niedziela, 01 kwietnia 2018

Facebook w pierwszy dzień Wielkanocy życzył  nam wszystkim Wesołego Alleluja. Tak jak tydzień temu chwaliłem Słoweńców za palmy dla skoczków, tak dziś chwalę Facebooka za te życzenia. Wszak Alleluja znaczy przedewszystkiem "wychwalajcie Jahwe" a dopiero wtórnie "radujmy się", czy "Wesołych Świąt". Dlatego mnie szczególnie ucieszyło to Alleluja jako wyraźne odniesienie do Boga. Doczekaliśmy czasów, gdy Facebook wzywa imienia Pańskiego. 

W tym kontekście chciałbym się podzielić pasującym cytatem z książki, którą właśnie czytam: "Jednym z powodów schizmy wschodniej było zniesienie "Alleluja" w rzymskiej Liturgii wielkopostnej. "Laus tibi Domine, Rex aeternae gloriae", zajmujące wtedy jego miejsce, to właściwie to samo. Kościół ustalony jest na zawsze w chwale paschalnego Zmartwychwstania. Ona jest życiem i jego, i każdego z chrześcijan" Sługa Boży ks. Divo Barsotti

sobota, 31 marca 2018

 

Resurrexit

Χριστός ανέστη εκ νεκρών,

θανάτω θάνατον πατήσας,

και τοις εν τοις μνήμασι,

ζω ήν χαρισάμενος!

 

Chrystus zmartwychpowstał

Śmiercią śmierć pokonał

Tym, którzy w grobach leżą

Żywot wieczny darował

Alleluja

Radosnych Świąt Wielkanocnych

życzą

Ela, Artur, Pawełek i Martusia Rumplowie

kaczmarski

Jacek Kaczmarski to niewątpliwie jeden z największych, a być może największy poeta powojennej Polski. Jako prozaik jest znacznie słabiej kojarzony. Niby nie ma w tym ni dziwnego, bo napisał kilkaset wierszy/piosenek (piosenka to rodzaj wiersza) i ledwie kilka powieści.  Do tych powieści, choć stanowiły niewielki margines jego twórczości warto zaglądać. Powieści napisane przez poetów mają szczególny klimat, szczególną konstrukcję, a co za tem idzie specjalną wartość. Tak jest z powieściami Czesława Miłosza  i Jerzego Pietrkiewicza tak jest też z powieściami Jacka Kaczmarskiego.

Plaża dla psów to powieść o Australii, a właściwie o jej mieszkańcach, zaś jeszcze konkretniej o relacjach międzyludzkich, chyba nie tylko w Australii, a wszędzie na świecie. Te relacje są tu nieprzewidywalne. Wszystko wymyka się tu logice: romanse, przyjaźnie, animozje, konflikty i zbrodnie. Ta nieprzewidywalność ludzkich relacyj jest tu nieco przerysowana. Ale tylko nieco. 

12/52

poniedziałek, 26 marca 2018

Jak podaje deon.pl "Pytany o znaczenie tatuaży Ojciec Święty stwierdził, że wskazują one na naszą tożsamość: czego szukasz? do czego należysz? Zachęcił by się ich nie lękać, ale też nie przesadzać."

Dobrze,że ta wypowiedź padła. Bo w Polsce religijny dyskurs o tatuażach jest zdominowany przez solaskrypturystyczne odczytanie jednej wzmianki w Starym Testamencie i opinię ekscentrycznego księdza Piotra Glasa, który wiedzę o tej materii czerpie od .... Szatana wypowiadającego się podczas egzorcyzmów: "Te farby, których się używa są demonicznie przetwarzane. Najgorszy kontrakt z szatanem to kontrakt krwi. Teraz robi się to okultystycznie przerobioną farbą, miesza się to z krwią. Są pytania, czy można sobie strzelić Matkę Boską na plecach. Ja osobiście mówię: Błagam, nie idźcie w to. To nie jest wszystko czyste(...)ludzie mają z nimi straszne doświadczenia, przechodzili męki. (...) Ludzie, którzy mieli tatuaże przechodzili straszne męki. Działa za tym uzależnienie zrobienia sobie następnego. To jest psychologiczne? Wątpię. W Stanach dowiedziałem się, że ludzie mają straszne doświadczenia z tatuażami i akupunkturą. To dramat. Nie róbcie sobie tatuaży (...)Pismo Święte zakazuje ludziom robienia sobie tatuaży. O tatuażach piszą w Starym Testamencie. Na Internecie jest pełno cytatów. Kościół nie wypowie się, bo się tym nie interesuje. Może ja jestem samotnym wilkiem, bo mówię"

Na szczęście Kościół, i to w osobie Ojca Świętego wypowiedział się i to w zupełnie odmiennym tonie, niż ksiądz Glas. Cieszę się więc z tego, że papież potwierdził zdrową naukę katolicką - tatuaże są neutralne moralnie a mogą być dobre lub złe w zależności od treści, intencji, skali i innych okoliczności. 

Mając po jednej stronie rewelacje księdza Glasa, a po drugiej wielowiekową tradycję chrześcijańskich tatuaży Koptów i Chorwatów, wybieram wielowiekową tradycję. Warto pamiętać, że dla prawosławnych Koptów i katolickich Chorwatów tatuaże o treści chrześcijańskiej są ważnym świadectwem wiary w morzu islamu. 

06:37, svetomir , RELIGIA
Link Komentarze (1) »
niedziela, 25 marca 2018

Dziś Niedziela Palmowa. Święci się palmy. Kilka dni temu temat palm rozgrzał internet za sprawą ogłoszenia jednej z warszawskich parafij: "Palmy kupione przed bramami kościoła nie przyjmują na siebie wody święconej. Zaopatrzmy się w palmy przed kościołem, a nie u handlarzy, którzy w ramach ludzkiej naiwności kręcą swój biznes". "Drodzy Parafianie jest sprawą oczywistą, że wszystkie palmy przyjmują wodę święconą,  a zatem z radością będziemy je święcić. Wszystkich urażonych informacją z poprzedniej niedzieli bardzo PRZEPRASZAMY. "

Kupowanie palm, czy to przed kościołem, czy od handlarzy to współczesna nowinka. Kiedyś każda rodzina robiła sobie palmę samodzielnie. Poniżej przytaczam fragment mojej pracy sprzed dekady, opisujący, jak to dawniej było na Górnym Śląsku, a miejscami nadal jest:

Obrzędy wielkanocne zwyczajowo zaczynają się poświęceniem palm w Niedzielę Palmową. Palmą powszechnie nazywa się obrzędowy bukiet z gałązek drzew i krzewów, suszonych traw i kwiatów, a także innych elementów na przykład wstążek i kolorowego papieru w charakterze dodatków. Niektórzy etnologowie wiążą palmy wielkanocne z prastarym pogańskim kultem "rózgi życia", zielonej i młodej gałązki, symbolizującej odżywanie przyrody (Pośpiech). W tradycji kościelnej są one pamiątką triumfalnego wjazdu Chrystusa do Jerozolimy i gałązek palmowych, które kładli przed Nim jej mieszkańcy. Na Górnym Śląsku palmy najczęściej wykonywano z gałązek następujących drzew i krzewów: wiyrba, potym kokocz, jo nie wiym, wiym, że to u Pieczki dycki rosło tyn kokocz, ale co to było za roślina to nie wiym, dycki to tak nazywali, lyska, oliwne drzewko na tyn wyrch się potym dowało, kocianki (Gorzyce). Wiyrba, kocianki i kokocz to ludowe określenia trzech gatunków wierzby: w. białej (salix alba), w. iwy (s. caprea) i w. kokocyny. Stosowano też gałązki innych drzew i krzewów liściastych, w tym przede wszystkim brzozy. W tradycyjnych palmach nigdy nie używano gałązek drzew iglastych. Drzewa takie nie budziły się bowiem z zimowego snu nie miały więc mocy pobudzania sił wegetacyjnych. Moc tę jeszcze zwiększano poprzez odpowiednie przygotowania. Gałązek na palmę nie zbierano bezpośrednio przed niedzielą palmową, ale około dwóch tygodni wcześniej. Scięte gałązki wkładano do wody i pozwalano im wypuścić małe listki. Dotyczyło to przede wszystkim gałązek brzozy. Brzoza ma duże znaczenie w magii ludowej na omawianym terenie. Stosuje się ją również w obrzędach związanych ze świętem Bożego Ciała.

Wróćmy jednak do palm. Wykonywało się owe palmy w następujący sposób: on jedna ta wiyrba dycki przecion na poły i tak to fajnie potym obwionzoł, tym jednym połym we trzech miejscach (Gorzyce). Tradycyjnie do wiązania palmy nie używano sznurka ani drutu. Oprócz omawianego wiązadła stosowano również czerwone kokardki, albo rzemień od bata, "aby konie były tłuste" (Strzeleckie) Palma tradycyjna składała się z trzech do sześciu gałązek, długości około 25 - 40 cm. Nie było i zasadniczo nie ma na Śląsku zwyczaju tworzenia palm znaczniejszych rozmiarów.
Do śląskiej palmy zasadniczo nie dodawano żadnych składników, poza gałązkami jak kwiaty, trawy, czy papiery. W ostatnich dziesięcioleciach palmy tradycyjne są niestety coraz częściej wypierane przez palmy kupowane w sklepach , a przynależące do tradycji innych regionów kraju. Zmiany te występują jednak jedynie u rodzin nie uprawiających ziemi, ani nie chowających zwierząt gospodarskich. Rodziny rolnicze i półrolnicze (półrolniczymi nazywam te, które mają pozarolnicze źródła utrzymania, pomimo to jednak dodatkowo uprawiają ziemię, lub chowają zwierzęta) nadal wykorzystują palmy tradycyjne, gdyż tylko takie nadają się do zastosowania w praktykach magicznych, które omówię poniżej. Palmy do kościoła nosiły i noszą do nadal głownie dzieci. Źle jest widziane obecnie noszenie palm przez dorosłych. Po poświęceniu palmę przynosi się do domu i odcina się część górną od dolnej we trzech miejscach związanej. Tę część dolną zabierają również dzieci do kościoła na obchody wielkosobotnie. Niekiedy tę czynność wykonują dorośli, zwłaszcza w przypadku, gdy obchody te sprawowane są zgodnie z rubrykami liturgicznymi, czyli w godzinach nocnych (Liturgia Wielkiej Nocy bezwzględnie powinna zacząć się po zmierzchu, a zakończyć przed świtem, przepisy te jednak zaczęły obowiązywać dopiero od czasu reformy liturgicznej).
W czasie tych obchodów opala się palmę w żarze poświęconego ogniska. To opalanie można rozumieć jako rytualne oczyszczenie przez ogień, i to nie byle jaki ogień, bo przecież poświęcony. Trzeba przy tym baczyć, aby gałązki nie uległy spaleniu, ani nadmiernemu osłabieniu, gdyż utraciłyby wtedy możność dalszego zastosowania. Tak spreparowane palmy powtórnie przynosi się do domu i zachowuje aż do dni krzyżowych, czyli poniedziałku, wtorku i środy poprzedzających uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego.
W Dni krzyżowe Palmy te rozplątuje się i wykonuje się z nich małe krzyżyki. W innych częściach Śląska robi się to kiedy indziej, na przykład w Poniedziałek Wielkanocny, albo nawet już w samą Niedziele Palmową, w takim przypadku jest pominięty etap opalania. W owe dni część tych krzyżyków wtyka się w ziemię na polu, aby zapewnić dobre urodzaje. Inną część z nich zatyka się za Święte obrazy w domu, by zapewnić domownikom wszelką pomyślność. Jeszcze inne zatyka się za belki dachu domu i innych budynków by ochronić te budynki przed pożarami. Wreszcie ostatnią część zatyka się za ramy okien, by dom chronić od piorunów. Resztki po tej operacji rozdzielania palm trzeba koniecznie spalić w piecu, nie wolno ich wyrzucać. Istnieje bowiem silne przekonanie, że wyrzucanie jakichkolwiek przedmiotów poświęconych sprowadza nieszczęście.
Inne zastosowania mają wierzchy palm oddzielone od dołów przed Wielką Sobotą. Te części przechowuje się w domu z wielką starannością, aż zajdzie potrzeba ich użycia. Zastosowania ich są zaś dwojakie. Po pierwsze "kotki" z palm stosuje się jako lekarstwo na bóle gardła. Wielu badaczy twierdzi, że zwyczaj ten nie jest już praktykowany, a zachował się jedynie w pamięci i w przekazie ustnym. W rzeczy samej praktykuje się go dzisiaj bardzo rzadko, ale jednak można się z tym jeszcze gdzieniegdzie spotkać (Gorzyce). Na choroby przeziębieniowe stosuje się niekiedy wywar z palm. Ten sposób nie jest pozbawiony racjonalności. Palma jest jak już wspomniałem wykonana przede wszystkim z gałązek różnych gatunków wierzby. Wierzba zaś, a zwłaszcza jej kora zawiera w składzie salicylany, podobne w charakterze chemicznym i działaniu farmakologicznym do aspiryny. Sproszkowana kora wierzby jest zresztą stosowana nie tylko w medycynie ludowej, ale także akademickiej.
Druga grupa zastosowań jest związana z hodowlą bydła: No to zaś potym jak krowa się ocieliła, rozumiysz, toch trocha tego wyrchu nabrała do gorka i szłach se jom okadzić. Toch do gorka wciepła i konsek wonglika do tego, tak że mi się to chyciło i to tym dymym żech se okadziła. Jak żech miała krowa ocielono, to potym zaroz na drugi dziyń toch se wziyna tej palmy do gorka takigo starego, ciepłach tam wongli, coby mi się to chyciło. To było taki zapobieżyni, że się niby tej krowie nic nie stanie, tak starzy ludzie godali. To tak prawiom, że ją nie podleci. Moja mama też tak robiła, ale jo tego już nie prowadziła. Chodziła potym z tym kadzidłym po całym chlywie. Jak jo uż prawie nie robiła, to Erichowe synki zawsze miały, tóż prawim to dejcie synki jedna ta palma. Dali mi jom, bo mi się najbardziyj o tyn wyrch rozchodziło, żebych miała na to okadzyni. Dyć ostatnio jeszcze Nowak prziszoł do mie, prawi ni mosz czasym z palmy. Jo prawia Josefie, jeszcze tam kanś jest we worku na wyrchu, wiysz. Bo prawi se nie wiymy rady momy tako krowa jakoś choro, nie umimy se dać rady z niom. Może by my spróbowali jeszcze jom okadzić. Nie było to downo, nie wiym możno ze trzi roki, bo ze dwa roki krowy ni mo. I dałach mu to. (Gorzyce)
Na podstawie tych informacji można zaobserwować pewne zróżnicowanie w tych praktykach. I tak niekiedy okadza się cały chlew, niekiedy zaś tylko samą krowę z cielęciem. Niekiedy zabieg ten traktuje się jako profilaktyczny, kiedy indziej jako leczniczy. Palmy niesione w procesji przez duchowieństwo i osoby zakonne są spalane całkowicie, a popiół z nich stosuje się w następnym roku w obrzędach środy popielcowej. Nie ma natomiast na Górnym Śląsku powszechnego w innych stronach obyczaju chłostania się palmami.
Tyle można powiedzieć o palmach. Widać z powyższego, że palma wielkanocna ma niemałe znaczenie magiczne. Palma, jako symbol sił wegetacyjnych, wzmocniona jeszcze przez poświęcenie ma moc pobudzania tychże sił w ludziach i zwierzętach. Zieloność palmy udziela witalności krowom i ludziom. 

