sobota, 19 maja 2018

diagnoza

W tym tygodniu skończył się drugi sezon "Diagnozy" i muszę szczerze powiedzieć, że gdyby akcja nie toczyła się w Rybniku, to bym tego serialu nie oglądał.

Co mi w nim przeszkadza? Wiele rzeczy. Wymienię kilka najważniejszych:

1. Naciągana fabuła. Scenarzysta uwierzył, że "Botoks" Vegi jest prawdziwy i poszedł tropem szukania spisku bigfarmy. Bardzo nieprzekonywająco to uczynił.

2. Nieprzekonywające postacie. Zarówno główna bohaterka, u której nie widać już zbyt wielu śladów amnezji, jak Artman i cały szereg postaci drugoplanowych. 

3. Fatalna jakość kwestyj wygłaszanych po śląsku. Nie chodzi o akcent, bo ten faktycznie trudno podrobić, ale o słownictwo i gramatykę. Zabrakło JAKICHKOLWIEK konsultacji z fachowcem. Mniej niż zero. 

4. Za mało Rybnika. Dla jakiej przyczyny scena chrztu była grana w kościele w Konstancinie, a nie w którejś z rybnickich świątyń. 

Ergo, na trzeci sezon szkoda pieniędzy. Radzę TVNowi wrócić raczej do produkcji serialu "Belle Epoque", bo to produkcja dużo bardziej perspektywiczna. 

09:24, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 maja 2018

sowada

Moja powolność ma czasami złe skutki. Tak długo zabierałem się do opisania wystawy I NAWET NIE WIEM CZY ISTNIEJESZ… w Muzeum w Rybniku, że już się w międzyczasie skończyła. A byłem na wernisażu...

Wystawa poświęcona była dorobkowi Józefa Sowady (1956-1997) przedwcześnie zmarłego artysty związanego z Rybnikiem i okolicami, a przedewszystkiem z Gorzycami w powiecie wodzisławskim, w której to wsi spędziłem większość swojego dotychczasowego życia i nawet miałem okazję znać Artystę, który był naszym sąsiadem.

Jego mistyczne obrazy naprawdę warte są obejrzenia. Na szczęście okazja jeszcze będzie, bo wystawa będzie powtórzona w Galerii Na Uciechę w Zawoi, a być może także gdzieś w Gminie Gorzyce. O terminach powtórek wystawy poinformuję w komentarzach.

Powyżej obraz, którym, zdaniem rodziny i znajomych, Mistrz prezewidział swoją śmierć. W dole obrazu jest szereg dat rocznych od 1956 do 1997 choć było jeszcze miejsce na dalsze. Obraz powstał w 1995 roku.

10:17, svetomir , SZTUKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 maja 2018

następcy

Niedawno pisałem o biblijnym motywie w serialu "Korona królów", w którym nota bene takich motywów jest znacznie więcej. W ogóle biblijnych inspiracji w popkulturze jest znacznie więcej niż by się na pozór zdawało. 

Do takich popkulturowych utworów dyskretnie inspirowanych Biblią należy disnejowski film fabularny "Następcy" skierowany do młodego widza. Bohaterami są synowie i córki disnejowskich bajek zaproszone przez władcę Jasnej Strony do podjęcia nauki w elitarnej szkole średniej.

Całość fabuły opiera się na osiemnastym rozdziale Księgi Ezechiela, a konkretnie na tym fragmencie: 18:2Cóż wam po tem, iż używacie tej przypowieści o ziemi Izraelskiej mówiąc: Ojcowie jedli jagodę cierpką, a synów zęby drętwieją.18:3Jako żyję Ja, mówi panujący Pan, że wy nie będziecie więcej mogli używać tej przypowieści w Izraelu.18:4Oto dusze wszystkie moje są, jako dusza ojcowska tak i dusza synowska moje są; dusza, która grzeszy, ta umrze.

21:05, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 maja 2018

kobiety

To, że jak już pisałem, zawsze czytam jakąś książkę religijną w Wielkim Poście, nie oznacza, że w innych okresach takowych nie czytuję. Wręcz przeciwnie, czasem po jednej przychodzą następne. "Misterium Chrystianizmu" wywołało we mnie chęć przeczytania trzech kolejnych książek o podobnej tematyce, które przedtem przeczytałem tylko częściowo.  Na razie jednak te trzy książki  muszą poczekać na swoją kolej,  bo najpierw przeczytałem inną książkę religijną, która akurat wpadła mi w ręce.

Szkieletem książki karmelity bosego Bartłomieja Kucharskiego "Kobiety Bożego Miłosierdzia" są życiorysy siedmiu katolickich mistyczek  bł. Julianny z Norwich, św. Marii Małgorzaty Alacoque, św. Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, św. Faustyny Kowalskiej, Marty Robin, Adrienne von Speyer i Kunegundy Siwiec, które łączy to, że wszystkie głosiły naukę o Miłosierdziu Bożym.

Książka łączy elementy biografii, refleksji teologicznej, antologii poezji i praktycznej szkoły modlitwy. Ukazuje prawdę, że nauka o Miłosierdziu Bożym nie jest nowinką wprowadzoną przez świętą Faustynę, ale elementem odwiecznej doktryny katolickiej. Przy okazji wiąże też tę naukę z tradycją karmelitańską (pisząc o szerzej na razie nieznanej tercjarce karmelitańskiej Kunegundzie Siwiec oraz przypominając o wpływie jaki Św. Teresa Mniejsza wywarła na Św. Faustynę Kowalską i Martę Robin), dzięki czemu dyskretnie umacnia pozycję swojego zakonu. Pozycja wyróżnia się pozytywnie na tle popularnej literatury dewocyjnej dotyczącej kultu Miłosierdzia Bożego, ukazując go na wyjątkowo szerokim tle.

