INNE

wtorek, 31 grudnia 2013

Ile razy Miller skłamał,

Ile Kwach obietnic złamał,

Ile Beger owsa zjadła,

Ile Kalisz nosi sadła,

Ile Pęczak wziął na boku,

Tyle szczęścia w Nowym Roku.

 

23:42, svetomir , INNE
Link Komentarze (10) »
wtorek, 23 kwietnia 2013

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy wczoraj złożyli mi życzenia urodzinowe na facebooku i w innych miejscach.

21:43, svetomir , INNE
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 08 października 2012

Zwracam się do tych spośród moich czytelników, którzy maja coś wspólnego z farmacją i mogliby mi pomóc. Od pewnego czasu bez skutku szukam pracy. Jestem magistrem farmacji, mam 13 lat stażu pracy w aptece, w tym 6 na stanowisku kierownika apteki. Szukam pracy bądź to na stanowisku kierownika apteki, bądź też magistra farmacji, w każdym razie w promieniu 50 km od Rybnika. Chcących i mogących pomóc proszę o kontakt: svetomir@gazeta.pl

23:04, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 kwietnia 2012



Po niedawnej katastrofie kolejowej pod Szczekocinami JE Bronisław Komorowski, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej wprowadził na terenie całego kraju dwudniową żałobę narodową. Decyzja ta została skrytykowana przez wiele różnych środowisk, wpisuje się ona bowiem w trwającą od kilku lat, a dokładnie od początku AD MMV inflację żałoby narodowej.

 

 

Żałobę Narodową w Polsce, podobnie jak w większości krajów świata wprowadza się zasadniczo w dwóch przypadkach: śmierci wybitnej jednostki, osobliwie zaś tragicznej, lub wielkiej katastrofy z licznymi ofiarami. Żałoby narodowe ogłaszano w Polsce począwszy od okresu II Rzeczypospolitej. Przez kilkadziesiąt lat ogłaszano jednak żałobę niezwykle rzadko: W okresie II Rzeczypospolitej uczyniono to cztery razy ( po śmierci prezydenta Wilsona, ministra Pierackiego, marszałka Piłsudskiego i arcybiskupa Teodorowicza), w czasie okupacji dwa razy ( po śmierci premiera Sikorskiego i po upadku Powstania Warszawskiego), a w okresie PRLu znów cztery razy (Po śmierci prezydenta Bieruta, generalissimusa Stalina, generała Zawadzkiego i prymasa Wyszyńskiego). Jak widać, na te dziesięć przypadków dziewięć dotyczyło śmierci wyróżniających się jednostek, a tylko jeden katastrofy z licznymi ofiarami. W okresie III Rzeczypospolitej ogłaszano żałobę czternaście razy z czego raz z powodu śmierci wybitnej jednostki (Jan Paweł II), dwanaście razy z powodu katastrof budowlanych komunikacyjnych, górniczych i klęsk żywiołowych, a raz z obydwu powodów naraz. Okres ten dzieli się wyraźnie na dwa podokresy. W latach 1990-2004 ogłoszono żałobę trzy razy, co mniej więcej odpowiada częstotliwości międzywojennej i wojennej, a w latach 2005-2012 jedenaście razy. Począwszy od 2004 roku ogłaszano ją w każdym roku za wyjątkiem 2011. Festiwal żałoby zaczął pod koniec swojej drugiej kadencji Aleksander Kwaśniewski, który w roku 2005 ogłosił ją trzy razy. Obserwując żałoby ostatniej dekady da się zaobserwować dwa zjawiska. Jedno dostrzegają prawie wszyscy, na drugie mało kto zwraca uwagę. Pierwszym jest inflacja żałób, które są obecnie ogłaszane wielokrotnie częściej niż dawniej, drugim jest ich demokratyzacja. Kiedyś żałobę ogłaszano prawie wyłącznie po śmierci wybitnych w pozytywnym, czy negatywnym sensie jednostek, obecnie ogłasza się ja prawie wyłącznie w przypadku katastrof z licznymi ofiarami.

 

A przecież katastrofy zdarzały się i wcześniej. Choćby w PRLu było ich niemało, a żadna nie została uhonorowana żałobą. Dlaczego więc te z XXI wieku są tak wyróżniane? W niektórych przypadkach jest to do pewnego stopnia uzasadnione. Po zawaleniu się hali targowej w 2006 roku napisałem na ten temat tekst zatytułowany „Katastrofa i mit”, który pozwolę sobie zacytować w całości: „Tragiczna w skutkach katastrofa budowlana w Chorzowie budzi wiele emocji. Wielu komentatorów zwraca uwagę na dysproporcje w traktowaniu jej ofiar i ofiar wypadków drogowych, w których każdego weekendu ginie ich podobna ilość. W gronie tychże komentatorów wyróżnia się Janusz Korwin-Mikke, który przyczyn tych dysproporcji doszukuje się w mającej komunistyczne źródła chęci dowartościowania tragedii zbiorowej, kosztem indywidualnej. Ma w tym sposobie patrzenia, sporo racji, ale moim, jako etnologa, zdaniem nie wyczerpuje przyczyn omawianego zjawiska. Jedna z owych przyczyn, dotąd nie zauważana, tkwi w pewnych strukturach mitycznych, mających kolosalny wpływ na nasze myślenie Po katastrofie nieraz mówiono: „takiej tragedii jeszcze u nas nie było”. Nie jest to prawda. Owszem były takie i tragiczniejsze nawet katastrofy – lotnicze i morskie. Dlaczego więc akurat ta, ma być czymś wyjątkowym? Otóż wszystkie dotychczasowe wielkie katastrofy w naszym kraju miały charakter komunikacyjny. Jesteśmy już z tego typu wydarzeniami niejako oswojeni. Droga, podróż zawsze uchodziła za ryzykowną. Zawsze wyruszając w drogę liczono się z możliwością katastrofy. Świadczą o tym liczne przekazy kulturowe, choćby tekst pieśni: „Idziesz w drogę, chociaż blisko? Z Bogiem wychodź z progu. A gdy wrócisz z niej szczęśliwie to podziękuj Bogu”, czy stojące na rozstajach dróg krzyże. Również podróżowanie po morzu jest i zawsze było uważane za tak niebezpieczne, że obrosło w tony folkloru i zabobonu, że wspomnę tylko o obyczajowym zakazie odpalania papierosa od świeczki „bo marynarz na morzu zginie”. Tak więc zarówno droga jak i morze dorobiły się swoich mitów jako miejsca szczególnie niebezpieczne. A czy istnieje miejsce, które byłoby w strukturach mitycznych uważane za szczególnie bezpieczne? Owszem, istnieje takie miejsce i jest nim Dom.

Zasadniczo mit Domu jako miejsca bezpiecznego dotyczy budynku mieszkalnego, ale w sensie rozszerzonym rozciąga się w pierwszej kolejności na świątynie, w następnej zaś na wszystkie budynki. W związku z powyższym katastrofa na drodze, czy na morzu uważana jest podświadomie za coś naturalnego, wręcz normalnego. Oczywiście jest to rzecz niepożądana, ale obdarzona taką naturą, że liczyć się z ewentualnością jej nastąpienia zawsze trzeba. Katastrofy budowlane, dotyczące budynków, nie mieszczą się w tej kategorii. W systemie mitycznym są czymś, co absolutnie zdarzać się nie powinno. A jeśli mimo wszystko się zdarza, to wtedy niepomiernie szokuje. I stąd reakcja na chorzowska tragedię taka, jaką widzimy. Dwa tysiąclecia chrześcijaństwa i dwa wieki scjentyzmu nie wypleniły myślenia mitycznego, nic w tym zresztą dziwnego, bo tak naprawdę nie kłoci się ono ani z jednym ani z drugim. Omawiany tu przykład katastrofy budowlanej jako sprzecznej z naturalnym porządkiem wyrażanym przez system mityczny znajdujemy również nie gdzie indziej, a w Ewangeliach. Chrystus wspomina o katastrofie budowlanej (zawalenie się wieży), w której zginęło osiemnaście osób. Czyż w owym czasie nie było zatonięć statków pochłaniających dziesiątki osób? Były, ale na exemplum do kazania bardziej nadawało się zawalenie wieży, bo było bardziej spektakularne, chociaż pochłonęło mniej ofiar. Nil novi sub sole....”.

