy na właściwym miejscu.

LESZEK KOŁAKOWSKI

Bajki różne


 

Tym cytatem z najwybitniejszego spośród żyjących polskich filozofów chciałbym rozpocząć mój tekst o jednym z najbarwniejszych (bo najwybitniejszych na pewno nie) spośród żyjących polskich polityków. Chodzi o Mariana Piłkę , który już jakiś czas temu zasłynął cytatem: Antykoncepcja rozregulowuje organizm kobiety i prowadzi do niepłodności ... Trzeba przerwać to milczenie. Młodzi ludzie nie mają żadnej wiedzy na ten temat. A przecież to tak samo duże zagrożenie jak narkotyki czy papierosy. Przy tej okazji zasugerował, ze sprzedaż doustnych środków antykoncepcyjnych powinna zostać znacząco ograniczona. Od tej wypowiedzi minęło kilka miesięcy, a pan poseł nie próżnuje. Niecały miesiąc temu ogłosił projekt całkowitego zakazu posiadania i rozpowszechniania pornografii. Oczywiście pan poseł jest przekonany, że zakaz zlikwiduje zjawisko pornografii. Ot naiwna wiara w sprawczą moc przepisów. Pan poseł powinien sie trochę poduczyć historii, zwłaszcza dziejów USA w pierwszej połowie XX wieku. Ówczesne władze myślały podobnie jak poseł Piłka, tyle że nie o pornografii, a o alkoholu. Produkcja i sprzedaż alkoholu zostały zakazane. Efekty okazały się odwrotne do zamierzonych. Oczywiście alkohol nie zniknął, za to pięknie się rozwinęła przestępczość zorganizowana, której przedstawiciele zdominowali czarny rynek obrotu tym specyfikiem. Nie łudźmy się, że teraz będzie inaczej. Owszem szczegóły będą inne, ale idea ta sama. Jeśli na jakiś towar jest popyt, a na pornografie jest niewątpliwie, będzie też i podaż. Pornografia na rynku będzie, pochodząca z podziemia lub z przemytu. Cieszyńskie mrówki jakiś prezent pewno panu Piłce poślą, bo znów będzie co nosić. Tym razem nie butelki a płyty. Internet też granic nie zna, zainteresowani ściągną sobie co będą chcieli. Powstaną nowe problemu, których teraz nie ma, lub są minimalna, na czarnym rynku zaś pięknie sie rozwiną. Pornografia legalna to pornografia kontrolowana. W kioskach i seks-shopach nie ma pedofilii, zoofilii, gwałtów, etc. Na czarnym rynku będzie to wszystko i bardzo trudno organom ścigania będzie to namierzyć. Zresztą organa ścigania będą miały z wykonaniem tej ustawy. Skoro zakazane będzie również posiadanie pornografii policja będzie miała sporo pracy z poszukiwaniem jej na nośnikach elektronicznych u podejrzanych. Pochłonie to mnóstwo czasu, który można poświęcić na coś innego. Obawiam sie wiec generalnie, ze ta ustawa więcej złego niż dobrego przyniesie. Miejmy więc nadzieje, ze nie zostanie uchwalona i przejdźmy do następnej kwestii.


 

Gdyby na tym, co opisałem wyżej poseł raczył poprzestać, pewnikiem bym mu tekstu nie poświęcił. Ale nie poprzestał. W zeszłym tygodniu wypowiedział się o wzorcowym modelu rodziny. Wzorcowy model to taki, gdzie ojciec haruje od rana do wieczora, matka zaś nosa z domu nie wychyla troszcząc sie o co najmniej czwórkę pociech. I właśnie tym projektem poseł zarobił sobie na cytat umieszczony na wstępie. Poseł Piłka innym by nosy ucinał, sam jednak ma nos na swoim miejscu. Ma jedno dziecko. Jako, że poseł pomysłów ma wiele i to różnorodnych nie można ich wszystkich wrzucić do worka z napisem „nosy ucinać”. Myślę, ze nasz bohater zasłużył na koniec na jeszcze jeden cytat z tej samej bajki Kołakowskiego.


 

Poszczególne stronnictwa stały się wreszcie tak nieliczne, że zaczęły zawierać sojusze między sobą i łączyły swoje hasła po dwa albo trzy naraz. Tak więc wykrzykiwano teraz hasła pod­wójne: „zegarki i szpinak!”, „niebo malować i nosy ucinać!”, „żółw i słońce!”

 

18:49, svetomir , LUDZIE
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 lutego 2007

Dnia pierwszego, miesiąca bieżącego radio RMF podało, a Gazeta Wyborcza podchwyciła informacje o wykryciu strasznej afery. Otóż rzecznik kołobrzeskiego magistratu, niejaki Piotr Iwański umieścił lat temu parę w internecie utwór literacki, nazwany przez siebie bajka, w którym ktoś teraz doszukał się „wyraźnego pedofilskiego podtekstu”. Czemu sie tego doszukano teraz, a nie bezpośrednio po publikacji? Dokładnie nie wiem, ale pewnie dlatego, iż wtedy autor jeszcze żadnym rzecznikiem nie był, wiec co by to była za sensacja? Gdybym na ten przykład ja taki utwór popełnił, to pewnikiem i pies z kulawą noga by na niego uwagi nie zwrócił. No ale rzecznik, to jest rzecznik. W dzisiejszych czasach, kiedy dzień bez ujawnienia haka na kogoś znanego jest dniem straconym, to i rzecznik magistratu sie nada, w myśl zasady „na bezsłoniu i krowa słoń”. Czy „bajka” Iwańskiego jest w istocie pedofilska? Żeby to stwierdzić, musiałem ja przeczytać. Po przeczytaniu, które zresztą sprawiło mi niejaka trudność, bo utwór, choć krótki, jest śmiertelnie nudny, musze stwierdzić, ze ja tu żadnych akcentów pedofilskich nie znajduję. Ale może ktoś z Państwa znajdzie? Dlatego proponuje teraz tę „bajkę” poczytać:

Czasami małe dziewczynki o smutnych i mądrych oczach budzą się rankiem i nagle,
nie wiedząc dlaczego, czują że coś się zmieniło. Tak samo było z Marcjanną.
Siedziała długo w nocy, oparta o ścianę, z podkurczonymi nogami. Jej małe,
zimne pięty w grubych, zielonych skarpetkach smyrały się w zamyśleniu o stare,
błękitne bokserki, które wkładała na noc. Marcjanna oparła swoją śliczną, ostrą
bródkę na gładkich i ciepłych kolanach. Myślała o cieniach z księżyca. Lubiła
ich srebrny zapach i szary szept na ścianach, gdy zaczynały się ścigać.
Marcjanna słyszała coś jeszcze. Słyszała jak rosną jej włosy. Te włosy dla
dorosłych. Na nogach i przedramionach. Nie była na nie zła. To mogło być nawet
ciekawe i chyba trochę przyjemne. Jeszcze ich nie widziała, ale już czuła, że
są i że zmieniają jej świat. Na przykład coraz dłużej patrzyła w okno i
dotykała ust. Tato Marcjanny powiedział, że kiedyś, gdy będzie już duża, to
złapie na te włoski spojrzenie Jednorożca. Ten dziwny, baśniowy stwór
przybiegnie pewnej nocy, zwabiony ich cichym szumem, zapragnie ich dotykać i
skubać miękkimi wargami. - A jak mi burknie w brzuchu i Jednorożec się
spłoszy? - Dlatego musisz pić mleko i jeść kaszę mannę z malinowym sokiem.
Wtedy ci nie zaburczy - tak tato kładł ją do łóżka, drapał czasami w plecki,
całował w czółko i mówił - a teraz czas na sen. Tak było i tym razem. Ponieważ
księżyc był dzisiaj cały i świecił jak nakręcony, Marcjanna nie mogła zasnąć.
Marcjanna lubiła księżyc. Dlatego siedziała cichutko, słuchając, jak rosną jej
włoski. Cierpliwie czekała na to, aż zdarzy się Coś Co Czuła, Gdy Księżyc Się
Cieszył. Marcjanna spojrzała do góry, na sufit. Z sufitu zwisały dwie krople.
Jedna biała jak mleko, druga złota jak miód. Chichocząc rozmawiały: - Hej ho,
chyba już czas. - Tak myślisz ? Jak dla mnie za wcześnie. - Może masz rację ?
Ale jak już tu jesteśmy, to można by było już. - Właściwie nie wiem. Ale wiesz,
coś czuję, że spadamy. I krople spadły. - Plum ! - prosto w źrenice Marcjanny.
Zrobiło się jakoś dziwnie. W głowie zawirowało, a w sercu coś się ruszyło.
Marcjanna zrobiła się nowa. Poczuła ciepło w żebrach, jak wtedy, gdy brała
prysznic, ale tym razem inaczej, bo w środku. I w środku coś pęczniało. Ciepło
i słodko. Z malutkich dwóch piegów na piersiach, zaczęły rozkwitać kwiaty. Z
lewej pachniała bzem a z prawej chryzantemami. Tak jak jesienią i wiosną, gdy
obie pory roku leżą przytulone pod jabłonią. Marcjanna spojrzała w dół.
Siedziała na łóżku i w nocy. Tato już ją podrapał. Miała zielone skarpetki i
błękitne bokserki. Lubiła być kolorowa. Zaś dzisiaj do morskości dodały się
jeszcze wonności i kwiatowości. Dwie miękkie kiście płatków. Były dość ciężkie
lecz miłe. - Chyba są moje - pomyślała Marcjanna. - Sprawiają mi przyjemność
tym swoim kołysaniem. W dodatku ładnie pachną. - Ciekawe, czy Jednorożce lubią
te kwiaty na mnie ? - Mhm - zamruczał jeden i dalej słuchał, jak włoski
Marcjanny rosły. - Och, Jednorożcu ? Już jesteś ? - Marcjanna zdziwiona
rozglądała się po pokoju, ale wszędzie widziała tylko rozbrykane cienie
księżyca. - Ja jeszcze nie dorosłam. - A może to już ? - pomyślała i zapytała
się w noc - Chciałbyś je troszkę poskubać ? - Mhm - zamruczał znów Jednorożec i
dotknął chrapami łydki. Oddechem ciepłym jak słońce rozgarniał rosnące włoski,
niczym letni wiatr czeszący złote zboże. A potem podniósł głowę. Spojrzał na
zachwyconą Marcjannę pięknymi, niebieskimi jak woda oczami. I wtedy go
zobaczyła. - To dziwne - pomyślała - nie mogę się przestać uśmiechać.
Jednorożec powoli, bardzo powoli, zaczął skubać Marcjannę w płatki. Uważnie
kręcił głową, żeby nie zranić jej swoim rogiem, koloru bitej śmietany i ostrym,
jak czarna papryka. Marcjanna patrzyła jak urzeczona na esy floresy, wycinane
przez długi róg na buzi srebrnego księżyca, który się rozkosznie uśmiechał.
Czuła jak Jednorożec skubie raz bez, a drugi raz chryzantemę. Było to bardzo
przyjemne. W całym pokoju pachniało i miękko od tego szumiało Marcjannie w
głowie. Gdy Jednorożec zjadł wszystko, to z kwiatów zostały dwa małe wzgórki,
pachnące miodem i mlekiem, białe, ze złotym poblaskiem i różowymi plamkami
malinek, bo nie burknęło nic w brzuszku i Jednorożec nie uciekł. Po
kwiatkopłatkowym posiłku Jednorożec mlasnął, uśmiechnął się i liznął Marcjannę
w policzek, dając jej na całe życie najgładszą skórę na świecie. I znikł z
cichutkim : - Mhm . Rano Marcjanna wstała i zobaczyła się w lustrze. - Oho -
powiedziała - coś się zmieniło, coś ze mnie nowego wyrosło. Marcjanna się
uśmiechnęła i założyła koszulkę w ogromne słoneczniki. - Pokażę to tylko temu,
kto zgadnie skąd się wzięło. I poszła napić się mleka.