23/52

niedziela, 13 maja 2018

potter

Sztuka teatralna "Harry Potter i Przeklęte Dziecko" jest raczej luźno związana z cyklem potterowskim. Nie czuje się tu ducha powieści o młodym czarodzieju. Widać tu za to wyraźnie zupełnie inną inspirację, która dla nastoletnich potteromaniaków może być niezauważalna, za to starsi czytelnicy powinni ją bez trudu wychwycić. 

Poruszona jest tu bowiem tematyka znana miłośnikom literatury już od mniej więcej stu lat z powieści Herberta George'a Wellsa "Wehikuł Czasu", a następnie z setek innych powieści i opowiadań z gatunku science fiction. Sztuka opowiada o problemach z hipotetycznymi podróżami w czasie polegających na modyfikacji teraźniejszości przez podróżników w przeszłość. 

Rzecz bardzo fajna i dająca do myślenia, nie jestem jednak pewien, czy odpowiednia dla dzieci i młodzieży.

 

22/52

sobota, 12 maja 2018

follet

Ken Follet należy od moich najulubieńszych pisarzy. Dawałem temu wyraz wielokrotnie. Szczególnie lubię jego powieści sensacyjne z wątkiem historycznym. Jest to jedyny pisarz, którego powieści o II wojnie światowej mi się podobają. Lubię też jednak i te książki, w których zagłębia się w dalszą przeszłość. Niedawno pisałemtu o "Uciekinierze". Teraz wchodzę jeszcze głębiej w przeszłość.

Wspomniałem już jakiś czas temu, że ostatnio czytam takie książki, które da się połączyć w grupy mające jakieś wspólne cechy. Jedną z nich był szereg powieści i esejów opowiadających o okresie wokół 1500 roku. Ostatnio, od powieści "Zdobycz i wierność" przeniosłem się do roku około  1600. "Słup ognia" łączy te dwie grupy, gdyż jego akcja rozgrywa się w latach 1558-1620 w Anglii, Francji, Hiszpanii, Niderlandach i Szkocji.

Powieść, będąca trzecią częścią trylogii zaczynającej się od "Filarów ziemi" mówi głównie o relacjach, często krwawych, między katolicyzmem a protestantyzmem w ówczesnej Europie Zachodniej. Jak to zwykle u Folleta bywa w książce jest dużo seksu, polityki i ekonomii. Oczywiście, również jak zwykle u Folleta, poziom literacki jest wysoki, a akcja wciągająca. 

Jest jeszcze coś, na co przy tej książce zwróciłem uwagę. Follet pisze książki stałą metodą, pojawiają się u niego stałe motywy, to da się zauważyć. Elementem tej metody jest dobór bohaterów. Gdy jego powieść umieszczona jest w rzeczywistości historycznej, główny bohater jest zazwyczaj drugoplanowym bohaterem historii rzeczywistej. Nie jest zwykłym szaraczkiem jak dobry wojak Szwejk, nie jest też jednak królem, premierem, czy generałem. Może być postacią historyczną, albo fikcyjną, to już nie ma większego znaczenia. Tak jest też w "Słupie ognia", gdzie główny bohater jest członkiem zespołu doradców królowej Elżbiety i jej następców. Królowie i książęta pojawiają się tu jako postacie epizodyczne. Ten pomysł na bohatera powieści historycznej wprowadził w życie jako pierwszy chyba Aleksander Dumas w "Trzech muszkieterach". Potem z powodzeniem stosował go między innymi Henryk Sienkiewicz tak w trylogii, jak w "Quo vadis". Ten sam pomysł jest też wykorzystany we wspomnianej wyżej "Zdobyczy i wierności" Pietrkiewicza.  I w tych powieściach Folleta, których akcja dzieje się w przeszłości.

21/52

piątek, 11 maja 2018

 

Pierwszego półfinału nie oglądałem. Jestem rybniczaninem, więc wygrała u mnie "Diagnoza", choć nie jest to dobry serial. Oglądałem za to półfinał drugi. Występ reprezentantów Polski uważam za fatalny. Podobały mi się za to występy Serbów i Gruzinów. Śpiewali w swoich językach, nawiązywali to tradycji muzycznych swoich krajów (ten gruziński śpiew męski na trzy głosy), a jednocześnie było to nowoczesne i mogło się spodobać. Szkoda, że Gruzini odpadli,cieszę się, że Serbowie przeszli do finału. 

10:01, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 maja 2018
niedziela, 06 maja 2018

 

Ten fragment serialu skojarzył mi się z fragmentem życiorysu pewnego śląskiego kapłana, księdza Szymona Perzycha: 

