LITERATURA

piątek, 22 czerwca 2018

Dorota

Od kilkunastu lat panuje na świecie i  w Polsce swoista moda na średniowieczne mistyczki. Obok od zawsze obecnych w katolickiej religijności świętych Katarzyny ze Sieny i Brygidy Szwedzkiej wielką popularność zyskała święta Hildegarda z Bingen a niewiele mniejszą błogosławiona Juliana z Norwich. Również kilka innych przewija się to tu, to tam. 

Na tym tle stosunkowo nieznana pozostaje najbliższa nam geograficznie błogosławiona Dorota z Mątowów, której spuścizna duchowa spokojnie może być postawiona obok wyżej wymienionych. Sądzę, że mała popularność w Polsce tej mistyczki, żyjącej na ziemiach dziś należących do naszego kraju bierze się z tego, ze to "krzyżacka święta", a Krzyżacy w Polsce nie kojarzą się dobrze. 

Książka Marty Kowalczyk jest pozycją, która zaczyna wypełniać tę lukę. Składa się przede wszystkim z szeregu cytatów z pism błogosławionej w przekładzie biskupa Juliana Wojtkowskiego, okraszonych krótkim komentarzem biograficzno- teologicznym. Co ciekawe i co najmniej dziwne, autorka słowem nie wspomina o związkach błogosławionej z Zakonem Krzyżackim, w tym o przynależności do niego jej spowiednika Jana z Kwidzyna, który zapisał jej spuściznę w kilku księgach i zachował ją w ten sposób dla przyszłych pokoleń. 

Zacytowane teksty są bardzo interesujące. Można w nich dostrzec wiele cech indywidualnych, nieobecnych w pismach innych średniowiecznych mistyczek. Wiele tekstów, to zapisy ćwiczeń medytacyjnych przypominających ignacjańskie, na dwa wieki przed Ignacym Loyolą! Bardzo ciekawa jest też krótka a modlitewka do Ducha Świętego: Przybądź Duchu Święty i rozpal mnie, bym poznała zarówno ciebie, jak mnie!, wskazująca na psychologiczny aspekt życia duchowego, na wiele wieków przed powstaniem systematycznej psychologii.

Jest więc spuścizna tej pruskiej mistyczki bardzo aktualna również w naszych czasach i warta dalszej popularyzacji. Dobrze by było, by nie tylko ta mała książeczka ale i wydane przed kilku laty dzieła Jana z Kwidzyna stały się dostępne dla szerszego grona czytelników. Bardzo zachęcam ich wydawców do ich wznowienia w większym nakładzie. 

33/52

* * * * *

sobota, 16 czerwca 2018

lando

Kolejna książka z biedronkowych łowów, nabyta za pięć złotych bez grosza, która okazała się naprawdę dobra, bez wątpienia warta zakupu i przeczytania.

Składa się z licznych, ale krótkich esejów odnoszących się do biografij wielkich Polaków, przedewszystkiem twórców kultury, ale tez pojedynczych polityków. Co ciekawe nie ma w tym zbiorze sportowców ani duchownych. Każda notka zawiera co prawda podstawowe informacje na temat życia i twórczości danej postaci, ale skupia się na psychice bohaterów: tytułowych fobiach, ale też psychozach i niegroźnych dziwactwach. Autorka programowo pomija uzależnienia, które są już dobrze opisane przez innych autorów.

Mimo, ze tematyka dość ponura, książkę czyta się zaskakująco lekko. Pojawia się nawet pokusa traktowania tych opowieści jako anegdot. My wszak patrzymy na to z boku, dla nast. te fobie, które dla bohaterów były problemami, są niestety raczej ciekawostkami, dodającymi często kolorytu omawianym postaciom.

 

32/52

* * * * *

środa, 13 czerwca 2018

hen

Książka składa się ze wspomnień pisarza z czasów jego młodości, głównie z tułaczki po Związku Sowieckim. A miał Hen tę tułaczkę bardzo urozmaiconą: praca fizyczna w różnych przedsiębiorstwach, nauka w szkołach pedagogicznych ukraińskiej i uzbeckiej, służba wojskowa w Armii Czerwonej (w tym w roboczym batalionie) i u berlingowców. Opowieść ciekawa, przeplatana obserwacjami antropologicznymi i rozważaniami literackimi. Te ostatnie oczywiście są dla mnie najciekawsze, bo głównie dla takich rzeczy czytam wspomnienia i autobiografie rozmaitych literatów.

W książce pojawia się rusycystka z ukraińskiej szkoły pedagogicznej, która była początkowo niechętna wobec Hena, ale zmieniła zdanie o nim, po przeczytaniu jego referatu o literaturze. Ja zmieniłem po tej książce zdanie o Henie, bo po "Ja, Michał z Montaigne" niezbyt go lubiłem.

31/52

* * * * *

poniedziałek, 11 czerwca 2018

zdobycz

O Jerzym Pietrkiewiczu pisałem już na łamach „Najwyższego Czasu!” i swojego bloga w roku 2008, rok po jego śmierci. Teraz pojawia się okazja, aby kolejny raz o nim napisać, z racji ukazania się polskiego przekładu jednej z jego powieści. Przekładu, który ma szansę zdobyć w kraju popularność większą, niż jakakolwiek wcześniej wydana książka tego emigracyjnego twórcy.