Mam nadzieję, że pan Iwański nie będzie mi miał za złe tego, że zacytowałem jego dzieło w całości. W normalnych okolicznościach nie robiłbym tego, podałbym po prostu link. Nie mogę jednak tego uczynić, bo od wczoraj bajka ta zniknęła juz z paru miejsc w sieci, ryzykowałbym wiec, że link wkrótce będzie prowadził donikąd. Wróćmy jednak do samego tekstu. Jeśli ta „bajka” jest pedofilska, to jak słusznie zauważyli forumowicze z portalu gazeta.pl, pedofilską jest również nie tylko Lolita Nabokova, ale także Saga o wiedźminie Sapkowskiego, gdzie w końcu przez parę tomów jest ukazywane dojrzewanie niejakiej Cirilli Fiony Elen Rianon, dziedzicznej królowej Cintry, nadto czarodziejki, wiedźminki i zbójniczki. Jest to więc szczególne podobieństwo, bo Bajka o dwóch kroplach również o dojrzewaniu młodej dziewuszki traktuje. Kto jednak zna obydwa utwory ten musi stwierdzić, że Sapkowski rzecz traktuje z duzo wiekszą dozą dosłowności, której nie ma u Iwańskiego, skłaniającego się raczej ku mitologicznym alegoriom. Może jako etnolog powinienem się wgryźć w te alegorie, ale po pierwsze mi się nie chce, po drugie nie za bardzo wiem, co by to miało dać. Poruszę jednak jeszcze jedną kwestię. Autor nazwał swój utwór bajką. Oczywiście mógł to zrobić, ale z tego, że ja przed laty nazwałem swój plecak psem, nie wynikało, ze mógł on kogoś pogryźć, czy chociażby obszczekać. Utwór Iwańskiego nie jest bajką, raczej jest nowelą. Bajka bowiem, wedle największego w tej dziedzinie autorytetu, Juliana Krzyżanowskiego jest to utwór tradycyjny, zasadniczo przeznaczony do przekazu ustnego, czyli do bajania. Tekst Iwańskiego ani tradycyjnością nie grzeszy, ani ustnemu przekazowi nie służy. Jest więc co najwyżej nowelą w konwencji bajki. Ale jeśli juz przy bajkach jesteśmy, to odpowiedzmy jeszcze na pytanie- czy w bajkach elementy erotyczne nie występują? Owszem, występują i to nie tylko te ukryte, których tropieniem zajmował sie swego czasu Bruno Bettelheim, ale całkiem jawne, jak na przykład tutaj:

Jednego razu królowna sie ubierała i popatrzyła się

do lustra. A kanarek w klatce mówi: "Niczego, niczego jesteś!

Tyś ładna!" Królówna się obziera, a nie widząc nikogo w pokoju,

dziwi się, ze ktoś niewidomy gada. I patrzy sie w lustro na drugą

ratę A kanarek Znowu: "Niczego, niczego". Królewna sie zdziwiła

i pyta się: "Ktożeś tu taki jest, co mi sie odzywasz, co mi odpowiadasz,

i gdzie jesteś?" A kanarek: "Ja jestem tu w klatce". "

Cóż ty za jeden?" - "Ja jestem człowiek tak jak i ty i już tu parę

czasów cierpię; ale ty mi dawaj lepsze jedzenie (jakby człowiekowi)

i wypuszczaj z klatki, a zobaczysz umie". I ta też go wypuściła.

A wtedy przemienił on się w ładnego chłopca, tak że się królównie,

od razu podobał i mówi on: "Ja tu pozostanę, jeżeli chcesz, ale

ty miej lepsze o mnie staranie; i ile razy mnie wypuścisz z klatki,

tyle razy będę człowiekiem, a gdy będziesz chciała mnie mieć ptakiem, to mi każ wejść do klatki i klatkę zamknij". Od tego czasu

posłała królewna do kucharza służącą, żeby jej przysyłał dwie porcye

jedzenia, bo teraz jest zdrowa i więcej jeść potrzebuje. I przysyłali

jej te dwie porcye; óna trochę swojej zjadła, a resztę zostawiała

na wieczór i wypuściła go z klatki, aby ją zjadł jako człowiek, którym

był aż do rana, gdy go znów do klatki zamknęła. I tak się to

robiło, aż wreszcie królówna została przy nadzieji i porodziła chłopca.