Kilka lat wcześniej, gdy ów autor książek religijnych był komorantem w Piekarach, pojawił się raptem w Rybniku, gdzie wprawdzie ożywił życie karczemne i uliczne, ale naraził się opinii publicznej do tego stopnia, że magistrat w trosce o moralność i religijność społeczności rybnickiej wystosował 10 grudnia 1859 r. list do ks. kanonika i książęco-biskupiego komisarza, Franciszka Heidego w Raciborzu, w którym m.in. czytamy: „Suspendowany ksiądz, były dyrektor seminarium i proboszcz Szymon Perzich, osiadł tu od dłuższego czasu bez policyjnego zameldowania. Tenże prowadzi karygodne życie, gdyż codziennie odwiedza najpospolitsze szynki, wraca do domu w całkiem nieprzytomnym stanie i nierzadko musi być wyciągany z rynsztoków. W szynkach obcuje wyłącznie z prostacką warstwą społeczną. Przedmiotem jego rozmów jest religia, przy czym grubiańsko profanuje święte instytucje Kościoła katolickiego. Często widzi się go zataczającego się na publicznych ulicach w kompletnym stroju księdza. Podczas wielomiesięcznego pobytu tutaj jeszcze nie był na nabożeństwie. To karygodne prowadzenie się niepoprawnego Perzicha przynosi hańbę i gniew katolickiego stanu kapłańskiego oraz świętej religii. Aby temu przeciwdziałać, byłoby bardzo celowe umieszczenie owego Perzicha w jakimkolwiek zakładzie. Dlatego uprasza- my Waszą Przewielebność bardzo uniżenie o łaskawe skierowanie wymienionego Perzicha do jakiegoś zakładu poprawczego oraz jednoczesne powiadomienie nas,jakie właściwe środki zostaną zastosowane wobec Perzicha, celem przeszkodzenia mu w złym prowadzeniu się. Dość niechętnie przyjęlibyśmy kroki, aby wymienionego Perzicha uznać za pijaczynę szynkowego, ponieważ mniemamy, iż przez to zostałby obrażony katolicki stan kapłański”

Cały życiorys można znaleźć w artykule ks. Henryka Olszara Proboszczowie parafii św. Anioła Stróża w Gorzycach Śląskich. Przyczynek do dziejów Kościoła katowickiego. O owym księdza Perzychu zapewne jeszcze napiszę coś więcej, bo jego postać bardzo mnie interesuje. Na razie jestem na etapie poszukiwania jego książek. 

10:31, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 maja 2018

łysiak

I dalej nadrabianie zaległości. Tę książkę powinienem przeczytać już dawno. Jeśli nie parę lat temu,kiedy została wydana ( bo i niby z jakiej paki, skoro od lat nie czytam Łysiaka), to przynajmniej rok temu, kiedy dowiedziałem się, że jestem w niej dwa razy cytowany. W końcu nie tak często się zdarza, że takiego publicystę z piątej ligi cytuje autor pierwszoligowy. Prawdę mówiąc mnie się to w wersji książkowej zdarzyło tylko ten jeden raz. 

Książka jest jedną wielką krytyką polskiej literatury, której stan jest tu przedstawiony jako katastrofalny. Łysiak stosuje tu sprytny zabieg. Niby sam nie krytykuje, a tylko cytuje dziesiątki różnych krytyków. Książka jest bowiem w zasadzie kompilacją cytatów z : polskiej prasy, wierszy Mariana Hemara i scholiów Nicolasa Gomeza Davili. Z tej kompilacji wynika, że jedynym dobrym pisarzem we współczesnej Polsce jest... Waldemar Łysiak. No może niezły był też Andrzej Żuławski ze swoim "Nocnikiem", który w czasie wydania "Karawany"  żył jeszcze. Ale reszta to dno. Za granicą zresztą nie jest lepiej.

Łysiak starannie dobranymi cytatami dowodzi, że wiele rzeczy zrobił jako jedyny, te które inni też zrobili on zrobił jako pierwszy, a te, które inni zrobili pierwsi, on zrobił najlepiej. Przypomina pod tym względem Coryllusa - nadętego bubka będącego idolem części prawicy. Jest jednak jedna różnica - Łysiak ma solidny wkład w polską kulturę (gdyby nie był pieniaczem, wkład ten byłby większy), a Coryllus ma wkład zbliżony do mojego, czyli na razie homeopatyczny. 

20/52

czwartek, 03 maja 2018

gra

Kolejna pozycja w ramach nadrabiania ewidentnych zaległości Elżbieta Cherezińska to chyba najważniejsza obecnie w Polsce  autorka powieści historycznych. Wielu ją chwali, wielu krytykuje, ja dotąd zdania nie miałem, bo nie czytałem.

Bo przeczytaniu "Gry w kości" mogę już coś powiedzieć. Jest to powieść poprawna zarówno faktograficznie, jak i literacko. I tyle. Aż tyle i tylko tyle. Jedynym co ją odróżnia od powieści Kraszewskiego, Przyborowskiego, czy Strumskiego są liczne sceny erotyczne. I to jest problem. Gdyby tych scen nie było, nadawałaby się na lekturę edukacyjną dla młodzieży. Ale skoro są, to się nie nadaje.

A skoro tak, to pozostaje jej tylko funkcja rozrywkowa. Jest to powieść prosta- romanus simplex, co przy tematyce historycznej jest nieco zaskakujące. 

19/52


czwartek, 26 kwietnia 2018

Martel

To jedna z najdziwniejszych książek, jakie w życiu czytałem. Wszystko jest niej nietypowe.Począwszy od formy. Składa się z dwóch rozdziałów, z których pierwszy ciągnie się przez prawie 350 stron, a drugi liczy ledwie cztery linijki. Polskiemu czytelnikowi kojarzy się to nieodparcie z powieścią Jerzego Andrzejewskiego "Bramy raju", która składa się z dwóch zdań, pierwszego ciągnącego się przez stron bodaj sto trzydzieści i drugiego, brzmiącego "i szli całą noc". Martel raczej ani tej powieści, ani samego Andrzejewskiego prawie na pewno nie znał. Skąd to wnoszę? Stąd, że w pewnym miejscu książki pojawia się lista pisarzy z całego świata,a jedynym związanym z Polską jest na niej Conrad. 

