LITERATURA

wtorek, 13 lutego 2018

 heers

 

Serii szwedzkiej jeszcze nie zamykam, ale jednocześnie przechodzę do serii, którą rozpocząłem kilka tygodni temu omówieniem powieści Antoniny Domańskiej. Jest to seria książek, tak beletrystycznych, jak eseistycznych, których akcja dzieje się mniej więcej 500 lat temu. Przełom piętnastego i szesnastego wieku to arcyciekawy czas w historii Europy - czas przełomu cywilizacyjnego. 

Książka Jacquesa Heersa "Dwór papieski w czasach Borgiów i Medyceuszy" opisuje najważniejszy europejski dwór tego czasu. Zawiera wiele faktów i, często nieoczywistych, ocen.Na przykład dość krytycznie ocenia Poggia, który w innych książkach wyrasta na kolosa, a tu gra raczej postać marną. Niektóre rozdziału mogą trochę nudzić swoją suchością, ale pod koniec książka się rozkręca. Jeśli chodzi o nici łączące tę książkę z poprzednią z mojego osobistego cyklu "1500", to jest taką nicią postać Kallimacha, pojawiającego się epizodycznie i u Domańskiej i u Heersa.

 

6/52

czwartek, 08 lutego 2018

ludlum

W środowisku wielbicieli powieści sensacyjnych Robert Ludlum ma status pisarza kultowego. Toteż i ja, bardzo lubiąc ten gatunek literacki, próbuję się przekonać do tego autora. Niestety, ciągle mi to nie wychodzi. Ostatnią próbę podjąłem z książką "Weekend z Ostermanem". Książkę przeczytałem w miarę szybko, nawet mnie wciągnęła, ale niestety, nie przekonała. Historia naciągana, zakończenie wydumane, do tego kończy się w zasadzie źle. Ale nie zrażam się. Będę podejmował dalsze próby przekonania się do Ludluma, bo wierzę, ze wielkim pisarzem był. 

5/52

wtorek, 30 stycznia 2018

jonasson

Po serii muzycznej mam króciutką serię szwedzką, Szwecja wyrasta nam na lokalne europejskie mocarstwo literackie. Paradoksalnie stało się to w czasie, gdy Szwedzi zdobywają literackiego Nobla co kilkadziesiąt lat, a nie sto lat temu, gdy zdobywali go co lat kilka. Oczywiście dominują głównie w dziedzinie powieści kryminalnej, ale dzieła rewelacyjne tworzą i na innych polach literatury. W przypadku Jonasa Jonassona takim dziełem rewelacyjnym, które zapewniło mu miejsce w historii światowej literatury był „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”. "Anders Morderca i przyjaciele oraz kilkoro wiernych nieprzyjaciół” to książka również bardzo dobra, ale nie aż tak błyskotliwa. Główną różnicą jest to, że „Stulatek” był uniwersalny, miał mnóstwo odniesień do historii wielu kraju, w „Andersie” świat poza Szwecją w zasadzie nie istnieje. Ta książka to jedna wielka satyra na Szwecję i Szwedów. Śmieje się ze szwedzkieko państwa, szwedzkich urzędów, szwedzkiego Kościoła, szwedzkiego społeczeństwa i szwedzkich nazwisk, w tym z nazwiska samego autora. Paradoksalnie jest to też książka proreligijna, choć propaguje religię bardzo specyficzną, religię opartą na luzie i braku powagi. Propozycja może to dziwna, ale w dzisiejszym świecie warta docenienia.

4/52

niedziela, 28 stycznia 2018

mankell

Biorąc do ręki książkę Henninga Mankella „Grząskie piaski” można nabrać przekonania, że jest to autobiografia. Na okładce zamieszczono bowiem jej fragment, zawierający między innymi następujące słowa: „I właśnie o tym jest ta książka. O moim życiu. O tym, co było, i o tym, co jest.”A jednak nie jest to autobiografia. Trudno z niej poznać życiorys autora. Ja, po jej przeczytaniu nadal go nie znałem. Ktoś, kto nie znał wcześniej w ogóle Mankella, może po lekturze tej książki nadal nie wiedzieć, że pisał on kryminały. Bo o tej części twórczości autora są tu tylko dwie małe wzmianki i to pod koniec. Dużo więcej jest o tetrze, najwidoczniej Mankell postrzegał siebie głównie jako dramatopisarza i reżysera, a nie kryminałopisarza. O swoim życiu pisze tu urywkami, nie tworzącymi całości i umieszczonymi nie po kolei. Autor napisał tę książkę, gdy dowiedział się, że jest śmiertelnie chory, wkrótce po jej wydaniu zresztą zmarł. Dlatego tak dużo jest tu o śmierci i cierpieniu. Autor wychodzi od własnych doświadczeń kontaktów ze śmiercią i cierpieniem (co można by nazwać autotanatografią), by następnie snuć rozważania o obliczach śmierci i cierpienia w dziejach ludzkości i świata (a więc pantanatografię). Ten jeden wielki esej antropologiczny jest stale przeplatany trzema tematami: teatru, sztuki prehistorycznej i zlodowaceń, co dodaje mu niesamowitego klimatu.