Ten tok myślenia nie ma jednak zastosowania w stosunku do katastrof komunikacyjnych. Tu rację ma jak najbardziej Janusz Korwin-Mikke. To nie inflacja jest najistotniejsza jeśli chodzi o żałobę narodową. Ona jest tylko zjawiskiem ubocznym. Istota problemu tkwi w demokratyzacji. Nasz kraj bardzo stara się udowodnić swoja demokratyczność, również w tej dziedzinie. Prezydenci Kwaśniewski, Kaczyński i Komorowski reprezentowali trzy różne opcje polityczne, ale w tej sprawie byli nadzwyczaj zgodni. Dziś już nie trzeba być prezydentem, premierem, ministrem, papieżem, czy prymasem, aby otrzymać żałobę narodową. Wystarczy zginąć wraz z przynajmniej dziesięcioma innymi osobami. Oczywiście każda katastrofa skutkująca śmiercią ludzi jest tragedią dla rodzin i przyjaciół ofiar. Ale czy na pewno dla całego narodu?

A jak to wygląda w innych krajach? Oprócz Polski są w Europie i na świecie przynajmniej trzy inne kraje ogłaszały po 1990 roku żałobę narodową więcej niż dziesięć . Są to Bułgaria, Rosja i Ukraina. Kraje te ogłaszały żałobę odpowiednio 13, 27 i 13 razy. Wszystkie żałoby bułgarskie były poświęcone ofiarom katastrof, w Rosji wszystkie z wyjątkiem dwóch, a na Ukrainie wszystkie z wyjątkiem jednej. We wszystkich tych krajach demokracja jest młoda, a w niektórych z nich mocno wątpliwa. Wymaga więc stałego potwierdzania takimi w gruncie rzeczy nic nie znaczącymi gestami. Skoro stajemy w takim towarzystwie, to nasza praktyka demokratyzacji żałoby świadczy o słabości, a nie sile polskiej demokracji. W starych demokracjach, takich jak Francja, czy Wielka Brytania żałoby ogłaszane są średnio dwa razy na dekadę, a poświęcone w większości zmarłym wybitnym jednostkom. Wychodzi więc na to, że w tej dziedzinie wzorce zachodnie realizowaliśmy w międzywojniu a nawet za komuny, a obecnie przerzuciliśmy się na wschodnie.



09:04, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 grudnia 2010

 

nativitas

W ten czas Bożych Narodzin

Pokój na świat przychodzi

Z Narodzeniem Dziedzica

Jegoż matką Dziewica

(kolęda chorwacka)

Radosnych, pogodnych i głęboko przeżytych Świąt Bożego Narodzenia

życzą

Ela, Artur, Pawełek i Martusia Rumplowie

13:12, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 kwietnia 2010

Zazwyczaj na tym blogu zajmuję się konkretnymi bytami kulturowymi: książkami, płytami, filmami, obiektami architektonicznymi, czy imprezami.   Jednak, jako antropolog kulturowy, zajmuję się nie tylko poszczególnymi bytami kulturowymi, ale także zjawiskami szerszymi, a także pojęciami czysto teoretycznymi, czy też abstrakcyjnymi. Właśnie takim kwestiom poświęcić chcę niniejszy wpis.

 

W moich notatkach z czasów studenckich znalazłem taką myśl, będącą niewątpliwie moją własną refleksją: "Każdy w miarę kompletny system kulturowy jest możliwy do rozszyfrowania przez osobę z zewnątrz". Kiedy niedawno przeglądałem owe notatki, zdanie to zaintrygowało mnie. Obecnie bowiem paradoksalnie jawi mi się ono jako prawdziwe i fałszywe zarazem. To, czy jest ono prawdziwe, czy fałszywe, zależy od przyjętych założeń, a zwłaszcza od tego, jak rozumiemy "kompletny system kulturowy" i "osobę z zewnątrz". Kiedy bowiem tą osobą z zewnątrz jest badacz, który, rozpoczynając badania, wchodzi do wnętrza owego systemu, na przykład zamieszkując wśród badanego ludu, czy też nawiązując kontakt osobisty z jego przedstawicielami, omawiane zdanie jest pozornie prawdziwe, ale w głębszym sensie fałszywe. Prawdziwe w tym sensie, że rozszyfrowanie systemu jest w takiej sytuacji oczywiście możliwe, przy czym stopień realizacji tego zamierzenia zależy od umiejętności badacza. Jest jednak fałszywe, gdyż w miarę poznawania od środka i rozszyfrowywania systemu, badacz przestaje być osobą z zewnątrz, a staje się częścią owego systemu.

 

Dla właściwego rozwiązania problemu prawdy lub fałszu owego zdania, trzeba więc zastanowić się nad innym sposobem badania kultury, takim mianowicie, który powstrzymuje się od osobistego zapuszczania się badacza w głąb badanego systemu. W tej metodzie poznaje się system nie sam w sobie, ale za pośrednictwem jego wytworów: literatury, muzyki, sztuki, architektury etc. I tu dochodzimy do sedna problemu. Aby tą metodą można było całkowicie poznać i rozszyfrować system, który wcześniej był badaczowi zupełnie nieznany, a przy tem całkowicie, w sensie kulturowym, izolowany od własnego systemu badacza, system badany musi być kompletny nie tylko sam w sobie, ale także w owych swoich wytworach. Do tej kompletności nie wystarczą tylko słowa i obrazy. Wiemy bowiem, że hieroglify egipskie nie zostałyby zapewne rozszyfrowane, gdyby nie Kamień z Rosetty. Poznanie kultury staroegipskiej odbyło się więc w nie całkowicie izolowanych warunkach. Jestem przekonany, że dla owej kompletności potrzebny jest element trzeci, którym jest mowa. W tym sensie kompletnymi nie będą nie tylko systemy kulturowe ludów pierwotnych, ale także dawniejszych społeczeństw piśmiennych. Dopiero nowoczesne kultury techniczne ze swoimi filmami dźwiękowymi, albumami muzycznymi i książkami mówionymi, spełniają owo kryterium kompletności.

 

Można więc rzec, że zdanie z moich studenckich notatek jest w pełni prawdziwe jedynie w niezwykle rzadkich okolicznościach. Nie wystarcza to wszak do nazwania go zdaniem fałszywym.

22:30, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 listopada 2008
 triobriandka