 

Rzadko się zdarza, że recenzuję nowości, a jeszcze rzadziej (w zasadzie po raz pierwszy wystąpił taki przypadek), że recenzuję nowości napisane przed sześcioma dziesiątkami lat? Paradoks? Owszem, ale wynikający z zawiłości ludzkich, a osobliwie polskich losów. Przypominam, że Pietrkiewicz, który jako poeta zadebiutował jeszcze w przedwojennej Polsce, w czasie wojny znalazł się w Wielkiej Brytanii i tam pozostał, odtąd tworząc poezję po polsku, a prozę po angielsku. Dzięki konsekwencji w tym wyborze w pełni przynależy do obydwu literatur. Stał się drugim po Conradzie polskim mistrzem angielskiego pióra.

 

Napisana w 1955 powieść „Loot and loyalty” została właśnie wydana w Polsce, w przekładzie Jacka Dehnela jako „Zdobycz i wierność”. Najlepszą recenzję tej książki dał sam tłumacz w posłowiu do niej, pozwolę więc sobie zacytować jego słowa: To, że mamy do czynienia z późnym przykładem powieści historycznej w typie sienkiewiczowskim, widać na pierwszy rzut oka. Jest wszystko, co trzeba: czasy panów szlachty, Kresy, ważne wydarzenia, makaronizmy, mieszanka etniczna i religijna; galeria oryginalnych postaci, raz wzniosłych, raz śmiesznych; kontusze, kirysy i kolasy. Słowem, jak mawiano złośliwie o Matejce: „polska szkoła historyczna <>”. Tymczasem lektura bardzo prędko pokazuje, że to tylko pozór. Pietrkiewicz – przed wojną, jako młody chłopak, autor nadętego peanu na cześć Dmowskiego – napisał bowiem rzecz na wskroś nowoczesną, antybohaterską, idącą pod włos narodowych mitów. Sienkiewiczowski pastisz jest tylko kostiumem, spod którego wygląda wiek dwudziesty.

 

 

Słowa te zaskakująco współgrają z tym co ja sam dziesięć lat temu pisałem o innej powieści tego samego autora:

Bodaj najważniejszym dziełem Pietrkiewicza jest powieść „Isolation” (Odosobnienie) z 1959 roku. W powieści tej autor nie tylko umiejętnie łączy wątki romansowe i szpiegowskie, ale także prowadzi poważne rozważania dotyczące natury ludzkiej. Książka jest nasycona licznymi nawiązaniami do literatury polskiej, zwłaszcza do Sienkiewicza i Reymonta, a także do polskiego życia literackiego okresu międzywojennego Jeden z bohaterów bardzo przypomina Gałczyńskiego, takiego, jakim go opisał Miłosz w Zniewolonym Umyśle. Można więc powiedzieć, ze jest to powieść, jak na lata pięćdziesiąte dosyć nowoczesna. Przypomina bowiem dzieła, jakie w literaturze światowej pojawiły się masowo w dwóch następnych dekadach. Oczywiście, przesadą byłoby nazywać Pietrkiewicza pisarzem postmodernistycznym, ale na pewno warto odnotować jego nowatorstwo.

 

Kolejnym paradoksem jest to, że powieść autora emigracyjnego, prawicowego i antykomunistycznego przełożył i promuje literat zdecydowanie lewicowy. Dowodzi to faktu powszechnie znanego, że dobra literatura wznosi się ponad podziały polityczne i mądry człowiek nie odrzuca dzieł napisanych przez autorów spoza swojego obozu. Kto zaś takowe odrzuca, ten sam się skazuje na intelektualne kalectwo, znacząco zubożając swój potencjał kulturowy. Czytajmy więc nie tylko swoich, ale i tych z innych bajek. Do dobrej literatury pisanej przez lewicowców, czy członków PZPR warto podchodzić z taką otwartością, z jaką lewicowiec Dehnel podszedł do powieści antykomunisty Pietrkiewicza.

Chwała mu za to, bo daje to sporą szansę, że twórczość tego emigracyjnego pisarza wreszcie przebije się do szerszej świadomości Polaków. Jego książki są bowiem w Polsce dość regularnie wydawane już od drugiej połowy lat osiemdziesiątych,a mimo to pozostają nieznane szerszemu gronu czytelników. Jako ostatni z paradoksów warto odnotować, że, co przyznaje w cytowanym już posłowiu, do ubiegłego roku nie znał jej także sam Jacek Dehnel.

środa, 06 czerwca 2018

tokarczuk

Nie pisałem nic po otrzymaniu przez "Biegunów" Olgi Tokarczuk Nagrody Bookera, bo, wstyd się przyznać, tej akurat książki nie czytałem. Udałem się więc do biblioteki celem nadrobienia zaległości. Niestety, w naszej osiedlowej wypożyczalni "Biegunów" nie było. Było kilka innych książek i wybrałem spośród nich tę jedną, której tytuł nic mi nie mówił. 

"Podróż Ludzi Księgi" to powieść wybitnie uniwersalna. To rzadkość w polskiej literaturze. Książki polskich pisarzy są zazwyczaj mocno naznaczone polskością. Jest to pochodna zagmatwanych losów polskiego narodu, zwłaszcza okresu zaborów. Niewątpliwie odbija się to ujemnie na światowej recepcji naszej literatury. Ta powieść taka nie jest. Jest uniwersalna, a przy tem tak wzniosła, że ma rangę mitu. I to mitu ogólnoludzkiego. Księga, która daje życie, ale i niesie śmierć - to naprawdę mit wielkiej wagi. 

Przypomina "Podróż na Wschód" Hessego, ale jest pozbawiona hessiańskiego bajkowego optymizmu. Przywodzi tu też na myśl "Kocią kołyskę" Vonneguta, bo aż kipi od bokononizmu. Hybryda Hesego i Vonneguta, to naprawdę świetne połączenie. A jeszcze widać tu wyraźną inspirację książkami Marguerite Yourcenar.