sobota, 24 marca 2018

W ramach kolejnej odsłony wojny o aborcję, niektóre media manipulują papieżem Franciszkiem, przeciwstawiając go polskiemu episkopatowi. Np. Newsweek napisał "Papież rozgrzesza aborcję. Bez ograniczeń" sugerując zmianę doktryny.

Tymczasem papież nie uznał, że aborcja nie jest grzechem, albo że nie jest grzechem ciężkim, albo, że nie zaciąga ekskomuniki. W tej materii nic się w katolickiej doktrynie nie zmieniło. Nadal jest to grzech i to grzech ciężki, nadal zaciąga ekskomunikę laetae sententiae. Zmieniło się tylko to, że teraz z tego grzechu można się wyspowiadać, oczywiście pod warunkiem żalu za grzech i postanowienia poprawy, u każdego księdza, a nie u dwóch. trzech w diecezji, jak jeszcze niedawno. Warto przytoczyć słowa samego Ojca Świetego: "Wszyscy księża otrzymali też władzę odpuszczania grzechu aborcji. Uwaga, nie oznacza to banalizacji aborcji. Jest to coś bardzo złego, to grzech ciężki. To zamordowanie niewinnego"

A teraz będzie najlepsze. Otóż takie rozwiązanie, jakie papież Franciszek wprowadził dla całego Kościoła, polscy biskupi już kilka lat wcześniej wprowadzili dla Kościoła w Polsce. W tej sprawie jest nie tylko pełna zgoda między papieżem Franciszkiem a polskim episkopatem, ale nawet można polskich biskupów uznać za prekursorów decyzyj papieskich.

wtorek, 20 marca 2018

doda

Zdrobnienie "Doda" kojarzy się w dzisiejszej Polsce głównie z piosenkarką-skandalistką Dorotą Rabczewską, ta zaś żadną miarą nie kojarzy się z jakąkolwiek pobożnością w ogóle, a już z prawowierną pobożnością katolicką w szczególności. Jak jednak niejednemu psu na imię Burek, tak i niejednej Dorocie na zdrobnienie Doda.

Ową pobożną Dodą była Dorota Leontyna hrabina von Oppersdorff de domo księżna Radziwiłł na Nieświeżu h. Trąby zmarła w 1947 w Lourdes. Na Śląsk przybyła, gdy została małżonką hrabiego Hansa Georga von Oppersdorff, pana na Głogówku . Hrabia Georg wykazywał propolskie sympatie, więc po podziale Górnego Śląska musiał opuścić Głogówek. Wziął w dzierżawę dwa majątki po polskiej stronie: Kokoszyce i Turzę Śląską.

Księżna zamieszkała w Turzy, gdzie wsławiła się pobożnością i zamiłowaniem do śląskiego folkloru. Różne źródła pisząc o tej pobożności, różnie ją oceniały. Źródła rodzinne twierdzą, że ocierała się o mistycyzm, inni oceniają jej religijność jako powierzchowną. Ja jednak sądzę, że coś z tym mistycyzmem musiało być na rzeczy. Zarówno Turza, jak i Kokoszyce niewiele lat po pobycie w nich księżnej Dody stały się ważnymi punktami na religijnej mapie Górnego Śląska. Być może miała ona na to jakiś wpływ. Może zasiała jakieś mistyczne ziarna. 

Więcej można przeczytać tu i tu

20:44, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »

bowles

W ubiegłym roku omawiałem książkę, która udawała naukową (miała przypisy i bibliografię) a była w istocie podróżniczą. Teraz skończyłem czytać książkę, pozornie podróżniczą właśnie,  a w rzeczywistości niosącą znacznie więcej treści naukowej niż tamta. 

Paul Bowles był antropologiem, etnomuzykologiem, kompozytorem, pisarzem i trochę malarzem. Dlatego jego zapiski z podróży są przepełnione antropologiczną głębią. Można tu znaleźć między innymi cenne uwagi o sztuce, muzyce, religii i narkotykach. Jako, że większość twórczego życia Bowles spędził w Maroku, mamy tu sporo trafnych obserwacji na temat islamu.

11/52

niedziela, 18 marca 2018

kazimierz

O "Koronie królów" pisałem już po obejrzeniu pierwszych dwóch odcinków. Teraz, po ponad czterdziestu,czas na powrót do omawiania tego serialu. Przyznam, że ogólnie polubiłem tę produkcję. Na liczne drobne błędy przymykam oczy, doceniam to, że część zniknęła (monarchowie przestali non stop paradować w koronach, a duchowni w ornatach). Dziwią mnie natomiast wątki, których próżno szukać w kronikach, a z racji ich ważności powinny się tam znaleźć, gdyby miały miejsce w historii - martwe urodzenie królewskiego syna, czy zdrada Nimierzy. Nie wiem, po co fałszować historię. Ogólnie jednak oceniam serial pozytywnie, bo porównuję go z "Klanem", a nie z "Grą o tron". Na pewno podniesie on świadomość historyczną Polaków. No i warte jest docenienia to, że traktuje o średniowieczu, a nie o polskiej martyrologii XX wieku, która jest wałkowana do porzygu. 

10:22, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 marca 2018

motyl

Kilka wpisów temu zapowiedziałem dokończenie serii szwedzkiej. Kończę ją niniejszym, choć w sposób chyba nieco zaskakujący, Zinat Pirzadeh jest bowiem szwedzką pisarką pochodzenia perskiego. Swoje książki pisze po szwedzku, niewątpliwie więc są one częścią szwedzkiej literatury i jest dla nich miejsce w tej serii.

