LITERATURA

poniedziałek, 20 listopada 2017

kalifat

Co prawda znacznie rzadziej niż kiedyś, ale nadal stosunkowo często można w Biedronce i innych podobnych marketach znaleźć książki z zakresu nauk humanistycznych, czy poważnej eseistyki. Do takich pozycyj należy "Kalifat terroru" Samuela Laurenta z  podtytułem "Kulisy działania Państwa Islamskiego" w przekładzie Ewy Kaniowskiej. Wbrew pozorom nie jest to reportaż, ale dogłębna analiza, co prawda spełniająca tylko niektóre kryteria naukowości (ma mało przypisów i nie ma bibliografii) ale bardzo solidna. Wyjaśnia genezę sukcesów kalifatu, wskazując jednocześnie na jego atuty i słabości. Sugeruje, że potęga Państwa Islamskiego została w dużej mierze zbudowana na błędach rządów Iraku, USA i Francji. Co ciekawe delikatnie chwali postępowanie rządu Syrii wobec IS. W zdecydowanej większości przypadków analizy autora są trafne. Oczywiście z perspektywy czasu (książka powstałą w 2014) można wytknąć autorowi kilka błędów: nie docenił Kurdów wśród wrogów PI, a Filipin wśród nowych terenów ekspansji kalifatu, nie przewidział też interwencji rosyjskiej. Dominują jednak analizy i wnioski trafne. Można powiedzieć, że autor trafnie przewidział scenariusz rozwoju i upadku omawianego tworu. 

niedziela, 12 listopada 2017

Pisałem ostatnio. że Robert Ludlum nie należy do moich ulubionych autorów sensacyjnych i że jego powieści uważam za znacznie słabsze od dzieł Folleta czy Forsytha. Jeszcze gorzej od oryginałów wypadają jednak książki jego kontynuatorów, piszących w oparciu o jego zapiski. Nawet znacznie gorzej. Ostatnio przeczytałem trzy książki o przygodach Jona Smitha, agenta amerykańskiej Tajnej Jedynki, agencji o której nie słyszał nikt, oprócz jej pracowników i prezydenta US.

 

Przeczytałem "Przymierze Kasandry" (The Cassandra Compact 2001,  autor Philip Shelby), "Opcję paryską" (The Paris Option, 2002, autor Gayle Lynds) i "Kod Altmana" (The Altman Code, 2003, autor Gayle Lynds). Wszystkie są napisane "na jedno kopyto". We wszystkich "tymi złymi" są hiperpatrioci dążący do radykalnego wzmocnienia obrony swojego kraju. Niestety nie ma spójności między książkami Shelbyego a Lyndsa. Postacie mają inne charaktery, umiejętności, stopień zażyłości, wiedzę, a nawet imiona. To mocno zgrzyta. Można czytać, ale tylko jeden raz. 

Na jednej z fejsbukowych grup czytelniczych ktoś niedawno pytał, kto jest najlepszym obecnie autorem powieści kryminalnych w Polsce: Remigiusz Mróz czy Katarzyna Bonda? Musiał ów pytacz być bardzo młody, albo bardzo mało oczytany, bo odpowiedź jest oczywista: żadne z nich. Ani Bonda, ani Mróz do pięt nie dorastają Krajewskiemu, Miłoszewskiemu, Wrońskiemu i wielu innym. Ale z tej dwójki moim zdaniem lepsza jest Katarzyna Bonda. Mroza nie da się czytać, a próbowałem bardzo usilnie, kilka książek wmusiłem w siebie, kilka innych napocząłem. Bondę czytać się da, ale wracać nie ma do czego. To są książki do czytania jednorazowego. Czytadła do pociągu.

poniedziałek, 18 września 2017

sinobrody

 

„Sinobrody” Kurta Vonneguta to chyba najlepsza z książek, jakie przeczytałem w czasie minionych wakacji. Dziwię się, że nie przeczytałem tego wcześniej. Wszak autor należy do moich ulubionych, a w czasie studiów czytałem wszystkie jego książki, jakie wpadły mi w ręce. Widocznie tej akurat nie mieli w lokalnej bibliotece. Powieść przybiera formę autobiografii fikcyjnego malarza Rabo Karabekiana. Jest on Amerykaninem ormiańskiego pochodzenia. W książce roi się więc od ormiańskich akcentów. Do typowych dla Vonneguta rozważań o życiu, literaturze, wojnie i ludobójstiwie, dochodzą tematy sztuki i Ormian. Ciekawostką jest dla mnie wzmianka o świętym Mesrobie. „Sinobrody” jest drugą książką, w której taką wzmiankę znalazłem. Pierwszą jest zbiór miniesejów Paula Coelho. To pewien paradoks, że owego ojca literatury ormiańskiej wspominają pisarze znajdujący się na przeciwległych biegunach współczesnej literatury. W zasadzie nie wiem, dlaczego akurat ta książka Vonneguta tak mi się spodobała. Ogólne wrażenie mam bardzo pozytywne, ale nie potrafię podać żadnych szczegółów. Co ciekawe, podobnie mam z twórczością innego, tym razem już rzeczywistego Amerykanina ormiańskiego pochodzenia. Alan Hovhaness należy do moich ulubionych kompozytorów. Jego muzyka mnie zachwyca, a sam nie wiem, czemu. Choć może w „Sinobrodym” kluczowe znaczenie dla wzbudzenia mojego zachwytu miał vonnegutowski styl umieszczania w powieści wstawek eseistycznych. Otóż u tego autora wstawki te są znacznie krótsze niż u innych pisarzy. Na to, na co oni potrzebują dwóch stron jemu wystarczają dwa zdania. A w tej książce wzniósł się pod tym względem na wyżyny.

czwartek, 14 września 2017

kalinowski

Tą książką, która pomogła mi przebrnąć przez pierwsze rozdziały twardochowego „Króla” była „Śmierć frajerom” Grzegorza Kalinowskiego. Podobnie jak tam, również i tutaj rzecz się dzieje w warszawskim środowisku skupionym wokół działaczy PPS i różnych przestępców. Akcja dzieje się nieco wcześniej, bo w pierwszej ćwierci XX stulecia. Jest tu obecny też przestępczy gwiazdor, z tym że nie Tasiemka, a Szpicbródka. Nie ma natomiast metafizyki. Jest to typowa powieść łotrzykowska. Co natomiast tu jest, czego nie ma u Twardocha, to nachalna sanacyjna propaganda. Wszyscy poza piłsudczykami są tu źli: endecy, komuniści, Niemcy, Rosjanie... Szczególnie razi w nazbyt czarnych barwach odmalowanie rządów Rosjan i Niemców w Warszawie. Razi też nadgorliwe, posunięte do śmieszności, tłumaczenie wtrętów obcojęzycznych. Bo czy można uzasadnić gwiazdkę przy wulgarnym rosyjskim przekleństwie, prowadzącą do przypisu o treści „wulgarne rosyjskie przekleństwo”? Ogólnie więc jest to książka gdzieś o dwa poziomy niżej od „Króla”. Wielką literaturą nie jest, ale na czytadło do pociągu nadaje się doskonale. Znacznie lepiej niż większość współczesnych polskich kryminałów.