W moim prywatnym czytorysie tegorocznym książka ta wpisuje się w dwie serie: "1600" i "mistycyzm". Przy okazji jest to chyba najważniejsza z książek przeczytanych przeze mnie w tym roku. 

Jeszcze uwaga o pisowni tytułu. Najczęściej jest on zapisywany "Podróż ludzi Księgi". W wydaniu, które czytałem, był on zapisany samymi wielkimi literami, co uznałem za otwarcie możliwości różnego odczytania. Ja przyjąłem zapis "Podróż Ludzi Księgi", gdyż "Ludzie Księgi" są dla mnie nazwą własną występującego w powieści zakonu. A więc to trochę tak jak by była "Podróż Zakonu Kaznodziejskiego", czy "Podróż Stronnictwa Demokratycznego"

30/52

* * * * * * 

 

 

sobota, 02 czerwca 2018

simma

Z tą książką mam pewien problem. Mam go zresztą również z samą Marią Simmą. Z jednej strony nie potrafię zanegować jej kontaktu z duszami czyśćcowymi. Nie potrafię i nie chcę. Jestem przekonany, że jej doświadczenia były prawdziwe i pożyteczne. Podziwiam i popieram jej pracę na rzecz upowszechnienia modlitwy za dusze w czyśćcu.

Z drugiej strony nie podoba mi się wiele szczegółów, dotyczących aniołów (wpływy Opus Angelorum do którego Simma należała), czarownic, ekumenizmu i innych. Ocierają się one o herezję i fałszywe proroctwa. Jest bowiem oczywiste, że książkę religijną, katolicką, jako katolik oceniam z katolickiego punktu widzenia. A tu mam zastrzeżenia. Zachęcam więc do ostrożności w lekturze i recepcji tej książki.

29/52

* * *

poniedziałek, 28 maja 2018

carroll

Książki Jonathana Carrolla chętnie czytałem w czasach studenckich, czyli jakieś 20 lat temu. Była wtedy na nie moda, a i mnie bardzo się podówczas podobała taka fantastyka zakręcona, trudna do przypisania do jakiegokolwiek ścisłego gatunku, bo ani to fantasy, ani SF, ani realizm magiczny, fantastyka na pewno, ale bliżej dookreślić tej literatury nie potrafię. 

"Kąpiąc lwa" jest powieścią w typowym dla Carrolla stylu, mnie jednak uparcie kojarzyła się z kreskówką Ben10. Mechanicy z powieści zdają się być wzorowani na hydraulikach z serialu. A jako, że serial jest starszy... Nie ma oczywiście nic złego w inspiracji, ale ja bym ją bardziej ukrył, nazywając mechaników np. specami, czy ekspertami. Poza tem książka jest nieco chaotyczna, co nie dziwi, skoro opowiada o chaosie, a raczej o Chaosie. Do mnie przemówiła średnio. Daję czwórkę. 

28/52

* * * *


sobota, 26 maja 2018

arnold

Kolejna książka mojego znajomego Thomasa Arnolda. Mam zamiar przeczytać wszystkie dostępne w osiedlowej bibliotece.

Książka zaczęła się schematycznie - solidny kryminał z solidną intryga. Planowałem dać cztery gwiazdki, bo nie widziałem błysku. Ujrzałem go dopiero w zaskakującym zakończeniu. Dlatego daję gwiazdek pięć. Warto się nie zniechęcać i czytać do końca. 

A wcześniej chciałem dać czwórkę z racji nieco za dużej liczby trupów. Mimo dokładnych analiz nie udało mi się jednak znaleźć ani jednego morderstwa, z którego można by zrezygnować bez szkody dla akcji. A więc ich ilość jest wbrew pozorom OK.

27/52

* * * * *

piątek, 25 maja 2018

 rawicz

Kupiłem tę książkę pod wpływem lektury "Króla" Szczepana Twardocha. Po pierwsze chciałem poznać prawdziwe losy postaci będących pierwowzorami drugoplanowych bohaterów. Po drugie, zetknąłem się w sieci z absurdalnymi oskarżeniami, że "Król" jest plagiatem książki Rawicza i postanowiłem to sprawdzić.

Z tym plagiatem to oczywista bujda. Obydwie książki mają po ponad czterysta stron. Wspólna jest w nich jedna, dwustronicowa scena. Opisy tej sceny w obydwu książkach różnią się nie tylko użytymi słowami, ale i przebiegiem przedstawionego wydarzenia. Nawet gdyby obydwie książki składały się tyl;ko z tej jednej sceny, nie byłby to plagiat. Autor tego zarzutu czytał co najwyżej jedną z tych książek. A może żadnej. 

No to teraz skupimy się na samej książce. Szczerze mówiąc, nie zachwyciła mnie. Owszem, zawiera sporo wiedzy o międzywojniu i to jest bardzo cenne. Odnoszę wrażenie, że była ona inspiracją dla większości "historyków tabloidowych" piszących o międzywojniu dla Bellony. Sama jednak tabloidowa nie jest. Jest rzetelna, wyważona, dobrze uźródłowiona, ma nawet solidny indeks postaci.