"Motyl na uwięzi" to powieść oparta częściowo na wątkach autobiograficznych. Opisuje ciężki los kobiet w porewolucyjnym Iranie. Jednocześnie ukazuje, jakim nieszczęściem była irańska rewolucja, która zmieniła piękny kraj w piekło na ziemi. Przypomina, że rewolucyjne metody każdego kto je stosuje, zawsze plasują w obozie Zła, choćby był przekonany, że służy Dobru. W walce Dobra ze złem mamy Zło Dobrem zwyciężać, a nie Zło Złem.

10/52

niedziela, 11 marca 2018

Jest taka ukraińska piosenka „A kałyna ne werba”, w której kalina symbolizuje młodą wesołą dziewczynę, a wierzba starą, smutną kobietę. Treść tej piosenki bazuje na fundamentalnej wiedzy o symbolice roślin. Wiedzy tej zabrakło tłumaczom Biblii Tysiąclecia, nie bez powodu zwanej Biblią Tysiąca Błędów. Werset drugi psalmu 137. brzmi w niej:

Na topolach tamtej krainy zawiesiliśmy nasze harfy.

Nie wiem, skąd wzięli te topole, skoro w prawie wszystkich innych przekładach są wierzby.

Biblia Warszawska: Na wierzbach w tamtej krainie Zawiesiliśmy lutnie nasze,

Biblia Warszawsko-Praska: Nasze harfy zawiesiliśmy na wierzbach tamtego kraju.

Biblia Gdańska: Na wierzbach, które są w nim, zawieszaliśmy harfy nasze.

Biblia Księdza Wujka: Na wierzbach wpośrzód jej powieszaliśmy muzyckie naczynia nasze.

Biblia Brzeska: Zawiesiwszy w pośród niego na wirzbinach harfy nasze.

Vulgata: super salices in medio eius suspendimus citharas nostras

Wiecie,który jeszcze przekład ma topole? Jehowicki Przekład Nowego Świata: Na topolach pośród niego zawiesiliśmy nasze harfy.

I na koniec moja własna parafraza:

Nad rzekami Babilońskiej ziemi

Tam siedzieliśmy ze łzami

A na wierzbach onej krainy

Instrumenta nasze zawisły

Wierzba w kanonie symboliki biblijnej i chrześcijańskiej oznacza smutek, będąc przeciwieństwem palmy, oznaczającej radość.  Symbolizuje też Chrystusa, chrzest, drzewo życia, drzewo krzyża, czystość i dziewictwo, jak o tym pisze s. Dorothea Forstner OSB. Topola nie oznacza nic, chyba że: Wysoki jak topola, a głupi jak fasola. W każdym razie w dziele Forster nie występuje. 

sobota, 10 marca 2018

FMJ

PROGRAM

16.03 | PIĄTEK | godz. 19
MATEUSZ KOWALSKI, Marcin Żytomirski, Jakub Korona
koncert pt. „Oberek śpiewak”

Oberek-śpiewak to jedno ze zwyczajowych określeń mazurka w Radomskiem. W tamejszym interiorze do dnia dzisiejszego zachowały się przekazywane w tradycji ustnej krótkie formy melodyczne. Podczas koncertu usłyszymy podstawowy, instrumentalny skład polskiej muzyki nizinnej: skrzypce, basetlę i bębenek, a że nuta skrzypcowa bierze się ze śpiewu – też jednogłosowe, liryczne utwory wokalne.

Mateusz Kowalski – śpiewak i multinstrumentalista, uczeń wiejskich muzykantów, współtworzy liczne zespoły praktykujące polską muzykę tradycyjną in crudo, czyli bez stylizacji. W koncercie towarzyszyć mu będą: Marcin Żytomirski (basetla) i Jakub Korona (bębenek)

- - -

17.03 | SOBOTA | godz. 19
ADAM STRUG i Monodia Polska
koncert pt. „Barokowe piety”

W dobie baroku wiersze niejako automatycznie obrastały muzyką, dzięki czemu powstał imponujący kunsztem i liczbą zbiór polskich pieśni pasyjnych. Wśród nich wyróżniają się utwory, gdzie podmiotem lirycznym jest Matka Bolesna lub takie, w których dusza odwołuję się do Niej szukając ratunku. W koncercie usłyszymy zabrane przez Adama Struga w Łomżyńskiem pieśni wielkopostne przekazywane od pokoleń wyłącznie w tradycji ustnej. Śpiewakom towarzyszyć będzie lira korbowa.

Adam Strug - śpiewak i instrumentalista, autor piosenek, kompozytor muzyki teatralnej i filmowej, scenarzysta filmów dokumentalnych, pomysłodawca zespołu śpiewaczego Monodia Polska, popularyzator polskiej i obcej muzyki tradycyjnej.

Monodia Polska – zespół śpiewaczy praktykujący polskie pieśni religijne i świeckie przekazywane od pokoleń wyłącznie w tradycji ustnej. Warianty melodyczne w wioskach drobnoszlacheckich i kurpiowskich północno-wschodniego Mazowsza zebrał Adam Strug. Śpiewacy posługują się skalami wcześniejszymi niż powszechnie dziś używana skala dur-moll.

- - -

18.03 | NIEDZIELA | godz. 19
JUSTYNA CZERWIŃSKA, Maria Puzynianka, Agata Wróbel
koncert pt. „Płaczcie anieli”

Justyna Czerwińska wraz z Marią Puzynianką i Agatą Wróbel zaśpiewają pieśni pasyjne z XVII i XVIII wieku. W koncercie usłyszymy utwory szlacheckie i gminne z Mazowsza, Podlasia i Rzeszowszczyzny. Jednogłosowy, żeński śpiew a capella stanowi źródło repertuarowe polskiej muzyki skrzypcowej, w której motywy religijne przechodzą w świeckie i odwrotnie.

Justyna Czerwińska – śpiewaczka i instrumentalistka, zajmuje się muzyczną tradycją z pogranicza kutnowsko-łowickiego, a także dawnym nabożnym śpiewem Mazowsza. Od 10 lat współtworzy zespół Dziczka specjalizujący się w ludowym śpiewie polskich Rusinów. W zespole tym pracują też Maria Puzynianka i agata Wróbel, z którymi zaśpiewa w koncercie płockim.

WSTĘP WOLNY | ZAPRASZAMY

piątek, 02 marca 2018

buszujący w zbożu

To jedna z tych książek, które po wielu latach przeczytałem powtórnie. Pierwszy raz czytałem ją w latach studenckich, pod wpływem wzmianek w książce Jacka Bolewskiego SJ "Nic jak Bóg". Wtedy mnie "Buszujący w zbożu" raczej zawiódł. Nijak mnie ta książka nie przekonała. Może dlatego, że jak to zwykle bywa z powieściami pisanymi w pierwszej osobie, próbowałem utożsamić się z bohaterem-narratorem. A z nim utożsamić się nie zdołałem. Nie byłem w stanie zaakceptować jego sądów, czynów i wyborów. Miałem więc spory dysonans.