wtorek, 12 września 2017

król twardoch

Do „Króla” Szczepana Twardocha zabierałem się długo. Dostałem tę książkę w kwietniu, skończyłem zaś ją czytać w sierpniu. Jakoś nie umiałem przebrnąć przez te warszawsko-przestępcze klimaty, które dominują w pierwszych rozdziałach. Przebiłem się przez nie dopiero wtedy, gdy w międzyczasie przeczytałem inną książkę w takichże waporach się kręcącą. No i dobrze że przebrnąłem. Te pierwsze rozdziały może dlatego były dla mnie trudne, a może raczej nudne, że w niczym nie przypominały „Morfiny” i „Dracha”. Myślałem sobie: „co to, Twardoch się na kryminały przerzucił, bo taka teraz moda?” Na szczęście się nie przerzucił. Od połowy książka staje się typowo twardochowa. I dobrze. Bo taka literatura jest nam potrzebna. Takiej literatury brakuje. Mrocznej, niepokojącej, wywołującej witkacowski wstrząs metafizyczny. Nie rozumiem jedynie, dlaczego autor zaczął tłumaczyć wtręty obcojęzyczne? Wcześniej tego nie robił i stanowiło to ważny element jego stylu. Bo Twardoch tym się między innymi wyróżnia wśród polskich pisarzy, że ma swój niepowtarzalny styl. Nie powinien go więc osłabiać. Bo gdy sól utraci swój smak, czym ją posolicie? Jeżeli trzeba by dać wspólny mianownik tym trzem powieściom, to są to książki o obłędzie. Jest więc Twardoch genialnym biografem obłędu . Polskiego obłędu głównie, choć głównymi bohaterami jego książek nie są klasyczni Polacy, a raczej Ślązacy, czy Żydzi, częściowo jedynie w polskość zanurzeni. Ale z pogranicza kulturowego widać lepiej.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

historia używek

 

Od ładnych kilku lat etnobotanika, czyli nauka o wykorzystywaniu roślin przez społeczności ludzkie jest jednym z głównych pól moich dociekań antropologicznych. Nic więc dziwnego nie ma w tym, że gdy w marketowym koszu z książkami wypatrzę jakąś pozycję, choćby luźno związaną z tą tematyką, kupuję ją i czytam. Tak było też z „Historią używek” Jarosława Molendy, wydaną przez Bellonę. To ciekawa książka i wata przeczytania, sporo się z niej dowiedziałem. Zmusiła mnie jednak do zweryfikowania mojego poglądu na kwestię dużo szerszą niż etnobotanika. Dotąd bowiem utrzymywałem, że w humanistyce praca naukowa od eseju różni się tym, że posiada przypisy. Otóż książka Molendy posiada przypisy, a pracą naukową nie jest. Mam zresztą spoore wątpliwości co do do tego, czy po usunięciu przypisów byłaby esejem. Jest to, wbrew pozorom przede wszystkim książka podróżnicza, po prostu taki jest jej styl. Na pracę naukową jest zbyt chaotyczna i zbyt mało systematyczna. W wywodzie są luki i długie wtręty nie na temat. Ale nie psuje to tej książki. Psułoby jedynie, gdyby miała być pracą naukową. A nie jest.

czwartek, 24 sierpnia 2017

kienzler

Ostatnimi czasy lubię czytać biografie. Nie aż w takim stopniu, aby stanowiły większość moich lektur, ale przynajmniej kilka takich rocznie czytuję, a jeśli doliczyć powieści biograficzne i pseudobiograficzne, to i kilkanaście. Ostatnio zaliczoną przeze mnie biografią jest praca Iwony Kienzler „Maria Konopnicka. Rozwydrzona bezbożnica”. Wydane przez Bellonę, więc tytuł tabloidowy, do tego już przywykłem. Książka jednak, co zresztą jest normą u tej autorki, solidna i godna polecenia. Przedstawia dużo faktów, skupiając się na życiu osobistym autorki „Roty”. Może być ciekawym przyczynkiem do rozwijającej się dyskusji na temat zmiany polskiego hymnu narodowego. Niektórzy wszak chcą „Rotą” właśnie zastąpić Mazurka Dąbrowskiego. A że są to środowiska skore go grzebania w biografiach, można się pokusić o stwierdzenie, że z życiorysem Konopnickiej się nie zapoznali. A warto to uczynić. Choćby za pomocą omawianej książki.

wtorek, 22 sierpnia 2017

atlas

 

W środę 9 sierpnia i w czwartek 10 sierpnia z "Wyborczą" można było kupić Atlas Drzew i Krzewów. W tych dwóch poręcznych tomikach opisano sto kilkadziesiąt gatunków roślin, czyli prawie wszystkie dziko rosnące oraz znaczną część dziczejących i powszechnie uprawianych. Niewątpliwie jest to pozycja potrzebna, bo większość dotychczas obecnych na rynku atlasów roślin po macoszemu traktowała drzewa i krzewy, skupiając się na roślinach zielnych. Nie ustrzeżono się jednak poważnych błędów. Agrest (Ribes uva crispa) oraz Porzeczkę pospolitą (Ribes rubrum) zaliczono błędnie do różowatych (Rosaceae) zamiast do agrestowatych (Grossulariaceae). Co dziwne, Porzeczkę czarną (Ribes nigrum) zaszeregowano prawidłowo. Warto zauważyć, że te dwie rodziny należą do różnych rzędów, jest więc to gruba pomyłka, a nie przyjęcie odmiennego systemu klasyfikacyjnego. Drugi błąd jest mniejszy. Otóż nazwa rodziny Eleagnaceae tłumaczona jest raz jako oliwnikowate (przy oliwniku), raz zaś jako rokitnikowate (przy rokitniku). Każda z tych dwóch nazw jest dopuszczalna, gdyż istnieją różne systemy klasyfikacyjne, ale należy zachować konsekwencję.

wtorek, 21 czerwca 2016

Z okazji trwającego Euro, przypominam wiersz nieznanego autora o zupełnie innych mistrzostwach:

 

Opowiadanie piłkarza składu podstawowego Reprezentacji Polski (Mundial 2002).

 

Nam strzelać nie kazano - Wstąpiłem na pole
Ogromnego boiska. Ku*&a! Ja pie...**olę!
Kibiców koreańskich ciągną się szeregi
Po trybunach wysokich, aż po same brzegi.
Widziałem ich trenera: - przybiegli, coś powiedział,
A później już spokojnie na swej ławce siedział.
Sędzia gwizdnął w swój gwizdek, no i się zaczęło,
Lecz od owego pisku wnet z nieba lunęło.
A na mokrej murawie ciężko piłkę kopać,
Tak, aby butem czystym nie nadepnąć błota.

Co innego Korea, te brudasy skośne
Taplały się wciąż w błocie, jak dzieci radośnie.
Ubrudzili nam piłkę i potem strzelali...
Dudek chciał zostać czysty. Wy byście łapali?
Nie miejcie więc don żalu, ze w bramce stal z boku,
Wraz z żona oszczędzają na proszku w tym roku.
Cóż, że przegraliśmy, zachowajmy powagę.
Wszak wciąż mamy nad nimi moralna przewagę.
Po cóż kibic narzeka, musi się wydzierać?
Przecież już powiedziałem - nie kazano strzelać!

Nam strzelać nie kazano - a tu mecz kolejny.
Dzisiaj już deszcz nie pada, co za klimat chwiejny!
Trener jednak usłyszał, że znów będzie lało,
Dał więc swym zawodnikom złe ciuchy na ciało.
I ubrał on piłkarzy w koszulki specjalne
Co (choć zwykle z wyglądu) są nieprzemakalne.
Gdy jednak zapanuje przepiękna pogoda
Ogromna bywa z nimi często niewygoda
Nie przepuszczają potu, kleją się do ciała,
Nic dziwnego, ze Polska tak kiepściutko grała.

Inaczej Portugalia, ich główny menago
Niejednego w swym klubie trzymał Figo-fago.
Piłka zaś przyśpieszała, jak jakaś rakieta,
Kiedy miał ją przy sobie ten Pedro Pauleta.
Lecz najgorsze już było (taką grę pier...**lę!),
Że, gdy nie patrzyliśmy, to walili gole.
Płoche wasze obawy, cóż, że obrywamy!
W tym meczu honorowo na faule wygramy.
No i po co te krzyki, że nam władowano?
Przecież już powiedziałem - strzelać nie kazano!