"Ja" ma formę fikcyjnej autobiografii. Skąd wiem, że fikcyjnej? Bo raczej nie jest możliwe, by autor, czy ktokolwiek z żyjących zmienił się samoistnie z mężczyzny w kobietę, a po paru latach z powrotem. I to jest chyba główna dziwność tej książki, która sprawia, że wryje się ona w pamięć czytelnika. Jest tu sporo seksu i niemało wzmianek o religii. Zaskakujące jest to drugie, bo pierwszosobowy/a bohater/ka deklaruje się jako osoba stuprocentowo areligijna.

Głównie jest to jednak, mimo pozorów bardzo głęboka książka o ludzkiej tożsamości. Waham się, czy w swojej klasyfikacji zaliczyć ją do powieści pogłębionych (romanus semicompositus), czy do  powieścioesejów (romanus compositus).Chyba jednak umieszczę ją w tej ostatniej grupie, mimo, że obszernych wstawek eseistycznych trudno tam się doszukać. Ale ukryty esej esejem być nie przestaje.

Jeszcze jeden aspekt chciałbym poruszyć. Zastanawia mnie, ile czaszek dałoby tej książce rodzeństwo Salwowskich z serwisu kulturadobra,pl, gdyby zajmowało się literaturą, a nie filmem. Skojarzenie nie jest przypadkowe. Być może bym tej książki nie kupił (za dwa złote w Carrefourze) i nie przeczytał, gdyby nie Salwowscy. Otóż parę dni wcześniej przeczytałem na ich stronie recenzję filmu "Życie Pi" opartego na innej książce tego autora. Dostał dwie czaszki i określenie "wyraźnie zły". Myślę, że "Ja" dostałoby tych czaszek więcej. A to naprawdę dobra książka jest.

18/52

środa, 25 kwietnia 2018

tetragon

To już powinienem zrobić dawno. Skoro Arnolda Płaczka, piszącego jako Thomas Arnold, znam osobiście, skoro z  nim pracowałem, to powinienem znać też jego książki. W końcu więc się za to zabrałem i udałem się do biblioteki. Mieli kilka jego książek, na chybił trafił wybrałem "Tetragona".

To klasyczny kryminał z akcją osadzoną we współczesnych Stanach. Główny wątek, to zbrodnicza działalność satanistycznej sekty. Czuć wyraźną inspirację "Klubem Dumas" Artura Pereza-Revertego, oraz kilkoma polskimi kryminałami z "Głową Minotaura" na czele.

Napisane sensownie, znacznie lepiej niż u Mroza, jednym słowem broni się. Z drugiej strony, dupy nie urywa. Głębi żadnej tu nie widzę. W klasyfikacji, którą ostatnio staram się wypracować jest to czysta powieść(romanus simplex), a  nie powieść pogłębiona (romanus semicompositus), czy powieścioesej (romanus compositus). Do historii literatury więc nie przejdzie, ale do przeczytania jest jak najbardziej godna polecenia. Bo to, że powieść jest prosta, nie musi być wadą. Często jest nawet zaletą. 

Jedną z przyczyn mojego opóźnienia w lekturze książek Arnolda jest to, że niezbyt lubię amerykańskie realia w powieściach polskich pisarzy, podobnie jak nie lubię, gdy polscy piosenkarze śpiewają po angielsku. Owszem, zdaję sobie sprawę, że pisanie w realiach amerykańskich jest sposobem na uniwersalizację polskiej literatury, którą to zresztą uniwersalizację z uporem postuluję. Tyle że jest to droga na skróty. Książki Wiesława Myśliwskiego, choć umieszczone w realiach polskich,  są o wiele bardziej uniwersalne  niż wszystkie polskie powieści umieszczone w realiach amerykańskich razem wzięte. 

Uznawałem więc, że lepiej, gdy pisarz, zwłaszcza zaś autor powieści kryminalnych, umieszcza akcję w miejscu, które dobrze zna, na ulicach, po których chodził, etc. Po lekturze kilku książek Mroza uznałem jednak, że niekoniecznie to działa. A jako, że Arnoldowi lepiej wychodzi pisanie o Ameryce, niźli Mrozowi o Polsce, to niechże sobie pisze o Ameryce. 

17/52

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

król

"Wielcy władcy" Marcina Króla to książka co najmniej z dwóch powodów niestandardowa. Pierwszy powód to niezbyt adekwatny tytuł. Dzieło składa się z biografij czterech ludzi, których nie da się w sensie dosłownym nazwać władcami, bo żaden z nich nie był monarchą, a tylko jeden z tej czwórki był głową państwa republikańskiego. Ludźmi tymi byli Richelieu, Bismarck, Churchill i de Gaulle. Wszyscy są w tej książce przedstawieni jako postacie pozytywne i to jest właśnie drugim przejawem jej niestandardowości.  Rzadko się bowiem zdarza, aby ktoś w Polsce chwalił Bismarcka, zwłaszcza w książce przeznaczonej dla masowego odbiorcy, a ta właśnie taka jest, bo nie jest pracą naukową, a esejem, mimo że jej autor jest profesorem politologii. Oczywiście, są oni przedstawieni pozytywnie, nie w kategoriach etycznych, a politycznych. Bo znaniem autora ci czterej byli jedynymi w dotychczasowych dziejach świata naprawdę wybitnymi politykami. W końcowej części książki omówiono poglądy na politykę i moralność prezentowane przez Machiavellego, Hobbesa, Clausewitza, Webera, Schmitta i Morgenthaua.