Tyle, że jest nie na temat. Doktorowi Łokietkowi poświęcone jest jakieś 10% książki, a Tacie Tasiemce 5%. Reszta jest o PPSie, dawnej Frakcji Rewolucyjnej, sanacji, mordach i pobiciach politycznych i wielu innych sprawach luźno związanych z rzekomo głównymi bohaterami. Do tego język zawiera sporo wtrętów z peerelowskiej nowomowy, np. liczne uwagi o "wstecznictwie". Gloryfikowana jest tu KPP, demonizowany jest Piłsudski. Książka wydana po raz pierwszy w 1968 była po prostu elementem komunistycznej propagandy. Dlatego daję książce czwórkę. Mógłbym nawet dać mniej, ze względu na jej propagandową wymowę, uważam jednak, że uważnemu, krytycznemu czytelnikowi jej lektura może przynieść pożytek, bo jest tu zawartych mnóstwo cennych informacji, choć zmanipulowanych. Uważam, że warto, by tę książkę przeczytali wszyscy, którzy interesują się międzywojenną Polską i coś już o niej wiedzą. Tym, którzy interesują się bardziej twórczością Twardocha i jej tłem, wiele ona nie da.

26/52

* * * *

czwartek, 24 maja 2018

szekspir

Kolejna pozycja z cyklu ca 1600. Niestety Philip Gooden albo nie znał złotej zasady kreowania bohaterów powieści historycznych, o której pisałem w jednym z poprzednich wpisów, albo znając nie stosował. Dlatego też głównym bohaterem uczynił człowieka o pozycji społecznej nieco niższej niżby z tej zasady wynikało. Ale tylko nieco. Dlatego powieść nie jest bardzo zła, ale też nie jest bardzo dobra.

Inne elementy złotej zasady są tu zachowane. Pierwszoplanowe i drugoplanowe postacie historii są tu postaciami epizodycznymi (Elżbieta I, Cecil) lub drugoplanowymi (Szekspir) jest też ciekawa intryga, wartościowe rozważanie o oryginalności i plagiacie w literaturze oraz dobrze oddany klimat epoki. Brakuje jednak tego błysku, który mógłby czytelnika porwać, dlatego daję tylko cztery gwiazdki.

25/52

* * * *

środa, 23 maja 2018

kultura

Od tego wpisu będę oceniał przeczytane książki. Skala szkolna od 1-6, wyrażona gwiazdkami. Nie będę jedynie oceniał uznanych pozycyj należących do klasyki literatury, bo nie czuję się na siłach takiej oceny dokonywać. Jednak znakomitą większość książek oceniać będę. Okazja po temu jest taka,że akurat trafiła mi się książka rewelacyjna, mogę więc zacząć od sześciu gwiazdek, co bardzo mi się podoba. Lubię bowiem dawać dobre oceny. 

Książka Jarosława Abramowa-Newerlego  - "W cieniu paryskiej Kultury" to zbiór wspomnień z lat 1957-1979 dotyczących pracy pisarskiej autora i jego kontaktów ze środowiskiem paryskiej "Kultury" oraz z rzeszą rozmaitego autoramentu twórców, tak krajowych, jak i zagranicznych.

Siłą tej książki jest doskonała równowaga między śmiechem a powagą. Jest w niej wiele dowcipów, anegdot, ale i wiele wspomnień smutnych. Bo smutne były opisywane przez autora czasy, choć i śmieszne zarazem. Przy tem jest to skarbnica wiedzy nie tylko o paryskiej "Kulturze", ale i opolskiej kulturze XX wieku.Może ktoś się ze mnie śmiać, że się nie znam (owszem, wytykano mi już nazbyt śmiałe porównania), ale książka ta przypomina mi w dużej mierze wspomnieniowe felietony Janusza Głowackiego. Jest od nich jednak bardziej spójna, bardziej uporządkowana, chociaż i książki Głowackiego są kopalnią wiedzy na wspomniany temat. Lubię jakoś ostatnio czytać takie wspomnieniowo-autobiograficzne, ale osadzone w szerszym tle historii kultury, książki pisarzy i innych twórców. 

24/52

* * * * * *

poniedziałek, 14 maja 2018

kobiety

To, że jak już pisałem, zawsze czytam jakąś książkę religijną w Wielkim Poście, nie oznacza, że w innych okresach takowych nie czytuję. Wręcz przeciwnie, czasem po jednej przychodzą następne. "Misterium Chrystianizmu" wywołało we mnie chęć przeczytania trzech kolejnych książek o podobnej tematyce, które przedtem przeczytałem tylko częściowo.  Na razie jednak te trzy książki  muszą poczekać na swoją kolej,  bo najpierw przeczytałem inną książkę religijną, która akurat wpadła mi w ręce.

Szkieletem książki karmelity bosego Bartłomieja Kucharskiego "Kobiety Bożego Miłosierdzia" są życiorysy siedmiu katolickich mistyczek  bł. Julianny z Norwich, św. Marii Małgorzaty Alacoque, św. Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, św. Faustyny Kowalskiej, Marty Robin, Adrienne von Speyer i Kunegundy Siwiec, które łączy to, że wszystkie głosiły naukę o Miłosierdziu Bożym.

Książka łączy elementy biografii, refleksji teologicznej, antologii poezji i praktycznej szkoły modlitwy. Ukazuje prawdę, że nauka o Miłosierdziu Bożym nie jest nowinką wprowadzoną przez świętą Faustynę, ale elementem odwiecznej doktryny katolickiej. Przy okazji wiąże też tę naukę z tradycją karmelitańską (pisząc o szerzej na razie nieznanej tercjarce karmelitańskiej Kunegundzie Siwiec oraz przypominając o wpływie jaki Św. Teresa Mniejsza wywarła na Św. Faustynę Kowalską i Martę Robin), dzięki czemu dyskretnie umacnia pozycję swojego zakonu. Pozycja wyróżnia się pozytywnie na tle popularnej literatury dewocyjnej dotyczącej kultu Miłosierdzia Bożego, ukazując go na wyjątkowo szerokim tle.