Obecnie już nawet nie próbowałem się utożsamiać. Przyjąłem założenie, że bohater jest osobą, którą całkowicie odrzucam, że wszystkie jego sądy, czyny i wybory są mi obce. W ten sposób uniknąłem dysonansu i mogłem się skupić na postaciach drugoplanowych. Wśród nich szczególnie ujął mnie pan Antolini,którego wypowiedź uznałem za najważniejszą w tej książce. Pozwalam sobie tę wypowiedź zacytować: 

Nie chciałbym cię straszyć (...)ale bardzo żywo mogę sobie wyobrazić ciebie oddającego życie w ten czy inny sposób za jakąś sprawę całkowicie niewartą tej ofiary. (...) Jeżeli napiszę coś dla ciebie, czy obiecujesz, że przeczytasz to uważnie? i że zachowasz ten tekst? (…) Dziwnym przypadkiem nie napisanego zawodowy poeta. Autorem tych słów jest psychoanalityk. Wilhelm Stekel. Oto, co pow... Ale czy mnie słuchasz? (...) Oto co powiedział Stekel: „Dla człowieka niedojrzałego znamienne jest, że pragnie on wzniośle umrzeć za jakąś sprawę; dla dojrzałego natomiast - że pragnie skromnie dla niej żyć”. (...) Sądzę, że wkrótce już (…) będziesz musiał uświadomić sobie, dokąd chcesz dojść. A kiedy sobie uświadomisz, musisz natychmiast wyruszyć w drogę. Natychmiast. Nie wolno ci tracić ani chwili. Tobie - nie wolno.(...) Przykro mi, że muszę ci coś jeszcze powiedzieć (...)sądzę jednak, że gdy raz jasno zrozumiesz, dokąd chcesz dojść, przede wszystkim zaczniesz się pilniej przykładać do nauki w szkole. To nieunikniony pierwszy krok. Jesteś typem intelektualisty, czy ci się to podoba, czy nie. Kochasz się w wiedzy. Myślę też, że gdy wreszcie przebrniesz przez etap panów Vinesów z ich lekcjami wymowy...(...) Niech będzie Vinsonów. Więc kiedy przebrniesz przez wszystkich Vinsonów, zaczniesz się zbliżać coraz bardziej - naturalnie pod warunkiem, że tego zechcesz, że będziesz się o to starał i że będziesz na to cierpliwie czekał - zbliżysz się do tych wiadomości, które będą bardzo, bardzo cenne dla twego serca. Między innymi odkryjesz, że nie jesteś pierwszą ludzką istotą, w której postępowanie innych ludzi obudziło zamęt, strach, a nawet obrzydzenie. Bynajmniej nie jesteś pod tym względem pierwszy ani jedyny, a stwierdzenie tej prawdy na pewno doda ci otuchy i bodźca. Wiele, bardzo wiele ludzi przeżywało taki sam zamęt duchowy i moralny, jaki ciebie teraz ogarnął. Szczęściem, niektórzy z nich opisywali swoje przeżycia. Będziesz mógł dużo się od nich nauczyć, jeżeli zechcesz. Podobnie jak inni będą mogli nauczyć się czegoś od ciebie, jeżeli kiedyś okaże się, że masz coś do powiedzenia. Piękna, wzajemna wymiana. To nie jest program szkolny. To historia. Poezja.(...) Nie chcę wcale wmawiać w ciebie, że tylko kulturalni i wykształceni ludzie zdolni są dać światu coś wartościowego. Tak nie jest. Ale to pewne, że ludzie kulturalni i wykształceni, jeśli mają wrodzone świetne zdolności i twórczą ikrę, co niestety zdarza się nieczęsto, zazwyczaj zostawiają po sobie o wiele cenniejsze zapiski niż ci, którzy mają zdolności i iskrę twórczą bez kultury i wykształcenia. Tamci bowiem skłonni są do wyrażania swoich myśli jasno i dążą usilnie do przeprowadzenia ich wątku aż do końca. Co zaś najważniejsze, na dziesięciu z nich dziewięciu przynajmniej okazuje więcej pokory niż myśliciele niewykształceni. Czy ty mnie rozumiesz chociaż trochę? (...) Wykształcenie uniwersyteckie da ci jeszcze coś ponadto. Jeśli wytrwasz i zajdziesz w studiach dość głęboko, zorientujesz się w wymiarach swego umysłu. Dowiesz się, co do niego pasuje, a co nie. Po pewnym czasie zaczniesz się orientować, jaki rodzaj myśli odpowiada szczególnym właściwościom twojego intelektu. Dzięki temu unikniesz przede wszystkim straty czasu i fatygi na przemierzanie niezliczonych ilości poglądów, które nie są na twoją miarę, z którymi ci nie jest dobrze. Poznasz własny format i będziesz mógł ubrać swój umysł odpowiednio.

Myślę, że ten tekst ma wartość uniwersalną.

9/52

czwartek, 01 marca 2018

salai

Kolejna książka z mojej serii ca 1500. Tym razem wyjątkowo ściśle, bo akcja dzieła dzieje się w 1501. Formę tej książki (powieści?) stanowi zbiór fikcyjnych listów tytułowego Salaiego, asystenta Leonarda da Vinciego zaadresowanych do Niccola Machiavellieego, a fabułę przygody tegoż Salaiego i jego mistrza w Rzymie i okolicach. Forma i fabuła są zresztą, jak zwykle u tego duetu autorskiego, tylko pretekstem dla głoszenia tez obalających ogólnie przyjętą wizję historii. 

Tym razem podważają:

1. Wielkość i Geniusz Leonarda da Vinciego

2. Autentyczność odkryć włoskich humanistów w zakresie starożytnych rękopisów, zwłaszcza "Germanii" Tacyta

3. Czarną legendę papieża Aleksandra VI. Ta negacja jest w tej książce najważniejsza.

Apologia Rodryga Borgii jest tu prowadzona w stylu radykalnym. Apologie tego papieża są bowiem różne. Umiarkowane nie podważają zasadniczo zarzutów czarnej legendy, odrzucając zazwyczaj jedynie zarzut o przekupieniu konklawe (ten jest bowiem wyjątkowo absurdalny), ale te zarzuty bagatelizują, zrzucając je na karb stylu epoki.

Sorti i Monaldi idą inną drogą. Opierając się na dociekaniach niszowych historyków, podważają autentyczność dokumentów stanowiących fundament czarnej legendy. Twierdzą więc, że Aleksander VI nie miał kochanek i nieślubnych dzieci, a Cezar i Lukrecja byli jego dalszymi krewnymi. Akcentują też znaczenie reformy Kościoła, którą ów papież zamierzał przeprowadzić. Głoszą przekonanie, że gdyby się ona powiodła, zapobiegłaby pożodze reformacyjnej. I z tym ostatnim punktem zgadzam się w zupełności. Co do kochanek, to mnie jednak nie przekonali. Gdyby ich bowiem Borgia nie miał, nie pasowałby do stylu epoki.

8/52


sobota, 24 lutego 2018

Jak podaje KAI: "Niemiecka Konferencja Biskupów opowiedziała się za możliwością udzielania Komunii św. małżonkowi protestanckiemu żyjącemu w sakramentalnym małżeństwie „w indywidualnych przypadkach”, pod warunkiem, że „potwierdzą wiarę katolicką odnośnie do Eucharystii” – poinformował kard. Reinhard Marx, zapowiadając opublikowanie za kilka tygodni materiałów na ten temat."

