wtorek, 12 czerwca 2018

wariacje

Telewizja publiczna leci na pysk, to wiadomo. Wiadomości już się oglądać nie da, bo ociekają propagandą gorzej niż komunistyczny "Dziennik", a "Teleekspres" też nie lepszy. Nie jest jednak bynajmniej tak, że wszystko w kurskiej tv jest totalnie złe, lub przynajmniej gorsze niż u poprzedników. 

Nie najgorzej jest w dziedzinie kultury wysokiej i niszowej (bo popkultura w TVP leży i kwiczy, vide ostatnie straszliwie żałosne Opole). Tu można wspomnieć o "Dzikiej Muzyce" i o Teatrze Telewizji. Ten ostatni jest co prawda nadal zdominowany przez historyczne gnioty oparte na archiwach IPN, niewiele mające wspólnego z teatrem, od czasu do czasu zdarzają się jednak wartościowe spektakle. 

Należy do nich inscenizacja "Wariacje Tischnerowskie" oparta na "Historii filozofii po góralsku" Józefa Tischnera oraz"Wieści ze słuchanicy" Józefa Tischnera i Wandy Czubernatowej. Przedstawienie dostarcza dużą dawkę mądrości, humoru i folkloru. Świetnie się tego słucha. I może w tym jest problem. Inscenizacja jest zbyt statyczna wizualnie. Aktorzy,  w większości bardzo dobrzy, nie mieli możliwości większego wykazania się. Równie dobrze to przedstawienie mogło pójść w teatrze radiowym, a odbiorca niczego by nie stracił. Nie jest to zarzut, bo spektakl oceniam dobrze, ale uwaga.

08:32, svetomir , TEATR
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 czerwca 2018

zdobycz

O Jerzym Pietrkiewiczu pisałem już na łamach „Najwyższego Czasu!” i swojego bloga w roku 2008, rok po jego śmierci. Teraz pojawia się okazja, aby kolejny raz o nim napisać, z racji ukazania się polskiego przekładu jednej z jego powieści. Przekładu, który ma szansę zdobyć w kraju popularność większą, niż jakakolwiek wcześniej wydana książka tego emigracyjnego twórcy.

 

Rzadko się zdarza, że recenzuję nowości, a jeszcze rzadziej (w zasadzie po raz pierwszy wystąpił taki przypadek), że recenzuję nowości napisane przed sześcioma dziesiątkami lat? Paradoks? Owszem, ale wynikający z zawiłości ludzkich, a osobliwie polskich losów. Przypominam, że Pietrkiewicz, który jako poeta zadebiutował jeszcze w przedwojennej Polsce, w czasie wojny znalazł się w Wielkiej Brytanii i tam pozostał, odtąd tworząc poezję po polsku, a prozę po angielsku. Dzięki konsekwencji w tym wyborze w pełni przynależy do obydwu literatur. Stał się drugim po Conradzie polskim mistrzem angielskiego pióra.

 

Napisana w 1955 powieść „Loot and loyalty” została właśnie wydana w Polsce, w przekładzie Jacka Dehnela jako „Zdobycz i wierność”. Najlepszą recenzję tej książki dał sam tłumacz w posłowiu do niej, pozwolę więc sobie zacytować jego słowa: To, że mamy do czynienia z późnym przykładem powieści historycznej w typie sienkiewiczowskim, widać na pierwszy rzut oka. Jest wszystko, co trzeba: czasy panów szlachty, Kresy, ważne wydarzenia, makaronizmy, mieszanka etniczna i religijna; galeria oryginalnych postaci, raz wzniosłych, raz śmiesznych; kontusze, kirysy i kolasy. Słowem, jak mawiano złośliwie o Matejce: „polska szkoła historyczna <>”. Tymczasem lektura bardzo prędko pokazuje, że to tylko pozór. Pietrkiewicz – przed wojną, jako młody chłopak, autor nadętego peanu na cześć Dmowskiego – napisał bowiem rzecz na wskroś nowoczesną, antybohaterską, idącą pod włos narodowych mitów. Sienkiewiczowski pastisz jest tylko kostiumem, spod którego wygląda wiek dwudziesty.

 

 

Słowa te zaskakująco współgrają z tym co ja sam dziesięć lat temu pisałem o innej powieści tego samego autora:

Bodaj najważniejszym dziełem Pietrkiewicza jest powieść „Isolation” (Odosobnienie) z 1959 roku. W powieści tej autor nie tylko umiejętnie łączy wątki romansowe i szpiegowskie, ale także prowadzi poważne rozważania dotyczące natury ludzkiej. Książka jest nasycona licznymi nawiązaniami do literatury polskiej, zwłaszcza do Sienkiewicza i Reymonta, a także do polskiego życia literackiego okresu międzywojennego Jeden z bohaterów bardzo przypomina Gałczyńskiego, takiego, jakim go opisał Miłosz w Zniewolonym Umyśle. Można więc powiedzieć, ze jest to powieść, jak na lata pięćdziesiąte dosyć nowoczesna. Przypomina bowiem dzieła, jakie w literaturze światowej pojawiły się masowo w dwóch następnych dekadach. Oczywiście, przesadą byłoby nazywać Pietrkiewicza pisarzem postmodernistycznym, ale na pewno warto odnotować jego nowatorstwo.