3/52

 

środa, 24 stycznia 2018

Historia

Dotąd literatura dziecięco-młodzieżowa pojawiała się na moim blogu tylko jako lektura moich dzieci. Tym razem jest inaczej. Powieść Antoniny Domańskiej należy do gatunku, który z wielką pasją czytałem od dzieciństwa - młodzieżowej powieści historycznej. Czytywałem głównie Przyborowskiego i Strumskiego, ale i Domańską się zdarzało. Dwie jej książki zapamiętałem z czasów podstawówki: "Paziów króla Zygmunta" i właśnie "Historię żółtej ciżemki". Do tej drugiej właśnie z przyjemnością wróciłem. Książka stara, ale nadal aktualna. Młody i nie tylko młody człowiek może się z niej dowiedzieć się wiele i o Krakowie z XV wieku i  polskiej kulturze ludowej.

2/52

niedziela, 21 stycznia 2018

queneau

Ostatnio jakoś dominują chwilowo wśród moich lektur książki tak, czy inaczej związana z muzyką: najpierw biografia Mozarta, denna zresztą, potem nokturny japońskiego noblisty, a na dziś mam „Ćwiczenia stylistyczne” Raymonda Queneau (swoją drogą nazwiska kończące się na U należą do bardzo nielicznych, których nie odmieniam), wedle słów samego autora inspirowane fugą Bacha. Ta sama krótka historyjka opowiedziana na 99 sposobów, na wzór wielu wariacji na ten sam temat w fudze. Jest to dość unikatowe dzieło, gdzie uwagę czytelnika skutecznie przykuwa forma, bo przecież nie treść, która już jest prawie całkiem znana po pierwszej stronie. Prawie, bo małe uzupełnienie pojawia się niespodziewanie w rozdziale ostatnim. Pochwała należy się też tłumaczowi, Janowi Gondowiczowi, bo dzieło tak oparte na właściwościach języka, nie jest łatwe do przetłumaczenia. Dla niektórych stylizacji tłumacz musiał wymyślić własny koncept, bo oryginalnego przełożyć się nie dało. Na tłumaczeniu wkład Gondowicza w polskie wydanie się nie kończy. Bardzo interesujące jest też jego posłowie, zatytułowane „W labiryncie”, w którym rozpatruje możliwe inspiracje utworu, uwzględniając także wątki polskie,

niedziela, 31 grudnia 2017

O literackiej nagrodzie Nobla i jej laureatach pisałem kilkukrotnie na tym blogu. Jedne werdykty chwaliłem, inne krytykowałem. Tegorocznemu mogę tylko przyklasnąć. Kazuo Ishiguro jest bowiem pisarzem niezwykle interesującym. Jego "Nokturny" są zbiorem opowiadań zaiste niezwykłym. Już sam tytuł zawiera liczne podteksty. Nokturn kojarzy się z nocą (lac. nocturnus -nocny) i z muzyką (bardzo spokojna i zrównoważona oraz równie nastrojowa instrumentalna forma muzyczna inspirowana poetyckim nastrojem nocy) i faktycznie, we wszystkich opowiadaniach i noc, i muzyka odgrywają kluczową rolę. Mnie jednak nokturn kojarzy się jeszcze z czymś. Jest to mianowicie część Matutinum - nocnej modlitwy Kościoła. Modlitwy co prawda w tych opowiadaniach nie ma, ale w przedstawionych sytuacjach czuje się jej atmosferę, czy potrzebę. A jeśli już nie modlitwy w sensie ścisłym, to na pewno jakiegoś rytuału. Bohaterowie swoimi zachowaniami odprawiają rytuały, a więc sensu largo się modlą. Przy tem każde z tych opowiadań jest na swój sposób nokturnem - bardzo spokojną i zrównoważoną oraz równie nastrojową formą muzyczną inspirowaną poetyckim nastrojem nocy. Warto też wspomnieć o polskim wątku w jednym z opowiadań i w ogóle wybitnie europejskim charakterze całości. Aż dziwne, że napisał to Japończyk. Musiał to być genialny Japończyk. 

wtorek, 26 grudnia 2017

mozart

Lubię czytać biografie, zarówno klasyczne, jak i sfabularyzowane. Co prawda nie dominują one moich lektur, ale co roku co najmniej kilka zaliczam. Jak z wszystkimi innymi książkami i ze wszystkim w ogóle na świecie, tak i wśród biografij są lepsze i gorsze.