Nam strzelać nie kazano - czas na Amerykę.
Kibice nas przywitali przeogromnym krzykiem!
Jak my w takich warunkach mamy móc pracować?!
Lecz dziś trener na szczęście kazał kibicować.
Siedzimy sobie zatem, ja, a obok Dudek.
Zajadamy chipsy, pijem gorący kubek;
Kiedym ja na odwrocie własny opis czytał,
Dudek wciąż do Tottiego eSeMeSy pisał.
Minęło już z pięć minut, wszyscy ciągle krzyczą...
No i jak mam to czytać, gdy oni tak ryczą?!

Wreszcie się ten mecz skończył, pewnie przegraliśmy,
Lecz nie patrzyłem ile - z Dudkiem gadaliśmy
Wciąż o naszych zarobkach. Małe jak cholera,
Aż musimy dorabiać. Czas zmienić trenera.
Nagle wzrok zawiesiłem na wielkich ekranach.
Jak to? Co to za cyfry? To fatamorgana?
Ale jednak, naprawdę, Polska dziś wygrała.
O ja pierdziu, ej Dudek, niezła wyszła chała!
Na usprawiedliwienie coś powiedzieć chcielim:

Nam strzelać nie kazano - oni nie wiedzieli...

poniedziałek, 02 marca 2015

mapa

Nieraz już wzmiankowałem, że uważam, nie będąc zresztą w tym sądzie odosobnionym, że literatura piękna jest nie tylko przedmiotem badań humanistyki w ogólności, a antropologii kulturowej w szczególności, ale także jest sama sui generis antropologią kultury, należy więc do arsenału humanistyki. Dzieła literatury pięknej jednocześnie są składnikiem kultury i opisem kultury. Słusznie więc mają swoje miejsce w cyklu "Humanistyka z marketowego koszyka". Oczywiście dzieła literackie spełniają się w roli opisu kultury w różnym stopniu i z różnym powodzeniem. Szczególną rolę jako swego rodzaju prace antropologiczne odgrywają powieści mocno nasycone eseistycznymi dygresjami. Do takich właśnie utworów literackich należy "Mapa i terytorium" Michela Houellebecqa, którą ostatnim czasem nabyłem w Realu za sumę trzech polskich złotych. Akcja powieści sprowadza się do życiorysu fikcyjnego francuskiego artysty Jeda Martina. Jest ona prowadzona gładko, obfituje w ciekawe momenty i sprawia, że książkę dobrze się czyta. Toczy się we Francji i epizodycznie w Szwajcarii, w pierwszej połowie XXI stulecia. Właśnie tak, a nie jednym tylko słówkiem "współcześnie" trzeba określić czas akcji. Współcześnie to akcja się zaczyna (z pewnymi nawrotami ku przeszłości) a potem toczy się jeszcze przez lat kilkadziesiąt. Nie jest to jednak science fiction. Przyszłość jest tu bardzo podobna do teraźniejszości. Nie na tem jednak chciałem się skupić. Fabuła sama w sobie czyni tę książkę wartą przeczytania, trzeba jednak pamiętać, że stanowi ona jedynie pierwszy, najbardziej zewnętrzny jej krąg znaczeniowy. Przewodnią myślą tej książki, a zarazem jej drugim kręgiem znaczeniowym jest koncepcja głębokiego osamotnienia artysty, a w szczególności artysty genialnego, takim zaś jest Jed Martin. Człek ów nawiązuje co prawda relacje seksualne z kobietami, ale nie potrafi tworzyć z nimi trwałych związków, a nie ma przyjaciół, a relacje z ojcem ma trudne, mimo dobrej woli obydwu stron. To oczywiście nie pierwsza na świecie powieść opisująca podobne zjawisko. Zblíżony opis, dotyczący Paula Gaguina, można znaleźć w "Raju tuż za rogiem" Maria Vargasa Llosy. O ile jednak Vargas, opisując postać historyczną, musiał się trzymać faktów, to Houellebecq mógł sobie pozwolić na daleko idące przerysowania. Najgłębszym kręgiem omawianej ksiąźki są rozważania na temat roli w kulturze i życiu współczesnego i powspółczesnego człowieka dwóch freudowskich czynników: Erosa i Tanatosa. Rozważania te są prowadzone w dosyć drastyczny sposób, na przykład poprzez porównywanie funkcjonowania burdelu i zakładu eutanazyjnego. Te dwa wątki eseistyczne są niewątpliwie bardzo interesujące dla badaczy kultury i są ważnym głosem w dyskusji o niej. Są zresztą w tej książce jeszcze i inne antropologiczne wątki i motywy, ale te dwa uznałem za najważniejsze i w konsekwencji najbardziej warte zaprezentowania czytelnikom. Oczywiście ktoś inny, czytając tę książkę, może inne rzeczy silniej odebrać i w konsekwencji zupełnie inną recenzję napisać.

środa, 25 lutego 2015

iwaszkiewicz

Pisząc swój cykl "Humanistyka z marketowego koszyka" zarówno humanistykę, jak i marketowy koszyk traktowałem i traktuję bardzo szeroko. Omawiam więc tu nie tylko literaturę naukową i popularnonaukową, ale także eseistykę a nawet beletrystykę, wygrzebaną nie tylko w tytułowych hipermarketowych koszach z tanią książką, ale też w innych kanałach wyprzedażowych, takich jak na przykład dodatki książkowe do różnego rodzaju czasopism. I właśnie jako dodatek do jakiegoś niezbyt ambitnego kobiecego pisemka, którego tytuł z litości pominę, wypełnionego naiwnymi, zmyślonymi opowiastkami udającymi historie prawdziwe, nabyłem autobiografię Jarosława Iwaszkiewicza zatytułowaną "Książka moich wspomnień". Nie wiedzieć czemu, książka ta została włączona do serii poświęconej literaturze kobiecej. Pan Bóg jeden raczy wiedzieć co też szczególnie kobiecego jest w autobiografii jednego z największych polskich pisarzy ubiegłego stulecia, który wszak ponad wszelką wątpliwość był mężczyzną. Podczas lektury nieodparcie nasuwają się skojarzenia z omówioną już w niniejszej serii tekstów "Rodzinną Europą" Czesława Miłosza. Oczywiście są to pod pewnymi względami bardzo różne książki. O ile bowiem Miłosz napisał w istocie zbiór esejów ubrany jedynie w formę autobiografii, to Iwaszkiewicz popełnił autobiografię typową, o wręcz pamiętnikarskim charakterze. Dzieło Miłosza ma konsekwentnie programowy charakter, przemyślany aż do najdrobniejszego szczegółu, zaś wspomnienia skamandryty mają cechy swobodnego przepływu strumienia świadomości. Są jednak mimo wszystko między tymi książkami liczne podobieństwa, przedewszystkiem dlatego, że życiorysy obydwu literatów są w wielu punktach zbieżne. Obydwaj pochodzili z Kresów (Miłosz z Litwy, Iwaszkiewicz z Ukrainy), obydwaj studiowali prawo, obydwaj w okresie międzywojennym pracowali w instytucjach państwowych (Miłosz w Polskim Radiu, a Iwaszkiewicz w Ministerstwie Spraw Zagranicznych), obydwaj doskonale znali język rosyjski i dla obydwu duże znaczenie miała Francja. Kolejne podobieństwo tych książek to ich ramy czasowe. Obydwie obejmują okres pierwszej połowy dwudziestego stulecia ze szczególnym uwzględnieniem dwudziestolecia międzywojennego. Inny jest na pewno sposób pisania i to nie tylko w kwestii nasycenia tekstu dygresjami eseistycznymi, ale także w sposobie opisywania występujących w nim postaci. Miłosz metodycznie chronił prywatność wzmiankowanych przez siebie osób niepublicznych unikając wymieniania ich imion i nazwisk, Iwaszkiewicz zaś zupełnie się tym nie przejmował, sypiąc nazwiskami na lewo i prawo. A trzeba przyznać, że opowiadać tak o sobie, jak też o innych ludziach. Książka jest tedy skarbnicą wiedzy nie tylko o samym Iwaszkiewiczu, ale także o pozostałych skamandrytach (zwłaszcza Lechoniu i , nadto o Jerzym Liebercie, Karolu Szymanowskim i wielu mniej słynnych ludziach a w końcu też i o świecie polskiej szlachty na wschodniej Ukrainie, który to świat ostatecznie przestał istnieć w drugiej dekadzie ubiegłego stulecia.