 

Kolejnym paradoksem jest to, że powieść autora emigracyjnego, prawicowego i antykomunistycznego przełożył i promuje literat zdecydowanie lewicowy. Dowodzi to faktu powszechnie znanego, że dobra literatura wznosi się ponad podziały polityczne i mądry człowiek nie odrzuca dzieł napisanych przez autorów spoza swojego obozu. Kto zaś takowe odrzuca, ten sam się skazuje na intelektualne kalectwo, znacząco zubożając swój potencjał kulturowy. Czytajmy więc nie tylko swoich, ale i tych z innych bajek. Do dobrej literatury pisanej przez lewicowców, czy członków PZPR warto podchodzić z taką otwartością, z jaką lewicowiec Dehnel podszedł do powieści antykomunisty Pietrkiewicza.

Chwała mu za to, bo daje to sporą szansę, że twórczość tego emigracyjnego pisarza wreszcie przebije się do szerszej świadomości Polaków. Jego książki są bowiem w Polsce dość regularnie wydawane już od drugiej połowy lat osiemdziesiątych,a mimo to pozostają nieznane szerszemu gronu czytelników. Jako ostatni z paradoksów warto odnotować, że, co przyznaje w cytowanym już posłowiu, do ubiegłego roku nie znał jej także sam Jacek Dehnel.

czwartek, 07 czerwca 2018

 korona

Już parę tygodni temu skończył się pierwszy sezon "Korony królów", więc pora na małe podsumowania. Ogólnie w serialu tym jest za mało książąt, rycerzy i polityki, a za dużo romansów. Zupełnie ahistoryczne są też zbyt skromne orszaki. Szczególnie kuriozalne są w początkowych odcinkach podróże książąt kujawskich jedynie we własnym towarzystwie, bez dworzan, czy rycerzy. O błędach religijnych, czy kulinarnych napisano już dosyć, nie ma co się powtarzać. Błędy w rodzaju zbyt późnego uśmiercenia księcia Przemysła sieradzkiego ( w rzeczywistości zmarł przed procesem warszawskim, a nie po nim) i zbyt wczesnego księżnej Eufemii (zginęła po mężu, a nie przed nim) są już drobne na tle wyżej wymienionych, ale też nie powinny mieć miejsca. W epoce Wikipedii trudno zrozumieć, skąd się biorą. 

22:03, svetomir , FILM
Link Komentarze (2) »
środa, 06 czerwca 2018

tokarczuk

Nie pisałem nic po otrzymaniu przez "Biegunów" Olgi Tokarczuk Nagrody Bookera, bo, wstyd się przyznać, tej akurat książki nie czytałem. Udałem się więc do biblioteki celem nadrobienia zaległości. Niestety, w naszej osiedlowej wypożyczalni "Biegunów" nie było. Było kilka innych książek i wybrałem spośród nich tę jedną, której tytuł nic mi nie mówił. 

"Podróż Ludzi Księgi" to powieść wybitnie uniwersalna. To rzadkość w polskiej literaturze. Książki polskich pisarzy są zazwyczaj mocno naznaczone polskością. Jest to pochodna zagmatwanych losów polskiego narodu, zwłaszcza okresu zaborów. Niewątpliwie odbija się to ujemnie na światowej recepcji naszej literatury. Ta powieść taka nie jest. Jest uniwersalna, a przy tem tak wzniosła, że ma rangę mitu. I to mitu ogólnoludzkiego. Księga, która daje życie, ale i niesie śmierć - to naprawdę mit wielkiej wagi. 

Przypomina "Podróż na Wschód" Hessego, ale jest pozbawiona hessiańskiego bajkowego optymizmu. Przywodzi tu też na myśl "Kocią kołyskę" Vonneguta, bo aż kipi od bokononizmu. Hybryda Hesego i Vonneguta, to naprawdę świetne połączenie. A jeszcze widać tu wyraźną inspirację książkami Marguerite Yourcenar.

W moim prywatnym czytorysie tegorocznym książka ta wpisuje się w dwie serie: "1600" i "mistycyzm". Przy okazji jest to chyba najważniejsza z książek przeczytanych przeze mnie w tym roku. 