Dla potrzeb niniejszej pracy wyróżniać będziemy trzy rodzaje społeczeństw: społeczeństwo przednowoczesne, w którym tradycja pełniła (a miejscami nadal pełni) dominującą rolę, społeczeństwo nowoczesne, w który rola tradycji była , czy też jest minimalna i społeczeństwo ponowoczesne poszukujące własnej tradycji. Najczęściej zresztą jest obecnie tak, że w jednym społeczeństwie występują grupy przynależące do tych trzech typów. Jeśli chodzi o społeczeństwo polskie , to do grup przednowoczesnych możemy zaliczyć moim zdaniem przede wszystkim Starowierców, Łemków i część Górali. Najbardziej typową grupą przednowoczesną w Polsce, w życiu której tradycja odgrywa ogromną rolę są niewątpliwie Starowiercy, zwani też Staroobrzędowcami lub raskolnikami (od rosyjskiego słowa raskoł, oznaczającego schizmę). Żyją oni na północny wschodzie Polski, pobliżu granicy z Obwodem Królewieckim. Ich kultura jest zdominowana przez tradycję wyznawanej religii. A jest to religia bardzo surowa. Starowiercy nie golą bród nie piją alkoholu, kawy, ani herbaty, nie palą tytoniu, nie używają instrumentów muzycznych. Dzięki tradycji, którą kultywują udało im się przez trzysta z górą lat zachować odrębność i tożsamość, żyjąc wśród ludzi odmiennych religijnie i etnicznie. Łemkowie z kolei są grupą w pewnym sensie tragiczną. Przez bolszewicki reżim wygnani z rodzinnych gór, rozproszeni po równinnej ziemi również przetrwali i zachowali tożsamość dzięki religijnej i etnicznej tradycji, której sławę zyskała przede wszystkim przepiękna muzyka. Również oni jedynie dzięki tradycji zachowali swoją tożsamość i nie roztopili się ani w polskości, ani w ukraińskości. W społeczeństwie nowoczesnym tradycja nie odgrywa żadnej roli, jest wręcz lekceważona i traktowana jako zjawisko negatywne, jako zbędny balast z przeszłości. Typowym przykładem takiego społeczeństwa są społeczności miejskie XX wieku. Panował w nich, poza nielicznymi wyjątkami kult nauki, nowoczesności i postępu. Wartości tradycyjne i takież wzorce zachowań były zwalczane jako „nienaukowe”, wsteczne i nie przystające do współczesności. Ludzi praktykujących kultur tradycyjną, czy to ludową, czy religijną, czy szlachecką nie tyle może prześladowano (choć i takie przypadki do rzadkości wcale nie należały), co po prostu wyśmiewano. W moim przekonaniu postępowanie takie obywało się ze szkodą nie tyle może owych wyśmiewanych (choć na pewno wywołało nie jedną tragedię osobistą), co przede wszystkim samego społeczeństwa nowoczesnego. Odrzucenie tradycji prowadziło bowiem nieuchronnie najpierw do dezintegracji życia społecznego, a w czasach nam bliższych również życia indywidualnego poszczególnych osób. Oczywiście na wytworzenie się takiego społeczeństwa pozbawionego tradycji miało wpływ wiele czynników politycznych , ekonomicznych i kulturowych. Jako pierwsze zaistniały czynniki kulturowe, które pojawiły się już w XVIII wieku w postaci działalności oświeceniowych filozofów i pisarzy, których poglądy nie miały jednak podówczas wpływu na szerokie masy społeczne. Jednak hasła nawołujące do walki z „ciemnotą i zabobonem” miały jeszcze wrócić ze zdwojoną siłą w bardziej dla nich sprzyjających warunkach. Te sprzyjające warunki do niszczenia tradycji świadomego, czy nieświadomego przyniosły procesy industrializacji i urbanizacji rozwijające się przez cały wiek XIX. Tak więc druga fala scjentystycznego filozofowania i pisarstwa w postaci pozytywizmu odniosła bardziej wymierny skutek, zwłaszcza, że ma ona wpływ na myślenie ludzi w zasadzie do dzisiaj. Pomyślmy, ile osób ma skrzywiony obraz na przykład ludowego lecznictwa wywołany lekturą „Antka” Bolesława Prusa. W wieku XX do czynników kulturowych i ekonomicznych dołączyły polityczne. Zaliczam do nich przede wszystkim ruch socjalistyczny i jego specyficzną formę – system komunistyczny. Co prawda włada ludowa deklarowała ochronę kultury tradycyjnej, przez które to pojęcie rozumiała wyłącznie kulturę chłopską, a nawet nie całą tylko jej wewnętrzne przejawy. Jednocześnie jednak czynnie zwalczała nie tylko tradycję szlachecką, religijną i mniejszości narodowych, ale również wszystkie te elementy kultury ludowej, które się nie zgadzały ze światopoglądem marksistowskim. W latach dziewięćdziesiątych w kraju naszym ustały polityczne czynniki degenerujące kulturę tradycyjną, ale nie ustały wspomniane już czynniki ekonomiczne i kulturowe. Na szczęście impet procesu degeneracji tradycji został nieco przyhamowany. Wiążę to z kształtowaniem się społeczeństwa postmodernistycznego (ponowoczesnego) w którym coraz większe grupy ludzi poszukują swojej tożsamości i co za tym idzie, odpowiedniej dla siebie tradycji. Poszukiwania te idą w różnym kierunku. Na gruncie polskim można znaleźć grupy alternatywnokulturowe czerpiące z tradycji słowiańskiej (Orkiestra pw. Św. Mikołaja), łacińskiej (Teatr Wiejski Węgajty), egzotycznej (Teatr w Wolimierzu), antycznej (Gardzienice ) innej. Wszystkie te grupy tworzą żywą tradycję, która staje się tradycją przyszłości. Problem obumierania i powtórnego odżywania tradycji chciałbym przedstawić na przykładzie korsykańskich bractw śpiewaczych. „Bractwa były od wieków sercem wiejskich społeczności. Były zaczątkiem demokratycznego życia i kośćcem ich tożsamości. Szeregi ich formowali starzy i młodzi, wierzący i niewierzący. Zdrowym umożliwiały niesienie pomocy chorym, żyjącym przekroczenie progu śmierci. (...) Czasy i obyczaje zmieniły się. Pomimo to bractwa przetrwały i istnieją nadal. Jakiś czas temu ruch ten zanikł prawie zupełnie nikt nie wierzył w ich odrodzenie. Jednak pokolenie lat siedemdziesiątych przywróciło tradycję życiu, nadając jej nowy impuls. Impuls bardziej świadomy, gdyż dzisiaj kultura to świadomość”(Toni Casalonga). To co na Korsyce dokonało się w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, to w naszym kraju , według mnie, dokonuje się współcześnie. Jednym z przejawów odradzania się kultury tradycyjnej w nowej, postmodernistycznej formie, jest trwająca od zeszłego roku eksplozja muzyki folkowej. Nie wiem , czy folk stanie się trwałą częścią kultury masowej. Gdyby tak się stało , byłby dla niej siłą ożywiającą i niejako jej duszą. Nawet jednak gdyby się tak nie stało, to grono jego zwolenników na stałe już się poszerzyło i jest to już grupa społeczna na tyle liczna i znacząca, że elementy dawnej tradycji zyskały trwałą bazę dla twórczych przekształceń i rozwoju. Wydaje mi się to niezwykle istotne, bo tradycja musi się twórczo przekształcać, aby naprawdę żyć. Ścisła konserwacja jej dawnych form nie jest sposobem jej zachowania. Tak jak bowiem tradycyjna kultura polska ulegała przekształceniom między wiekiem X a XIX, tak musi się też stale zmieniać dalej, podlegać obcym wpływom, jak niegdyś podlegała i wpływać na obce kultury jak niegdyś wpływała. Ważne jest jedynie to, by te przemiany nie polegały na odcinaniu się od spuścizny wieków minionych, ale by się na tej spuściźnie ściśle opierały.


Tradycja nie umarła, tradycja żyje i żyć będzie dopóty, dopóki żyć będą ludzie mający potrzebę jej istnienia i dający tej potrzebie wyraz. Chociażby nie była zbyt widoczna nie musimy się martwić o jej przetrwanie, dopóki będą ludzie poszukujący swej tożsamości. I chociażby większość z nich poszukiwania swoje prowadziła na terenie tradycji obcej zawsze jest nadzieja, że obcymi elementami ożywią tradycję własną, a z drugiej strony nasiona własnych wpływów rozsieją po świecie. Zawsze też będą tacy, którzy skupią się na pielęgnowaniu kultury rodzimej. Mimo postępującej globalizacji sądzę, że kultury tradycyjne poszczególnych narodów, grup etnicznych i religijnych zachowają swoją odrębność. Siła tradycji pozwoli jej trwać w takiej czy innej formie na zawsze.





BIBLIOGRAFIA:

  1. „PIEŚŃ NASZYCH KORZENI” Program VIII Międzynarodowego festiwalu muzyki dawnej w Jarosławiu, Jarosław 2000