23/52

niedziela, 13 maja 2018

potter

Sztuka teatralna "Harry Potter i Przeklęte Dziecko" jest raczej luźno związana z cyklem potterowskim. Nie czuje się tu ducha powieści o młodym czarodzieju. Widać tu za to wyraźnie zupełnie inną inspirację, która dla nastoletnich potteromaniaków może być niezauważalna, za to starsi czytelnicy powinni ją bez trudu wychwycić. 

Poruszona jest tu bowiem tematyka znana miłośnikom literatury już od mniej więcej stu lat z powieści Herberta George'a Wellsa "Wehikuł Czasu", a następnie z setek innych powieści i opowiadań z gatunku science fiction. Sztuka opowiada o problemach z hipotetycznymi podróżami w czasie polegających na modyfikacji teraźniejszości przez podróżników w przeszłość. 

Rzecz bardzo fajna i dająca do myślenia, nie jestem jednak pewien, czy odpowiednia dla dzieci i młodzieży.

 

22/52

sobota, 12 maja 2018

follet

Ken Follet należy od moich najulubieńszych pisarzy. Dawałem temu wyraz wielokrotnie. Szczególnie lubię jego powieści sensacyjne z wątkiem historycznym. Jest to jedyny pisarz, którego powieści o II wojnie światowej mi się podobają. Lubię też jednak i te książki, w których zagłębia się w dalszą przeszłość. Niedawno pisałemtu o "Uciekinierze". Teraz wchodzę jeszcze głębiej w przeszłość.

Wspomniałem już jakiś czas temu, że ostatnio czytam takie książki, które da się połączyć w grupy mające jakieś wspólne cechy. Jedną z nich był szereg powieści i esejów opowiadających o okresie wokół 1500 roku. Ostatnio, od powieści "Zdobycz i wierność" przeniosłem się do roku około  1600. "Słup ognia" łączy te dwie grupy, gdyż jego akcja rozgrywa się w latach 1558-1620 w Anglii, Francji, Hiszpanii, Niderlandach i Szkocji.

Powieść, będąca trzecią częścią trylogii zaczynającej się od "Filarów ziemi" mówi głównie o relacjach, często krwawych, między katolicyzmem a protestantyzmem w ówczesnej Europie Zachodniej. Jak to zwykle u Folleta bywa w książce jest dużo seksu, polityki i ekonomii. Oczywiście, również jak zwykle u Folleta, poziom literacki jest wysoki, a akcja wciągająca. 

Jest jeszcze coś, na co przy tej książce zwróciłem uwagę. Follet pisze książki stałą metodą, pojawiają się u niego stałe motywy, to da się zauważyć. Elementem tej metody jest dobór bohaterów. Gdy jego powieść umieszczona jest w rzeczywistości historycznej, główny bohater jest zazwyczaj drugoplanowym bohaterem historii rzeczywistej. Nie jest zwykłym szaraczkiem jak dobry wojak Szwejk, nie jest też jednak królem, premierem, czy generałem. Może być postacią historyczną, albo fikcyjną, to już nie ma większego znaczenia. Tak jest też w "Słupie ognia", gdzie główny bohater jest członkiem zespołu doradców królowej Elżbiety i jej następców. Królowie i książęta pojawiają się tu jako postacie epizodyczne. Ten pomysł na bohatera powieści historycznej wprowadził w życie jako pierwszy chyba Aleksander Dumas w "Trzech muszkieterach". Potem z powodzeniem stosował go między innymi Henryk Sienkiewicz tak w trylogii, jak w "Quo vadis". Ten sam pomysł jest też wykorzystany we wspomnianej wyżej "Zdobyczy i wierności" Pietrkiewicza.  I w tych powieściach Folleta, których akcja dzieje się w przeszłości.

21/52

sobota, 05 maja 2018

łysiak

I dalej nadrabianie zaległości. Tę książkę powinienem przeczytać już dawno. Jeśli nie parę lat temu,kiedy została wydana ( bo i niby z jakiej paki, skoro od lat nie czytam Łysiaka), to przynajmniej rok temu, kiedy dowiedziałem się, że jestem w niej dwa razy cytowany. W końcu nie tak często się zdarza, że takiego publicystę z piątej ligi cytuje autor pierwszoligowy. Prawdę mówiąc mnie się to w wersji książkowej zdarzyło tylko ten jeden raz. 

Książka jest jedną wielką krytyką polskiej literatury, której stan jest tu przedstawiony jako katastrofalny. Łysiak stosuje tu sprytny zabieg. Niby sam nie krytykuje, a tylko cytuje dziesiątki różnych krytyków. Książka jest bowiem w zasadzie kompilacją cytatów z : polskiej prasy, wierszy Mariana Hemara i scholiów Nicolasa Gomeza Davili. Z tej kompilacji wynika, że jedynym dobrym pisarzem we współczesnej Polsce jest... Waldemar Łysiak. No może niezły był też Andrzej Żuławski ze swoim "Nocnikiem", który w czasie wydania "Karawany"  żył jeszcze. Ale reszta to dno. Za granicą zresztą nie jest lepiej.

