LITERATURA

czwartek, 17 stycznia 2019

pawlak

"Książeczka wojskowa" Antoniego Pawlaka jest drugą pozycją z serii "Kanon Literatury Podziemnej", którą udało mi się wygrzebać w marketowych koszach. Są to wspomnienia z peerelowskiej służby zasadniczej, ale mają charakter znacznie bardziej uniwersalny. 

Na słowa kolegi: Mam nadzieję, Antoni, że doczekamy jeszcze czasów, gdy młodzi ludzie będą pełni dumy szli do POLSKIEGO wojska", autor odpowiada: "Ja nie miałem tej nadziei. Nie mam jej do dzisiaj. Zresztą, Kazik, wojsko jest zawsze wojskiem. Poza wszystkim innym." Autor ma rację. Dlatego tę książeczkę powinni obowiązkowo czytać wszyscy politycy, którzy chcą przywracać pobór. 

1/52/2019

* * * * *

poniedziałek, 14 stycznia 2019

ng

To nie książka (Nie ma ISBN), więc nie numeruję jej na liście przeczytanych książek. Jest jednak ważną dla mnie lekturą, więc poświęcę jej kilka zdań. W sumie niczego nowego mnie nie nauczyła, ale zgodnie z adnotacją na okładce, uporządkowała moją wiedzę. Dostarczyła mi także możliwości obcowania ze sztuką, w postaci reprodukcyj kilkudziesięciu wybitnych obrazów o tematyce biblijnej. Część artystyczna znacznie podnosi wartość poznawczą wydawnictwa. 

Dziwi mnie trochę dobór postaci, zwłaszcza ze Starego Testamentu. Nieobecność Hioba czy Samuela przy jednoczesnej obecności Jetry i Debory dziwić musi. Choć może staje się nieco bardziej zrozumiała, gdy się traktuje Biblię jako rodzaj mitologii, a tak zdaje się ją postrzegać autor.  Pozycja reprezentuje pozycje chrześcijaństwa kulturowego - z jednej strony nie neguje historyczności biblijnych postaci, czy wydarzeń, snuje opowieść zgodnie z tekstem Biblii, z drugiej strony nie eksponuje wątków ściśle religijnych. 

* * * * *

środa, 09 stycznia 2019

efektor

O tej książce mogę napisać to samo, co wcześniej pisałem o "33 dniach prawdy" tegoż autora: "Książka zaczęła się schematycznie - solidny kryminał z solidną intrygą. Planowałem dać cztery gwiazdki, bo nie widziałem błysku. Ujrzałem go dopiero w zaskakującym zakończeniu. Dlatego daję gwiazdek pięć. Warto się nie zniechęcać i czytać do końca."

Można więc rzec, że Arnold dorobił się własnego, rozpoznawalnego stylu. A to jest rzecz, którą warto docenić, bo mało któremu pisarzowi się to udaje. 

63/52

* * * * *

niedziela, 06 stycznia 2019

ptak

Znowu czytam nie po kolei. Najpierw powinienem przeczytać "Malowanego ptaka" a dopiero potem "Czarnego ptasiora" Siedleckiej. Miałbym wtedy właściwą proporcję. Co prawda czytając elukubracje nierzetelnej badaczki zdawałem sobie sprawę, że jej zarzut, jakoby pisarz tą książką fałszował swoją biografię, jest absurdalny. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że "Malowany ptak" jest książką rak barszo osadzoną w klimacie baśniowo-fantastycznym. Jest to właściwie antybaśń przesycona archetypiczną symboliką. Dwa główne wątki szczególnie rzucają się tu w oczy. Po pierwsze nachalnie, obsesyjnie wręcz powracający motyw ognia, sprawiający, że opowieść o dziejach chłopca staje się tu swoistą alegorią holokaustu. Nawiązuje to wyraźnie do etymologii słowa holokaust, pierwotnie oznaczającego całopalenie, ofiarę całopalną. Drugim głównym wątkiem jest ścisły związek między erosem i tanatosem, charakterystyczny zresztą dla całości pisarstwa Kosińskiego.ciekawa też jest apoteoza sowieckiego komunizmu, tak przesadna, że aż sprawia wrażenie prześmiewczej. Uderzają w niej analogie między komunizmem a religią. 