 Czteroczęściowa, w Polsce wydana w dwóch tomach powieść Christiana Jacqa "Mozart" jest najgorszą spośród wszystkich, które przeczytałem. A przeczytałem ją głównie dlatego, że jest lekkim, łatwym czytadłem. Przypomina pod tym względem książki Dana Browna. Pod innymi zresztą też. To jest dokładnie ten sam typ literatury. U Jacqa, podobnie jak u Browna, zmyślenia wielokrotnie górują nad prawdą. Dlatego czytać takie książki można, ale wierzyć im nie należy.

 Największą wartością tej powieści są dodane do niej płyty z muzyką Mozarta.

niedziela, 17 grudnia 2017

follet

Arcymistrz thrillerów Ken Follet wielokrotnie dowiódł, że doskonale radzi sobie także z powieścią historyczną. Jednym z dowodów jest „Uciekinier”, którego akcja dzieje się w wieku osiemnastym, a więc kilkaset lat po „Filarach ziemi”, ale też długo przed większością pozostałych książek.

Jest w niej wszystko to, co zawsze u Folleta: akcja, polityka, intryga, uczucia i seks. Jak zawsze doskonale oddane realia czasów i miejsc. Książka ze wszech miar warta polecenia. Sporo mówi o Wielkiej Brytanii i o Ameryce.

 

poniedziałek, 20 listopada 2017

kalifat

Co prawda znacznie rzadziej niż kiedyś, ale nadal stosunkowo często można w Biedronce i innych podobnych marketach znaleźć książki z zakresu nauk humanistycznych, czy poważnej eseistyki. Do takich pozycyj należy "Kalifat terroru" Samuela Laurenta z  podtytułem "Kulisy działania Państwa Islamskiego" w przekładzie Ewy Kaniowskiej. Wbrew pozorom nie jest to reportaż, ale dogłębna analiza, co prawda spełniająca tylko niektóre kryteria naukowości (ma mało przypisów i nie ma bibliografii) ale bardzo solidna. Wyjaśnia genezę sukcesów kalifatu, wskazując jednocześnie na jego atuty i słabości. Sugeruje, że potęga Państwa Islamskiego została w dużej mierze zbudowana na błędach rządów Iraku, USA i Francji. Co ciekawe delikatnie chwali postępowanie rządu Syrii wobec IS. W zdecydowanej większości przypadków analizy autora są trafne. Oczywiście z perspektywy czasu (książka powstałą w 2014) można wytknąć autorowi kilka błędów: nie docenił Kurdów wśród wrogów PI, a Filipin wśród nowych terenów ekspansji kalifatu, nie przewidział też interwencji rosyjskiej. Dominują jednak analizy i wnioski trafne. Można powiedzieć, że autor trafnie przewidział scenariusz rozwoju i upadku omawianego tworu. 

niedziela, 12 listopada 2017

Pisałem ostatnio. że Robert Ludlum nie należy do moich ulubionych autorów sensacyjnych i że jego powieści uważam za znacznie słabsze od dzieł Folleta czy Forsytha. Jeszcze gorzej od oryginałów wypadają jednak książki jego kontynuatorów, piszących w oparciu o jego zapiski. Nawet znacznie gorzej. Ostatnio przeczytałem trzy książki o przygodach Jona Smitha, agenta amerykańskiej Tajnej Jedynki, agencji o której nie słyszał nikt, oprócz jej pracowników i prezydenta US.

 

Przeczytałem "Przymierze Kasandry" (The Cassandra Compact 2001,  autor Philip Shelby), "Opcję paryską" (The Paris Option, 2002, autor Gayle Lynds) i "Kod Altmana" (The Altman Code, 2003, autor Gayle Lynds). Wszystkie są napisane "na jedno kopyto". We wszystkich "tymi złymi" są hiperpatrioci dążący do radykalnego wzmocnienia obrony swojego kraju. Niestety nie ma spójności między książkami Shelbyego a Lyndsa. Postacie mają inne charaktery, umiejętności, stopień zażyłości, wiedzę, a nawet imiona. To mocno zgrzyta. Można czytać, ale tylko jeden raz. 

Na jednej z fejsbukowych grup czytelniczych ktoś niedawno pytał, kto jest najlepszym obecnie autorem powieści kryminalnych w Polsce: Remigiusz Mróz czy Katarzyna Bonda? Musiał ów pytacz być bardzo młody, albo bardzo mało oczytany, bo odpowiedź jest oczywista: żadne z nich. Ani Bonda, ani Mróz do pięt nie dorastają Krajewskiemu, Miłoszewskiemu, Wrońskiemu i wielu innym. Ale z tej dwójki moim zdaniem lepsza jest Katarzyna Bonda. Mroza nie da się czytać, a próbowałem bardzo usilnie, kilka książek wmusiłem w siebie, kilka innych napocząłem. Bondę czytać się da, ale wracać nie ma do czego. To są książki do czytania jednorazowego. Czytadła do pociągu.