  2. Ryszard Tomicki „TRADYCJA I JEJ ZNACZENIE” Etnografia Polska t. XVII

  3. Władysław Kopaliński „SŁOWNIK WYRAZÓW OBCYCH I ZWROTÓW OBCOJĘZYCZNYCH”

  4. Jacek Kowalski „PIWO Z MISTRZEM” (wywiad z Marcelem Peresem ) Czas Kultury 6/1998

 Powyższy tekst pochodzi z 2001 roku

11:32, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »

japonka 

Był czas i trwał on jeszcze do niedawnych dni, kiedy to tradycja nie była wysoko ceniona, można by rzec nie była w modzie. Powszechne było podówczas przekonanie, że tylko to, co nowoczesne i postępowe jest dobre, co zaś jest tradycyjne, zachowawcze jest automatycznie złe. Postęp był największą wartością. Zjawisko to nie ograniczało się do jednego kraju, czy regionu, ale miało charakter globalny. Uważano, że za nowoczesną technologią musi iść nowoczesny ustrój społeczny, nowoczesne obyczaje, nowoczesna sztuka, nowoczesna muzyka, a nawet nowoczesna religia. Wraz z unowocześnianiem tych wszystkich dziedzin postępowało ich wzajemne oddzielenie i oddalenie od siebie. O ile w społeczeństwie tradycyjnym technologia, ustrój, obyczaje, sztuka, muzyka, religia i inne dziedziny życia stanowiły zintegrowany system wzajemnie przenikających się elementów, o tyle w społeczeństwie nowoczesnym każda z tych dziedzin była kształtowana i funkcjonowała w oderwaniu i izolacji od pozostałych. Sztuka i muzyka straciły swoje oparcie w religii, ustrój oddzielono od obyczajów, a technologię od kultury. Takie tendencje doprowadziły do dezintegracji życia społecznego i indywidualnego człowieka. Człowiek nie może prawidłowo funkcjonować w oderwaniu od korzeni, a tymi korzeniami naszego człowieczeństwa jest właśnie tradycja. Według Marcela Peresa jednym z największych problemów naszych czasów jest oddzielenie sfery duchownej od świeckiej, a przede wszystkim oddzielenie religii od kultury. Sztuka, literatura, muzyka w społeczeństwie nowoczesnym są dziedzinami po pierwsze świeckimi, a po drugie autonomicznymi, ściśle oddzielonymi jedno od drugiego. W społeczeństwie tradycyjnym kultura jest systemem integralnym i dzięki temu społeczeństwo takie również jest wewnętrznie zintegrowane, czego o nowoczesnym nijak powiedzieć się nie da. Zastanówmy się więc czym jest ta tradycja stanowiąca o integralności kultury? Czy jest ona systemem zamkniętym, czy też żywym i podlegającym ewolucji? Co rozumiemy przez żywą tradycję? Czy tradycja jest potrzebna współczesnemu człowiekowi? I wreszcie, czy tradycja bezpowrotnie zaginęła, czy też może obserwujemy nawrót do niej?

 

Kazimierz Dobrowolski definiuje tradycje szeroko: „Przez tradycję rozumiemy w zasadzie wszelką spuściznę, którą ustępujące generacje przekazują pokoleniom wchodzącym w życie”. Ryszard Tomicki znacznie ją zawęża: „Tradycją danej grupy społecznej jest ta część dziedzictwa przekazywanego drogą transmisji ustnej i pokazu, której przejmowaniu towarzyszy świadomość pochodzenia jej z przeszłości, która jest przez grupę afirmowana i stanowi obiekt emocjonalnego przywiązania wyrażającego się w przekonaniu o jej wartości i niemożności zmiany bez istotnych konsekwencji negatywnych dla grupy bądź jednostek”. Jeszcze inaczej definiuje ją Władysław Kopaliński w swoim „Słowniku wyrazów obcych” : „Przekazywanie z pokolenia w pokolenie obyczajów, wierzeń, zasad, przekonań,, sposobów myślenia, odczuwania, albo postępowania, wydarzeń z przeszłości traktowanych jako historyczne (chociaż niesprawdzalnych), umiejętności artystycznych albo rzemieślniczych etc.; przekazany przez przodków obyczaj, zasada, wierzenie etc.” Samo słowo tradycja to łacińskie traditio i oznacza „wręczanie, nauczanie, podanie”. Tak więc istotą tradycji niezależnie od różnic miedzy poszczególnymi definicjami byłoby przekazywanie pewnych treści z pokolenia na pokolenie. Powstają przy tym dwa pytania. Po pierwsze, czy tradycją byłyby jak chce Dobrowolski, wszystkie przekazywane treści, czy też, za Tomickim tylko stanowiące obiekt emocjonalnego przywiązania? Po drugie zaś, czy tradycja jest niezmienna, czy też ulega ewolucji? Definicja Dobrowolskiego pozwala przyjąć, że tradycja stale ewoluuje. Przyjmijmy bowiem, że generacja n przejęła pewną spuściznę generacji n-1. Następującej po sobie generacji n+1 przekazuje tę tradycję wzbogaconą o własne doświadczenie i inwencję. Nie jest to więc przekaz identyczny

z tym , który otrzymała od poprzedników. Tomicki pisze zaś o „niemożności zmiany bez istotnych konsekwencji negatywnych dla grupy bądź jednostek”. Mnie osobiście bliższa jest definicja Dobrowolskiego. Ujmuje ona tradycję znacznie szerzej niż Tomicki, a zważyć należy, że tradycja jest systemem integralnym i elementy mające wartość emocjonalną nie mogą w pełni funkcjonować bez tych, które takiej wartości nie mają. Poza tym związek emocjonalny z danym przejawem tradycji jest rzeczą zmienną. Na różnych etapach naszego życia wiążemy się silniej z różnymi elementami przekazu. Poza tym emocjonalne przywiązanie jest kwestią indywidualną, u każdego członka danej społeczności odmiennie ukształtowaną. Skoro więc w obrębie danej grupy poszczególni jej członkowie są emocjonalnie przywiązani do różnych elementów otrzymanego przekazu, znaczyłoby to, że nie istnieje wspólna tradycja tej grupy, a jedynie indywidualne tradycje jej poszczególnych członków. A jednak nikt nie mówi o tradycji poszczególnych ludzi, ale o tradycji takich, czy innych grup, czy społeczności. Tradycja ma wymiar społeczny. Tak więc niesłuszne wydaje się traktowanie emocjonalnego przywiązania jako koniecznego wyróżnika tradycji. Inną jeszcze kwestią jest droga transmisji. Tomicki wspomina jedynie o transmisji ustnej i pokazie. Jest to niewątpliwie słuszne dla tradycji ludowej, gdyż w kulturze ludowej pismo nie odgrywało znaczącej roli. Jednak tradycja ludowa nie jest jedyną tradycją. Niemniej istotnym nurtem jest tradycja religijna w jej wymiarze oficjalnym, w naszych warunkach kościelnym. Tradycja kościelna nie mogłaby się obejść, wręcz nie byłaby sobą bez tekstów pisanych. Grupa, której dotyczy jest zbyt duża i zbyt rozległa terytorialnie, kulturowo i czasowo, aby transmisja ustna i pokaz mogły być wystarczające. Zresztą trzeba sobie powiedzieć, że etnografia polska okresu powojennego nazbyt się chyba koncentrowała na problematyce chłopskiej, utożsamiając kulturę tradycyjną wyłącznie z kulturą chłopską. Gdy mówimy o istocie tradycji i jej roli w społeczeństwie nie możemy się ograniczyć do tradycji chłopskiej, czy wiejskiej. Reasumując mogę powiedzieć, że za tradycję danej grupy uważam ogół wiedzy teoretycznej i praktycznej przekazanej różnymi drogami obecnym członkom grupy przez ich poprzedników. Piszę o poprzednikach, a nie o przodkach, gdyż własną tradycją wykazują się również grupy, których członkowie nie są ze sobą spokrewnieni, jak kościoły, zakony, czy rozmaitego rodzaju bractwa, towarzystwa, organizacje sportowe, harcerskie. W dalszej części pracy będziemy się też zastanawiać, czy tymi poprzednikami są wyłącznie dawniejsi członkowie tejże grupy, czy też mogą to być jakieś autorytety spoza tejże.