piątek, 13 września 2013

 

 

Od czasu do czasu lubię sobie wystartować w jakimś konkursie. Startuję więc w licznych konkursach, przedewszystkiem internetowych. Rzadko kiedy udaje mi się coś wygrać, ale rzadkość wygrywania nie zniechęca mnie do dalszych startów Szczególnie upodobałem sobie konkursy literackie. Najczęściej wysyłam na nie rozmaite wierszyki, lub krótkie eseje, utwory fabularne pisane prozą znacznie rzadziej. Tym razem jest inaczej. Na konkurs literacki Chomika wysłałem krótkie opowiadanie Oto link do tego tekstu. Zachęcam do głosowania na moją propozycję.

poniedziałek, 09 września 2013
czwartek, 09 lutego 2012

Od czasów licealnych uwielbiam powieści sensacyjne. Moim ulubionym autorem jest Ken Follet. Nie wszystkie jednak jego powieści podobają mi się jednakowo i nie wszystkie uważam za równie dobre. Jedne mnie zachwycają, inne zadowalają, jeszcze inne zawodzą. Do tej ostatniej kategorii należy "Trzeci bliźniak". Pod względem warsztatowym powieść nie jest gorsza od pozostałych, jej wady leżą na zupełnie innym obszarze. Ich omówienie wymaga jednego zdania wprowadzenia. Ken Follet jest ewidentnym lewicowcem, członkiem, a nawet działaczem brytyjskiej Partii Pracy. Jednak w swoich powieściach zasadniczo nie uprawia lewicowej propagandy. "Trzeci bliźniak" jest wyjątkiem. Tu agitacja hula na całego. Oto przykład: główna bohaterka, doktor psychologii, pochodząca z biednej rodziny, twierdzi, że w przypadku zniesienia państwowego systemu pomocy społecznej, co postulują konserwatyści, dziewczęta z biednych rodzin nie będą miały żadnej możliwości zdobycia wykształcenia. Owi konserwatyści są zresztą w powieści przedstawieni w sposób skrajnie zafałszowany, bezpodstawnie przyrównuje się ich do niemieckich nazistów. Wszyscy występujący w powieści konserwatyści są bohaterami negatywnymi. Polityczny lewoskręt to nie jedyna wada tej powieści. Równie poważnym niedociągnięciem jest propagowanie kontrowersyjnej i nieudowodnionej hipotezy naukowej o dominującym wpływie genów na życie człowieka. Można oczywiście potraktować tę książkę jako sprawnie napisane lekkie czytadło, ale dzięki takiemu potraktowaniu bynajmniej nie stanie się ona mniej groźna. Wręcz przeciwnie, stanie się jeszcze groźniejsza, bo będzie sączyć swój jad dyskretnie i niepostrzeżenie.

środa, 11 stycznia 2012

 upiór

Omawiając powieść "Zamieć" Kena Folleta postawiłem tezę, że literatura europejska, zwłaszcza zaś brytyjska, nadal jest, a przynajmniej bywa, nośnikiem wartości chrześcijańskich. Tak śmiałej tezy nie można jednak opierać na odosobnionym przykładzie jednej powieści, do tego jeszcze rozumianej alegorycznie. Dlatego też w dzisiejszym tekście chciałbym wzmocnić argumentację, poprzez podanie drugiego przykładu. Wybrałem nań powieść Fredericka Forsytha "Upiór Manhattanu", będącą sequelem znanej powieści "Upiór Opery" zapomnianego francuskiego pisarza Gastona Lerou, zdaniem niektórych zaś raczej sequelem opartego na tejże powieści musicalu Antona Lloyda Webera pod tym samym tytułem. Między Folletem i Forsythem zachodzą liczne podobieństwa. Obydwaj są brytyjskimi dziennikarzami oraz światowej sławy autorami powieści sensacyjnych. Książki obydwu są przekładane na dziesiątki języków, wydawane w milionach egzemplarzy i często ekranizowane. Obydwaj często wplatają w akcję postacie i fakty historyczne. I obydwaj, co wykazują moje analizy, opierają swoją twórczość na światopoglądzie chrześcijańskim.

 

W omawianej powieści autor czerpie pełnymi garściami nie tylko ze wspomnianego dzieła Leroux, ale też z twórczości Edgara Allana Poe, czy Clive'a Staplesa Lewisa. Wykorzystuje też wątek naczelnego mitu amerykańskiej popkultury, streszczający się w zdaniu "od zera do bohatera". Specyficzna jest narracja utworu. Opiera się ona na wypowiedziach kilkunastu narratorów, będących zarazem bohaterami utworu. Ten rzadko stosowany zabieg literacki, szerszemu gronu czytelników znany przedewszystkiem z powieści Orhana Pamuka "Nazywam się czerwień", pozwala osiągnąć ciekawy efekt spojrzenia na akcję z różnych punktów widzenia. Każdy rozdział powieści Forsytha ma innego narratora. Problematyka religijna poruszana jest przedewszystkiem w dwóch rozdziałach: "Wizja Dariusa" i "Modlitwa Josepha Kilfoyle (powinno być Kilfoyle'a, ale polski przekład tej powieści najwyraźniej jest dziełem jednego z tych tłumaczy, którzy doskonale znają język angielski, ale nie za dobrze polski). Rozdziały te, zwłaszcza czytane obok siebie doskonale wyrażają obecne w chrześcijańskiej teologii mistycznej rozróżnienie między prawdziwym i fałszywym mistycyzmem. Wizja Dariusa jest przejawem mistycyzmu fałszywego, pogańskiego, napędzanego narkotykami i niskimi żądzami, zaś modlitwa ojca Józefa mistycyzmu prawdziwego, chrześcijańskiego, opartego o silną i autentyczną więź z Bogiem. Rozmowa Jezusa Chrystusa z tym irlandzkim księdzem wykazuje liczne podobieństwa do rozmowy Aslana z kalormeńskim oficerem w ostatnim tomie cyklu narnijskiego. W obydwu dyskursach w bardzo podobny sposób ujęty jest stosunek religii prawdziwej do religij fałszywych. Całkiem być może, że Forsyth w tej kwestii zapożyczał od Lewisa. Literatura jest zresztą w dużej mierze ciągiem zapożyczeń. Odnoszę wrażenie, że właśnie na tej fundamentalnej rozmowie u Forsytha oparła się J.K. Rowling, konstruując równie fundamentalną rozmowę pomiędzy Harrym Potterem i Albusem Dumbledorem w ostatniej części przygód młodego czarodzieja. Przyjrzyjmy się krótkim fragmentow obydwu rozmów. U Forsytha Chrystus mówi: "Możesz mi to powiedzieć, bowiem, jak się domyślasz, jestem w twojej głowie". U Rowling natomiast Harry pyta "Czy to dzieje się naprawdę, czy tylko w mojej głowie?", na co otrzymuje odpowiedź "Ależ oczywiście to dzieje się w twojej głowie, Harry, tylko skąd, u licha, wniosek, że wobec tego nie dzieje się to naprawdę?". Między tymi stwierdzeniami, wbrew pozorom, nie ma sprzeczności. U Forsytha również to, co dzieje się tylko w głowie, jest równie rzeczywiste, jak to, co dzieje się w świecie zewnętrznym.