Nie widzę w tym niczego szczególnie bulwersującego, czy zdrożnego. Możliwość taką przewiduje wszak Kodeks Prawa Kanonicznego. "Kan. 844 § 4. Jeśli istnieje niebezpieczeństwo śmierci albo przynagla inna poważna konieczność, uznana przez biskupa diecezjalnego lub Konferencję Episkopatu, szafarze katoliccy mogą godziwie udzielać wymienionych sakramentów (pokuty, Eucharystii i namaszczenia chorych - przy. AR) także pozostałym chrześcijanom, nie mającym pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, którzy nie mogą się udać do szafarza swojej wspólnoty i sami o nie proszą, jeśli odnośnie do tych sakramentów wyrażają wiarę katolicką i do ich przyjęcia są odpowiednia przygotowani."

Co do kwestii wymaganego stanu łaski, jest raczej oczywiste, że przed przyjęciem katolickiej Komunii, będą oni musieli przystąpić do katolickiej Spowiedzi. Co w Niemczech nie będzie takie trudne, zważywszy na rozpowszechnienie w tym kraju nielegalnej i niegodnej, ale formalnie ważnej praktyki absolucji generalnej.

środa, 21 lutego 2018

roboty

Jest to ostatni tom cyklu o robotach. Nie czytałem dotąd żadnego z tych tomów, skupiając się raczej na cyklach dotyczących imperium i fundacji. Tematyka robotów bowiem mało mnie interesowała. To się nie zmieniło, roboty nadal mnie nie interesują. Po książkę sięgnąłem więc nie po to, by poczytać sobie o nich, a po to by poznać genezę imperium. Genezy nie poznałem, lecz co najwyżej preludium do niej, za to przypomniałem sobie prawa robotyki: 

0. Robot nie może skrzywdzić ludzkości, lub poprzez zaniechanie działania doprowadzić do uszczerbku dla ludzkości.

1. Robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy.

2. Robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z Pierwszym Prawem.

3. Robot musi chronić samego siebie, o ile tylko nie stoi to w sprzeczności z Pierwszym lub Drugim Prawem.

Owo zerowe prawo, dodane w tym tomie, jest bardzo niepokojące. Stawianie dobra abstrakcyjnej ludzkości ponad dobrem poszczególnych ludzkich jednostek zawsze dotąd prowadziło do totalitaryzmu. Czyżby więc w przyszłości czekało nas panowanie totalitaryzmu wieczystego?

7/52

wtorek, 20 lutego 2018

 

Kiedy na krajowym rynku muzycznym pojawia się płyta nagrana przez artystę z gminy, w której spędziłem zdecydowana większość swojego dotychczasowego życia, czuję się zobowiązany do jej, choćby krótkiego, omówienia. "Ballady bez romansów" - debiutancki krążek Wojciecha Ciuraja są sklasyfikowane jako rock progresywny. Ja jednak zakwalifikowałbym ją do world music. Jakoś więcej we mnie budzi skojarzeń z "Abomejem" Jakuba Żaka, aniżeli z twórczością Pink Floyd czy Marillonu. Nie jest to oczywiście żadna wada, bo płyty dobrze się słucha. W warstwie tekstowej wiele odniesień do polskiego romantyzmu i do świata dzikiej przyrody. Inspirujące. Warto śledzić karierę tego muzyka. 

15:17, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 lutego 2018

Jako wolnorynkowy konserwatysta, czy też, jak kto woli konserwatywny liberał, jestem zasadniczo przeciwny finansowaniu sportu wyczynowego ze środków publicznych, czyli z pieniędzy podatników. Jest dla mnie oczywiste, że powinien on być finansowany przez kibiców i sponsorów, a proporcje pomiędzy tymi źródłami powinien ustalać rynek. Nie jestem jednak dogmatykiem i dopuszczam pewne wyjątki od tej ogólnej zasady. Do tych dopuszczalnych wyjątków zaliczam państwowe wsparcie dla medalistów igrzysk olimpijskich, obejmujące zarówno aktywnych sportowców, jak i tych, którzy już zakończyli karierę. Uważam więc za zasadniczo słuszną ideę tak zwanych emerytur olimpijskich, wypłacanych medalistom igrzysk, którzy ukończyli już trzydziesty piąty rok życia i zakończyli karierę sportową. Jestem jednak przekonany, że da się w niej wprowadzić pewne ulepszenia.

 

Wydaje mi się słuszne nadanie idei emerytur olimpijskich pewnych skonkretyzowanych ram organizacyjnych. Postuluję utworzenie dla medalistów igrzysk olimpijskich nowego orderu państwowego, na przykład pod nazwą Order Znicza Olimpijskiego. Miałoby to ze wszech miar korzystne skutki. Bo pierwsze integrowałoby środowisko medalistów, zwłaszcza jeśli w statucie wpisałoby się regularne, na przykład coroczne spotkania wszystkich dam i kawalerów tego orderu. Wielki mistrz i kapituła, wybierani przez odznaczonych ze swego grona mieliby znaczący głos w świecie polskiego sportu i mogliby do pewnego stopnia zrównoważyć zdominowane przez postkomunistyczną nomenklaturę związki sportowe. Istotne jest też to, że kapituła mogłaby dyscyplinować kawalerów i damy, których postępowanie nie licowałoby z godnością orderu. Najwyższą sankcją mogłoby być wykluczenie z orderu, równoznaczne z pozbawieniem emerytury sportowej, która zresztą po ustanowieniu orderu nie byłaby już emeryturą, ale pensją orderową. Jeśli medaliści będą damami i kawalerami Orderu Znicza Olimpijskiego, nadal będą reprezentantami kraju, choć zakończą już karierę sportową. Analogicznie bowiem, jak wcześniej reprezentowali Polskę jako sportowcy, tak odtąd reprezentować ją będą jako rycerze orderowi.

 

 

Niemniej ważnym skutkiem wprowadzenia takiego orderu byłby częściowy przynajmniej powrót to pierwotnej funkcji orderów. Pierwsze ordery powstały w czasach Wojny Stuletniej w krajach w niej uczestniczących. Były to Order Podwiązki w Anglii, Order Gwiazdy i Order Świętego Michała we Francji oraz Order Złotego Runa w Burgundii. Były one swego rodzaju świeckimi zakonami rycerskimi stworzonymi w dużej mierze na wzór zakonów religijnych takich jak Templariusze i Krzyżacy. Często zresztą można się spotkać w literaturze z określeniami Zakon Gwiazdy, Zakon Złotego Runa etc. Podstawową przyczyną ich powoływania była chęć monarchy związania ze sobą grupy możniejszych rycerzy swojego państwa. Taka też była przez wieki podstawowa funkcja orderów – związanie grupy wybitnej obywateli z monarchą i zapewnienie ich lojalności wobec niego. Dlatego niechętnie patrzono na przyjmowanie orderów obcych. W niektórych krajach było to absolutnie zakazane, w innych wymagało zgody własnego monarchy. Ten zwyczaj utrzymał się do dnia dzisiejszego, choć podstawowa funkcja orderów dawno się zmieniła. Jest to po prostu relikt dawnych czasów. Dla pełniejszej realizacji tego podstawowego celu istnienia orderów obudowano te specyficzne zakony skomplikowanymi ceremoniałami na wpół religijnymi – ślubami, kapitułami, insygniami, strojami, zjazdami członków. Analogia z kościelnymi zakonami rycerskimi stała się jeszcze pełniejsza, gdy kilka takowych, działających na Półwyspie Iberyjskim, po wypełnieniu swoich funkcyj właściwych, połączyło się uniami personalnymi z koronami hiszpańską i portugalską a następnie uległo przekształceniu w ordery świeckie. Wielkimi mistrzami świeckich bractw orderowych byli zasadniczo monarchowie. W kolejnych wiekach zgromadzenia takie powstawały w większości krajów europejskich.