Łysiak starannie dobranymi cytatami dowodzi, że wiele rzeczy zrobił jako jedyny, te które inni też zrobili on zrobił jako pierwszy, a te, które inni zrobili pierwsi, on zrobił najlepiej. Przypomina pod tym względem Coryllusa - nadętego bubka będącego idolem części prawicy. Jest jednak jedna różnica - Łysiak ma solidny wkład w polską kulturę (gdyby nie był pieniaczem, wkład ten byłby większy), a Coryllus ma wkład zbliżony do mojego, czyli na razie homeopatyczny. 

20/52

czwartek, 03 maja 2018

gra

Kolejna pozycja w ramach nadrabiania ewidentnych zaległości Elżbieta Cherezińska to chyba najważniejsza obecnie w Polsce  autorka powieści historycznych. Wielu ją chwali, wielu krytykuje, ja dotąd zdania nie miałem, bo nie czytałem.

Bo przeczytaniu "Gry w kości" mogę już coś powiedzieć. Jest to powieść poprawna zarówno faktograficznie, jak i literacko. I tyle. Aż tyle i tylko tyle. Jedynym co ją odróżnia od powieści Kraszewskiego, Przyborowskiego, czy Strumskiego są liczne sceny erotyczne. I to jest problem. Gdyby tych scen nie było, nadawałaby się na lekturę edukacyjną dla młodzieży. Ale skoro są, to się nie nadaje.

A skoro tak, to pozostaje jej tylko funkcja rozrywkowa. Jest to powieść prosta- romanus simplex, co przy tematyce historycznej jest nieco zaskakujące. 

19/52


czwartek, 26 kwietnia 2018

Martel

To jedna z najdziwniejszych książek, jakie w życiu czytałem. Wszystko jest niej nietypowe.Począwszy od formy. Składa się z dwóch rozdziałów, z których pierwszy ciągnie się przez prawie 350 stron, a drugi liczy ledwie cztery linijki. Polskiemu czytelnikowi kojarzy się to nieodparcie z powieścią Jerzego Andrzejewskiego "Bramy raju", która składa się z dwóch zdań, pierwszego ciągnącego się przez stron bodaj sto trzydzieści i drugiego, brzmiącego "i szli całą noc". Martel raczej ani tej powieści, ani samego Andrzejewskiego prawie na pewno nie znał. Skąd to wnoszę? Stąd, że w pewnym miejscu książki pojawia się lista pisarzy z całego świata,a jedynym związanym z Polską jest na niej Conrad. 

"Ja" ma formę fikcyjnej autobiografii. Skąd wiem, że fikcyjnej? Bo raczej nie jest możliwe, by autor, czy ktokolwiek z żyjących zmienił się samoistnie z mężczyzny w kobietę, a po paru latach z powrotem. I to jest chyba główna dziwność tej książki, która sprawia, że wryje się ona w pamięć czytelnika. Jest tu sporo seksu i niemało wzmianek o religii. Zaskakujące jest to drugie, bo pierwszosobowy/a bohater/ka deklaruje się jako osoba stuprocentowo areligijna.

Głównie jest to jednak, mimo pozorów bardzo głęboka książka o ludzkiej tożsamości. Waham się, czy w swojej klasyfikacji zaliczyć ją do powieści pogłębionych (romanus semicompositus), czy do  powieścioesejów (romanus compositus).Chyba jednak umieszczę ją w tej ostatniej grupie, mimo, że obszernych wstawek eseistycznych trudno tam się doszukać. Ale ukryty esej esejem być nie przestaje.

Jeszcze jeden aspekt chciałbym poruszyć. Zastanawia mnie, ile czaszek dałoby tej książce rodzeństwo Salwowskich z serwisu kulturadobra,pl, gdyby zajmowało się literaturą, a nie filmem. Skojarzenie nie jest przypadkowe. Być może bym tej książki nie kupił (za dwa złote w Carrefourze) i nie przeczytał, gdyby nie Salwowscy. Otóż parę dni wcześniej przeczytałem na ich stronie recenzję filmu "Życie Pi" opartego na innej książce tego autora. Dostał dwie czaszki i określenie "wyraźnie zły". Myślę, że "Ja" dostałoby tych czaszek więcej. A to naprawdę dobra książka jest.

18/52

środa, 25 kwietnia 2018

tetragon

To już powinienem zrobić dawno. Skoro Arnolda Płaczka, piszącego jako Thomas Arnold, znam osobiście, skoro z  nim pracowałem, to powinienem znać też jego książki. W końcu więc się za to zabrałem i udałem się do biblioteki. Mieli kilka jego książek, na chybił trafił wybrałem "Tetragona".

To klasyczny kryminał z akcją osadzoną we współczesnych Stanach. Główny wątek, to zbrodnicza działalność satanistycznej sekty. Czuć wyraźną inspirację "Klubem Dumas" Artura Pereza-Revertego, oraz kilkoma polskimi kryminałami z "Głową Minotaura" na czele.

Napisane sensownie, znacznie lepiej niż u Mroza, jednym słowem broni się. Z drugiej strony, dupy nie urywa. Głębi żadnej tu nie widzę. W klasyfikacji, którą ostatnio staram się wypracować jest to czysta powieść(romanus simplex), a  nie powieść pogłębiona (romanus semicompositus), czy powieścioesej (romanus compositus). Do historii literatury więc nie przejdzie, ale do przeczytania jest jak najbardziej godna polecenia. Bo to, że powieść jest prosta, nie musi być wadą. Często jest nawet zaletą. 