11:27, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 października 2008
wtorek, 30 września 2008
Legend 

Gra King's Bounty. The Legend (Królewska Szczodrość. Legenda) to typowe, można by rzec rasowe strategiczne RPG. Rozgrywane jest w realiach zblizonych do europejskiego sredniowiecza, z tą jednak róznicą, że religią panujacą w świecie gry nie jest chrześcijaństwo, a jakiś rodzaj pogaństwa. Europejskie są imiona (anglosaskie), herby (utrzymane z stylu heraldyki niemieckiej), sceneria. Scenariusz i rozwiązania techniczne są bardzo klasyczne, przypominające te, które wystepuja w serii Heroes of Might and Magic. Nic zresztą dziwnego, skoro pierwsza wersja Królewskiej szczodrości, powstała w 1990 roku uważana jest za prekursora tejże serii. Legenda jest więc kwintesencja klasyki i doskonała ofertą dla tych wszystkich, którzy lubia grć w gry, które juz znają. Nie jest to wcale wada. nie każda gra musi być awangardowa, a utrzymywanie w dobrze znanym stylu, nie musi oznaczać nudy. I nie oznacza, przynajmniej dla mnie. Jest to przyjemna i stosunkowo łatwa (na normalnym poziomie) rozrywka. Jest w niej duzo drobiazgów, które potrafia sprawiać satysfakcję. Mnie osobiście ucieszyło, że dla mojego bohatera mogłem wybrać herb prawie identyczny z herbem mojej rodziny. Oczywiście, imię, które mu nadałem musiało się z tym wiazać i nadałem mu takie jakie nosił ten z moich przypuszczalnych przodków, który ów herb od swego seniora otrzymał (jakby kto był ciekaw, to miało to miejsce w XV wieku w Austrii). Dla tak ekstensywnych graczy jak ja, ważne jest tez to, że bitwy można rozgrywać w trybie automatycznym. Oczywiście rasowi gracze tę możliwość bedą omijać z daleka, no ale gra ma być nie tylko dla zapaleńców, ale i dla tych, którzy traktują ją lekko. Strona dżwiekowa i graficzna równiez jest na solidnym poziomie, bez jakichś rewelacji, ale gdyby one były zatraciłby się specyficzny smak klasyki. Reasumując, główna zaleta Legendy jest wierność stylowi klasyki gatunku i samego cyklu. A King's Bounty to już w końcu seria pełnoletnia. Mało który pomysł na gre jest zywotny po osiemnastu latach. Należy sie więc szacunek.

10:29, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 września 2008

GDD

Jako że plakat jest mało czytelny, podaję program za stroną imprezy:

Górnośląskie Dni Dziedzictwa 2008


Szlachta na Górnym Śląsku


Świętochłowice

19.09.2008

godz. 18:00 - wernisaż wystawy „Śladami Donnersmarcków” w MDK, ul. Harcerska 1

27.09.2008

godz. 9:00 -Wycieczka piesza „Śladami Donnersmarcków” 28.09.2008

godz. 17:30 -Występ chóru męskiego „Śląsk” i odczyt w kościele p.w. Św. Augustyna w Lipinach,

4.10.2008

godz. 9:30 - wycieczka rowerowa Chorzów – Świętochłowice – Ruda Śląska.

5.10.2008

godz. 17:00 - występ chórów „Largo cantabile” i „Laudate” oraz referat „Donnersmarckowie –
twórcy nowoczesnych Świętochłowic” (Alan Zych) w kościele ewangelickim im. Jana Chrzciciela,

Zabrze

27.09.2008

godz. 12:30 - Kościół p.w. Jana Chrzciciela w Zabrzu-Biskupicach (zwiedzanie krypty
Ballestremów), ul. Bytomska 37
godz. 13:30 – Kaplica ewangelicka w Zabrzu Biskupicach, ul. Jana Żmudy 2

4.10.2008

Zabytkowa Kopalnia Węgla Kamiennego GUIDO, ul. 3-go Maja 93

godz. 14:00 -zwiedzanie kopalni (poziom 170) połączone z multimedialnym wykładem Dariusza
Walerjańskiego „Zabrze magiczne”

5.10.2008

Zabytkowa Kopalnia Węgla Kamiennego GUIDO, ul. 3-go Maja 93

godz. 17:00 -zwiedzanie kopalni (poziom 170)
godz. 18:00 - Msza w starym obrządku, tzw. Trydenckim, z towarzyszeniem scholi parafii św. Anny
na poziomie 170 pod ziemią – liczba osób ograniczona (60 osób)
godz. 19:00 -koncert muzyki dawnej w wykonaniu zespołu Allegro – dziedziniec pod kopalnią
godz. 19:30 -pokaz walk rycerskich – dziedziniec kopalni

godz. 10.30 -"Śladami zabrskich Donnersmarcków" wycieczka po Zabrzu, zbiórka przed Teatrem
Nowym (w razie niepogody wycieczka odwołana)


godz. 17:00 – koncert pt. „Więzi” z okazji jubileuszu 75-lecia Parafii Wniebowzięcia Najświętszej
Maryi Panny, kościół p.w. Wniebowstąpienia Najświętszej Marii Panny, ul. Kościelna

Bytom

25.09.2008

godz. 19:00 - Elektrociepłownia „Szombierki”, ul. Kosynierów 30, „Gala Verdiego” - koncert
muzyki klasycznej organizowany przez „Fundację Dla Śląska”

27.09.2008

godz 10:00 -Śladem średniowiecza w Bytomiu, zbiórka pod kościołem NMP w Bytomiu, Rynek,
oprowadza Przemysław Noparlik

godz. 16:00 -Śladem Tiele-Wincklerów, zbiórka pod kościołem Bożego Ciała w Bytomiu –
Miechowicach, ul. Kasztanowa 3, oprowadza Krzysztof Lisiecki

28.09.2008

godz. 14:00 -Kościół św. Jacka, zbiórka pod kościołem św. Jacka na Rozbarku, ul. Matejki 1,
oprowadzający: Artur Kubiczek, Ewa Młynarczyk

godz. 15:00 -Kościół św. Trójcy, zbiórka pod kościołem św. Trójcy w Bytomiu, ul.
Kwietniewksiego 1, oprowadza Maria Witosz,

4.10.2008

godz. 15:00 - cmentarz „Mater Dolorosa”, zbiórka pod bramą cmentarza, ul. Piekarska 71,
oprowadzający: Izabela Kłaczyńska, Arkadiusz Kaczorek,

Ruda Śląska

27.09.2008

godz. 10:00 - 13:00 - Zwiedzanie schronu bojowego nr 75 „Grupa Bojowa Kłodnica –
Kochłowice”, ul. Pomorska, na terenie Rodzinnego Ogrodu Działkowego „Nadzieja”,
oprowadzający Eugeniusz Czogała,

godz. 18:45 -Prelekcja o spadkobiercach Godulli w kościele pod wezwaniem
Ścięcia świętego Jana Chrzciciela (Godula) – ks. Jan Małysek, oraz o ich
herbach - Marek Judycki,

21.09.2008

godz. 15:50 - parafialna Ikona w stuletniej historii Małej Ojczyzny, Kościół pw. Matki Boskiej
Różańcowej, Halemba ul. 1 Maja 36, prelegent Eugeniusz Marszałek

4.10.2008

godz: 11:20 - wycieczka rowerowa: Wirek - Halemba - Kłodnica - Stara Kuźnica – Kochłowice,
zbiórka na Koloni Robotniczej Ficinus (Ruda Śląska, Wirek ul. Kubiny)

godz: 16:00 - spotkanie na temat „Ślady działalności szlachty na terenie Rudy Śląskiej” w ZSO nr 3

– projekt wspólnie z uczniami szkoły; prelekcja: Ludwik Zogała "Dom mojego urodzenia"
godz. 15:00 – 18:00 - zwiedzanie schronu bojowego nr 75 „Grupa Bojowa Kłodnica –
Kochłowice”, ul. Pomorska, na terenie Rodzinnego Ogrodu Działkowego „Nadzieja”,
oprowadzający Eugeniusz Czogała


5.10.2008

godz. 15:00 - średniowieczny gródek stożkowy w Kochłowicach, zbiórka pod kościołem św.
Barbary na Bykowinie, ul. Górnośląska 31, oprowadza Przemysław Noparlik

Chorzów

27.09.2008

godz: 7:30 - wycieczka rowerowa do Zamku w Kopicach zbiórka przy PKP w Chorzowie Batorym

4.10.2008

godz: 9:00 -wycieczka rowerowa: Wirek - Halemba - Kłodnica - Stara Kuźnica – Kochłowice,
zbiórka w Chorzowie pod pomnikiem Redena

Katowice

27.09.2008
godz. 9:00 -Bogucice – spacer historyczny, zbiórka na Bogucicach pod kościołem św. Szczepana
(ul. Markiefki 89), oprowadza Przemysław Piwowarczyk

godz. 9:00 -wycieczka autokarowa „Szlakiem Ballestremów”, wyjazd z Katowic 27.09.2008

godz. 8:00 -Wycieczka autokarowa „Rzym czy Wittenberga – szlachta górnośląska wobec
konfliktów wyznaniowych

4.10.2008
godz. 11:00 -„Szlakiem Tiele-Wincklerów” – spacer historyczny,
Toszek (powiat gliwicki)