A rodzice pytają się: "Skąd by to mogło być? Przecież tam nikt

u niej nie bywał". I zaczęli ja badać, od kogo. Ona powiada, że

chyba od kanarka, bo ma tylko kanarka. Ale służąca mówi, że jest

nim tylko bez dzień, a na noc staje się człowiekiem.

Bajkę, której fragment zacytowałem zapisał w połowie XIX wieku Oskar Kolberg w okolicach Soliny. Może więc dziennikarze RMF-u zaczną zarzucać temu folkloryście rozpowszechnianie bajek o wyraźnym zabarwieniu zoofilskim?



 

środa, 31 stycznia 2007

Na początku stycznia ukazał sie w serwisie korespondent ciekawy artykuł Krzysztofa Radziwanowskiego Największe z bóstw. Autor pisze w nim że bezpieczeństwo stało sie dla znacznej części współczesnych ludzi naczelnym bożkiem. W ofierze dla tego bożka jesteśmy coraz częściej złożyć naszą wolność. Tak juz bowiem jest, ze wolność i bezpieczeństwo pozostają w swego rodzaju chwiejnej równowadze. Za wolność płaci się brakiem bezpieczeństwa, za bezpieczeństwo. Jeszcze kilka lat temu w swojej książce Ponowoczesność jako źródło cierpień znany socjolog Zygmunt Bauman wyrokował, że większość bolączek współczesnego świata bierze sie z nadmiaru wolności a niedostatku bezpieczeństwa. Niestety obserwacja naszej codziennej rzeczywistości nie pozwala sie zgodzić z sądem uczonego. W ciągu ostatnich dwudziestu lat wprowadzono w naszym kraju i w innych zresztą także wiele, bardzo wiele ograniczeń wolności pod pozorem zwiększenia bezpieczeństwa. Nie mam tu nawet na myśli zabezpieczeń antyterrorystycznych wprowadzonych po 11 września 2001, ale bardziej prozaiczne sprawy, jak obowiązek zapinania pasów bezpieczeństwa najpierw na przednich, potem zaś na wszystkich siedzeniach, obowiązkowe foteliki dla dzieci, obowiązek używania świateł mijania w ciągu dnia przez pół roku. Wszystkie te obostrzenia wywołują mimowolnie, niejako przypadkiem degeneracyjne zmiany w kulturze. Na przykład nieszczęsne foteliki wyeliminowały osoby do dwunastego roku życia z używania autostopu nawet pod opieka rodziców. A przecież w niektórych okolicach autostop jest podstawowym środkiem komunikacji. Dzieci do lat dwunastu, jeśli ich rodzice nie posiadają samochodu, staja sie więźniami swoich wniosek, tak jak dawniejsi papieże byli więźniami Watykanu. Co jakiś czas pojawiają się kolejne, coraz to bardziej zwariowane pomysły. Należą do nich obowiązek jazdy na rowerze w kasku ochronnym oraz obowiązek używania świateł mijania w samochodach zawsze. Pierwszy z nich będzie miał negatywne konsekwencje dla kultur tradycyjnych, drugi dla akumulatorów naszych aut. Jakie zagrożenie dla kultur tradycyjnych niesie obowiązek jazdy w kaskach? Otóż autor tego pomysłu zapewne nie wziął pod uwagę tego, ze rowerzystami są nie tylko młodzi i nieco starsi sportowcy-amatorzy szusujący często z dużymi prędkościami po ulicach i rzadkich jeszcze w naszym kraju trasach rowerowych. Rowerzystami są jednak również mieszkańcy mniejszych i większych wiosek, najczęściej starsi, którzy na rowerze jeżdżą do sklepu, czy kościoła. Rower dla nich nie jest sprzętem sportowym, a środkiem transportu. Obserwowałem nieraz takich rowerzystów w różnych częściach kraju, gdy bocznymi drogami jechali do sąsiedniej wioski. Większość tych ludzi, zwłaszcza, gdy ich droga zmierzała do kościoła, miała na głowach wynikające z miejscowej tradycji nakrycia – różnego rodzaju chustki i kapelusze. Przymuszenie tych ludzi do używania kasków spowoduje zanik tych tradycji. Ujrzenie w kościele starowinki w kolorowej chustce na głowie będzie jeszcze trudniejsze niż dziś. Ostatnie dni przyniosły kolejny taki absurdalny projekt. Są nim obowiązkowe kamizelki odblaskowe dla pieszych . Musieliby je nosić wszyscy poruszający się pieszo po zmroku lub w warunkach ograniczonej widoczności poza terenem zabudowanym. Pomysłodawcą tej bzdury jest Automobilklub Chełmski, a promotorem Stanisław Kogut, senator PiS z Małopolski i wiceprzewodniczący komisji gospodarki. Gdyby to ograniczało sie do pomysłu nawiedzonych automobilistów, można by to pominąć wzruszeniem ramion. Niestety, tak jak w dowcipie o zajączku, wilku i niedźwiedziu „nieważny doktorant, ważny jest promotor”. Skoro pomysł ma poparcie partii rządzącej, to realnie nam grozi jego wprowadzenie w życie. Zagrożenia płynące z jego realizacji są dwojakiego rodzaju, analogicznie zresztą jak w przypadku fotelików i kasków. Pierwsze to zagrożenie dla kultury, w tym i religii. Te kamizelki to nie tylko kolejny cios w stroje ludowe i duchowne. To również groźba poważnej profanacji. Wyobraźmy sobie księdza idącego z Panem Jezusem do chorego w sąsiedniej wiosce w środku nocy. Po wprowadzeniu w życie tego upiornego pomysłu będzie on musiał na komżę założyć tę ohydną kamizelkę. To szkaradztwo będzie się ocierało o bursę z Ciałem Pańskim. To jest profanacja Najświętszego Sakramentu, którą chce nam zgotować rzekomo katolicka partia. A już procesji rezurekcyjnej przy kościele poza wsią z kamizelkami na ornatach i kapach nie potrafię sobie nawet wyobrazić.