wtorek, 31 października 2017

Od dawna lubię anglosaską powieść sensacyjną, mam jednak wśród autorów tego gatunku kilku ulubionych i całą gromadę mniej ulubionych. Do tych pierwszych należą Follet, Forsyth i Morrell. Pozostali, w tym również sławni, nie zachwycają mnie jakoś. I do tej drugiej grupy należy Robert Ludlum. Przez wiele lat miałem przerwę w czytaniu jego książek, Ostatnio postanowiłem do nich wrócić i po lekturze kilku utwierdziłem się w swojej opinii o tym autorze. "Zdrada Tristana" jest przede wszystkim słaba merytorycznie. Przedstawiona w niej wersja dwudziestowiecznych dziejów świata nie ma oparcia w ustaleniach historyków. Akcja jest wartka i wciągająca, ale główny bohater nie przekonuje. Jest za dobry w tym co robi. Ma w sobie coś z superbohatera. A występowanie superbohaterów jest na miejscu w fantastyce, ale nie w sensacji. 

poniedziałek, 18 września 2017

sinobrody

 

„Sinobrody” Kurta Vonneguta to chyba najlepsza z książek, jakie przeczytałem w czasie minionych wakacji. Dziwię się, że nie przeczytałem tego wcześniej. Wszak autor należy do moich ulubionych, a w czasie studiów czytałem wszystkie jego książki, jakie wpadły mi w ręce. Widocznie tej akurat nie mieli w lokalnej bibliotece. Powieść przybiera formę autobiografii fikcyjnego malarza Rabo Karabekiana. Jest on Amerykaninem ormiańskiego pochodzenia. W książce roi się więc od ormiańskich akcentów. Do typowych dla Vonneguta rozważań o życiu, literaturze, wojnie i ludobójstiwie, dochodzą tematy sztuki i Ormian. Ciekawostką jest dla mnie wzmianka o świętym Mesrobie. „Sinobrody” jest drugą książką, w której taką wzmiankę znalazłem. Pierwszą jest zbiór miniesejów Paula Coelho. To pewien paradoks, że owego ojca literatury ormiańskiej wspominają pisarze znajdujący się na przeciwległych biegunach współczesnej literatury. W zasadzie nie wiem, dlaczego akurat ta książka Vonneguta tak mi się spodobała. Ogólne wrażenie mam bardzo pozytywne, ale nie potrafię podać żadnych szczegółów. Co ciekawe, podobnie mam z twórczością innego, tym razem już rzeczywistego Amerykanina ormiańskiego pochodzenia. Alan Hovhaness należy do moich ulubionych kompozytorów. Jego muzyka mnie zachwyca, a sam nie wiem, czemu. Choć może w „Sinobrodym” kluczowe znaczenie dla wzbudzenia mojego zachwytu miał vonnegutowski styl umieszczania w powieści wstawek eseistycznych. Otóż u tego autora wstawki te są znacznie krótsze niż u innych pisarzy. Na to, na co oni potrzebują dwóch stron jemu wystarczają dwa zdania. A w tej książce wzniósł się pod tym względem na wyżyny.

czwartek, 14 września 2017

kalinowski

Tą książką, która pomogła mi przebrnąć przez pierwsze rozdziały twardochowego „Króla” była „Śmierć frajerom” Grzegorza Kalinowskiego. Podobnie jak tam, również i tutaj rzecz się dzieje w warszawskim środowisku skupionym wokół działaczy PPS i różnych przestępców. Akcja dzieje się nieco wcześniej, bo w pierwszej ćwierci XX stulecia. Jest tu obecny też przestępczy gwiazdor, z tym że nie Tasiemka, a Szpicbródka. Nie ma natomiast metafizyki. Jest to typowa powieść łotrzykowska. Co natomiast tu jest, czego nie ma u Twardocha, to nachalna sanacyjna propaganda. Wszyscy poza piłsudczykami są tu źli: endecy, komuniści, Niemcy, Rosjanie... Szczególnie razi w nazbyt czarnych barwach odmalowanie rządów Rosjan i Niemców w Warszawie. Razi też nadgorliwe, posunięte do śmieszności, tłumaczenie wtrętów obcojęzycznych. Bo czy można uzasadnić gwiazdkę przy wulgarnym rosyjskim przekleństwie, prowadzącą do przypisu o treści „wulgarne rosyjskie przekleństwo”? Ogólnie więc jest to książka gdzieś o dwa poziomy niżej od „Króla”. Wielką literaturą nie jest, ale na czytadło do pociągu nadaje się doskonale. Znacznie lepiej niż większość współczesnych polskich kryminałów.