Jeszcze uwaga o pisowni tytułu. Najczęściej jest on zapisywany "Podróż ludzi Księgi". W wydaniu, które czytałem, był on zapisany samymi wielkimi literami, co uznałem za otwarcie możliwości różnego odczytania. Ja przyjąłem zapis "Podróż Ludzi Księgi", gdyż "Ludzie Księgi" są dla mnie nazwą własną występującego w powieści zakonu. A więc to trochę tak jak by była "Podróż Zakonu Kaznodziejskiego", czy "Podróż Stronnictwa Demokratycznego"

30/52

* * * * * * 

 

 

poniedziałek, 04 czerwca 2018

wyszczekani

Choć w jednej ze scen filmu "Wyszczekani" pada zdanie, że nie robi się już filmów z gadającymi psami, to jest to zdanie przekorne, gdyż sam ten film jest dowodem, że się robi. 

Sam film ma charakter komediowej parodii filmów i seriali o psach policyjnych. Mocno przypomina dylogię "Psy i koty", z której czerpie całymi garściami rozmaite inspiracje. Jednocześnie jest satyrą na wystawy psów, zwłaszcza te egzotyczne. Teoretycznie porusza też temat przemytu zwierząt egzotycznych, ale robi to w stopniu  marginalnym. 

Ogólnie taki sympatyczny misz-masz, fajny głównie dla dzieci, ale dla dorosłych też strawny. 

16:30, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 czerwca 2018

simma

Z tą książką mam pewien problem. Mam go zresztą również z samą Marią Simmą. Z jednej strony nie potrafię zanegować jej kontaktu z duszami czyśćcowymi. Nie potrafię i nie chcę. Jestem przekonany, że jej doświadczenia były prawdziwe i pożyteczne. Podziwiam i popieram jej pracę na rzecz upowszechnienia modlitwy za dusze w czyśćcu.

Z drugiej strony nie podoba mi się wiele szczegółów, dotyczących aniołów (wpływy Opus Angelorum do którego Simma należała), czarownic, ekumenizmu i innych. Ocierają się one o herezję i fałszywe proroctwa. Jest bowiem oczywiste, że książkę religijną, katolicką, jako katolik oceniam z katolickiego punktu widzenia. A tu mam zastrzeżenia. Zachęcam więc do ostrożności w lekturze i recepcji tej książki.

29/52

* * *

czwartek, 31 maja 2018

 

Obiecałem, że zrobię wpis o latających marchewkach jeśli któryś mój wpis uzyska ponad 50 udostępnień na Facebooku. Jako, że już dwa wpisy osiągnęły ten poziom, muszę w końcu o nich napisać.

Mogę to zrobić na różne sposoby. Mógłbym napisać o nich wprost, ale nie miałoby to większego sensu, chyba że zrobiłbym to wierszem, a akurat mi się nie chce. 

Mógłbym napisać o książce S. A. Cornella i Johna Jonesa "Flying carrots", ale musiałbym ją najpierw przeczytać, a są dwie przeszkody. Po pierwsze jest tylko po angielsku, po drugie można ją kupić tylko za granicą. Obydwie przeszkody są do pokonania, ale nie bardzo mi się chce. 

Pozostaje mi udostępnić powyższy filmik. Miłego oglądania.

21:40, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 maja 2018

 

Widziałem dziś nowy zwiastun filmu "Krzysiu, gdzie jesteś?". Ze smutkiem zauważyłem, że i w tym filmie używać się będzie językowego potworka w postaci wyrażenia "stuwiekowy las". To bardzo złe tłumaczenie, a właściwie tłumoczenie, czy też tłumaczenie-wypaczenie. 

W oryginale jest Stuakrowy Las (Hundred Acre Wood). Jako że akr nie jest w Polsce mocno rozpoznawalną jednostką powierzchni, warto nieco odejść od dosłowności przekładu. Ale tylko nieco. Ja optuję za Stumorgowym Lasem, bo to dość wiernie oddaje oryginalną wielkość. Akr ma 40 arów, morga 56, więc nie różnią się tak bardzo. "Stumilowy Las" Ireny Tuwim też ujdzie, chociaż sugeruje obszar znacznie większy, ale przynajmniej daje się jakoś odnieść do powierzchni. 

"Stuwiekowy Las" do powierzchni odnieść się żadną miarą nie daje. Oznacza las stary, a nie wielki. Jest to ogromne i ordynarne fałszerstwo. Jest to większy gwałt na Misiu Puchatku, niż osławiona Fredzia Phi-Phi. Autorowi tego wyrażenia powinno się wyrwać język i uciąć piszącą rękę, a miejsca po usuniętych narządach posypać mieszaniną soli i pieprzu. Fałszowanie Puchatka powinno bowiem być karane co najmniej tak surowo jak fałszowanie pieniędzy.

05:33, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 maja 2018

W styczniu pisałem o moich zamierzeniach internetowych na ten rok i celach z nimi związanych. Pierwszy cel udało mi się już zrealizować. Niniejszy blog wszedł do pierwszej setki rankingu bloxa i nawet ociera się o pierwszą pięćdziesiątkę. Jest więc dobrze i o blog mogę już być w miarę spokojny.