16/52

niedziela, 22 kwietnia 2018

Barsotti

Zawsze w Wielkim Poście czytam jakąś książkę religijną. Wielki Post już dawno minął, a omówienia takowej książki na moim blogu brak. Przyczyny są dwie. Pierwsza jest taka, że choć lekturę tego rodzaju książki zacząłem w pierwszej połowie Wielkiego Postu, to nie zdążyłem jej przeczytać przed Wielkanocą. Nie była to bowiem lekka lektura. I tu jest ta druga przyczyna. Skoro czytanie przychodziło z trudnością, to i pisanie recenzji nie mogło być łatwe.

To, że "Misterium Chrystianizmu" jest książką trudną, nie oznacza bycia książką złą. Wręcz przeciwnie, to bardzo dobra, chyba najlepsza, jaką przeczytałem w tym temacie. Jest to systematyczny wykład chrześcijańskiej (a ściśle katolickiej) teologii mistycznej  w ujęciu historii biblijnej i roku liturgicznego. Autor dobitnie wykazuje kompletność mistyki katolickiej i niekompletność mistyk naturalnych, żydowskiej, muzułmańskiej, a nawet prawosławnej. Szczególnie surowo odnosi się do antymistycznie nastawionego protestantyzmu. Zdaje się pozostawać w nurcie mistyki niemieckiej (choć jest Włochem). Wielokrotnie cytuje bezpośrednio i pośrednio nie tylko Pismo Święte (mocno dowartościowuje Stary Testament) oraz Ojców i Doktorów Kościoła ale także  Eckharta, Suzona i Silesiusa. Co ciekawe, nie znalazłem żadnych cytatów z Taulera, choć właśnie jego Kazania mi ta książka bardzo przypomina,tak tematyką, jak i stylem. Tyle tylko, że Barsotti jest o wiele bardziej systematyczny.

Warto zwrócić uwagę, że ks. Divo Barsotti, obecnie będący kandydatem na ołtarze, napisał tę książkę jako młody człowiek. W tym kontekście jest to dzieło zaskakująco dojrzałe. Szkoda tylko, że w Polsce od dawna nie jest wznawiane. Korzystałem z wydania z lat sześćdziesiątych, które niekiedy da się dostać w antykwariatach. Namawiam niniejszym Księgarnię Świętego Wojciecha na wznowienie tej świetnej książki. 


15/52

czwartek, 19 kwietnia 2018

pranie

A w Gorzycach sztuka współczesna jakiej by się Warszawa nie powstydziła. Na sznurze bielizna w stylu epok dawnych. Zapewne jakaś forma reklamy sąsiedniej restauracji Barbarossa.

07:11, svetomir , SZTUKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 kwietnia 2018

 

Któż to odwiedził sławne miasto Rybnik? Toż to sam Darth Vader we własnej osobie. Ale cóż to ma w ręku miast świetlnego miecza? Toż to lira korbowa. 

Pod powłoką Sitha ukrywa się jeden z najbardziej znanych polskich artystów ulicznych - Paweł Dyjan. Więcej o jego twórczości można przeczytać tutaj i tutaj

 

07:42, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 kwietnia 2018

 zdobycz i wierność

Rzadko się zdarza, że recenzuję nowości, a jeszcze rzadziej (w zasadzie po raz pierwszy wystąpił taki przypadek), że recenzuję nowości napisane przed sześcioma dziesiątkami lat? Paradoks? Owszem, ale wynikający z zawiłości ludzkich, a osobliwie polskich losów. Przypominam, że Pietrkiewicz, który jako poeta zadebiutował jeszcze w przedwojennej Polsce, w czasie wojny znalazł się w Wielkiej Brytanii i tam pozostał, odtąd tworząc poezję po polsku, a prozę po angielsku. Dzięki konsekwencji w tym wyborze w pełni przynależy do obydwu literatur. Stał się drugim po Conradzie polskim mistrzem angielskiego pióra.

Napisana w 1955 powieść „Loot and loyalty” została właśnie wydana w Polsce, w przekładzie Jacka Dehnela jako „Zdobycz i wierność”. Najlepszą recenzję tej książki dał sam tłumacz w posłowiu do niej, pozwolę więc sobie zacytować jego słowa: To, że mamy do czynienia z późnym przykładem powieści historycznej w typie sienkiewiczowskim, widać na pierwszy rzut oka. Jest wszystko, co trzeba: czasy panów szlachty, Kresy, ważne wydarzenia, makaronizmy, mieszanka etniczna i religijna; galeria oryginalnych postaci, raz wzniosłych, raz śmiesznych; kontusze, kirysy i kolasy. Słowem, jak mawiano złośliwie o Matejce: „polska szkoła historyczna Pancerz i łupież". Tymczasem lektura bardzo prędko pokazuje, że to tylko pozór. Pietrkiewicz – przed wojną, jako młody chłopak, autor nadętego peanu na cześć Dmowskiego – napisał bowiem rzecz na wskroś nowoczesną, antybohaterską, idącą pod włos narodowych mitów. Sienkiewiczowski pastisz jest tylko kostiumem, spod którego wygląda wiek dwudziesty.

 14/52

niedziela, 15 kwietnia 2018

W kategorii "Festiwale" opisuję z reguły wydarzenia pozytywne, które darzę sympatią, które mnie cieszą. W niektórych z nich uczestniczę, w innych chcę uczestniczyć, acz nie pozwalają mi okoliczności, jeszcze inne mniej mnie interesują, ale i tak mnie cieszą.