wtorek, 12 września 2017

król twardoch

Do „Króla” Szczepana Twardocha zabierałem się długo. Dostałem tę książkę w kwietniu, skończyłem zaś ją czytać w sierpniu. Jakoś nie umiałem przebrnąć przez te warszawsko-przestępcze klimaty, które dominują w pierwszych rozdziałach. Przebiłem się przez nie dopiero wtedy, gdy w międzyczasie przeczytałem inną książkę w takichże waporach się kręcącą. No i dobrze że przebrnąłem. Te pierwsze rozdziały może dlatego były dla mnie trudne, a może raczej nudne, że w niczym nie przypominały „Morfiny” i „Dracha”. Myślałem sobie: „co to, Twardoch się na kryminały przerzucił, bo taka teraz moda?” Na szczęście się nie przerzucił. Od połowy książka staje się typowo twardochowa. I dobrze. Bo taka literatura jest nam potrzebna. Takiej literatury brakuje. Mrocznej, niepokojącej, wywołującej witkacowski wstrząs metafizyczny. Nie rozumiem jedynie, dlaczego autor zaczął tłumaczyć wtręty obcojęzyczne? Wcześniej tego nie robił i stanowiło to ważny element jego stylu. Bo Twardoch tym się między innymi wyróżnia wśród polskich pisarzy, że ma swój niepowtarzalny styl. Nie powinien go więc osłabiać. Bo gdy sól utraci swój smak, czym ją posolicie? Jeżeli trzeba by dać wspólny mianownik tym trzem powieściom, to są to książki o obłędzie. Jest więc Twardoch genialnym biografem obłędu . Polskiego obłędu głównie, choć głównymi bohaterami jego książek nie są klasyczni Polacy, a raczej Ślązacy, czy Żydzi, częściowo jedynie w polskość zanurzeni. Ale z pogranicza kulturowego widać lepiej.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

historia używek

 

Od ładnych kilku lat etnobotanika, czyli nauka o wykorzystywaniu roślin przez społeczności ludzkie jest jednym z głównych pól moich dociekań antropologicznych. Nic więc dziwnego nie ma w tym, że gdy w marketowym koszu z książkami wypatrzę jakąś pozycję, choćby luźno związaną z tą tematyką, kupuję ją i czytam. Tak było też z „Historią używek” Jarosława Molendy, wydaną przez Bellonę. To ciekawa książka i wata przeczytania, sporo się z niej dowiedziałem. Zmusiła mnie jednak do zweryfikowania mojego poglądu na kwestię dużo szerszą niż etnobotanika. Dotąd bowiem utrzymywałem, że w humanistyce praca naukowa od eseju różni się tym, że posiada przypisy. Otóż książka Molendy posiada przypisy, a pracą naukową nie jest. Mam zresztą spoore wątpliwości co do do tego, czy po usunięciu przypisów byłaby esejem. Jest to, wbrew pozorom przede wszystkim książka podróżnicza, po prostu taki jest jej styl. Na pracę naukową jest zbyt chaotyczna i zbyt mało systematyczna. W wywodzie są luki i długie wtręty nie na temat. Ale nie psuje to tej książki. Psułoby jedynie, gdyby miała być pracą naukową. A nie jest.

czwartek, 24 sierpnia 2017

kienzler

Ostatnimi czasy lubię czytać biografie. Nie aż w takim stopniu, aby stanowiły większość moich lektur, ale przynajmniej kilka takich rocznie czytuję, a jeśli doliczyć powieści biograficzne i pseudobiograficzne, to i kilkanaście. Ostatnio zaliczoną przeze mnie biografią jest praca Iwony Kienzler „Maria Konopnicka. Rozwydrzona bezbożnica”. Wydane przez Bellonę, więc tytuł tabloidowy, do tego już przywykłem. Książka jednak, co zresztą jest normą u tej autorki, solidna i godna polecenia. Przedstawia dużo faktów, skupiając się na życiu osobistym autorki „Roty”. Może być ciekawym przyczynkiem do rozwijającej się dyskusji na temat zmiany polskiego hymnu narodowego. Niektórzy wszak chcą „Rotą” właśnie zastąpić Mazurka Dąbrowskiego. A że są to środowiska skore go grzebania w biografiach, można się pokusić o stwierdzenie, że z życiorysem Konopnickiej się nie zapoznali. A warto to uczynić. Choćby za pomocą omawianej książki.

wtorek, 22 sierpnia 2017

atlas

 

W środę 9 sierpnia i w czwartek 10 sierpnia z "Wyborczą" można było kupić Atlas Drzew i Krzewów. W tych dwóch poręcznych tomikach opisano sto kilkadziesiąt gatunków roślin, czyli prawie wszystkie dziko rosnące oraz znaczną część dziczejących i powszechnie uprawianych. Niewątpliwie jest to pozycja potrzebna, bo większość dotychczas obecnych na rynku atlasów roślin po macoszemu traktowała drzewa i krzewy, skupiając się na roślinach zielnych. Nie ustrzeżono się jednak poważnych błędów. Agrest (Ribes uva crispa) oraz Porzeczkę pospolitą (Ribes rubrum) zaliczono błędnie do różowatych (Rosaceae) zamiast do agrestowatych (Grossulariaceae). Co dziwne, Porzeczkę czarną (Ribes nigrum) zaszeregowano prawidłowo. Warto zauważyć, że te dwie rodziny należą do różnych rzędów, jest więc to gruba pomyłka, a nie przyjęcie odmiennego systemu klasyfikacyjnego. Drugi błąd jest mniejszy. Otóż nazwa rodziny Eleagnaceae tłumaczona jest raz jako oliwnikowate (przy oliwniku), raz zaś jako rokitnikowate (przy rokitniku). Każda z tych dwóch nazw jest dopuszczalna, gdyż istnieją różne systemy klasyfikacyjne, ale należy zachować konsekwencję.