Drugie przedsięwzięcie z szansami na sukces to facebookowa "Grupa udostępniania ankiet naukowych" pomyślana głównie jako dzieło pomocy dla studentów. Grupa działa sprawnie, wpisy są regularne, ale nadal ma nieco za mało członków, aby mogła być dla tych studentów naprawdę pomocną. Cel na ten rok to trzystu członków. W chwili, gdy piszę te słowa jest ich 253. Trzy setki są praktycznie w zasięgu ręki, a w zasadzie rąk. Waszych rąk, drodzy czytelnicy i Waszych klawiatur. 

Zdaję sobie sprawę, że i trzystu członków to mało. Nie wystarczy to, do skompletowania grona respondentów jakiejkolwiek poważnej ankiety. Zakładam bowiem, że przeciętnie co dziesiąty członek grupy udziela odpowiedzi na daną ankietę, bo nie wszyscy są w każdej grupie docelowej, nie wszyscy też mają czas i chęci na wypełnianie każdej ankiety.

Ale też nie o to chodzi, by dało się zgromadzić kompletne grono respondentów dzięki tej grupie. Gdyby tak się dało, wypaczałoby wyniki ankiet. Ale sądzę, że to niebezpieczeństwo będzie grozić dopiero wtedy, gdy grupa będzie bardzo duża, mniej więcej wtedy, gdy przekroczy pułap  dziesięciu tysięcy członków. A to jej jeszcze chyba przez wiele lat nie grozi.

poniedziałek, 28 maja 2018

carroll

Książki Jonathana Carrolla chętnie czytałem w czasach studenckich, czyli jakieś 20 lat temu. Była wtedy na nie moda, a i mnie bardzo się podówczas podobała taka fantastyka zakręcona, trudna do przypisania do jakiegokolwiek ścisłego gatunku, bo ani to fantasy, ani SF, ani realizm magiczny, fantastyka na pewno, ale bliżej dookreślić tej literatury nie potrafię. 

"Kąpiąc lwa" jest powieścią w typowym dla Carrolla stylu, mnie jednak uparcie kojarzyła się z kreskówką Ben10. Mechanicy z powieści zdają się być wzorowani na hydraulikach z serialu. A jako, że serial jest starszy... Nie ma oczywiście nic złego w inspiracji, ale ja bym ją bardziej ukrył, nazywając mechaników np. specami, czy ekspertami. Poza tem książka jest nieco chaotyczna, co nie dziwi, skoro opowiada o chaosie, a raczej o Chaosie. Do mnie przemówiła średnio. Daję czwórkę. 

28/52

* * * *


niedziela, 27 maja 2018
sobota, 26 maja 2018

arnold

Kolejna książka mojego znajomego Thomasa Arnolda. Mam zamiar przeczytać wszystkie dostępne w osiedlowej bibliotece.

Książka zaczęła się schematycznie - solidny kryminał z solidną intryga. Planowałem dać cztery gwiazdki, bo nie widziałem błysku. Ujrzałem go dopiero w zaskakującym zakończeniu. Dlatego daję gwiazdek pięć. Warto się nie zniechęcać i czytać do końca. 

A wcześniej chciałem dać czwórkę z racji nieco za dużej liczby trupów. Mimo dokładnych analiz nie udało mi się jednak znaleźć ani jednego morderstwa, z którego można by zrezygnować bez szkody dla akcji. A więc ich ilość jest wbrew pozorom OK.

27/52

* * * * *

piątek, 25 maja 2018

 rawicz

Kupiłem tę książkę pod wpływem lektury "Króla" Szczepana Twardocha. Po pierwsze chciałem poznać prawdziwe losy postaci będących pierwowzorami drugoplanowych bohaterów. Po drugie, zetknąłem się w sieci z absurdalnymi oskarżeniami, że "Król" jest plagiatem książki Rawicza i postanowiłem to sprawdzić.

Z tym plagiatem to oczywista bujda. Obydwie książki mają po ponad czterysta stron. Wspólna jest w nich jedna, dwustronicowa scena. Opisy tej sceny w obydwu książkach różnią się nie tylko użytymi słowami, ale i przebiegiem przedstawionego wydarzenia. Nawet gdyby obydwie książki składały się tyl;ko z tej jednej sceny, nie byłby to plagiat. Autor tego zarzutu czytał co najwyżej jedną z tych książek. A może żadnej. 

No to teraz skupimy się na samej książce. Szczerze mówiąc, nie zachwyciła mnie. Owszem, zawiera sporo wiedzy o międzywojniu i to jest bardzo cenne. Odnoszę wrażenie, że była ona inspiracją dla większości "historyków tabloidowych" piszących o międzywojniu dla Bellony. Sama jednak tabloidowa nie jest. Jest rzetelna, wyważona, dobrze uźródłowiona, ma nawet solidny indeks postaci.