Jedną z przyczyn mojego opóźnienia w lekturze książek Arnolda jest to, że niezbyt lubię amerykańskie realia w powieściach polskich pisarzy, podobnie jak nie lubię, gdy polscy piosenkarze śpiewają po angielsku. Owszem, zdaję sobie sprawę, że pisanie w realiach amerykańskich jest sposobem na uniwersalizację polskiej literatury, którą to zresztą uniwersalizację z uporem postuluję. Tyle że jest to droga na skróty. Książki Wiesława Myśliwskiego, choć umieszczone w realiach polskich,  są o wiele bardziej uniwersalne  niż wszystkie polskie powieści umieszczone w realiach amerykańskich razem wzięte. 

Uznawałem więc, że lepiej, gdy pisarz, zwłaszcza zaś autor powieści kryminalnych, umieszcza akcję w miejscu, które dobrze zna, na ulicach, po których chodził, etc. Po lekturze kilku książek Mroza uznałem jednak, że niekoniecznie to działa. A jako, że Arnoldowi lepiej wychodzi pisanie o Ameryce, niźli Mrozowi o Polsce, to niechże sobie pisze o Ameryce. 

17/52

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

król

"Wielcy władcy" Marcina Króla to książka co najmniej z dwóch powodów niestandardowa. Pierwszy powód to niezbyt adekwatny tytuł. Dzieło składa się z biografij czterech ludzi, których nie da się w sensie dosłownym nazwać władcami, bo żaden z nich nie był monarchą, a tylko jeden z tej czwórki był głową państwa republikańskiego. Ludźmi tymi byli Richelieu, Bismarck, Churchill i de Gaulle. Wszyscy są w tej książce przedstawieni jako postacie pozytywne i to jest właśnie drugim przejawem jej niestandardowości.  Rzadko się bowiem zdarza, aby ktoś w Polsce chwalił Bismarcka, zwłaszcza w książce przeznaczonej dla masowego odbiorcy, a ta właśnie taka jest, bo nie jest pracą naukową, a esejem, mimo że jej autor jest profesorem politologii. Oczywiście, są oni przedstawieni pozytywnie, nie w kategoriach etycznych, a politycznych. Bo znaniem autora ci czterej byli jedynymi w dotychczasowych dziejach świata naprawdę wybitnymi politykami. W końcowej części książki omówiono poglądy na politykę i moralność prezentowane przez Machiavellego, Hobbesa, Clausewitza, Webera, Schmitta i Morgenthaua.

16/52

niedziela, 22 kwietnia 2018

Barsotti

Zawsze w Wielkim Poście czytam jakąś książkę religijną. Wielki Post już dawno minął, a omówienia takowej książki na moim blogu brak. Przyczyny są dwie. Pierwsza jest taka, że choć lekturę tego rodzaju książki zacząłem w pierwszej połowie Wielkiego Postu, to nie zdążyłem jej przeczytać przed Wielkanocą. Nie była to bowiem lekka lektura. I tu jest ta druga przyczyna. Skoro czytanie przychodziło z trudnością, to i pisanie recenzji nie mogło być łatwe.

To, że "Misterium Chrystianizmu" jest książką trudną, nie oznacza bycia książką złą. Wręcz przeciwnie, to bardzo dobra, chyba najlepsza, jaką przeczytałem w tym temacie. Jest to systematyczny wykład chrześcijańskiej (a ściśle katolickiej) teologii mistycznej  w ujęciu historii biblijnej i roku liturgicznego. Autor dobitnie wykazuje kompletność mistyki katolickiej i niekompletność mistyk naturalnych, żydowskiej, muzułmańskiej, a nawet prawosławnej. Szczególnie surowo odnosi się do antymistycznie nastawionego protestantyzmu. Zdaje się pozostawać w nurcie mistyki niemieckiej (choć jest Włochem). Wielokrotnie cytuje bezpośrednio i pośrednio nie tylko Pismo Święte (mocno dowartościowuje Stary Testament) oraz Ojców i Doktorów Kościoła ale także  Eckharta, Suzona i Silesiusa. Co ciekawe, nie znalazłem żadnych cytatów z Taulera, choć właśnie jego Kazania mi ta książka bardzo przypomina,tak tematyką, jak i stylem. Tyle tylko, że Barsotti jest o wiele bardziej systematyczny.

Warto zwrócić uwagę, że ks. Divo Barsotti, obecnie będący kandydatem na ołtarze, napisał tę książkę jako młody człowiek. W tym kontekście jest to dzieło zaskakująco dojrzałe. Szkoda tylko, że w Polsce od dawna nie jest wznawiane. Korzystałem z wydania z lat sześćdziesiątych, które niekiedy da się dostać w antykwariatach. Namawiam niniejszym Księgarnię Świętego Wojciecha na wznowienie tej świetnej książki. 


15/52

wtorek, 17 kwietnia 2018

 zdobycz i wierność

Rzadko się zdarza, że recenzuję nowości, a jeszcze rzadziej (w zasadzie po raz pierwszy wystąpił taki przypadek), że recenzuję nowości napisane przed sześcioma dziesiątkami lat? Paradoks? Owszem, ale wynikający z zawiłości ludzkich, a osobliwie polskich losów. Przypominam, że Pietrkiewicz, który jako poeta zadebiutował jeszcze w przedwojennej Polsce, w czasie wojny znalazł się w Wielkiej Brytanii i tam pozostał, odtąd tworząc poezję po polsku, a prozę po angielsku. Dzięki konsekwencji w tym wyborze w pełni przynależy do obydwu literatur. Stał się drugim po Conradzie polskim mistrzem angielskiego pióra.