wtorek, 21 czerwca 2016

Z okazji trwającego Euro, przypominam wiersz nieznanego autora o zupełnie innych mistrzostwach:

 

Opowiadanie piłkarza składu podstawowego Reprezentacji Polski (Mundial 2002).

 

Nam strzelać nie kazano - Wstąpiłem na pole
Ogromnego boiska. Ku*&a! Ja pie...**olę!
Kibiców koreańskich ciągną się szeregi
Po trybunach wysokich, aż po same brzegi.
Widziałem ich trenera: - przybiegli, coś powiedział,
A później już spokojnie na swej ławce siedział.
Sędzia gwizdnął w swój gwizdek, no i się zaczęło,
Lecz od owego pisku wnet z nieba lunęło.
A na mokrej murawie ciężko piłkę kopać,
Tak, aby butem czystym nie nadepnąć błota.

Co innego Korea, te brudasy skośne
Taplały się wciąż w błocie, jak dzieci radośnie.
Ubrudzili nam piłkę i potem strzelali...
Dudek chciał zostać czysty. Wy byście łapali?
Nie miejcie więc don żalu, ze w bramce stal z boku,
Wraz z żona oszczędzają na proszku w tym roku.
Cóż, że przegraliśmy, zachowajmy powagę.
Wszak wciąż mamy nad nimi moralna przewagę.
Po cóż kibic narzeka, musi się wydzierać?
Przecież już powiedziałem - nie kazano strzelać!

Nam strzelać nie kazano - a tu mecz kolejny.
Dzisiaj już deszcz nie pada, co za klimat chwiejny!
Trener jednak usłyszał, że znów będzie lało,
Dał więc swym zawodnikom złe ciuchy na ciało.
I ubrał on piłkarzy w koszulki specjalne
Co (choć zwykle z wyglądu) są nieprzemakalne.
Gdy jednak zapanuje przepiękna pogoda
Ogromna bywa z nimi często niewygoda
Nie przepuszczają potu, kleją się do ciała,
Nic dziwnego, ze Polska tak kiepściutko grała.

Inaczej Portugalia, ich główny menago
Niejednego w swym klubie trzymał Figo-fago.
Piłka zaś przyśpieszała, jak jakaś rakieta,
Kiedy miał ją przy sobie ten Pedro Pauleta.
Lecz najgorsze już było (taką grę pier...**lę!),
Że, gdy nie patrzyliśmy, to walili gole.
Płoche wasze obawy, cóż, że obrywamy!
W tym meczu honorowo na faule wygramy.
No i po co te krzyki, że nam władowano?
Przecież już powiedziałem - strzelać nie kazano!

Nam strzelać nie kazano - czas na Amerykę.
Kibice nas przywitali przeogromnym krzykiem!
Jak my w takich warunkach mamy móc pracować?!
Lecz dziś trener na szczęście kazał kibicować.
Siedzimy sobie zatem, ja, a obok Dudek.
Zajadamy chipsy, pijem gorący kubek;
Kiedym ja na odwrocie własny opis czytał,
Dudek wciąż do Tottiego eSeMeSy pisał.
Minęło już z pięć minut, wszyscy ciągle krzyczą...
No i jak mam to czytać, gdy oni tak ryczą?!

Wreszcie się ten mecz skończył, pewnie przegraliśmy,
Lecz nie patrzyłem ile - z Dudkiem gadaliśmy
Wciąż o naszych zarobkach. Małe jak cholera,
Aż musimy dorabiać. Czas zmienić trenera.
Nagle wzrok zawiesiłem na wielkich ekranach.
Jak to? Co to za cyfry? To fatamorgana?
Ale jednak, naprawdę, Polska dziś wygrała.
O ja pierdziu, ej Dudek, niezła wyszła chała!
Na usprawiedliwienie coś powiedzieć chcielim:

Nam strzelać nie kazano - oni nie wiedzieli...