Tyle, że jest nie na temat. Doktorowi Łokietkowi poświęcone jest jakieś 10% książki, a Tacie Tasiemce 5%. Reszta jest o PPSie, dawnej Frakcji Rewolucyjnej, sanacji, mordach i pobiciach politycznych i wielu innych sprawach luźno związanych z rzekomo głównymi bohaterami. Do tego język zawiera sporo wtrętów z peerelowskiej nowomowy, np. liczne uwagi o "wstecznictwie". Gloryfikowana jest tu KPP, demonizowany jest Piłsudski. Książka wydana po raz pierwszy w 1968 była po prostu elementem komunistycznej propagandy. Dlatego daję książce czwórkę. Mógłbym nawet dać mniej, ze względu na jej propagandową wymowę, uważam jednak, że uważnemu, krytycznemu czytelnikowi jej lektura może przynieść pożytek, bo jest tu zawartych mnóstwo cennych informacji, choć zmanipulowanych. Uważam, że warto, by tę książkę przeczytali wszyscy, którzy interesują się międzywojenną Polską i coś już o niej wiedzą. Tym, którzy interesują się bardziej twórczością Twardocha i jej tłem, wiele ona nie da.

26/52

* * * *

czwartek, 24 maja 2018

szekspir

Kolejna pozycja z cyklu ca 1600. Niestety Philip Gooden albo nie znał złotej zasady kreowania bohaterów powieści historycznych, o której pisałem w jednym z poprzednich wpisów, albo znając nie stosował. Dlatego też głównym bohaterem uczynił człowieka o pozycji społecznej nieco niższej niżby z tej zasady wynikało. Ale tylko nieco. Dlatego powieść nie jest bardzo zła, ale też nie jest bardzo dobra.

Inne elementy złotej zasady są tu zachowane. Pierwszoplanowe i drugoplanowe postacie historii są tu postaciami epizodycznymi (Elżbieta I, Cecil) lub drugoplanowymi (Szekspir) jest też ciekawa intryga, wartościowe rozważanie o oryginalności i plagiacie w literaturze oraz dobrze oddany klimat epoki. Brakuje jednak tego błysku, który mógłby czytelnika porwać, dlatego daję tylko cztery gwiazdki.

25/52

* * * *

środa, 23 maja 2018

kultura

Od tego wpisu będę oceniał przeczytane książki. Skala szkolna od 1-6, wyrażona gwiazdkami. Nie będę jedynie oceniał uznanych pozycyj należących do klasyki literatury, bo nie czuję się na siłach takiej oceny dokonywać. Jednak znakomitą większość książek oceniać będę. Okazja po temu jest taka,że akurat trafiła mi się książka rewelacyjna, mogę więc zacząć od sześciu gwiazdek, co bardzo mi się podoba. Lubię bowiem dawać dobre oceny. 

Książka Jarosława Abramowa-Newerlego  - "W cieniu paryskiej Kultury" to zbiór wspomnień z lat 1957-1979 dotyczących pracy pisarskiej autora i jego kontaktów ze środowiskiem paryskiej "Kultury" oraz z rzeszą rozmaitego autoramentu twórców, tak krajowych, jak i zagranicznych.

Siłą tej książki jest doskonała równowaga między śmiechem a powagą. Jest w niej wiele dowcipów, anegdot, ale i wiele wspomnień smutnych. Bo smutne były opisywane przez autora czasy, choć i śmieszne zarazem. Przy tem jest to skarbnica wiedzy nie tylko o paryskiej "Kulturze", ale i opolskiej kulturze XX wieku.Może ktoś się ze mnie śmiać, że się nie znam (owszem, wytykano mi już nazbyt śmiałe porównania), ale książka ta przypomina mi w dużej mierze wspomnieniowe felietony Janusza Głowackiego. Jest od nich jednak bardziej spójna, bardziej uporządkowana, chociaż i książki Głowackiego są kopalnią wiedzy na wspomniany temat. Lubię jakoś ostatnio czytać takie wspomnieniowo-autobiograficzne, ale osadzone w szerszym tle historii kultury, książki pisarzy i innych twórców. 

24/52

* * * * * *

wtorek, 22 maja 2018

 

Katolickie świry to katolicy, najczęściej księża,wypisujący lub wygadujący totalne bzdury szkodzące Kościołowi. Antyteiści i antyklerykałowie wykorzystują wypowiedzi katolickich świrów do ośmieszenia Kościoła. Dlatego trzeba bronić Kościoła, walcząc z katolickimi świrami. Jako że żyjemy w dobie przekazu wideo, skupię się na świrach nagrywających filmiki., świrom piszącym dając na razie spokój.

Temat noszenia spodni przez kobiety pojawia się od czasu do czasu w kazaniach tak protestanckich, jak prawosławnych, czy katolickich, a wśród katolików zarówno u charyzmatyków, jak i u tradycjonalistów. Szuria nie zna granic. Wszyscy ci kaznodzieje powołują się na werset starotestamentalny z Księgi Powtórzonego Prawa (Deuteronomium.Piąta Mojżeszowa) rozdział dwudziesty drugi, wiersz piąty: "Niech nie bierze niewiasta na się szat męskich, ani niech się nie obłóczy mąż w szatę niewieścią; albowiem jest obrzydliwością Panu, Bogu twemu, kto by to czynił."