 

Dwa wspomniane rozdziały, owe mistyczne interludia, nie stoją obok akcji, ale stanowią jej kluczowe elementy. Bez nich powieść byłaby niespójna, natomiast one same mogłyby funkcjonować samodzielnie, jako minitraktaty mistyczne, ukryte pod maską utworów fabularnych. Szczególnie "Modlitwa Josepha Kilfoyle" zawiera zdumiewająco głębokie i zarazem rozległe refleksje teologiczne, zwłaszcza, jeśli się zważy, w jakiego typu powieści jest umieszczony. Polski wydawca nazwał "Upiora Manhattanu" "połączeniem romansu z kryminałem". Jest to oczywiście prawda, ale nie cała. "Upiór Manhattanu" jest prawdopodobnie jedną z najpoważniejszych książek Fredericka Forsytha. To, że mimo tego nie traci ona przebojowego charakteru, świadczy o niewątpliwym geniuszu autora.

czwartek, 29 grudnia 2011

zamieć

Wiele jest książek o Bożym Narodzeniu. Z rozmysłem napiałem to pierwsze  zdanie tak, aby było ono dwuznaczne. Bo wyrażenie "książki o Bożym Narodzeniu" można rozumieć dwojako. Pierwsza grupa to dzieła literackie opowiadające o tym, jak to Nasz Pan Jezus Chrystus narodził się w ubogiej stajence w Dawidowym Mieście Betlejem. Druga zaś to opowieści o świętach Bożego Narodzenia. Te dwie grupy razem tworzą całkiem pokaźną literaturę bożonarodzeniową. Dziś chciałbym zwrócić uwagę na książkę należącą do grupy drugiej. Gdy mówimy o książkach poświęconych świętom Bożego Narodzenia, to chyba większości z nas na myśl przychodzi przedewszystkiem "Opowieść wigilijna" wraz ze swymi niezliczonymi literackimi i filmowymi mutacjami. "Zamieć" Kena Folleta do grona  owych mutacyj się nie zalicza,  wykazuje jednak pewne podobieństwa strukturalne do owego bożonarodzeniowego klasyka. Jej zasadnicza akcja rozgrywa się podobnie jak u Dickensa w bardzo króttkim okresie czasu, w tym przypadku jest to kilka przedświątecznych i świątecznych dni. Jednak nie brakuje w tej powieści również wspomnień o przeszłości poszczególnych bohaterów, o której zresztą dowiadujemy się całkiem sporo i wybiegania w przyszłość. Ta ostatnia pojawia się przedewszystkim w epilogu, w którym są krótko ukazane kolejne święta Bożego Narodzenia. To również jest pewne nawiązanie do "Opowieści wigilijnej" i jej Ducha Przyszłych Świąt. Nawiązań do tej książki jest tam zresztą więcej, w tym też bardziej bezpośrednich. Przyjemność ich wyszukiwania pozostawiam szanownym czytelnikom. Nieuważny lub nieoczytany czytelnik może uznać "Zamieć" za płytką powieść sensacyjną, pozbawioną głębszej treści. Będzie to jednak opinia absolutnie błędna. Powieść ta bowiem nie jest pozbawiona metafizycznej głębi. Jej bohaterowie ratują ludzkość od śmiercionośnego wirusa skradzionego z laboratorium przez szalonych terrorystów. Można to odczytać jako alegorię Bożego Narodzenia, a konkretnie Wcielenia Jezusa Chrystusa, które jest wszak ratowaniem ludzkości  od śmiercionośnego pod względem duchowym wirusa grzechu. Dodatkowym, ale również istotnym przesłaniem powieści jest podkreślenie wartości rodziny. "Zamieć" jest dowodem na to, że literatura europejska, zwłaszcza zaś brytyjska, nadal jest, a przynajmniej bywa, nośnikiem wartości chrześcijańskich.

wtorek, 05 lipca 2011

 puzo

Tak się ciekawie złożyło, że trzema kolejnymi książkami omówionymi w cyklu "Humanistyka z marketowego koszyka" są trzy powieści. Nie wynikało to z jakiegoś mojego zamiaru, czy planu, ale raczej z czystego przypadku, po prostu  w takiej kolejności książki te nabywałem i czytałem. To że są to trzy powieści nie wyczerpuje podobieństw między nimi. Wszystkie trzy należą do tego typu literatury, jaka zyskała szczególną popularność po sukcesie "Kodu Leonarda da Vinci" autorstwa Daniela Browna, a więc powieści sensacyjnej z wątkiem religijnym. W dwóch poprzednio omówionych książkach, podobnie jak w dziełach pomienionego wyżej Browna, akcja dzieje się współcześnie, ale zawiera wiele odniesień do dosyć odległej przeszłości. Dziś chcę omówić powieść, która nie przestając być sensacyjną, jest także typowo historyczną, gdyż jej akcja dzieje się na przełomie piętnastego i szesnastego stulecia, a przedstawione w książce wydarzenia z grubsza odpowiadają prawdzie dziejowej.

 

Chodzi o powieść Maria Puzo "Rodzina Borgiów". Dzieło to jest znane przedewszystkiem ze swojej ekranizacji w postaci serialu emitowanego aktualnie w jednej z wiodących polskich telewizyj. Warto jednak poznawać książki takimi jakie są, nie zaś za pośrednictwem z konieczności uproszczonych ekranizacyj. Mario Puzo, zanim zabrał się za Aleksandra VI i jego rodzinę, pisał o włoskich rodach i klanach mafijnych. W tej samej konwencji pisał też o Borgiach. Dlatego też polski wydawca opatrzył książkę podtytułem "Borgia przedstawieni jako pierwsza włoska mafia", dowodząc przy tem własnej kompletnej nieznajomości języka polskiego, powinien bowiem napisać "Borgiowie". Porównanie do mafii to pewne uogólnienie, ale jak dokładnie zostali w tej książce przedstawieni poszczególni członkowie papieskiej rodziny? Borgiowie, a zwłaszcza Rodrigo często pojawiają się w literaturze i filmie, najczęściej jako postacie negatywne, ale natężenie tej negatywności jest bardzo zróżnicowane. Dwa tego rodzaju dzieła przedstawiłem już na swoim blogu. W powieści "Antypapież" Aleksander VI został przedstawiony jako demon i Wcielone Zło, a w filmie "Konclawe" był postacią niemal pozytywną, łajdakiem, ale sympatycznym.

 

W powieści Puzo narysowany jest nieco ciemniejszą kreską niż we wspomnianym filmie, ale i tu liczne przywary są zrównoważone niebłachymi cnotami. Osławiony papież ma na sumieniu nie tylko rozpustę i przekupstwa, ale także mordertswa, ale z drugiej strony kocha swoje dzieci, dba o poddanych, wspiera rozwój kultury, dąży do umocnienia papiestwa i mądrej, a nie pochopnej reformy Kościoła, jest też autentycznie pobożny. W bardzo zbliżony sposób autor charakteryzuje także papieskiego syna Cezara. Z kolei Juan jest przedstawiony jako człowiek słaby i ograniczony, natomiast Lukrecja jako postać zasadniczo pozytywna. To wszystko jest właściwie zgodne z najnowszymi ustaleniami nauk historycznych, które podważyły czarną legendę Borgiów, lansowaną przedewszystkiem przez dawniejszych dziejopisów protestanckich i francuskich beletrystów w rodzaju Wiktora Hugo i Aleksandra Dumasa.