poniedziałek, 02 marca 2015

mapa

Nieraz już wzmiankowałem, że uważam, nie będąc zresztą w tym sądzie odosobnionym, że literatura piękna jest nie tylko przedmiotem badań humanistyki w ogólności, a antropologii kulturowej w szczególności, ale także jest sama sui generis antropologią kultury, należy więc do arsenału humanistyki. Dzieła literatury pięknej jednocześnie są składnikiem kultury i opisem kultury. Słusznie więc mają swoje miejsce w cyklu "Humanistyka z marketowego koszyka". Oczywiście dzieła literackie spełniają się w roli opisu kultury w różnym stopniu i z różnym powodzeniem. Szczególną rolę jako swego rodzaju prace antropologiczne odgrywają powieści mocno nasycone eseistycznymi dygresjami. Do takich właśnie utworów literackich należy "Mapa i terytorium" Michela Houellebecqa, którą ostatnim czasem nabyłem w Realu za sumę trzech polskich złotych. Akcja powieści sprowadza się do życiorysu fikcyjnego francuskiego artysty Jeda Martina. Jest ona prowadzona gładko, obfituje w ciekawe momenty i sprawia, że książkę dobrze się czyta. Toczy się we Francji i epizodycznie w Szwajcarii, w pierwszej połowie XXI stulecia. Właśnie tak, a nie jednym tylko słówkiem "współcześnie" trzeba określić czas akcji. Współcześnie to akcja się zaczyna (z pewnymi nawrotami ku przeszłości) a potem toczy się jeszcze przez lat kilkadziesiąt. Nie jest to jednak science fiction. Przyszłość jest tu bardzo podobna do teraźniejszości. Nie na tem jednak chciałem się skupić. Fabuła sama w sobie czyni tę książkę wartą przeczytania, trzeba jednak pamiętać, że stanowi ona jedynie pierwszy, najbardziej zewnętrzny jej krąg znaczeniowy. Przewodnią myślą tej książki, a zarazem jej drugim kręgiem znaczeniowym jest koncepcja głębokiego osamotnienia artysty, a w szczególności artysty genialnego, takim zaś jest Jed Martin. Człek ów nawiązuje co prawda relacje seksualne z kobietami, ale nie potrafi tworzyć z nimi trwałych związków, a nie ma przyjaciół, a relacje z ojcem ma trudne, mimo dobrej woli obydwu stron. To oczywiście nie pierwsza na świecie powieść opisująca podobne zjawisko. Zblíżony opis, dotyczący Paula Gaguina, można znaleźć w "Raju tuż za rogiem" Maria Vargasa Llosy. O ile jednak Vargas, opisując postać historyczną, musiał się trzymać faktów, to Houellebecq mógł sobie pozwolić na daleko idące przerysowania. Najgłębszym kręgiem omawianej ksiąźki są rozważania na temat roli w kulturze i życiu współczesnego i powspółczesnego człowieka dwóch freudowskich czynników: Erosa i Tanatosa. Rozważania te są prowadzone w dosyć drastyczny sposób, na przykład poprzez porównywanie funkcjonowania burdelu i zakładu eutanazyjnego. Te dwa wątki eseistyczne są niewątpliwie bardzo interesujące dla badaczy kultury i są ważnym głosem w dyskusji o niej. Są zresztą w tej książce jeszcze i inne antropologiczne wątki i motywy, ale te dwa uznałem za najważniejsze i w konsekwencji najbardziej warte zaprezentowania czytelnikom. Oczywiście ktoś inny, czytając tę książkę, może inne rzeczy silniej odebrać i w konsekwencji zupełnie inną recenzję napisać.