Napisana w 1955 powieść „Loot and loyalty” została właśnie wydana w Polsce, w przekładzie Jacka Dehnela jako „Zdobycz i wierność”. Najlepszą recenzję tej książki dał sam tłumacz w posłowiu do niej, pozwolę więc sobie zacytować jego słowa: To, że mamy do czynienia z późnym przykładem powieści historycznej w typie sienkiewiczowskim, widać na pierwszy rzut oka. Jest wszystko, co trzeba: czasy panów szlachty, Kresy, ważne wydarzenia, makaronizmy, mieszanka etniczna i religijna; galeria oryginalnych postaci, raz wzniosłych, raz śmiesznych; kontusze, kirysy i kolasy. Słowem, jak mawiano złośliwie o Matejce: „polska szkoła historyczna Pancerz i łupież". Tymczasem lektura bardzo prędko pokazuje, że to tylko pozór. Pietrkiewicz – przed wojną, jako młody chłopak, autor nadętego peanu na cześć Dmowskiego – napisał bowiem rzecz na wskroś nowoczesną, antybohaterską, idącą pod włos narodowych mitów. Sienkiewiczowski pastisz jest tylko kostiumem, spod którego wygląda wiek dwudziesty.

 14/52

poniedziałek, 02 kwietnia 2018

grischam

Powieści są różne. Niektóre niosą w sobie głęboką treść, są wręcz esejami w przebraniu. Taką jest ostatnio przeze mnie omawiana powieść Kaczmarskiego. Są jednak i takie, które są po prostu powieściami i niczym więcej - lekkimi książkami do przyjemnej lektury. Oczywiście i one często mają jakąś myśl przewodnią, ale zwykle prostą i prosto podaną.

I do tej właśnie drugiej grupy należy powieść Johna Grishama  "Theodore Boone: Aktywista". Jest to czwarty tom cyklu "Theodore Boone". Już mi kiedyś zarzucano, że czytam cykle nie po kolei. Owszem, często tak czynię, zazwyczaj z dwóch powodów. Po pierwsze, książki kupuję głównie w marketowych koszach z taniochą, a tam bardzo rzadko są pełne cykle, a niezbyt często pierwsze tomy. Po drugie, w ten sposób testuję jakość cykli. Jeśli czytam na przykład czwarty tom, bez znajomości trzech pierwszych i nie gubię się w treści, to znaczy, że  cykl się broni. 

Ten się broni, ale tylko literacko. Dobrze się to czyta, mimo, że już dawno wyrosłem z wieku młodzieńczego, a powieść ta głównie dla młodzieży jest przeznaczona. Ale ideowo jest bardzo słaba. To prostacka lewicowa propaganda sugerująca, że budowanie dróg szkodzi szkołom, boiskom i potokom. 

13/52

 

sobota, 31 marca 2018

kaczmarski

Jacek Kaczmarski to niewątpliwie jeden z największych, a być może największy poeta powojennej Polski. Jako prozaik jest znacznie słabiej kojarzony. Niby nie ma w tym ni dziwnego, bo napisał kilkaset wierszy/piosenek (piosenka to rodzaj wiersza) i ledwie kilka powieści.  Do tych powieści, choć stanowiły niewielki margines jego twórczości warto zaglądać. Powieści napisane przez poetów mają szczególny klimat, szczególną konstrukcję, a co za tem idzie specjalną wartość. Tak jest z powieściami Czesława Miłosza  i Jerzego Pietrkiewicza tak jest też z powieściami Jacka Kaczmarskiego.

Plaża dla psów to powieść o Australii, a właściwie o jej mieszkańcach, zaś jeszcze konkretniej o relacjach międzyludzkich, chyba nie tylko w Australii, a wszędzie na świecie. Te relacje są tu nieprzewidywalne. Wszystko wymyka się tu logice: romanse, przyjaźnie, animozje, konflikty i zbrodnie. Ta nieprzewidywalność ludzkich relacyj jest tu nieco przerysowana. Ale tylko nieco. 

12/52

wtorek, 20 marca 2018

bowles

W ubiegłym roku omawiałem książkę, która udawała naukową (miała przypisy i bibliografię) a była w istocie podróżniczą. Teraz skończyłem czytać książkę, pozornie podróżniczą właśnie,  a w rzeczywistości niosącą znacznie więcej treści naukowej niż tamta. 

Paul Bowles był antropologiem, etnomuzykologiem, kompozytorem, pisarzem i trochę malarzem. Dlatego jego zapiski z podróży są przepełnione antropologiczną głębią. Można tu znaleźć między innymi cenne uwagi o sztuce, muzyce, religii i narkotykach. Jako, że większość twórczego życia Bowles spędził w Maroku, mamy tu sporo trafnych obserwacji na temat islamu.

11/52

sobota, 17 marca 2018

motyl

Kilka wpisów temu zapowiedziałem dokończenie serii szwedzkiej. Kończę ją niniejszym, choć w sposób chyba nieco zaskakujący, Zinat Pirzadeh jest bowiem szwedzką pisarką pochodzenia perskiego. Swoje książki pisze po szwedzku, niewątpliwie więc są one częścią szwedzkiej literatury i jest dla nich miejsce w tej serii.

"Motyl na uwięzi" to powieść oparta częściowo na wątkach autobiograficznych. Opisuje ciężki los kobiet w porewolucyjnym Iranie. Jednocześnie ukazuje, jakim nieszczęściem była irańska rewolucja, która zmieniła piękny kraj w piekło na ziemi. Przypomina, że rewolucyjne metody każdego kto je stosuje, zawsze plasują w obozie Zła, choćby był przekonany, że służy Dobru. W walce Dobra ze złem mamy Zło Dobrem zwyciężać, a nie Zło Złem.

10/52

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6