 

Niewątpliwie jednak popuścił Puzo wodze fantazji pisząc o najmłodszym synu ostatniego, jak dotąd hiszpańskiego papieża. Na kartach powieści Jofre morduje swego brata Juana, przykłada rękę do otrucia ojca, w końcu zaś zostaje kardynałem. Tego, że ich zabił wykluczyć nie można, choć historycy takiej tezy nie stawiają, mało zresztą o nim piszą, bo niewiele się na jego temat zachowało dokumentów. Natomiast jego nominacja kardynalska to absolutnie bzdurny wymysł pisarza. Stanowi to zgrzyt szkodzący wiarygodności zarówno powieści, jak i jej autora.

poniedziałek, 04 lipca 2011

  klub dumas

Kupując książki z hipermarketowych koszyków najczęściej wybieram pozycje, o których wcześniej nie słyszałem, ale po pobieżnym przejrzeniu wyglądające na mieszczące się w zakresie moich zainteresowań. Pozycje popularne, o których mógłbym coś wcześniej słyszeć, rzadko bowiem do takich koszy trafiają. Jeszcze rzadziej zdarza się, abym w koszu, czy na wyprzedażowej półce trafił na książkę, której od dawna szukałem.  Bardzo rzadko to jednak nie to samo, co nigdy. Ostatnio bowiem coś takiego się zdarzyło. W Biedronce, za dziesięć złotych nabyłem pozycję, której poszukiwałem od dawna i za którą skłonny byłem dać nawet pięciokrotnie więcej, tyle że zawsze trafiałem na nakład wyczerpany.

 

Tą pozycją jest "Klub Dumas" Artura Pereza Reverte. Poszukiwałem tej książki dlatego, że bardzo mi się spodobał nakręcony na jej podstawie film Romana Polańskiego "Dziewiąte wrota", który oglądałem wielokrotnie. Bardzo więc byłem ciekaw, jakie też dodatkowe treści, pominięte w filmie są obecne w książce. Okazuje się, że jest ich bardzo wiele. Fabuła powieści zasadza się na dwóch równoważnych głównych wątkach. Pierwszym jest, eksploatowane również w filmie, poszukiwanie autentycznego egzemplarza satanistycznej księgi "Dziewięcioro wrót królestwa ciemności", a drugim, zupełnie pominięte w ekranizacji, badanie źródeł i autorstwa powieści Aleksandra Dumasa. Właśnie do tych badań nawiązuje tytuł książki. Można więc śmiało rzec, że Polański zekranizował nie powieść Péreza, a połowę  tejże powieści. Aby zaś w filmie nie było zbyt małej liczby bohaterów i by nie zabrakło tych najbarwniejszych, niektóre postacie z wątku dumasowskiego przeflancował do satanistycznego. Uczynił to zresztą tak zręcznie, że ten, kto nie czytał książki, nie zauważy przeklejki.

 

Ja natomiast zrobię odwrotnie. W dalszej części swoich rozważań odpuszczę sobie wątek satanistyczny, wyeksploatowany przez film i tych wszystkich, którzy obejrzawszy go, dzielili się ze światem swoimi spostrzeżeniami, poświęcę parę zdań wątkowi dumasowskiemu, dzięki któremu książka ta nadaje się do cyklu "Humanistyka z marketowego koszyka". Fabuła książki jest bowiem przepleciona podzielonym na fragmenty obszernym esejem o życiu i twórczości Aleksandra Dumasa. Dla czytelnika polskiego, zwłaszcza zaś takiego, który ma elementarną wiedzę o dziejach naszej literatury, esej ten jest podwójnie interesujący. Daje bowiem możliwość nie tylko zapoznania się z mało u nas znanym życiorysem francuskiego pisarza, ale także dostrzeżenia licznych paralel z życiem i twórczością Henryka Sienkiewicza. O ile jeszcze trzykrotnie żonaty Sienkiewicz i posiadający liczne grono kochanek Dumas stanowią podobieństwo umiarkowane, mało znaczące i raczej przypadkowe, to w przypadku metody pisarskiej możemy mówić o świadomym naśladownictwie. Podobieństwa widać najwyraźniej na przykładzie trylogii o d'Artagnanie Dumasa i Trylogii Sienkiewicza. Wiele wskazuje na to, że ten ostatni zaczerpnął od swego poprzednika ogólne założenia metody pisarskiej. Po pierwsze już sam przyjęty przez Sienkiewicza format historycznej powieści przygodowej wyraźnie nawiązuje do dzieł Dumasa. Wcześniej obecne w naszej literaturze powieści historyczne nie posiadały charakteru wyraźnie przygodowego. Po drugie Sienkiewicz, podobnie jak Dumas, głównymi bohaterami swych powieści czynił nie figury fikcyjne, a drugoplanowe postacie historyczne. D'artagnan, Skrzetuski, Kmicic i Wołodyjowski nie tylko istnieli naprawdę, ale i legitymowali się zbliżonymi do powieściowych. Po trzecie, obydwie trylogie ukazywały się pierwotnie w odcinkach, na łamach prasy, dopiero później zaś, po zdobyciu ogromnej popularności, w formie książkowej. W końcu po czwarte, tak Dumas, jak i Sienkiewicz mieli dosyć niefrasobliwy stosunek do prawdy historycznej. Wydarzenia przedstawiali nieraz w kształcie dalekim od rzeczywistego, a pierwszoplanowe postacie historyczne bądź to idealizowali (Wiśniowiecki), bądź też demonizowali (Richelieu). Oczywiście nie jest tak, że Sienkiewicz skopiował metodę Dumasa w najdrobniejszych szczegółach. Oprócz wielu podobieństw można też zauważyć bardzo istotne różnice.  Najważniejszą jest ta, że Sienkiewicz był od Dumasa znacznie samodzielniejszy. Po pierwsze opierał się wyłącznie na źródłach historycznych i własnych badaniach, podczas gdy autor "Trzech Muszkieterów" czerpał pełnymi garściami ze wcześniejszych dzieł literackich. Po drugie, Polak pisał sam, w odróżnieniu od Francuza, któremu asystent przygotowywał surowy tekst powieści. Sam Dumas ów tekst uzupełniał, wygładzał i nadawał mu blasku. Myślę, że już wystarczy tych analiz.

 

Chciałbym jeszcze na koniec napomknąć o czem innym. Tak się ciekawie złożyło, że w dwóch kolejnych tekstach tego cyklu napisałem o powieściach dwóch autorów hiszpańskich i to równych sobie wiekiem. Tematyka obu powieści też jest w zasadzie podobna. Omawianie ich po kolei nie było  zamierzone, po prostu w takiej kolejności owe książki wpadały w moje ręce, a piszę o nich na świeżo, tuż po skończeniu lektury. I właśnie lektura tych dzieł obok siebie skłoniła mnie do pewnych refleksyj.  Co ciekawe, dopiero  porównanie tych, pozwala właściwie ocenić wartość pisarstwa obydwu autorów. Jako przypadek izolowany, Molist wypada całkiem nieźle, ale na tle Pereza niezwykle blado. Myślę, że na innym materiale porównawczym również można by dojść do tych samych wniosków.

wtorek, 28 czerwca 2011

molist

  

Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, iż być może na wszystkich polach kulturowej działalności człowieka, z całą zaś pewnością przynajmniej na polu literatury nie istnieją dzieła jednoznacznie złe, to jest takie, które wyłącznie złe wydają owoce. Powiada bowiem Dobra Księga "Nie może złych owoców dobre drzewo wydawać, ani drzewo złe owoców dobrych wydawać nie może". Nie jest więc całkiem złym drzewem, czy dziełem takie, które oprócz całego nawet mnóstwa owoców złych, wydaje chociaż małą przygarść dobrych. W tym miejscu, przed podjęciem dalszych rozważań, warto zaznaczyć, że wyrażenie "złe dzieło", ma przynajmniej dwa znaczenia: estetyczne i etyczne. W znaczeniu estetycznym będzie ono oznaczało dzieło słabe, mizerne, pozbawione walorów artystycznych. Jestem przekonany, że i w tym przypadku zaprezentowana teza jest słuszna, na razie jednak nie mam zamiaru tego wątku rozwijać. Bardziej bowiem interesuje mnie znaczenie etyczne, zgodnie z którym wyrażenie to oznaczać będzie dzieło przepełnione Złem moralnym lub duchowym.