Drugim zagrożeniem jest kolejne poważne zmniejszenie zakresu wolności osobistej. Po pierwsze będziemy zmuszeni do noszenia czegoś, co w większości przypadków rani poczucie zarówno estetyki jak i godności. Po drugie będziemy musieli ten śmieć nosić zawsze przy sobie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zastanie nas na trasie wędrówki noc lub mgła. Stanie sie wiec ta kamizelka kolejnym zupełnie niepotrzebnym wypychaczem damskich torebek i męskich kieszeni. Narazi nas wiec na stała niewygodę, bo czy to wygodne mieć ciągle wypchana kieszeń? Po trzecie i najważniejsze, jeśli dziś zgodzimy sie na foteliki, kaski i kamizelki, to za kilkanaście lat zakazane będą wszystkie zachowania ryzykowne, na przykład niektóre sporty, takie jak narciarstwo zjazdowe. Ja wcale nie przesadzam. Juz teraz coraz głośniej mówi sie o nakazie używania na stokach kasków i zakazie jazdy na nartach po spożyciu alkoholu, jak o tym można poczytać we wstępniaku lutowego "Detektywa" . A takie ograniczenia to pierwszy malutki krok w kierunku całkowitego zakazu. Jazda w kaskach i bez piwa będzie o wiele mniej atrakcyjna, wiec liczba narciarzy drastycznie spadnie. Małej grupie zaś łatwiej będzie tego sportu zakazać niż obecnym rzeszom.


Najważniejsza jest jednak kwestia priorytetów. Stawianie na pierwszym miejscu bezpieczeństwa to usuwanie z tego miejsca Boga. I to jest właśnie tytułowy grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu. Dlatego, aby przeciwstawić sie działaniom, które de facto są bluźnierstwem na ogromną skalę deklaruję uroczyście, ze ja tej kamizelki nosić nie będę. Nie będę też jeździł w kasku ani na rowerze ani na nartach. Walczyć z absurdami należy przede wszystkim metoda biernego oporu.

12:39, svetomir , RELIGIA
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 stycznia 2007
Jarosław Haszek w swoich opowieściach o Szwejku zamieścił między innymi historię o wachmistrzu policji, który nie potrafiąc znaleźć na powierzonym sobie terenie donosiciela, którego zwerbowania wymagali od niego zwierzchnicy, zatrudnił w tym charakterze miejscowego pastucha. Okazało się to, oględnie mówiąc nie najlepszym pomysłem i spowodowało szereg nieprzyjemnych perypetii, których skutkiem:

Odtąd wachmistrz żandarmerii nie miał już informatora i musiał

zadowolić się tym, że go sobie wymyślił i podawszy fikcyjne nazwisko

powiększył dochód swój o pięćdziesiąt koron miesięcznie, które

przepijał w gospodzie „Pod Kocurkiem”. Pijąc dziesiąty kufel dostawał

napadu sumienności, piwo przestawało mu smakować, a sąsiedzi

zwracali się do niego zawsze z tym samym zdaniem:

Pan wachmistrz jest dzisiaj taki jakiś smutny, jakby nieswój. —

Przy tych słowach wachmistrz udawał się do domu, a po jego odejściu

zawsze ktoś mawiał:

Nasi widać znowu dostali w Serbii po dupie, bo wachmajster

zaniemówił.

Zaś wachmistrz zabierał się w domu do pracy i wypełniał

przynajmniej jeden z wielu kwestionariuszów:

Nastrój wśród miejscowej ludności: I a.”


Jarosław Haszek niewątpliwie nie był przykładem cnót. Wystarczy wspomnieć, że był zażartym antyklerykałem i gorliwym funkcjonariuszem sowieckiego reżimu na Syberii. Był też jednak obdarzony zdolnością genialnej obserwacji otaczającego go świata. Tak było i w tym przypadku. Takich wachmistrzów, którzy fabrykują raporty z działalności agenturalnej, nie brakowało i nie brakuje we wszystkich policjach, wywiadach i kontrwywiadach świata. W jednych jest ich więcej, a w innych mniej. Można powiedzieć że ich ilość jest odwrotnie proporcjonalna do profesjonalizmu danej formacji. A chyba nie budzi wątpliwości, że zarówno służby CK Austro-Węgier, jak też PRL-u nadmiarem tego ostatniego nie grzeszyły. Toteż tak w jednych jak i w drugich takich wachmistrzów fabrykujących dokumentację, aby przed swoimi zwierzchnikami stworzyć pozory dobrego wypełniania obowiązków, było co niemiara.