Dziś muszę opisać imprezę, która w ogóle mnie nie cieszy, do której nie mam ani grama sympatii, imprezę szkodliwą, która w ogóle nie powinna się odbyć. Wstyd mi za moje miasto, że takie kufno ma miejsce w najszacowniejszej rybnickiej placówce kultury - Teatrze Ziemi Rybnickiej. 

Główną gwiazdą imprezy, ukrywającej się pod zwodniczym mianem "Festiwalu Kultury Zdrowia" jest król szarlatanów Jerzy Zięba, który w rujnowaniu zdrowia Polaków dorównał już osławionemu Janowi Kwaśniewskiemu, a jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. 

Kilka dni temu obchodziliśmy kolejną rocznicę śmierci Jacka Kaczmarskiego, jednego z największych polskich poetów wszech czasów. Przypominam, że Mistrz mógł jeszcze żyć i pisać, gdyby go nie wykończył szarlatan podobny występującym na jutrzejszym"festiwalu".

sobota, 14 kwietnia 2018

JCS

Faceebook mi przypomniał, że dwa lata temu grupa jakichś narwańców oprotestowalała wystawienie rockopery "Jesus Christ Superstar" w ramach obchodów 1050 lecia chrztu Polski. W związku z tym pozwalam sobie przypomnieć, co wtedy napisałem.

Za głupotę uważam walkę chrześcijan z kulturowym chrześcijaństwem. Musical o Chrystusie, nawet, gdy nie do końca odzwierciedla dogmaty wiary oceniam pozytywnie i pochwalam jego rozpowszechnianie. Nie wiem, jakie intencje mieli autorzy tego dzieła. Może faktycznie widzieli w Chrystusie tylko człowieka, swoistego hippisowskiego guru. A jednak to dzieło raczej buduje wiarę w Chrystusa niż ja burzy, przyciąga do Niego, a nie oddala. Dzieje się tak, gdyż Duch wieje kędy chce. Nie pierwszy to taki przypadek w historii. W XIX wieku Ernest Renan napisał z pozycji antychrześcijańskich "Żywot Jezusa". A jednak lektura tego dzieła była dla wielu intelektualistów XIX i XX wieku elementem, często nawet początkiem drogi nawrócenia do Chrystusa. I tak właśnie jest i z tym musicalem. Ci co do Kościoła nie chodzą i literatury religijnej nie czytają, mogą dzięki jego obejrzeniu poczuć jakąś nic więzi z Chrystusem. Może ona będzie i wątła, ale nawet wątła nić nie pozostanie bez pożytku.

Do napisania tych słów zainspirował mnie ówczesny wpis Krusejdera i dyskusja wokół niego.

10:16, svetomir , TEATR
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 kwietnia 2018

blog

W jednym ze styczniowych wpisów postawiłem sobie cztery cele dla moich internetowych przedsięwzięć na ten rok:

1. Wejście mojego głównego bloga do pierwszej setki rankingu blox.pl

2. Osiągnięcie stu subskrypcji na YouTube

3. Zgromadzenie trzystu członków w Grupie Udostępniania Ankiet naukowych

4. Zebranie stu polubień strony Refleksje o Postępie.

Z radością informuję, że pierwszy cel został osiągnięty. Po tygodniu 2-8 kwietnia blog Kultura Okiem Svetomira znalazł się na 82. miejscu rankingu blox.pl. Pora na realizację kolejnych celów. Obecnie subskrypcji mam 57, członków 219, a polubień 33. Szanse na realizację więc ciągle są. 

piątek, 06 kwietnia 2018

cudka

"Korona królów" rozkręca się. Oczywiście, pętają ją ramy gatunku i nigdy nie będzie dobrym serialem, zresztą nie może być dobrym serialem twór mający więcej niż 39 odcinków. Jednak jak na telenowelę jest już całkiem przyzwoita. Trzeba przyznać, że najbardziej zaszkodził jej ten doklejony na siłę pierwszy odcinek.

Teraz jednak akcja idzie wielowątkową i dobrze. Niektóre z tych wątków są bardzo interesujące. Mnie szczególnie zaciekawił wątek zaczerpnięty z Biblii, z Ksiąg nomen omen Królewskich (w Biblii Tysiąca Błędów dwie pierwsze z nich zwą się Księgami Samuela, ale ja się tu nie będę kierował BTB). Otóż Król Kazimierz, Cudka i Nimierza odtwarzają biblijny trójkąt Dawid-Batszeba-Uriasz.