 

Dobrym przykładem będzie tu osławiona książka Daniela Browna "Kod Leonarda da Vinci". Jest to książka zła i szkodliwa, przesycona jadem, kłamstwem i agresją. Niewątpliwie jej ukazanie się i szalona popularność przyniosły wiele szkód, wydały wiele złych owoców, zwłaszcza duchowych. Wielu bowiem ludzi, nieposiadających gruntownej wiedzy religijnej uwierzyło w bajeczkę, że Jezus Chrystus założył rodzinę i miał dzieci, a kierujący się złymi intencjami Kościół ukrył tę wiedzę przed rzeszami wiernych. Wbrew pozorom jednak moda na "Kod" wydała też, może nieliczne, ale bez wątpienia znaczące, owoce dobre. Najważniejszym jest ukazanie się na fali popularności tej książek wielu dzieł podejmujących podobną tematykę, ale czyniących to zdecydowanie uczciwiej. Niektóre z tych książek były bardzo dobre, niektóre osiągnęły znaczący sukces, a było wśród nich nawet kilka takich, które wywarły pewien wpływ na rzeczywistość.

 

Mam tu na myśli przedewszystkiem dwie pozycje. Pierwszą jest "Pierścień rybaka" Jana Raspaila. Książka ta wywołała  spore zainteresowanie w kręgach katolików tradycyjnych i konserwatywnych. Jej autor wszedł do swoistego panteonu pisarzy kultowych dla katolickiej prawicy. Na popularność załapało się także kilka innych jego dzieł.  Recenzje powstające we wzmiankowanych środowiskach (inne tę książkę konsekwentnie zamilczały) mieściły się zasadniczo w zakresie od umiarkowanie pozytywnych do bardzo entuzjastycznych, chociaż zdarzały się również znamienne wyjątki, takie jak mocno krytyczna recenzja autorstwa sedewakantystycznego księdza Franciszka Ricossy. Powieść jest zasadniczo rozumiana alegorycznie, choć w szczegółach jej interpretacje potrafią się znacząco różnić.

 

Drugą wpływową książką z tej półki jest "Imprimatur" Rity Monaldi i Franciszka Sortiego. Opierając się na dokumentach, powieść ta stawia poważne zarzuty błogosławionemu Innocentemu XI, papieżowi z czasów Odsieczy Wiedeńskiej, dotychczas uważanemu za postać kryształową. Plotka głosi, że podniesienie tych zarzutów spowodowało przerwanie jego procesu kanonizacyjnego i przeniesienie grobu z kaplicy św. Sebastiana, w której obecnie spoczywa błogosławiony Jan Paweł PP II, w inne, mniej eksponowane miejsce Bazyliki Św. Piotra na Watykanie.

 

Naiwnością jednak byłoby sądzić, że wszystkie dzieła składające się na tę wielką falę zainspirowaną elukubracjami Browna są dobre, wzniosłe i pożyteczne. Wśród nich zdarzają się też zarówno książki słabe i głupie, jak też zręcznie napisane, ale przy tem przewrotne i szkodliwe. Do tej ostatniej kategorii należy powieść Jerzego Molista, w naszym kraju wydana jako "Zdrada", co jest swego rodzaju kuriozum, gdyż dosłowny przekład tytułu oryginalnego brzmi „El retorno cátaro” co się dosłownie tłumaczy jako "Powrót katarów".  Książka opisuje walkę tytułowych katarów ze skrajnym odłamem mormonów zwącym się "Strażnikami Świątyni" o władzę nad najpotężniejszą na świecie korporacją medialną, a pośrednio również i nad całym światem. W książce role są wyraźnie podzielone. Katarzy, których poglądy polityczne są określone jako skrajnie lewicowe ("na lewo od Partii Demokratycznej"), domagający się zwiększenia reprezentacji kobiet i latynosów na kierowniczych stanowiskach, przedstawieni są jednoznacznie jako bohaterowie pozytywni. Również doktryna katarów została w omawianej powieści wyidealizowana, wygładzona i pozbawiona elementów odstręczających. Z kolei prawicowi, opowiadający się za swobodą posiadania broni, poważnie traktujący religię i krytykujący rząd federalny są przedstawieni jak diabły wcielone. Sugestie o sympatiach politycznych poszczególnych sekt są jednak zarysowane dyskretnie, tak, aby nie wywołać wrażenia przesytu. Powieść ma wyraźny lewoskręt, ale jest on zręcznie zakamuflowany. Nieuważny czytelnik go nie dostrzeże i może zostać zmanipulowany.

 

Manipulacja jest więc subtelniejsza niż u Browna, ale nie byłaby przez to mniej groźna, gdyby "Zdrada" zyskała popularność równą "Kodowi". Nie zyskała jej jednak. Jej polskie wydanie ukazało się pięć lat temu, a ja nabyłem ją w ubiegłym miesiącu za pięć złotych na stoisku z tanią książką.

niedziela, 15 maja 2011

 nobel

O Literackiej Nagrodzie Nobla pisałem już w latach 2007 i 2008, najpierw przy okazji wydania dołączanej do Der Dziennika kolekcji dzieł "najwybitniejszych noblistów", potem zaś omawiając powieść Orhana Pamuka "Nazywam się czerwień". Dzisiaj natomiast chciałbym o niej napisać w formie próby podsumowania jej przyznań podczas trwania pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Zastosowane przez wspomnianą gazetę określenie "wybitni nobliści" wbrew pozorom nie jest wcale pleonazmem, gdyż bynajmniej nie wszyscy laureaci tej nagrody są pisarzami wybitnymi. Widać to bardzo wyraźnie właśnie na przykładzie laureatów z ostatniej dekady. Według zgodnej opinii krytyków jedynie J.M. Coetzee i Mario Vargas Llosa są prawdziwymi arcymistrzami literatury. Ja osobiście do tej krótkiej listy dopisałbym jeszcze Orhana Pamuka, ale to tylko moja prywatna, niewiele znacząca opinia. Warto przy tem zauważyć, że o ile Coetzemu i Pamukowi dopiero ta nagroda dała światową sławę, o tyle Vargas w momencie jej otrzymania znajdował się już od wielu lat na szczytach popularności. To, że tylko dwaj lub trzej z dziesiątki są uznawani za wybitnych nie oznacza  bynajmniej że pozostałych siedmioro, czy ośmioro laureatów to źli, czy słabi pisarze. Wręcz przeciwnie, są oni bardzo dobrzy (w tej dekadzie komitet noblowski nie zaliczył takiej wpadki, jak Dario Fo, którego twórczość większość krytyków ocenia negatywnie), ale takich bardzo dobrych pisarzy są na świecie tysiące. Są też setki literatów bezspornie wybitniejszych, którzy jednak nigdy Nobla nie dostali. Można więc przypuszczać, że o wyborze tych właśnie, a nie innych laureatów zadecydowały względy pozaliterackie, najpewniej przedewszystkiem polityczne, ale być może także i towarzyskie. Jest tajemnicą poliszynela, że Noblem honoruje się najczęściej literatów lewicowych, a przynajmniej lewicujących. Ci którzy są od lewicy daleko, choćby byli najwybitniejsi albo koszmarnie długo na nagrodę czekają, jak Mario Vargas, albo też nigdy jej nie otrzymują, jak Zbigniew Herbert. Zjawisko zresztą, wbrew pozorom, wcale nie jest nowe. Tak jak od kilkudziesięciu lat wśród literackich noblistów jest nadreprezentacja lewicowców, tak w pierwszych dekadach istnienia nagrody była wśród nich nadreprezentacja Skandynawów. Większości spośród owych pisarzy dziś już nikt poza specjalistami nie zna i nie pamięta. Prawdopodobnie rzesze obecnie nagradzanych lewaków czeka ten sam los. A dzieła Vargasa, który, zanim w końcu zasłużonego Nobla, najpierw odstał kilkanaście lat w charakterze "wielkiego pominiętego" bez wątpienia trafią do światowego kanonu literatury nieśmiertelnej. Małość zaś, nawet ukoronowana, nieśmiertelności nie zyskuje.