 

Również polski Order Orła Białego był pierwotnie swego rodzaju świeckim zakonem. Ustanowił go August II w 1705 roku, tym razem skutecznie. Sytuacja króla była wtedy fatalna. Był w zasadzie wygnany z kraju, opanowanego przez Szwedów i antykróla Stanisława Leszczyńskiego. Order Orła Białego był więc, podobnie jak dawniejsze ordery europejskie powołany w celu skłonienia jak największej grupy wpływowych Polaków do lojalności wobec Wettyna. Tę rolę pełnił, dla kolejnych królów, aż do rozbiorów. Nie dziwi więc to, że kawalerami zostawali mężczyźni młodzi i w sile wieku, mogący być dla króla realnym wsparciem tak politycznym, jak i zbrojnym. Starcy, a tym bardziej nieżyjący roli takiej spełniać nie mogli. Obecnie ordery w Polsce przyznawane są głównie ludziom starym, albo nieżyjącym. Warto, to przynajmniej częściowo zmienić.

Ustanowienie orderu dla sportowców, ludzi zasadniczo młodych, byłoby nawrotem do dawnych tradycyj. Młodzi i silni ludzie byliby kompanią rycerzy symbolicznie chroniących kraj i jego władze. Oczywiście nie ma szans na przekształcenia wszystkich zgromadzeń orderowych w grupę skupiającą wyłącznie ludzi mających prawdopodobnie większość życia przed sobą. Nie ma obecnie realnej potrzeby, aby wszystkie ordery spełniał taką rolę jak przed wiekami. A bez istnienia takiej potrzeby pełna transformacja do dawnych form jest niemożliwa. Możliwe i pożądane jest natomiast udekorowanie pewnej liczby młodych ludzi, którzy choć nie będą stanowić większości wśród ogółu odznaczonych polskimi orderami, będą swoją obecnością przypominać o dawnych tradycjach. Jest to krok w kierunku przywrócenie świetności bractwom orderowym. A przywrócenie świetności bractwom orderowym to krok w kierunku odbudowy cywilizacji łacińskiej, której jednym z filarów były wszelkiego rodzaju zakony rycerskie, tak ściśle religijne, grupujące rycerzy zakonnych, jak i luźniejsze, grupujące rycerzy świeckich. Niech więc nasi medaliści olimpijscy staną się prawdziwymi rycerzami w służbie ojczyzny.

11:11, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 lutego 2018

 heers

 

Serii szwedzkiej jeszcze nie zamykam, ale jednocześnie przechodzę do serii, którą rozpocząłem kilka tygodni temu omówieniem powieści Antoniny Domańskiej. Jest to seria książek, tak beletrystycznych, jak eseistycznych, których akcja dzieje się mniej więcej 500 lat temu. Przełom piętnastego i szesnastego wieku to arcyciekawy czas w historii Europy - czas przełomu cywilizacyjnego. 

Książka Jacquesa Heersa "Dwór papieski w czasach Borgiów i Medyceuszy" opisuje najważniejszy europejski dwór tego czasu. Zawiera wiele faktów i, często nieoczywistych, ocen.Na przykład dość krytycznie ocenia Poggia, który w innych książkach wyrasta na kolosa, a tu gra raczej postać marną. Niektóre rozdziału mogą trochę nudzić swoją suchością, ale pod koniec książka się rozkręca. Jeśli chodzi o nici łączące tę książkę z poprzednią z mojego osobistego cyklu "1500", to jest taką nicią postać Kallimacha, pojawiającego się epizodycznie i u Domańskiej i u Heersa.

 

6/52

poniedziałek, 12 lutego 2018

 

 

W 2012 uznałem  blog Prawdziwy Wielki Post za w miarę skończony i zaprzestałem jego pisania. Teraz przyszedł czas powrotu. Znalazłem wiele cennych tekstów i nagrań, wartych umieszczenia tutaj. Na razie posprzątałem rzeczy nieaktualne, od Środy Popielcowej zacznę wrzucać nowe wpisy. Pewnie nie będzie ich dużo, planuje około dziesięciu. Ale, jak już nieraz dowiodła historia tego bloga, "Żołnierze strzelają, Pan Bóg kule nosi". Na początek, wrzucam  pieśń, z której chciałbym uczynić drogowskaz naszej wielkopostnej wędrówki. Zachęcam wszystkich do odwiedzania tego bloga, do czytania, słuchania i oglądania, a najbardziej do modlitwy, bo to jej przede wszystkim ma ten blog służyć. 

piątek, 09 lutego 2018

Ciekawe, ilu z Was, Szanowni Czytelnicy, wie bez guglania kim był Alan Hovhaness? Nie martwcie się, jeśli nie wiecie, ja dwa lata temu też nie wiedziałem. Na dzieła tego ormiańsko- amerykańskiego kompozytora, który naprawdę nazywał się Alan Vaness Chakmakjian i żył w latach 1911-2000,  natknąłem się przypadkowo na YouTube i od razu się tą muzyką zachwyciłem. 

Ten niezwykle płodny kompozytor, twórca między innymi aż 67 synfonij (zazwyczaj dosyć krótkich) wypracował sobie rozpoznawalny styl, ja go określam jako mistyczny, w nastroju podobny do stylu Gustawa Mahlera. To nie są melodie, które sie zapamiętuje, ale jest to muzyka, która niezwykle silnie oddziałuje na ludzkiego ducha, przynajmniej ja to tak odbieram. 

Hovhaness był przez wiele lat organistą w ormiańskim kościele, ale muzyki stricte liturgicznej skomponował stosunkowo niewiele. Nie można go też uznać za wzór cnót chrześcijańskich, bo na przykład wielokrotnie żenił się i rozwodził, ale od wybitnych twórców kultury nie oczekujemy cnotliwego życia, a wielkich dzieł. I Alan Hovhaness te wielkie dzieła światu dawał. Aż dziwne, ze w Europie pozostaje tak słabo znany. 