11:1I stało się po roku tego czasu, gdy zwykli królowie wyjeżdżać na wojnę, posłał Dawid Joaba, i sługi swoje z nim, i wszystkiego Izraela, aby pustoszyli syny Ammonowe. I oblegli Rabbę, a Dawid został w Jeruzalemie.
11:2I stało się przed wieczorem, gdy wstał Dawid z łoża swego, a przechadzał się po dachu domu królewskiego, że ujrzał z dachu niewiastę, myjącą się; a ta niewiasta była bardzo piękna na wejrzeniu.
11:3Tedy posłał Dawid, pytając się o onej niewieście, i rzekł: Azaż to nie Betsabee, córka Elijamowa, żona Uryjasza Hetejczyka?
11:4Posłał tedy Dawid posły, i wziął ją. Która gdy weszła do niego, spał z nią; a ona się była oczyściła od nieczystoty swojej: potem wróciła się do domu swego.
11:5I poczęła ona niewiasta, a posławszy oznajmiła Dawidowi, i rzekła: Jam brzemienną.
11:6I posłał Dawid do Joaba mówiąc: Poślij do mnie Uryjasza Hetejczyka. I posłał Joab Uryjasza do Dawida.
11:7A gdy przyszedł Uryjasz do niego, pytał go Dawid jakoby się powodziło Joabowi, i jakoby się powodziło ludowi, i jakoby się powodziło wojsku.
11:8Nadto rzekł Dawid do Uryjasza: Idź do domu twego, a umyj nogi twoje. I wyszedł Uryjasz z domu królewskiego, a niesiono za nim potrawy królewskie.
11:9Ale Uryjasz spał przede drzwiami domu królewskiego ze wszystkimi sługami pana swego, i nie szedł do domu swojego.
11:10I opowiedziano Dawidowi, mówiąc: Nie szedłci Uryjasz do domu swego. I rzekł Dawid do Uryjasza: Azażeś ty nie z drogi przyszedł? przeczżeś wżdy nie szedł do domu twego?
11:11I rzekł Uryjasz do Dawida: Skrzynia Boża, i Izrael, i Juda zostawają w namiotach, a pan mój Joab, i słudzy pana mego w polu obozem leżą, a jabym miał wnijść do domu mego, abym jadł, i pił, i spał z żoną swą? Jakoś ty żyw, i jako żywa dusza twoja, żeć tego nie uczynię.
11:12Tedy rzekł Dawid do Uryjasza: Zostańże tu jeszcze dziś, a jutro cię odprawię. I został Uryjasz w Jeruzalemie przez on dzień, i nazajutrz.
11:13Potem go wezwał Dawid, aby jadł i pił przed nim, i upoił go: wszakże wyszedłszy w wieczór, spał na łożu swojem z sługami pana swego, a do domu swego nie wszedł.
11:14A gdy było rano, napisał Dawid list do Joaba, i posłał go przez ręce Uryjasza.
11:15A w liście napisał te słowa: Postawcie Uryjasza na czele bitwy najtęższej; między tem odstąpcie nazad od niego, aby będąc raniony umarł.
11:16I stało się, gdy obległ Joab miasto, postawił Uryjasza na miejscu, kędy wiedział, że byli mężowie najmocniejsi.
11:17A wypadłszy mężowie z miasta, stoczyli bitwę z Joabem, i poległo z ludu kilka sług Dawidowych, poległ też Uryjasz Hetejczyk,
11:18Tedy posłał Joab, i oznajmił Dawidowi wszystko, co się stało w bitwie.
11:19A rozkazał posłowi, mówiąc: Gdy wypowiesz królowi, co się stało w bitwie,
11:20Tedy jeźliby się król rozgniewał, a rzekłciby: Przeczżeście tak blisko przystąpili do miasta ku bitwie? azażeście nie wiedzieli, iż ciskają z muru?
11:21Któż zabił Abimelecha, syna Jerubbesetowego? izali nie niewiasta zrzuciwszy nań sztukę kamienia młyńskiego z muru, tak że umarł w Tebes? przeczżeście przystępowali do muru? Tedy rzeczesz: Sługa też twój Uryjasz Hetejczyk poległ.
11:22A tak poszedł poseł, i przyszedłszy oznajmił Dawidowi wszystko, z czem go był posłał Joab.
11:23I rzekł on poseł do Dawida: Zmocnili się przeciwko nam mężowie, i wyszli przeciwko nam w pole, a goniliśmy je aż do samej bramy.
11:24Wtem strzelili strzelcy na sługi twoje z muru, i zabito kilka sług królewskich, tamże i sługa twój Uryjasz Hetejczyk poległ.
11:25Tedy rzekł Dawid do posła: Tak powiesz Joabowi: Niech ci to serca nie psuje, boć tak miecz to tego, to owego pożera; następuj potężnie na miasto, i burz je, a dodawaj serca rycerstwu.
11:26A usłyszawszy żona Uryjaszowa, iż umarł Uryjasz, mąż jej, płakała męża swego.
11:27A gdy wyszła żałoba, posłał Dawid, i wziął ją w dom swój, i była mu za żonę, i porodziła mu syna. Ale to była zła rzecz, którą uczynił Dawid przed oczyma Pańskiemi.

Wszystko jednak wskazuje na to, że Kazimierz był mniej skuteczny od Dawida. W różnych znaczeniach tego słowa. Nie zmienia to jednak faktu, że to bardzo fajne nawiązanie biblijne. Lubię takie inspiracje biblijne, sprytnie wplecione w fabułę dziejącą się w Polsce.Innym przykładem tego rodzaju jest "Placówka" Bolesława Prusa,  która oparta jest na Księdze Hioba, co jednak mało kto dostrzega. 

 

06:19, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 kwietnia 2018

 

Aparycjonizm, czyli przywiązywanie nadmiernej wagi do objawień prywatnych jest chorobą pojawiającą się w różnych nurtach chrześcijaństwa, szczególnie jednak trapiącą Kościół katolicki. Cierpią na nią zarówno katolicy konserwatywni, jak postępowi, tak tradycyjni, jak charyzmatyczni. Rzecz znamienna, że od objawień starych, uznanych i statecznych jak Lourdes,Fatima, czy objawienia Św. Faustyny znacznie popularniejsze są nowe, nieuznane, niepewne, chaotyczne i niebezpieczne, jak Medjugorje, Garabandal, czy wizjonerki związane z księdzem Natankiem. Dla aparycjonistów treści płynące z objawień prywatnych stają się ważniejsze od treści podawanych przez Urząd Nauczycielski Kościoła, w jedyny autentyczny sposób interpretujący Biblię i Tradycję. Aparycjonizm sam w sobie nie jest herezją, ale wprost do herezji prowadzi. Katolik powinien do objawień prywatnych podchodzić ostrożnie. Trzeba bowiem pamiętać, że na każde 100 "objawień"90 to złudzenia, 9 to mamienie szatańskie, a tylko 1 to prawdziwe objawienie. 