Ostatnio kazaniem opartym na tym wersecie popisał się ksiądz Paweł Murziński, niegdyś wykładowca seminaryjny, dziś kapelan hospicyjny, gromiąc kobiety noszące spodnie. Zapomniał o dwóch rzeczach. Pierwsza: przepisy Prawa Mojżeszowego nie obowiązują chrześcijan, o ile nie zostały wprost lub nie wprost powtórzone w Nowym Testamencie. Po drugie,ten werset nie dotyczy większości kobiet noszących spodnie. Kobiety zazwyczaj nie noszą męskich spodni. One noszą damskie spodnie. Podobnie jak ksiądz chodzący w sutannie nie nosi damskiej sukienki. 

poniedziałek, 21 maja 2018

 

Katolickie świry to katolicy, najczęściej księża,wypisujący lub wygadujący totalne bzdury szkodzące Kościołowi. Antyteiści i antyklerykałowie wykorzystują wypowiedzi katolickich świrów do ośmieszenia Kościoła. Dlatego trzeba bronić Kościoła, walcząc z katolickimi świrami. Jako że żyjemy w dobie przekazu wideo, skupię się na świrach nagrywających filmiki.

Pseudokatolickie brednie o demonicznym charakterze tatuaży omawiałem już w tekście „Papież o tatuażach”. Teraz muszę do tematu wrócić, bo w dyskursie pojawiły się nowe tezy. Ks. Rafał Jarosiewicz w nagraniu na YouTube zaatakował wszystkie tatuaże z chrześcijańskimi włącznie, zarzucając im demoniczny charakter i wywoływanie niepłodności. Oparł się tu na heretyckiej teorii "furtek" dla diabła. Ta wypowiedź jest podwójnie szkodliwa. Po pierwsze głupi ludzie pod jej wpływem zaczną traktować tatuaże jako metodę antykoncepcji. Będzie to oczywiście metoda bardzo zawodna. Po drugie wypowiedź ta uderza w pobożny zwyczaj tatuaży chrześcijańskich.

 Rozsądek nakazuje przyjąć zasadę, że nie może być z gruntu zła ani moralnie, ani tym bardziej duchowo praktyka, będąca utrwalonym, niepamiętnym zwyczajem w prawowiernych środowiskach chrześcijańskich. Skoro więc mamy przynajmniej dwa przypadki wielowiekowej praktyki chrześcijańskich tatuaży: u prawosławnych głównie Koptów w Afryce i na Bliskim Wschodzie oraz u katolickich Chorwatów w Bośni i Hercegowinie, to tatuaże o chrześcijańskim przesłaniu nie mogą być z gruntu złe, a tym bardziej demoniczne, tym bardziej, że w obydwu przypadkach tatuaże te były heroicznym świadectwem wiary chrześcijańskiej w obliczu prześladowań i niekiedy ich noszenie prowadziło do męczeństwa. Toteż atakowanie takich tatuaży jest pluciem na groby świętych męczenników.

05:57, svetomir , RELIGIA
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 maja 2018

 

Królu Niebieski, dusz Pocieszycielu,

O Duchu Prawdy króluj nam!

Który wszędzie jesteś i wszystko napełniasz,

Przyjdź i zamieszkaj w każdym z nas

Skarbnico Dobra i Dawco życia,

Ze wszelkiej zmazy oczyść nas

Jedyny, który zwać się możesz  Dobrym

Ty dusze nasze zbawić racz.

 

Tak się zdarzyło, że przełożyłem tę pieśń jakiś czas temu, ale zgubiłem tekst przekładu. Tekst powyższy jest z odtworzenia, właściwie ponownego tłumaczenia według tych samych kryteriów. Po dokonaniu powtórnego tłumaczenia udało mi się znaleźć tekst pierwszego tłumaczenia, które podaję poniżej. Proszę czytelników o ocenę, które lepsze.


 

Królu Niebieski, dusz Pocieszycielu

Ty, Duchu Prawdy, Boże Nasz,

Który wszędzie jesteś i wszystko wypełniasz

Przyjdź i zamieszkaj w każdym z nas.

Skarbnico Dobra i Dawco życia

Od wszelkiej zmazy oczyść nas,

Od piekielnego zachowaj nas gnicia

I Dusze Nasze, o Dobry zbaw.


************

Hymn bizantyjski, przekład Artur Rumpel

 

Śpiewać można na melodię "Matko Piekarska"

sobota, 19 maja 2018

diagnoza

W tym tygodniu skończył się drugi sezon "Diagnozy" i muszę szczerze powiedzieć, że gdyby akcja nie toczyła się w Rybniku, to bym tego serialu nie oglądał.