piątek, 06 maja 2011

 Szwaja

Mikropowieść Moniki Szwai „Nie dla mięczaków” można było ostatnio (a może nadal można) dostać za darmo w empiku. Ta niewielka książeczka stanowiła gratisowy dodatek do zakupów książkowych z okazji jakiegoś tygodnia książki, czy czegoś takiego. Akcje tego rodzaju uważam za bardzo pożyteczne. Sprawiają one, że dana pozycja trafia do rąk osób, które w innych okolicznościach by po nią nie sięgnęły, co w oczywisty sposób przyczynia się do poszerzenia horyzontów czytelniczych, tak indywidualnych, jak i ogólnospołecznych. W tym konkretnym przypadku przydarzyło się to między innymi mojej skromnej osobie. Dotąd nie kupowałem, ani nie czytałem książek tej autorki, nie miałem też zamiaru czynić tego w przyszłości. Uznawałem bowiem jej pisarstwo za literaturę przeznaczoną zasadniczo dla kobiet. Skoro jednak książka sama wpadła mi w ręce, przeczytałem ją i bynajmniej tego nie żałuję.

 

Nadal uważam, co prawda, że grupą docelową tej książki i jej podobnych są przedewszystkiem kobiety, jest to bowiem właściwie romans, a ten gatunek literatury bez wątpienia częściej czytuje płeć piękna, aniżeli brzydka. Uważam jednak, że również mężczyzna może tę książkę czytać z z satysfakcją i pożytkiem, a to przynajmniej z dwóch względów. Po pierwsze postacie bohaterów są tutaj nakreślone w sposób niezwykle interesujący. Głównym bohaterem jest informatyk, który odniósł sukces zawodowy jako przedsiębiorca branży komputerowej. Nie jest jednak typowym przedstawicielem inżynierskiej braci, ma bowiem szerokie zainteresowania daleko wykraczające poza ramy dyscyplin ścisłych i technicznych. Przez wiele lat śpiewa w chórze, ocierając się o zawodowstwo, organizuje też festiwale chóralne. Wykazuje się szerokim oczytaniem, posiada bogatą bibliotekę. Ma również bogate życie towarzyskie. Rozwodzi się z żoną, z którą ma dorosłą córkę, z inną kobietą ma dorosłego syna, o którym nic nie wie, a który okazuje się być homoseksualistą. Jakby tego było mało, ma też stałą, bezuczuciową kochankę, a bezpośrednio po orzeczeniu rozwodu wdaje się w burzliwy romans. Inni bohaterowie mają równie skomplikowane osobowości i życiorysy. Po drugie, książka ma interesujący wątek krajoznawczy, rozbity na dwa podwątki: szczeciński i beskidzki. Wchodzi w tej materii niekiedy w takie szczegóły, że może służyć za przewodnik. „Nie dla mięczaków” jest więc niewątpliwie romansem, ale bynajmniej nie tylko romansem. Dlatego jest to książka nie tylko dla kobiet.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Zapłakały brzozy przenikliwym głosem

Zapłakały brzozy nad narodu losem

Zapłakały brzozy, zapłakały wierzby

Olchy, jarzębiny, graby, buki, dęby

 

To nie pole bitwy, to nie grób zarazy

Każde z ciał na ziemi ma ma inne urazy

Narodu polskiego najlepsi synowie

Krwią swą użyźnili to mgliste pustkowie

 

Drzewa są świadkami, świadkami niemymi

Wiedzą, jak się stało, że leżą na ziemi

Ci, co hołd zdradzonym oddać polecieli

Lecz nic nie powiedzą, chociażbyśmy chcieli

 

Nic nam nie powiedzą, tylko łkają z cicha

Dla nas z tego płaczu pociecha jest licha

Póki nad swym losem nie zapłaczem sami

I o jego zmianę sami nie zadbamy

 

Jeśli nad grobami toczyć będziem waśnie

Wrogowie się z tego cieszyć będą właśnie

Chcąc uczcić ofiary tamtej katastrofy

Trzeba nam się zabrać ostro do roboty

 

Trzeba winnych znaleźć, trzeba ich ukarać

Lecz stukrotnie bardziej należy się starać

O to, by się nigdy to nie powtórzyło

Co w smoleńskim lesie wiosną się zdarzyło

 

Uczcijmy ofiary nie setką pomników

A mądrym wyborem takich polityków

Którzy dobro kraju będą mieć na względzie

A wtedy niechybnie w Polsce lepiej będzie.

 

O mglistym brzasku, w smoleńskim lasku

Spadł nasz samolot na ziemię.

 

poniedziałek, 04 kwietnia 2011

Na wstępie chciałbym bardzo gorąco podziękować tym wszystkim spośród Was, którzy głosowali na moją książkę "Religie w Polsce" w pierwszym etapie konkursu książki historycznej Historia Zebrana, w którym startuje ona w kategorii wydawnictw popularnonaukowych. Ten pierwszy etap zakończył sie 31 marca, a jego wyniki zostały ogłoszone 4 kwietnia. Moja książka przeszła do drugiego etapu plebiscytu internautów, oczywiście dzięki Wam, jest to bowiem Wasza zasługa.

 

Drugi etap głosowania trwa od 4 do 12 kwietnia. Głosować można na tej stronie: http://historiazebrana.pl/index.php?content=glosowanie . Zachęcam do głosowania zarówno tych, którzy już to zrobili w pierwszym etapie, jak i tych, którzy tego nie uczynili. Głosy nie przechodzą z pierwszego etapu, liczą się od nowa, dlatego ważne jest głosowanie również teraz. Szkoda by było zmarnować okazję. Po oddaniu głosu trzeba go koniecznie potwierdzić kliknięciem w link zawarty w otrzymanym wówczas mailu.

 

Wśród głosujących zostaną rozlosowane książki biorące udział w konkursie. Kto zagłosuje dwukrotnie, będzie miał również dwukrotnie większą szansę na wygranie zestawu książek. A wygląda na to, że szansa na to jest całkiem duża, bo ogół głosujących w tym konkursie nie jest zbyt liczny i nie przekracza kilkuset osób. Warto więc powalczyć, nie tylko dla mnie, ale też dla siebie. Raz jeszcze zachęcam wszystkich do głosowania.

niedziela, 27 marca 2011

Dwa tygodnie temu poprosiłem Was o głosowanie na moją książkę "Religie w Polsce" zgłoszoną przez jej wydawcę do konkursu. Dzisiaj chciałbym przedewszystkiem podziękować tym, którzy oddali już na tę książkę głos, a było ich niemało. Tym, którzy jeszcze chcieliby to uczynić, przypominam, że głosować można na stronie http://www.historiazebrana.pl do dnia 31 marca włącznie. Po oddaniu głosu trzeba go koniecznie potwierdzić kliknięciem w link zawarty w otrzymanym wówczas mailu. Jeśli moja książka przejdzie do następnego etapu, a nie wydaje się to nieprawdopodobne, to od 5 do 12 kwietnia będzie można głosować powtórnie, do czego gorąco zachęcam. Kto zagłosuje dwukrotnie, będzie miał również dwukrotnie większą szansę na wygranie zestawu książek. A wygląda na to, że szansa na to jest całkiem duża, bo ogół głosujących w tym konkursie nie jest zbyt liczny i nie przekracza kilkuset osób. Warto więc powalczyć, nie tylko dla mnie, ale też dla siebie.

 
1 , 2 , 3 , 4