Od kilku tygodni polską opinią publiczna wstrząsa sprawa abp. Stanisława Wielgusa i jego faktycznej, czy domniemanej współpracy ze służbami specjalnymi PRL-u. Pod koniec ubiegłego tygodnia, kilka dni przed planowanym ingresem do katedry warszawskiej światło dzienne ujrzały dokumenty wywiadu, dotyczące arcybiskupa. Są to bardzo interesujące dokumenty, mówiące jednak dużo więcej o samych służbach, niż o ich domniemanym agencie. Warto zauważyć, że w całej tej teczce jest tylko jeden dokument napisany ręką arcybiskupa, a podówczas księdza Wielgusa. Jest to plan studiów, jakie zamierzał on odbyć w Niemczech w ramach przyznanego stypendium. Pozostałe dokumenty są sporządzone przez oficerów wywiadu. Część z nich jest podpisana nazwiskiem Adam Wysocki (rzekomy pseudonim hierarchy), żaden nie jest podpisany nazwiskiem Stanisław Wielgus. Co ciekawe nie ma w tych aktach żadnej notatki odręcznej, żadnego raportu podpisanego przez owego Adama Wysockiego. Jest to ciekawe, wręcz podejrzane, że teczka agenta wywiadu nie zawiera napisanych przez niego raportów, mimo, że znajdujące się w tej teczce warunki współpracy precyzowały, że miał on takie raporty składać. Można podejrzewać, że karty z tymi raportami zostały usunięte aby nie było możliwe porównanie charakteru pisma Wysockiego i Wielgusa. Jest to przesłanka mogąca świadczyć o sfałszowaniu akt. Po co bowiem by je usuwano, jak nie po to, by ukryć, że te charaktery pisma są różne. Takich przesłanek jest zresztą więcej. W całym tym materiale, obszernym na prawie 70 stron jest zrelacjonowana słowami pracownika wywiadu tylko jedna informacja, jaką miał rzekomo przekazać w rozmowie ów agent. Jest to kilka zdań dotyczących zamieszkałego w Uppsali profesora Józefa Trypućki, którego ksiądz Wielgus miał poznać w czasie pobytu prywatnego w tym mieście. Informacje te mają charakter ogólnikowy i nie wykraczają poza to, co można się było dowiedzieć droga oficjalną. Określają bowiem tylko ogólny przedmiot badań profesora (nie do końca ściśle) i miejsce jego pracy (błędnie). Według teczki Trypućko jest historykiem, pracownikiem Centrum Europy Wschodniej i bada dzieje średniowieczne Inflantów oraz polonika w zbiorach szwedzkich. Tylko to ostatnie jest zgodne z prawdą. Profesor był bowiem językoznawcą i tłumaczem, badał język literacki Mickiewicza i Syrokomli, a także wspomniane polonika. Był dyrektorem Instytutu Języków Słowiańskich na uniwersytecie w Uppsali. Nie jest więc wykluczone, że ks. Wielgus poznał Trypućkę i rozmawiał o nim z pracownikiem wywiadu na przykład przy okazji oddawania paszportu, ale treść rozmów z profesorem albo niedokładnie zapamiętał albo niedokładnie przekazał. W każdym razie nie da sie tego uznać za realizację zadania wywiadowczego, raczej za działanie wykonane „na odczepkę”. Nie można stwierdzić, że ksiądz donosił na Trypućkę, czy też mu zaszkodził. Te kilka zdań nie ma takiego charakteru. Ważne i ciekawe informacje znajdują się pod koniec teczki. Wywiad kończy współprace z księdzem Wielgusem z oceną jednoznacznie negatywną: Oceniając całokształt sprawy uważam, że „Grey” nie spełnił zadań, które przyjął do wykonania przed wyjazdem za granicę. Zachował bierność i daleko idącą ostrożność na odcinku realizacji zadań szczegółowych: brak naprowadzeń, zupełna pasywność na odcinku nawiązywania znajomości z ludźmi wchodzącymi w zakres naszego zainteresowania, zignorował zadanie dot. rozpracowania ukraińskich ośrodków nacjonalistycznych w Monachium itd. W najgorszym razie był wiec "Grey" agentem mało użytecznym. Moim zdaniem trudno jednak w ogóle uznać go za agenta w ścisłym znaczeniu. Raczej można mówić o luźnej współpracy z wywiadem. Świadczą o tym kolejne fragmenty dokumentów z teczki. W tejże teczce często jest tak, że jedne fragmenty zaprzeczają drugim. Na wstępie pisze się, że "Grey" otrzymywał cenne prezenty, pod koniec zaś, że: W okresie prowadzenia sprawy wydatkowano: 5837 zł., 100 DM i 300 koron czechosłowackich. Jest to kwota śmiesznie niska, zważywszy, że planowane były spotkania agenta z przedstawicielem centrali w Salzburgu w Austrii. Zorganizowanie takich spotkań kosztuje niemało, a trzeba było organizować też spotkania w kraju. Kwota ta wskazuje, że tych spotkań zagranicznych nie było zbyt wiele. Na żadne prezenty juz na pewno nie starczyło pieniędzy. Pamiętajmy, że chodzi o pieniądze wydane w okresie pięciu lat. Te planowane spotkania w Austrii to kolejna ciekawostka. Zarówno sposób wywołania spotkania (wysłanie kartki pocztowej z określonym nadrukiem i treścią), jak i rozpoznania użytkowników (gazeta w kieszeni, hasło i odzew) są bardzo archaiczne i w latach siedemdziesiątych były juz mocno przestarzałe. Co więcej, hasło, odzew, znaki rozpoznawcze i wywoławcze nie były zmieniane przez cały pięcioletni okres rzekomej współpracy. Możliwe są dwa wytłumaczenia tego stanu rzeczy. Albo polskie służby były jeszcze mniej profesjonalne niż się przypuszcza, albo cała współpraca była fikcją, a opracowana na kolanie procedura kontaktu jedynie grą pozorów. Nieścisłości jest więcej. W jednym z dokumentów jako języki obce znane przez agenta są wymienione: niemiecki, łacina, angielski, hiszpański (błędnie) i włoski, w innym zaś jedynie niemiecki i łacina. Te wszystkie poszlaki nasuwają myśl, że akta "Greya" mogą być w znacznym stopniu sfabrykowane, chociaż faktu nawiązania przez ks. Stanisława Wielgusa współpracy z wywiadem podważyć się nie da. Dowodem na jej istnienie są zarówno dokumenty i informacje z teczki, jak słowa samego zainteresowanego. Te same materiały świadczą jednak o tym, że była to współpraca luźna i pasywna.