Co mi w nim przeszkadza? Wiele rzeczy. Wymienię kilka najważniejszych:

1. Naciągana fabuła. Scenarzysta uwierzył, że "Botoks" Vegi jest prawdziwy i poszedł tropem szukania spisku bigfarmy. Bardzo nieprzekonywająco to uczynił.

2. Nieprzekonywające postacie. Zarówno główna bohaterka, u której nie widać już zbyt wielu śladów amnezji, jak Artman i cały szereg postaci drugoplanowych. 

3. Fatalna jakość kwestyj wygłaszanych po śląsku. Nie chodzi o akcent, bo ten faktycznie trudno podrobić, ale o słownictwo i gramatykę. Zabrakło JAKICHKOLWIEK konsultacji z fachowcem. Mniej niż zero. 

4. Za mało Rybnika. Dla jakiej przyczyny scena chrztu była grana w kościele w Konstancinie, a nie w którejś z rybnickich świątyń. 

Ergo, na trzeci sezon szkoda pieniędzy. Radzę TVNowi wrócić raczej do produkcji serialu "Belle Epoque", bo to produkcja dużo bardziej perspektywiczna. 

09:24, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 maja 2018

sowada

Moja powolność ma czasami złe skutki. Tak długo zabierałem się do opisania wystawy I NAWET NIE WIEM CZY ISTNIEJESZ… w Muzeum w Rybniku, że już się w międzyczasie skończyła. A byłem na wernisażu...

Wystawa poświęcona była dorobkowi Józefa Sowady (1956-1997) przedwcześnie zmarłego artysty związanego z Rybnikiem i okolicami, a przedewszystkiem z Gorzycami w powiecie wodzisławskim, w której to wsi spędziłem większość swojego dotychczasowego życia i nawet miałem okazję znać Artystę, który był naszym sąsiadem.

Jego mistyczne obrazy naprawdę warte są obejrzenia. Na szczęście okazja jeszcze będzie, bo wystawa będzie powtórzona w Galerii Na Uciechę w Zawoi, a być może także gdzieś w Gminie Gorzyce. O terminach powtórek wystawy poinformuję w komentarzach.

Powyżej obraz, którym, zdaniem rodziny i znajomych, Mistrz prezewidział swoją śmierć. W dole obrazu jest szereg dat rocznych od 1956 do 1997 choć było jeszcze miejsce na dalsze. Obraz powstał w 1995 roku.

10:17, svetomir , SZTUKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 maja 2018

następcy

Niedawno pisałem o biblijnym motywie w serialu "Korona królów", w którym nota bene takich motywów jest znacznie więcej. W ogóle biblijnych inspiracji w popkulturze jest znacznie więcej niż by się na pozór zdawało. 

Do takich popkulturowych utworów dyskretnie inspirowanych Biblią należy disnejowski film fabularny "Następcy" skierowany do młodego widza. Bohaterami są synowie i córki disnejowskich bajek zaproszone przez władcę Jasnej Strony do podjęcia nauki w elitarnej szkole średniej.

Całość fabuły opiera się na osiemnastym rozdziale Księgi Ezechiela, a konkretnie na tym fragmencie: 18:2Cóż wam po tem, iż używacie tej przypowieści o ziemi Izraelskiej mówiąc: Ojcowie jedli jagodę cierpką, a synów zęby drętwieją.18:3Jako żyję Ja, mówi panujący Pan, że wy nie będziecie więcej mogli używać tej przypowieści w Izraelu.18:4Oto dusze wszystkie moje są, jako dusza ojcowska tak i dusza synowska moje są; dusza, która grzeszy, ta umrze.

21:05, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 maja 2018

kobiety

To, że jak już pisałem, zawsze czytam jakąś książkę religijną w Wielkim Poście, nie oznacza, że w innych okresach takowych nie czytuję. Wręcz przeciwnie, czasem po jednej przychodzą następne. "Misterium Chrystianizmu" wywołało we mnie chęć przeczytania trzech kolejnych książek o podobnej tematyce, które przedtem przeczytałem tylko częściowo.  Na razie jednak te trzy książki  muszą poczekać na swoją kolej,  bo najpierw przeczytałem inną książkę religijną, która akurat wpadła mi w ręce.

Szkieletem książki karmelity bosego Bartłomieja Kucharskiego "Kobiety Bożego Miłosierdzia" są życiorysy siedmiu katolickich mistyczek  bł. Julianny z Norwich, św. Marii Małgorzaty Alacoque, św. Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, św. Faustyny Kowalskiej, Marty Robin, Adrienne von Speyer i Kunegundy Siwiec, które łączy to, że wszystkie głosiły naukę o Miłosierdziu Bożym.