7.09.2008

godz. 12.00 -22.00 -„Zamek i miasto Toszek na dawnej pocztówce” - wystawa przedwojennych
kart pocztowych na terenie miasta i na dziedzińcu zamku

godz. 19.30 -„Zamek i miasto Toszek na dawnej pocztówce” - prelekcja Grzegorza Kamińskiego ,
na dziedzińcu zamku w Toszku

Rudziniec (powiat gliwicki)

28.09.2008

godz. 16:30 - prelekcja w Kościele św. Michała Archanioła

Pławniowice (powiat gliwicki)

27.09.2008

godz. 10:00 – zwiedzanie pałacu Ballestremów


Głogówek (powiat prudnicki)

27.09.2008

godz. 10:00 – spacer historyczny „Śladami Oppersdorffów”, w programie kościół św. Bartłomieja,
kościół franciszkanów, kaplica Grobu Bożego, zbiórka pod zamkiem Oppersdorffów

Prószków (powiat opolski)

27.09.2008

godz. 12:00 – zwiedzanie kościoła św. Jerzego (fundacja rodu Prószkowskich/von Proskau)

Szydłowiec (powiat opolski)

27.09.2008

godz. 14:00 – zwiedzanie kościoła Wniebowzięcia NMP (dawniej luterański, fundacja rodu von
Pückler)

Gliwice

11.10.2008

godz. 9:00 - nabożeństwo ekumeniczne na Cmentarzu Hutniczym

godz. 9:30 - zwiedzanie Cmentarza Hutniczego z przewodnikiem

godz. 10:30 - zwiedzanie wystawy w Muzeum Odlewnictwa

godz. 11:30 - sesja poświęcona ratowaniu starych cmentarzy, aula "Czerwonej Chemii" (dawna
Szkoła Maszynowa i Hutnicza)

Wodzisław Śląski

28.09.2008

godz. 11:00 -zwiedzanie Pałacu Dietriechsteinów (dzisiejszy USC) oraz
ekspozycji Muzeum mieszczącego sie w pałacu

godz. 12.10 - wycieczka autokarowa, wyjazd z pl.Gladbeck, w programie pałace w Kokoszycach,
Krzyżanowicach i Szylerzowicach, powrót o 15.30
rezerwacja miejsc: tel. 502 144 446, mail:
adrianwowra@gmail.com

godz. 15.45 - pokaz walk śląskiego bractwa rycerskiego + opowiadania o zwyczajach
śląskiego rycerstwa; park miejski w Wodzisławiu Śląskim

Krzyżanowice (powiat raciborski)

28.09.2008

godz. 13.15 - Zwiedzanie pałacu

Kokoszyce (miasto Wodzisław)

28.09.2008

godz. 12.25 - Zwiedzanie pałacu

Szylerzowice (Šilheřovice – Republika Czeska)

28.09.2008

godz. 14.05 - Zwiedzanie pałacu


Mysłowice

26.09-22.10.2008
Wystawa akwarel malarza Alfonsa Wieczorka, Miejskie Centrum Kultury, Mysłowice, ul.
Grunwaldzka 7, godziny zwiedzania 10:00 – 20:00

3.10.2008

godz. 11:00 – „Twórczość i sylwetka Alfonsa Wieczorka” - prelekcja Petera K. Szczepanka,
oprawa muzyczna Michał Błahut, Miejskie Centrum Kultury, Mysłowice, ul. Grunwaldzka 7

godz. 17:30 - „Twórczość i sylwetka Alfonsa Wieczorka” - prelekcja Petera K. Szczepanka, oprawa
muzyczna Michał Błahut, „Rola arystokracji ziemskiej w uprzemysłowieniu Górnego Śląska w
XVIII i XIXw.” - wykład wygłosi prof. Alfred Sulik, Miejskie Centrum Kultury, Mysłowice, ul.
Grunwaldzka 7

Nakło Śląskie (powiat tarnogórski)

25.09.2008

godz. 18.00 – wernisaż wystawy obrazów z kolekcji Gerarda Trefonia, widokówek i fotografii
prezentujących dorobek rodu Henckel von Donnersmarck z kolekcji Romana i Ireny Gatysów,
pałac Donnersmarcków

Miasteczko Śląskie (powiat tarnogórski)

02.10.2008

godz. 17.00 – prezentacja książki „Tajemnice Donnersmarcków”, spotkanie z autorką Gabrielą
Horzelą Szubińską, Miejska Biblioteka Publiczna

Orzesze (powiat mikołowski)

26.09.2008

godz. 17:00 -prelekcja w kościele ewangelickim Ducha Świętego, ul. Powstańców 6,

www.gornoslaskie-dziedzictwo.com
tel. 510077053 mail: k.sikora@mgsilesia.org

09:44, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 sierpnia 2008
sobota, 02 sierpnia 2008
czwartek, 24 maja 2007

Od kilku miesięcy piszę na swoim blogu co jakiś czas o kolejnych przepisach, które powstają rzekomo dla naszego bezpieczeństwa. Najpierw pisałem o kamizelkach, kaskach pasach i innych badziewiach. Później o postępującej kontroli internetu.. Oczywiście wszystko to rzekomo dla naszego dobra. Jak wykazywałem w poprzednich artykułach mnożące sie jak króliki przepisy bezpieczeństwa prowadza do poważnych, degeneracyjnych zmian w kulturze. Takie samo zagrożenie jest i w przypadku, który omówić chce dzisiaj. Chodzi o projekt ograniczenia dostępu do kilkudziesięciu zawodów rzemieślniczych forsowany przez Związek Rzemiosła Polskiego, a skonkretyzowany w postaci zmiany Ustawy o Rzemiośle. Gdy zmiana ta wejdzie w życie zawodów tych nie będzie można, nawet dorywczo uprawiać nie mając odpowiednich uprawnień, czyli wykształcenia kierunkowego, lub tytułu mistrza czy czeladnika. Chodzi o takie zawody jak: fryzjer, elektryk, elektromechanik, mechanik i elektromechanik samochodowy, protetyk dentystyczny, kominiarz, cukiernik, piekarz, kucharz, malarz pokojowy, kafelkarz, dekarz, murarz, murarz zbrojarz, kosmetyczka, optyk, blacharz, kamieniarz, lakiernik samochodowy, tapeciarz, posadzkarz, wędliniarz i rzeźnik. W powyższej liście podkreśliłem wyjątkowo kontrowersyjne pozycje. Omawiano już w prasie kuriozalne przypadki prowadzących telewizyjne programy kulinarne, którzy będą musieli albo tego zaprzestać, albo zdawać egzaminy. Ja zajmę sie innymi przypadkami. Promotorzy zmiany twierdzą, ze niekompetentni wykonawcy wymienionych zawodów stanowią zagrożenie dla życia i zdrowia swoich klientów. Proszę mi wyjaśnić, jakie zagrożenie sprowadza dla życia i zdrowia niekompetentny malarz pokojowy, czy tapeciarz? Nijak sobie nie potrafię tego wyobrazić. Reglamentacja tych dwóch zawodów uderzy przede wszystkim w studentów, którzy takimi pracami zarabiają na swoje studia. Nikomu więc nie przyniesie pożytku, a znacznej części społeczeństwa konkretną i wymierna szkodę. W inne grupy społeczne uderzy ograniczenie dla cukierników, kucharzy, piekarzy, wędliniarzy i rzeźników. Reglamentacja tych zawodów podkopuje podstawy pomocy sąsiedzkiej bardzo jeszcze popularnej, zwłaszcza na wsi. Jeśli sąsiadka nie będzie juz mogła ugotować sąsiadce potraw na wesele, czy upiec ciasta, a sąsiad sąsiadowi sprawić cielaka, czy zrobić z niego kiełbasy, to instytucja pomocy sąsiedzkiej legnie w gruzach. Oznacza to poważna degenerację tradycyjnej wiejskiej kultury i osłabienie wspólnot wiejskich.

W wyniku omawianej ustawy społeczeństwo będzie więc:

-biedniejsze, bo część rzemieślników wliczy sobie w cenę usług koszt uzyskania uprawnień.

-mniej wykształcone, bo gdy studenci stracą możliwość dorabiania, wielu z nich porzuci studia

-bardziej zatomizowane, bo zaniknie pomoc sąsiedzka.