Co do nierzetelności Siedleckiej, to uderzyła mnie jedna rzecz. O miejscu akcji pisze ona tak: "Jaka "kraina mityczna", skoro to kubek w kubek Dąbrowa i okolica? Zupełnie prawie niezmieniona?" Naprawdę? Kosiński pisze o miejscu akcji tak: "Wioski w tej okolicy były zapomniane przez wieki. Niedostępne, położone daleko od ośrodków miejskich, znajdowały się w jednym z najbardziej zacofanych obszarów Europy Wschodniej. Nie istniały tam szkoły i szpitale, nie znano elektrycz­ności, a mosty i brukowane drogi stanowiły rzad­kość. Mieszkańcy niewielkich osad żyli tak samo jak ich przodkowie. Wioski toczyły waśnie o dostęp do rzek, lasów i jezior. Jedynym prawem było prastare prawo silnych i bogatych do narzucania swojej woli słabym i ubogim. Ludność, podzieloną na katolicką i prawosławną, łączyła tylko wyjąt­kowa zabobonność oraz niezliczone choroby, nę­kające zarówno wieśniaków jak i zwierzęta." Naprawdę ten opis pasuje  Siedleckiej do wsi pod Stalową Wolą? Gdzie ona w tej rzeczywistej Dąbrowie widzi prawosławnych, czy brak dróg i mostów? Przecież każdy widzi, że Kosiński opisał jakieś bagna Polesia na ukraińsko-białoruskiej granicy, a nie jakąkolwiek okolicę w granicach dzisiejszej Polski .

Reasumując, "Malowany ptak" jest alegorią holokaustu, taką jak "Tworki" Bieńczyka, czy "Beatrycze i Wergil" Martela. Szczególnie cenną, bo pierwszą.

62/52

* * * * *

sobota, 29 grudnia 2018

dawid

"Dawid z Jerozolimy" Louisa de Wohla to typowa powieść biblijna. Ten gatunek literacki został zapoczątkowany w 1880 roku powieścią Ben Hur amerykańskiego pisarza Lewisa Wallace’a z czasem wypierając popularny wcześniej poemat biblijny. 

Ważny jest wybór głównego bohatera powieści. Dawid spośród świętych Starego Przymierza (jakże łatwo zapominamy, że takich też mamy) jest szczególnie charakterystyczny. Z jednej strony poligamista, cudzołożnik i sprawca śmierci tysięcy ludzi (w tym także niewinnych), a z drugiej strony autor najpiękniejszych modlitw w dziejach ludzkości (które jednocześnie należą do najważniejszych modlitw Kościoła) i człowiek niewątpliwie święty.

Czytałem już kiedyś inną powieść o biblijnym Dawidzie - "Raport o królu Dawidzie" Stefana Heyma, który przedstawia Dawida i jego synów jak starożytny odpowiednik rodziny Borgiów. Z kolei de Wohl przedstawia Dawida przede wszystkim jako świętego. Powieści biblijne są różne. Niektóre są bardziej powieściami, inne są bardziej biblijne. Książka Heyma jest bardziej powieścią, a de Wohla bardziej biblijna. Obecne są w niej tylko wydarzenia i postacie obecne w Biblii. jedynie szczegóły i postacie epizodyczne są wymyślone przez autora. Wierność tekstowi biblijnemu jest więc główną cechą tej pozycji. Czy zaletą, czy wadą, zależy to jedynie od gustu czytelnika.

Publikuję ten wpis 29 grudnia, gdyż w tym dniu wspomina się w Martyrologium Rzymskim Świętego Dawida króla. 

61/52

* * * *


wtorek, 18 grudnia 2018

wodniicki

Drugi raz w tym roku zdarzyło mi się przeczytać książkę, która wydawała się być pozycją podróżniczą, zbiorem zapisków z podróży, a okazała się poważnym esejem dotyczącym kultury i cywilizacji. "Lekcję łaciny" Adama Wodnickiego przeczytałem przypadkiem. Jeszcze godzinę, ba jeszcze kwadrans przed rozpoczęciem lektury nie miałem zielonego pojęcia o istnieniu tej książki. Od po prostu utknąłem na kilka godzin w sympatycznym miejscu zaopatrzonym w jeszcze sympatyczniejszą podręczną biblioteczkę i sięgnąłem na chybił trafił po jedną z umieszczonych tam pozycyj. Dobrze trafiłem.