Książka łączy elementy biografii, refleksji teologicznej, antologii poezji i praktycznej szkoły modlitwy. Ukazuje prawdę, że nauka o Miłosierdziu Bożym nie jest nowinką wprowadzoną przez świętą Faustynę, ale elementem odwiecznej doktryny katolickiej. Przy okazji wiąże też tę naukę z tradycją karmelitańską (pisząc o szerzej na razie nieznanej tercjarce karmelitańskiej Kunegundzie Siwiec oraz przypominając o wpływie jaki Św. Teresa Mniejsza wywarła na Św. Faustynę Kowalską i Martę Robin), dzięki czemu dyskretnie umacnia pozycję swojego zakonu. Pozycja wyróżnia się pozytywnie na tle popularnej literatury dewocyjnej dotyczącej kultu Miłosierdzia Bożego, ukazując go na wyjątkowo szerokim tle.

23/52

niedziela, 13 maja 2018

potter

Sztuka teatralna "Harry Potter i Przeklęte Dziecko" jest raczej luźno związana z cyklem potterowskim. Nie czuje się tu ducha powieści o młodym czarodzieju. Widać tu za to wyraźnie zupełnie inną inspirację, która dla nastoletnich potteromaniaków może być niezauważalna, za to starsi czytelnicy powinni ją bez trudu wychwycić. 

Poruszona jest tu bowiem tematyka znana miłośnikom literatury już od mniej więcej stu lat z powieści Herberta George'a Wellsa "Wehikuł Czasu", a następnie z setek innych powieści i opowiadań z gatunku science fiction. Sztuka opowiada o problemach z hipotetycznymi podróżami w czasie polegających na modyfikacji teraźniejszości przez podróżników w przeszłość. 

Rzecz bardzo fajna i dająca do myślenia, nie jestem jednak pewien, czy odpowiednia dla dzieci i młodzieży.

 

22/52

sobota, 12 maja 2018

follet

Ken Follet należy od moich najulubieńszych pisarzy. Dawałem temu wyraz wielokrotnie. Szczególnie lubię jego powieści sensacyjne z wątkiem historycznym. Jest to jedyny pisarz, którego powieści o II wojnie światowej mi się podobają. Lubię też jednak i te książki, w których zagłębia się w dalszą przeszłość. Niedawno pisałemtu o "Uciekinierze". Teraz wchodzę jeszcze głębiej w przeszłość.

Wspomniałem już jakiś czas temu, że ostatnio czytam takie książki, które da się połączyć w grupy mające jakieś wspólne cechy. Jedną z nich był szereg powieści i esejów opowiadających o okresie wokół 1500 roku. Ostatnio, od powieści "Zdobycz i wierność" przeniosłem się do roku około  1600. "Słup ognia" łączy te dwie grupy, gdyż jego akcja rozgrywa się w latach 1558-1620 w Anglii, Francji, Hiszpanii, Niderlandach i Szkocji.

Powieść, będąca trzecią częścią trylogii zaczynającej się od "Filarów ziemi" mówi głównie o relacjach, często krwawych, między katolicyzmem a protestantyzmem w ówczesnej Europie Zachodniej. Jak to zwykle u Folleta bywa w książce jest dużo seksu, polityki i ekonomii. Oczywiście, również jak zwykle u Folleta, poziom literacki jest wysoki, a akcja wciągająca. 

Jest jeszcze coś, na co przy tej książce zwróciłem uwagę. Follet pisze książki stałą metodą, pojawiają się u niego stałe motywy, to da się zauważyć. Elementem tej metody jest dobór bohaterów. Gdy jego powieść umieszczona jest w rzeczywistości historycznej, główny bohater jest zazwyczaj drugoplanowym bohaterem historii rzeczywistej. Nie jest zwykłym szaraczkiem jak dobry wojak Szwejk, nie jest też jednak królem, premierem, czy generałem. Może być postacią historyczną, albo fikcyjną, to już nie ma większego znaczenia. Tak jest też w "Słupie ognia", gdzie główny bohater jest członkiem zespołu doradców królowej Elżbiety i jej następców. Królowie i książęta pojawiają się tu jako postacie epizodyczne. Ten pomysł na bohatera powieści historycznej wprowadził w życie jako pierwszy chyba Aleksander Dumas w "Trzech muszkieterach". Potem z powodzeniem stosował go między innymi Henryk Sienkiewicz tak w trylogii, jak w "Quo vadis". Ten sam pomysł jest też wykorzystany we wspomnianej wyżej "Zdobyczy i wierności" Pietrkiewicza.  I w tych powieściach Folleta, których akcja dzieje się w przeszłości.

21/52

piątek, 11 maja 2018

 

Pierwszego półfinału nie oglądałem. Jestem rybniczaninem, więc wygrała u mnie "Diagnoza", choć nie jest to dobry serial. Oglądałem za to półfinał drugi. Występ reprezentantów Polski uważam za fatalny. Podobały mi się za to występy Serbów i Gruzinów. Śpiewali w swoich językach, nawiązywali to tradycji muzycznych swoich krajów (ten gruziński śpiew męski na trzy głosy), a jednocześnie było to nowoczesne i mogło się spodobać. Szkoda, że Gruzini odpadli,cieszę się, że Serbowie przeszli do finału. 

10:01, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42