Negatywne konsekwencje wprowadzenia tej reglamentacji są oczywiste. A czy są jakieś pozytywne? Bardzo to wątpliwe, bo doświadczenie uczy, ze o bezpieczeństwo i zadowolenie klientów najlepiej dba rynek, eliminując przedsiębiorców oferujących produkty i usługi niespełniające oczekiwań tychże klientów.

P.S. Okazało się, zże za długo pisałem ten tekst. W dniu, w którym go opublikowałem projekt ostatecznie upadł w sejmie. I całe szczęście.

13:25, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 maja 2007

parada

Jeden z nielicznych, jak na razie komentatorów mojego bloga, niejaki misioo1977, napisał pod moją notka autobiograficzną: Zapomniałeś dodać, ze jesteś jeszcze homofobem. Czy rzeczywiście nim jestem? Homofobia, to wg Wikipedii lęk przed zetknięciem się z osobami o orientacji homoseksualnej, wstręt, niechęć, nienawiść wobec osób o orientacji homoseksualnej lub potępianie takich osób z powodu ich orientacji. Otóż chciałbym zapewnić, że wszystkie trzy wymienione w tej definicji postawy są mi obce. Nie ma we mnie ani krzty negatywnego nastawienia do osób o orientacji homoseksualnej. Podejrzewam, ze homofobii doszukał sie mój komentator w tekście Nietolerancyjny „Marsz Tolerancji”, a to oznacza, że tego tekstu nie zrozumiał. W artykule tym protestowałem nie przeciwko homoseksualistom, nie przeciwko homoseksualizmowi ani też nie przeciwko paradom homoseksualistów, a przeciwko swoistej uwerturze homoseksualnej rewolucji kulturalnej, której jesteśmy świadkami. Ponadnarodowa kultura europejska, która zresztą swój wpływ rozciąga się daleko poza Europę opiera sie zasadniczo ( w dużym uproszczeniu) na dwóch filarach: chrześcijańskiej religii i heteroseksualnej erotyce. Sacrum i eros są zresztą siłami napędowymi praktycznie każdej kultury. Nie mogę się w tym momencie powstrzymać przed zacytowaniem definicji mojej znajomej kulturoznawczyni, zgodnie z którą kultura jest tworem składającym się w 90% z seksu i 10 % z wierzeń. Przepraszam, jeśli cytuję niedokładnie. W przypadku kultury europejskiej są to wierzenia chrześcijańskie i seks hetero. Nie oznacza to oczywiście, ze w Europie nie ma miejsca dla niechrześcijan i homoseksualistów. Mają oni swoje miejsce, nie mogą jednak zdominować kultury. Jeśli ja zdominują, nie będzie to juz kultura europejska. Jeśli kto nie wierzy w rolę tych dwu bytów w kształtowaniu europejskiej kultury to niech sobie Jesień średniowiecza Johana Huizingi poczyta. Te wszystkie prawidłowości, które opisał Huizinga występują w naszej kulturze do dnia dzisiejszego, choć intensywność wielu z nich znacząco osłabła.

Oczywiście akceptuję zmiany w kulturze. Zmiany te są oczywistością i bez nich kultura istnieć nie może. Zwykle są to zmiany nieznaczne i nieliniowe, jest jednak możliwe, ze i wspomniane filary kultury europejskiej zostaną zastąpione innymi, a tym samym kultura europejska, zostanie zastąpiona inna kulturą.

Protestuję jednak przeciwko wszelkiego rodzaju rewolucjom kulturalnym, przeciwko siłowemu zmienianiu kultury metodami politycznymi, czy zbrojnymi. A z analizy haseł wznoszonych na kolejnych paradach wnoszę, że czego jak czego, ale homoseksualnej rewolucji kulturalnej mamy podstawy sie bać. Aktywiści homoseksualni dążą do obalenia obydwu filarów europejskiej kultury. Erotykę heteroseksualna chcą zastąpić homoseksualną,a religie, nie tylko zresztą chrześcijańska zamknąć w klatce życia prywatnego. Ja tego nie wymyśliłem, oni to otwarcie głoszą. Chcą więc, na sposób rewolucyjny, zniszczyć europejską kulturę. A ja jestem konserwatysta – nie lubię rewolucji, bo jeszcze nie było takiej która by zmieniła coś na lepsze. Rewolucje zawsze powodują zmiany na gorsze. A kulturę Europejska lubię, dlatego pragnę jej swoja pisanina bronić. Ot i wsio. Dlatego będę na moim blogu kulturę europejska propagować, zarówno wysoką, jak i niską, zarówno erotyczna, jak i religijną. Choćby to niektórych gorszyło, zarówno lewaków, jak i purytanów.


11:38, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 kwietnia 2007

Jak zapewne wszystkim wiadomo, w dniu 21 kwietnia ulicami Królewskiego Miasta Stołecznego Krakowa przeszła parada wszelkiej maści zboczeńców i ich wielbicieli, zwana dla niepoznaki „Marszem Tolerancji.” Ale, jak sie okazuje, z tolerancją ta impreza nie miała nic wspólnego – wręcz przeciwnie, była to istna parada nietolerancji wobec wszystkich, którzy nie godzą sie na antyreligijną homokulturę.



Jak donosi Gazeta Wyborcza, a więc medium wyjątkowo zboczeńcom przychylne, ale jak widać chcące zachowywać chociaż pozory obiektywizmu, uczestnicy parady zboczeń nieśli transparenty miedzy innymi z takimi hasłami:Homofobię da się leczyć, Módl się w domu po kryjomu, VRP będzie tęczowa, Mój brzuch nie jest dobrem narodowym. Dwom spośród tych haseł chciałby sie bliżej przyjrzeć. Jedno bowiem jest jawnie przestępcze,a drugie głosi gotowość do popełnienia przestępstwa.


Zakaz publicznego kultu religijnego


Módl się w domu po kryjomu – trudno o bardziej nietolerancyjne hasło. „Geje” i ich poplecznicy jak widać dążą do całkowitej likwidacji publicznego kultu religijnego. De facto dążą wiec do całkowitej likwidacji tradycyjnej cywilizacji europejskiej i zastąpieniu jej zboczoną homocywilizacją. Ważny jest również inny aspekt sprawy – ze względu na imperatywna formę hasła jego nadawcy w istocie zakazują odbiorcom publicznych praktyk religijnych. A to jest w Polsce przestępstwem. Ustawa o gwarancjach wolności sumienia i wyznania mówi wyraźnie:Nie wolno zmuszać obywateli do niebrania udziału w czynnościach lub

obrzędach religijnych ani do udziału w nich. A zakaz modlenia sie poza domem jest niewątpliwie zmuszaniem do niebrania udziału w czynnościach lub

obrzędach religijnych. Ustawodawca nic nie mówi o tym, ze zakazane jest tylko zmuszanie skuteczne. Nieskuteczne, jak w tym przypadku również jest zakazane. Organizatorzy marszu, jak też autorzy transparentu są więc przestępcami przeciwko wolności sumienia i wyznania.


Zapowiedź nowej Sodomy


VRP będzie tęczowa – tęczowa, to eufemizm często stosowany przez te środowiska, a znaczący po prostu homoseksualna. Skoro V RP będzie homoseksualna, to zapewne miłość miedzy mężczyzna i kobieta będzie w niej zakazana. „Homofobia” zaś będzie leczona przez przymusowe stosunki homoseksualne. Od dawna wiadomo, że taki los chcą nam zgotować aktywiści homoseksualni. Dlatego konieczne jest ich odsuniecie od spraw publicznych. Manifestacje niech sobie robią, ich prawo, ale głosować na nich, niech nas ręka boska broni.

10:08, svetomir , INNE
Link Komentarze (8) »
piątek, 06 kwietnia 2007
 

Od kilku miesięcy toczy się w naszym kraju na nowo dyskusja o prawie nienarodzonych dzieci do życia i „prawie” wyrodnych matek do ich zabijania. W ostatnich tygodniach w sporze tym pojawiły sie nowe wątki.