21:40, svetomir , MUZYKA
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 lutego 2018

ludlum

W środowisku wielbicieli powieści sensacyjnych Robert Ludlum ma status pisarza kultowego. Toteż i ja, bardzo lubiąc ten gatunek literacki, próbuję się przekonać do tego autora. Niestety, ciągle mi to nie wychodzi. Ostatnią próbę podjąłem z książką "Weekend z Ostermanem". Książkę przeczytałem w miarę szybko, nawet mnie wciągnęła, ale niestety, nie przekonała. Historia naciągana, zakończenie wydumane, do tego kończy się w zasadzie źle. Ale nie zrażam się. Będę podejmował dalsze próby przekonania się do Ludluma, bo wierzę, ze wielkim pisarzem był. 

5/52

piątek, 02 lutego 2018

Są schizmy małe i duże. Małe dotykają Kościoła nieustannie, choćby w dwudziestym wieku było ich kilkadziesiąt, by wspomnieć choćby mariawicką, brazylijską i palmariańską. Duże schizmy zdarzają się rzadko, historia Kościoła pamięta w zasadzie dwie: wielką schizmę wschodnią i wielką schizmę zachodnią. Wiele wskazuje na to, że czeka nas w najbliższym czasie powtórka z tej drugiej.

Jak można przeczytać w wielu miejscach internetu, niejaki "Fra Cristoforo na swoim blogu ANONIMI DELLA CROCE informuje, że za niecały miesiąc dojdzie w Kościele do schizmy." Jak możemy przeczytać w facebookowych postach osób dobrze poinformowanych "Papież ma podobno ogłosić "przysięgę modernistyczną" :), którą będzie musiał złożyć przed biskupem każdy katolicki kapłan. Ponieważ znaczna część kapłanów nie akceptuje nauczanie Franciszka na temat małżeństwa i rodziny zawartej w AL a szczególnie liberalnej interpretacji tego dokumentu. Ten sprzeciw ma być przyczyną otwartego buntu i schizmy w Kościele. Czy tak będzie czas pokaże."

Ja mam tutaj nieco odmienne zdanie. Czy papież przeforsuje taką przysięgę, tego nie wiem, ale wykluczyć tego nie mogę, bo jest on człowiekiem nieobliczalnym. Ja jednak myślę, ze schizma wybuchnie, tyle że nie za miesiąc, a w momencie opróżnienia Tronu Piotrowego. Konklawe po zakończeniu pontyfikatu Franciszka będzie burzliwe, istnieje możliwość podziału na dwa zgromadzenia i podwójnej elekcji. Uważam podwójną elekcję za najbardziej możliwy scenariusz schizmotwórczy, bowiem jedynie w tym przypadku obydwa powstałe ugrupowania mogą zachować co najmniej pozory prawowitości, a co za tym idzie prawa do majątku kościelnego, uznania państwowego i tak dalej.

Powstaje też pytanie, po której stronie opowiedzą się polscy biskupi. Otóż moim zdaniem, po raz pierwszy od soboru jesteśmy w sytuacji, w której w razie ewentualnej schizmy polscy hierarchowie opowiedzieliby się raczej po stronie tradycyjnej aniżeli postępowej. Otóż dotychczas osią poru była liturgia, a polscy biskupi są zasadniczo obojętni na sprawy liturgii i mało nią zainteresowani. Nie zależy im ani na łacinie, ani na chorale, ani na Mszy Trydenckiej, ani na Tradycji i tradycji w ogólności. Nie zrobiliby nic, aby tych rzeczy bronić, a nawet z chęcią i ulgą by się ich pozbyli. Nie z nienawiści, bo ich nie nienawidzą, ale z chęci pójścia na łatwiznę. 

Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Osią sporu nie jest już liturgia. Msze franciszkowe niewiele odbiegają od benedyktowych, a są nadal dużo staranniejsze od janopawłowych. Teraz osią sporą jest nauczanie moralne, w którym Franciszek odchodzi od linii Jana Pawła II. Szczególnie drastycznym przykładem jest adhortacja "Amoris laetitia". A polscy biskupi są do linii Św. Jana Pawła II bardzo przywiązani. Dlatego myślę, że w przypadku schizmy powstałej wskutek nauczania Franciszka mogą stanąć po stronie tradycyjnej.

wtorek, 30 stycznia 2018

jonasson

Po serii muzycznej mam króciutką serię szwedzką, Szwecja wyrasta nam na lokalne europejskie mocarstwo literackie. Paradoksalnie stało się to w czasie, gdy Szwedzi zdobywają literackiego Nobla co kilkadziesiąt lat, a nie sto lat temu, gdy zdobywali go co lat kilka. Oczywiście dominują głównie w dziedzinie powieści kryminalnej, ale dzieła rewelacyjne tworzą i na innych polach literatury. W przypadku Jonasa Jonassona takim dziełem rewelacyjnym, które zapewniło mu miejsce w historii światowej literatury był „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”. "Anders Morderca i przyjaciele oraz kilkoro wiernych nieprzyjaciół” to książka również bardzo dobra, ale nie aż tak błyskotliwa. Główną różnicą jest to, że „Stulatek” był uniwersalny, miał mnóstwo odniesień do historii wielu kraju, w „Andersie” świat poza Szwecją w zasadzie nie istnieje. Ta książka to jedna wielka satyra na Szwecję i Szwedów. Śmieje się ze szwedzkieko państwa, szwedzkich urzędów, szwedzkiego Kościoła, szwedzkiego społeczeństwa i szwedzkich nazwisk, w tym z nazwiska samego autora. Paradoksalnie jest to też książka proreligijna, choć propaguje religię bardzo specyficzną, religię opartą na luzie i braku powagi. Propozycja może to dziwna, ale w dzisiejszym świecie warta docenienia.

4/52

niedziela, 28 stycznia 2018

mankell

Biorąc do ręki książkę Henninga Mankella „Grząskie piaski” można nabrać przekonania, że jest to autobiografia. Na okładce zamieszczono bowiem jej fragment, zawierający między innymi następujące słowa: „I właśnie o tym jest ta książka. O moim życiu. O tym, co było, i o tym, co jest.”A jednak nie jest to autobiografia. Trudno z niej poznać życiorys autora. Ja, po jej przeczytaniu nadal go nie znałem. Ktoś, kto nie znał wcześniej w ogóle Mankella, może po lekturze tej książki nadal nie wiedzieć, że pisał on kryminały. Bo o tej części twórczości autora są tu tylko dwie małe wzmianki i to pod koniec. Dużo więcej jest o tetrze, najwidoczniej Mankell postrzegał siebie głównie jako dramatopisarza i reżysera, a nie kryminałopisarza. O swoim życiu pisze tu urywkami, nie tworzącymi całości i umieszczonymi nie po kolei. Autor napisał tę książkę, gdy dowiedział się, że jest śmiertelnie chory, wkrótce po jej wydaniu zresztą zmarł. Dlatego tak dużo jest tu o śmierci i cierpieniu. Autor wychodzi od własnych doświadczeń kontaktów ze śmiercią i cierpieniem (co można by nazwać autotanatografią), by następnie snuć rozważania o obliczach śmierci i cierpienia w dziejach ludzkości i świata (a więc pantanatografię). Ten jeden wielki esej antropologiczny jest stale przeplatany trzema tematami: teatru, sztuki prehistorycznej i zlodowaceń, co dodaje mu niesamowitego klimatu.

3/52