Głównym winowajcą obecnej sytuacji arcybiskupa Wielgusa jest on sam. W kwestii swojej współpracy z wywiadem popełnił on przynajmniej dwa poważne błędy. Pierwszym było samo nawiązanie tej współpracy, drugim, stokroć poważniejszym były krętactwa ostatnich tygodni. Ale trzeba mu oddać sprawiedliwość, że jako agent nikomu nie zaszkodził, a wywiadowi sie nie przysłużył. Nic więc nie usprawiedliwia linczu dokonywanego na nim przez niektóre media.

niedziela, 04 czerwca 2006

 

Wicepremiera Giertycha oczywiście. A krytykować będę zwięźlej niż chwalić, bo nie chcę, by polityka zdominowała mój blog. Pan Giertych chce wrócić do centralnego wybierania podręczników. Nie jest to dobry pomysł, wręcz przeciwnie, bardzo zły. Podręcznik musi być dostosowany do wizji nauczyciela, oraz do potrzeb i oczekiwań uczniów. Nie może bowiem być tak, że nauczycielski wykład będzie miał zupełnie inaczej rozłożone akcenty niż tekst w podręczniku. Uczniowie się w tym pogubią. A takie sytuacje są nieuniknione, gdy podręczniki będą jednakowe dla wszystkich. Zobrazuję to na przykładzie nauczania historii, bo to podobno niegdyś premier Giertych uskuteczniał. Są nauczyciele skupiający sie na schemacie data-osoba-miejsce-wydarzenie, są też tacy, dla których najważniejszy jest polityczny, społeczny, ekonomiczny, kulturowy i religijny charakter wydarzeń i zjawisk historycznych, ich przyczyny i skutki w każdym z wymienionych aspektów. Są wreszcie tacy, którzy snują opowieść o anegdotyczno – gawędziarskim charakterze. Styl podręcznika musi przynajmniej częściowo współgrać ze stylem wykładu. A jaki jeden podręcznik ma współgrać ze wszystkimi stylami, nieraz bardzo różnymi?

16:52, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »

 


Przed nami maj, miesiąc kojarzący się między innymi z Pierwszymi Komuniami. Te uroczystości religijne dawno już zatraciły czysto duchowy charakter. Stały się imprezami z bogatą oprawą kulturową: strojami, bankietami, prezentami, kamerami, ostatnio nawet limuzynami, sui generis małymi weselami. Prezenty są coraz wystawniejsze, rowery dostaje się dziś od dalszych krewnych, zegarki od tych najbiedniejszych, bliska rodzina ofiaruje najczęściej komputery. Przyjęcia rzadko kiedy odbywają się w domach rodzinnych, dominują raczej mniej lub bardziej eleganckie restauracje. Stroje dziewczęce są wyszukaną krzyżówką sukni ślubnej i balowej. Ten przerost obrzędowych dodatków nad sakramentalną istotą wzbudził, szczególnie w tym roku falę krytyki. Podam tylko dwa jej najbardziej wyraziste przykłady. Pierwszy to Artykuł Macieja Serwety na portalu kosciol.pl a drugi to Wywiad biskupa Antoniego Długosza dla „Gazety Wyborczej”. Obydwaj krytycy negatywnie oceniają zjawisko imprez pierwszokomunijnych. Biskup posuwa się nawet do apelu o nie wręczanie z okazji tej uroczystości żadnych prezentów. Niestety, choć te imprezy również ranią moje uczucia tak religijne, jak i estetyczne, nie mogę sie zgodzić z Jego Ekscelencją. Taka drastyczna zmiana stylu świętowania Pierwszej Komunii nie jest ani możliwa, ani pożądana. Byty kulturowe, do których należą między innymi zwyczaje i obrzędy, a powstać, rozpowszechnić się i utrwalić musza mieć swoją istotną funkcję kulturową. Imprezy komunijne są bez wątpienia rozpowszechnione i utrwalone. Mają więc oprócz religijnej jakąś funkcję społeczną.