Ostatnimi czasy obok klasycznego aparycjonizmu pojawiła się nowa jego odmiana, jeszcze dziwaczniejsza i jeszcze groźniejsza. W tej nowej odmianie aparycjonizmu źródłem "wiedzy religijnej" są już nie objawienia istot podających się za Chrystusa, Matkę Bożą, czy świętych, ale wypowiedzi szatana podczas egzorcyzmu. Zjawisko zostało zapoczątkowane w Niemczech w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia wydaniem kuriozalnej książki "Ostrzeżenie z zaświatów". W ostatnich latach ta choroba w szaleńczym tempie rozwija się w Polsce, a jej nosicielami są medialni egzorcyści, których nazwisk nie będę wymieniał, by nie robić im reklamy. Ja osobiście stosuję zasadę dystansu do treści głoszonych przez egzorcystów. Oni powinni działać cicho i dyskretnie. Jeśli jakiś egzorcysta,czy były egzorcysta wypowiada się w mediach,to jest to podejrzane. A jeśli jeszcze do tego powołuje się na informacje uzyskane od szatana w czasie egzorcyzmów, to jest to wielce podejrzane. 

Celnie ten nowy aparycjonizm punktuje ks. Grzegorz Strzelczyk: "Wielką porażką nauczania teologii w Polsce jest - moim zdaniem - to, że część absolwentów - katechetów i księży - jest skłonna bardziej ufać domniemanym wyznaniom "ojca kłamstwa" przekazywanym przez egzorcystów, niż nauczaniu biskupa Rzymu. Bekniemy (teologowie) za to w czyśćcu (zwłaszcza za bezczynność wobec tego zjawiska). Ciekawe czasy, ale jakoś mnie nie cieszą. Jeśli tak dalej pójdzie, to oryginalnym wkładem polskiej teologii będzie włączenie diabła do listy źródeł teologicznych - powyżej nauczania zwyczajnego Magisterium."

Dlatego trzymajmy się Magisterium Kościoła, a nie uganiajmy się za nowinkami z podejrzanych źródełek,choćby sprawiały wrażenie wielce świątobliwych. 

środa, 04 kwietnia 2018

Pisałem ostatnio o tym, co papież Franciszek mówił o tatuażach i o aborcji, a dotąd nie napisałem nic o tym, co mówił o piekle, chociaż od kilku dni trąbią o tym media całego świata. A nie napisałem nic głównie dlatego,że właściwie nie wiem, co papież naprawdę powiedział o piekle. Wiem, jakie słowa przypisał mu Scalfari, znam też treść mętnego watykańskiego dementi, nadal jednak nie wiem, co papież powiedział.

Coś jednak wiem. Na podstawie tych dwóch, znanych mi tekstów mogę wywnioskować dwie rzeczy. Po pierwsze, papież coś o piekle powiedział. Po drugie, to co naprawdę powiedział, choć zapewne różniło się od wersji Scalfariego, też nie było całkiem ortodoksyjne. Skąd to wnoszę?

Gdyby papież nic o piekle nie mówił, zawarto by w  dementi taką informację. Gdyby zaś jego wypowiedź była w pełni ortodoksyjna, to by ją zacytowano.

Skoro jednak nie wiemy, co papież powiedział nie możemy wprost uznać, że jest heretykiem i utracił urząd. Możemy jednak uznać, że jest podejrzany o herezję i traktować go z należytą ostrożnością. 


07:13, svetomir , RELIGIA
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 kwietnia 2018

grischam

Powieści są różne. Niektóre niosą w sobie głęboką treść, są wręcz esejami w przebraniu. Taką jest ostatnio przeze mnie omawiana powieść Kaczmarskiego. Są jednak i takie, które są po prostu powieściami i niczym więcej - lekkimi książkami do przyjemnej lektury. Oczywiście i one często mają jakąś myśl przewodnią, ale zwykle prostą i prosto podaną.

I do tej właśnie drugiej grupy należy powieść Johna Grishama  "Theodore Boone: Aktywista". Jest to czwarty tom cyklu "Theodore Boone". Już mi kiedyś zarzucano, że czytam cykle nie po kolei. Owszem, często tak czynię, zazwyczaj z dwóch powodów. Po pierwsze, książki kupuję głównie w marketowych koszach z taniochą, a tam bardzo rzadko są pełne cykle, a niezbyt często pierwsze tomy. Po drugie, w ten sposób testuję jakość cykli. Jeśli czytam na przykład czwarty tom, bez znajomości trzech pierwszych i nie gubię się w treści, to znaczy, że  cykl się broni. 

Ten się broni, ale tylko literacko. Dobrze się to czyta, mimo, że już dawno wyrosłem z wieku młodzieńczego, a powieść ta głównie dla młodzieży jest przeznaczona. Ale ideowo jest bardzo słaba. To prostacka lewicowa propaganda sugerująca, że budowanie dróg szkodzi szkołom, boiskom i potokom. 

13/52

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41