środa, 25 lutego 2015

iwaszkiewicz

Pisząc swój cykl "Humanistyka z marketowego koszyka" zarówno humanistykę, jak i marketowy koszyk traktowałem i traktuję bardzo szeroko. Omawiam więc tu nie tylko literaturę naukową i popularnonaukową, ale także eseistykę a nawet beletrystykę, wygrzebaną nie tylko w tytułowych hipermarketowych koszach z tanią książką, ale też w innych kanałach wyprzedażowych, takich jak na przykład dodatki książkowe do różnego rodzaju czasopism. I właśnie jako dodatek do jakiegoś niezbyt ambitnego kobiecego pisemka, którego tytuł z litości pominę, wypełnionego naiwnymi, zmyślonymi opowiastkami udającymi historie prawdziwe, nabyłem autobiografię Jarosława Iwaszkiewicza zatytułowaną "Książka moich wspomnień". Nie wiedzieć czemu, książka ta została włączona do serii poświęconej literaturze kobiecej. Pan Bóg jeden raczy wiedzieć co też szczególnie kobiecego jest w autobiografii jednego z największych polskich pisarzy ubiegłego stulecia, który wszak ponad wszelką wątpliwość był mężczyzną. Podczas lektury nieodparcie nasuwają się skojarzenia z omówioną już w niniejszej serii tekstów "Rodzinną Europą" Czesława Miłosza. Oczywiście są to pod pewnymi względami bardzo różne książki. O ile bowiem Miłosz napisał w istocie zbiór esejów ubrany jedynie w formę autobiografii, to Iwaszkiewicz popełnił autobiografię typową, o wręcz pamiętnikarskim charakterze. Dzieło Miłosza ma konsekwentnie programowy charakter, przemyślany aż do najdrobniejszego szczegółu, zaś wspomnienia skamandryty mają cechy swobodnego przepływu strumienia świadomości. Są jednak mimo wszystko między tymi książkami liczne podobieństwa, przedewszystkiem dlatego, że życiorysy obydwu literatów są w wielu punktach zbieżne. Obydwaj pochodzili z Kresów (Miłosz z Litwy, Iwaszkiewicz z Ukrainy), obydwaj studiowali prawo, obydwaj w okresie międzywojennym pracowali w instytucjach państwowych (Miłosz w Polskim Radiu, a Iwaszkiewicz w Ministerstwie Spraw Zagranicznych), obydwaj doskonale znali język rosyjski i dla obydwu duże znaczenie miała Francja. Kolejne podobieństwo tych książek to ich ramy czasowe. Obydwie obejmują okres pierwszej połowy dwudziestego stulecia ze szczególnym uwzględnieniem dwudziestolecia międzywojennego. Inny jest na pewno sposób pisania i to nie tylko w kwestii nasycenia tekstu dygresjami eseistycznymi, ale także w sposobie opisywania występujących w nim postaci. Miłosz metodycznie chronił prywatność wzmiankowanych przez siebie osób niepublicznych unikając wymieniania ich imion i nazwisk, Iwaszkiewicz zaś zupełnie się tym nie przejmował, sypiąc nazwiskami na lewo i prawo. A trzeba przyznać, że opowiadać tak o sobie, jak też o innych ludziach. Książka jest tedy skarbnicą wiedzy nie tylko o samym Iwaszkiewiczu, ale także o pozostałych skamandrytach (zwłaszcza Lechoniu i , nadto o Jerzym Liebercie, Karolu Szymanowskim i wielu mniej słynnych ludziach a w końcu też i o świecie polskiej szlachty na wschodniej Ukrainie, który to świat ostatecznie przestał istnieć w drugiej dekadzie ubiegłego stulecia.

piątek, 13 września 2013

 

 

Od czasu do czasu lubię sobie wystartować w jakimś konkursie. Startuję więc w licznych konkursach, przedewszystkiem internetowych. Rzadko kiedy udaje mi się coś wygrać, ale rzadkość wygrywania nie zniechęca mnie do dalszych startów Szczególnie upodobałem sobie konkursy literackie. Najczęściej wysyłam na nie rozmaite wierszyki, lub krótkie eseje, utwory fabularne pisane prozą znacznie rzadziej. Tym razem jest inaczej. Na konkurs literacki Chomika wysłałem krótkie opowiadanie Oto link do tego tekstu. Zachęcam do głosowania na moją propozycję.

poniedziałek, 09 września 2013
czwartek, 09 lutego 2012

Od czasów licealnych uwielbiam powieści sensacyjne. Moim ulubionym autorem jest Ken Follet. Nie wszystkie jednak jego powieści podobają mi się jednakowo i nie wszystkie uważam za równie dobre. Jedne mnie zachwycają, inne zadowalają, jeszcze inne zawodzą. Do tej ostatniej kategorii należy "Trzeci bliźniak". Pod względem warsztatowym powieść nie jest gorsza od pozostałych, jej wady leżą na zupełnie innym obszarze. Ich omówienie wymaga jednego zdania wprowadzenia. Ken Follet jest ewidentnym lewicowcem, członkiem, a nawet działaczem brytyjskiej Partii Pracy. Jednak w swoich powieściach zasadniczo nie uprawia lewicowej propagandy. "Trzeci bliźniak" jest wyjątkiem. Tu agitacja hula na całego. Oto przykład: główna bohaterka, doktor psychologii, pochodząca z biednej rodziny, twierdzi, że w przypadku zniesienia państwowego systemu pomocy społecznej, co postulują konserwatyści, dziewczęta z biednych rodzin nie będą miały żadnej możliwości zdobycia wykształcenia. Owi konserwatyści są zresztą w powieści przedstawieni w sposób skrajnie zafałszowany, bezpodstawnie przyrównuje się ich do niemieckich nazistów. Wszyscy występujący w powieści konserwatyści są bohaterami negatywnymi. Polityczny lewoskręt to nie jedyna wada tej powieści. Równie poważnym niedociągnięciem jest propagowanie kontrowersyjnej i nieudowodnionej hipotezy naukowej o dominującym wpływie genów na życie człowieka. Można oczywiście potraktować tę książkę jako sprawnie napisane lekkie czytadło, ale dzięki takiemu potraktowaniu bynajmniej nie stanie się ona mniej groźna. Wręcz przeciwnie, stanie się jeszcze groźniejsza, bo będzie sączyć swój jad dyskretnie i niepostrzeżenie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5