Jest to funkcja uniwersalna, występująca w większości społeczeństw należących do najrozmaitszych kręgów kulturowych. Jest to swego rodzaju inicjacja, wejście w społeczeństwo, symboliczne zakończenie pierwszego, zupełnie niesamodzielnego etapu życia. Dziecko w wieku mniej wiecej ośmiu lat, czyli pierwszokomunijne w naszym kręgu kulturowym zaczyna samodzielnie chodzić po ulicach, samodzielnie robić zakupy, samodzielnie organizować swój wolny czas. Oczywiście jest to proces a nie przełom, dzień Pierwszej Komunii jest tylko pewnym jego symbolicznym zobrazowaniem, ale tak jest w większości rytuałów przejścia. Pierwsza Komunia nadaje się na ten symbol przejścia idealnie, bo od tego momentu dziecko zaczyna w pełni uczestniczyć w życiu religijnym, upodobniając sie pod tym względem do dorosłych, jest to więc kolejny obok wymienionych czysto świeckich aspekt jego rodzącej się względnej samodzielności. Inne elementy pierwszokomunijnego świętowania podkreślają tę jego inicjacyjną funkcję. Popatrzmy na prezenty otrzymywane w dniu Pierwszej Komunii. Rowery, zegarki, komputery, to wszystko są przedmioty pomagające wejść w tę pierwszą, nieśmiałą jeszcze i względną, jak zaznaczyłem, samodzielność. One, jak już napisałem wyżej, podkreślają inicjacyjny charakter tej uroczystości. Jeśli władze kościelne nie chcą, by duchowe święto było obarczone tym społeczno-kulturowym bagażem nie powinny uciekać się do zakazów, ale zmienić moment udzielania Pierwszej Komunii. Jeśli ta uroczystość zostanie przeniesiona o kilka lat i połączona z bierzmowaniem, straci swój charakter świeckiej inicjacji społecznej. Pewnie przejmie go jakieś inne wydarzenie, na przykład pierwsze pójście do szkoły. A to już na pewno nie będzie rodziło takich emocyj ani fal krytyki.

czwartek, 01 czerwca 2006


 

Koniec świata Mości Panie i Panowie! Liberał będzie narodowca chwalił. A konkretnie to ja będę chwalił wicepremiera Romana Giertycha. Jeszcze miesiąc temu taka ewentualność mi sie nawet nie śniła, a jednak w obecnych cyrkumstancjach przyzwoitość wymaga, abym to uczynił. Wicepremier Giertych zrobił bowiem coś, co na pochwałę jednoznacznie zasługuje. Swego czasu również na tej stronie chrześcijanie różnych wyznań ostro krytykowali socjalistyczny pomysł Prawa i Sprawiedliwości zakładający upaństwowienie pięciolatków, poprzez posłanie ich do obowiązkowej zerówki w ramach przedszkola. Jak wiadomo socjalistom zawsze się wydaje, ze państwo robi wiele rzeczy lepiej niż obywatele i teraz im sie uroiło, że państwowe przedszkole lepiej wychowa pięciolatki aniżeli rodzice i dziadkowie. Wmawia się nam, że „absolwenci” przedszkoli łatwiej osiągają cele edukacyjne w dorosłym życiu. Śmiem wątpić, bowiem doświadczenie moje i mojego środowiska mówi inaczej. To nie w wieku lat 5-7 decyduje sie sukces edukacyjny, ale 10-15. Pochodzę ze wsi, na wsi spędziłem dzieciństwo, ukończyłem wiejską podstawówkę. Spośród moich kolegów i koleżanek klasowych ledwie kilka osób chodziło do przedszkola, a jednak prawie połowa ukończyła wyższe studia, a maturę mają prawie wszyscy. W moim przekonaniu przyczyna tego faktu tkwi w tym, ze w klasach IV-VIII mieliśmy wymagającą i zaangażowaną wychowawczynię. Nie jest moją intencją idealizowanie tej osoby. Pani ta była bowiem lojalną aż do fanatyzmu funkcjonariuszką systemu komunistycznego, miała też spore skłonności do tyranizowania uczniów. Mam do niej wiele żalu o tłumienie naszej ekspresji i wolności wyrażania poglądów. Jednak te jej cechy, które wymieniłem na początku, a także spora, jak na nauczyciela wiejskiej podstawówki doza fachowości sprawiły, ze do szkół średnich poszliśmy dobrze przygotowani. Uważam więc, że warto poświęcić więcej uwagi i funduszy końcowym klasom szkoły podstawowej i gimnazjom. To tym uczniom warto zapewnić możliwie najlepiej wykształconych nauczycieli, a najzdolniejszym dać szansę rozwijania swoich umiejętności w kółkach naukowych, artystycznych i hobbystycznych. Na to warto wydać te miliony, które były przygotowane na zerówki dla pięciolatków. A żeby naprawdę zadbać o wyrównanie szans należy zapewnić wiejskim podstawówkom i gimnazjom takie same warunki przede wszystkim w zakresie: wykształcenia kadry, wyposażenia bibliotek i pracowni, dostępności wspomnianych wyżej zajęć pozalekcyjnych. Życzę wicepremierowi Giertychowi, aby udało mu się to przynajmniej w części zrealizować.

15:39, svetomir , LUDZIE
Link Komentarze (3) »
1 ... 41