W połowie marca lider SLD Wojciech Olejniczak udzielił na łamach Gazety Wyborczej dosyć obszernej wypowiedzi na temat swojego stosunku do życia nienarodzonych. Z całego tego dosyć długiego tekstu istotne jest tak naprawdę jedno zdanie: W związku z tym dziś SLD zdecydowanie opowiada się za pełną legalizacją zabiegu przerywania ciąży. Nie wiem, czy pan Olejniczak rzeczywiście miał na myśli to, co napisał. Trudno mi w to uwierzyć, gdyż słowa te oznaczają że największa partia lewicy opowiada sie za mordowaniem dzieci aż do momentu porodu, z dowolnych powodów i nawet bez zgody matki. Oczywiście elukubracje młodego przywódcy postkomunistów wcale nie muszą mieć dla sprawy życia złych skutków. SLD nawet z przybudówkami nieprędko zdobędzie takie poparcie społeczne, aby móc w sejmie przepychać swoje absurdalne i nieludzkie pomysły. Podejrzewam, że nie nastąpi to za kadencji Olejniczaka, jako szefa partii.


Po takiej deklaracji zaś, zapewne politycy PO i PSL będą dużo mniej chętni niż dotychczas do zawierania koalicji z lewicą w kolejnej kadencji parlamentu. Nie mówiąc juz o tym, że parę dni później „taśmy Oleksego”, dostarczyły tym partiom kolejnych powodów, by sie od lewicy trzymać jak najdalej. Przyszłe koalicje nie są jednak tym, o czym chciałbym pisać. Wspominam o tekście lidera lewicy tylko dlatego, że jest on jednym z zaistniałych ostatnio faktów, które mogą zmienić stosunek znacznej części polskiego społeczeństwa do funkcjonującego w naszym kraju „kompromisu aborcyjnego”.

Wyrok i po wyroku


Tydzień później otrzymaliśmy wiadomości o skandalicznym wyroku „Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości”. Kobiecie z Polski przyznano odszkodowanie za odmowę aborcji, której domagała się pod pretekstem zagrożenia swojego zdrowia. Gazeta Wyborcza od razu zrobiła z tej pani bohaterkę. Trybunał orzekał w oparciu o polskie prawo, które dopuszcza zabijanie nienarodzonych z takiego powodu. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Owym zagrożeniem zdrowia w tym przypadku okazało sie ryzyko pogorszenia wzroku. Pogorszenia, a nie utraty.


Wyrok trybunału, uznający takie pogorszenie za wystarczające do zabicia dziecka, de facto legalizuje w Polsce aborcję na życzenie. Bo skoro dzisiaj wystarcza do niej pogorszenie wzroku skutkujące koniecznością noszenia mocniejszych okularów, to jutro lub pojutrze mogą wystarczyć rozstępy. Środowiska lewicowe i feministyczne, które pomogły pani Tysiąc w procesie, tym samym złamały wspomniany wyżej kompromis. Innymi słowy, tego kompromisu już nie ma. Istnieje obawa, ze znajdą sie lekarze, którzy obawiając sie sądów i wyroków będą wydawać zaświadczenia o „medycznych przesłankach do aborcji” pod byle pretekstem. Oczywiście, głęboko wierzę w to, że większości polskich lekarzy nie pozwoli na to sumienie, ale nie mam złudzeń, ze jak w każdej grupie, tak i w tym zawodzie znajdą się czarne owce. Aby temu zapobiec, trzeba zmienić prawo, tak, aby zagrożenie dla zdrowia kobiety nie było juz wystarczające do zabicia jej dziecka.


A we Florencji....


Przesłanką do likwidacji innej furtki, zawartej w tejże samej ustawie może być tragiczne wydarzenie, jakie miało niedawno miejsce we Florencji. Zamordowano tam („poddano aborcji”) zdrowe dziecko, gdyż mniemano, na podstawie niedokładnych badań, że jest ono obarczone wadami uniemożliwiającymi życie. Myślę, że i ten zapis, który pozwala zabić dziecko z powodu możliwych wad uniemożliwiających życie (nie mówiąc juz o upośledzeniach, które też są dla ustawodawcy wystarczającym uzasadnieniem zabójstwa) należy zlikwidować. Po pierwsze dlatego, ze florencki przypadek pokazuje, jak bardzo takie badania potrafią być omylne. Po drugie każde dziecko, nawet to, które umrze zaraz po urodzeniu ma prawo do chrztu i godnej śmierci.


Pochwały godne są przypadki tych rodziców, którzy wiedząc, że ich dziecko przeżyje samodzielnie ledwie kilka chwil, przygotowują się do tego, aby mogło ono poczuć, że jest przez nich kochane i umierać ze świadomością tego faktu.


W świetle tych faktów nie ma powodu, aby nadal podtrzymywać coraz wątlejszy „kompromis aborcyjny”. Tym bardziej bez sensu jest utrwalanie go poprzez zapis w konstytucji, co proponuje prezydent Kaczyński. W świetle faktów, które przywołałem wyżej, obecnie jest właściwy moment dla uchwalenia ustawy lepiej chroniącej nienarodzone życie, to znaczy takiej, w której jedyną okolicznością dopuszczającą przerwanie życia malutkiej istoty ludzkiej jest poważne zagrożenie życia matki. Zwłaszcza, ze układ sił w obecnym sejmie, przy odrobinie dobrej woli ze strony inicjatorów ewentualnej nowelizacji, może pozwolić na jej uchwalenie.

10:48, svetomir , INNE
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 marca 2007

Z początkiem bieżącego miesiąca pojawiła się informacja, że Ministerstwo Nauki planuje likwidację prac magisterskich na rzecz egzaminu magisterskiego. Spotkało sie to z głosami niezadowolenia ze strony środowisk naukowych. Po kilku dniach z instytucji tej wyszło uściślenie, iż projekt bynajmniej nie dotyczy wszystkich kierunków studiów. W takiej sytuacji pomysłowi należy przyklasnąć, o ile tylko tych cięć nie będzie zbyt wiele. Na niektórych kierunkach studiów prace magisterskie już od lat maja charakter parodystyczny. Nie za bardzo mi sie chce w to wierzyć, ale od wielu studentów kierunków prawniczych na różnych uniwersytetach słyszałem, ze parce magisterskie na ich wydziałach nie tylko liczą przeciętnie 20-30 stron, ale też są zupełnie pozbawione jakiegokolwiek nowatorstwa, podejmują bowiem tematy w stylu „Rola świadka w procesie karnym”. Oczywistym jest, że jeśli praca magisterska tak ma wyglądać, to lepiej, żeby jej w ogóle nie było. Co prawda z drugiej strony bardzo rzadko sie zdarza, aby praca magisterska była zapisem naprawdę wartościowego projektu badawczego, jednak przynajmniej minimalną wartość naukowa mieć powinna. Jest rzeczą pożyteczną i pożądana, aby młody człowiek, kończący studia choć raz w życiu stworzył dzieło natury intelektualnej o określonych objętości i znaczeniu. Osoby legitymujące sie wykształceniem wyższym przynależą do warstwy inteligencji, co powinno się przekładać na umiejętność przelewania swoich myśli na papier. Praca magisterska jest konkretnym dobrem intelektualnym stworzonym przez młodego inteligenta. W większości przypadków jest ona ostatnią rzeczą napisana przez tegoż. Dlatego nie należy zbyt pochopnie odbierać studentom możliwości wykazania sie i stworzenia choćby małej cegiełki w gmachu intelektualnego dorobku ludzkości. Zlikwidować należy prace magisterską tylko tam, gdzie maja one fikcyjny charakter, a kierunek studiów nie wymaga wyrobienia u absolwentów umiejętności tworzenia dłuższych form pisanych. Są jednak i takie kierunki, gdzie należy propagować pisanie znacznie większej ilości drobnych prac, obok jednej magisterskiej. Mam tu na myśli przede wszystkim dyscypliny humanistyczne, gdzie moim zdaniem dobra praktyką jest, aby każdemu egzaminowi przedmiotowemu towarzyszyło pisanie opartej na źródłach pracy semestralnej. Taką metodę sprawdzania zdobytej wiedzy stosowali moi profesorowie w Cieszynie i bardzo to sobie chwalę. Cieszy mnie tez fakt, że podobnie myśli wielu profesorów wykładających na humanistycznych kierunkach, np. Prof. Leon Koj. Aby można było nazwać sie solidnie wykształconym w którymś z kierunków humanistycznych trzeba pisać, pisać, pisać..... Oczywiście, poprzedziwszy pisanie odpowiednio większą dawka czytania, ale to juz temat na inny artykuł.

12:39, svetomir , INNE
Link Dodaj komentarz »