Jest to książka o przemijaniu cywilizacyj i trwaniu ich reliktów. Głównie chodzi o cywilizacje rzymską i łacińską, powiązane ze sobą poprzez tytułową łacinę. Pretekstem do tych rozważań są wędrówki po francuskim mieście Arles, które autor odwiedzał w ciągu swojego życia wielokrotnie. W książce tej historie rzeczywiste mieszają się z fikcyjnymi i czasami trudno powiedzieć która jest która. Przewija się przez stronice ogromna liczba cytatów literackich i artystycznych i choćby dla nich warto tę książkę przeczytać. 

Przytoczę tylko jeden z nich: "Żaden monument, jakikolwiek by on był, nie należy do motłochu, który go niszczy. Gdyż niszczący są lub będą zawsze tylko motłochem. Rupert Sheldrake" To jest bardzo mocne przesłanie tej książki.

60/52

* * * * *




środa, 12 grudnia 2018

sheen

Ta objętościowo niewielka książeczka jest niezwykle bogata w treść. Będący obecnie kandydatem na ołtarze, zmarły w 1979 roku nowojorski arcybiskup Fulton Sheen, którego dzieła zyskały ogromną popularność na całym świecie, a ostatnio także w naszym kraju na kilkudziesięciu stronicach przybliża rozmaite aspekty Świąt Bożego Narodzenia, a właściwie Tajemnicy Wcielenia Syna Bożego, na którą te święta wskazują. 

Pisze o Miłości Boga do człowieka i o ludzkiej odpowiedzi na tę miłość, o historycznym Bożym Narodzeniu w Betlejemie i o mistycznym Bożym Narodzeniu w sercach wiernych chrześcijan. Książeczka, za pomocą niewielkiej liczby słów, systematyzuje ludzką wiedzę o tej Tajemnicy, którą, jak pisze Sheen odkrzyli "tylko bardzo prości i bardzo uczeni (..) nie zaś człowiek jednej księgi".

Znajdziemy też w tej książeczce sporo tego, co o Bożym Narodzeniu możemy przeczytać u Tomasza z Akwinu, Jana Taulera, czy Adama Mickiewicza. Ten ostatni pisał tak:

Wierzysz, że się Bóg zrodził w betlejemskim żłobie,
Lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie.

A Sheen właściwie to samo ujmuje innymi słowy: 

Boże Narodzenie nie jest czymś, co się wydarzyło, np. jak bitwa pod Waterloo; jest ono czymś, co się dzieje. To, co przytrafiło się ludzkiej naturze, za Jej zgodą, od Maryi, może za naszą zgodą, przydarzyć się w mniejszym wymiarze naszej ludzkiej naturze. 

I to chyba jest prawdziwy sens Bożego Narodzenia.

Książeczkę, którą można potraktować jak miniaturowe bożonarodzeniowe rekolekcje,  uzupełniają przepiękne ilustracje będące reprodukcjami religijnych obrazów wybitnych malarzy różnych epok, mądra przedmowa pióra arcybiskupa Jana Pawła Lengi, życiorys Czcigodnego Sługi Bożego Fultona Sheena i dwie modlitwy: o jego beatyfikację i o wyproszenie łask za jego przyczyną. Pozycja ta jest jednym z najpiękniejszych prezentów bożonarodzeniowych, jaki można w tym roku dać polskiemu katolikowi. 

59/52

* * * * *

poniedziałek, 10 grudnia 2018

dębski

Kiedy jeszcze czytałem regularnie czasopisma publikujące opowiadania fantastyczne, Rafał dębski jawił mi się jako jeden z najciekawszych polskich autorów fantasy. Potem na lat kilka straciłem go z oczu, aż w ostatnich tygodniach sięgnąłem po jego powieść "Kiedy Bóg zasypia".

Jest to dość klasyczna historical fantasy. Akcja jest osadzona w Polsce, w latach trzydziestych jedenastego stulecia. Można by powiedzieć, że jest to książka o Bolesławie Zapomnianym, ale nie jest on jej głównym bohaterem. Zresztą trudno powiedzieć, bo wyraźnego głównego bohatera w tej powieści nie ma. Przeplata się tu kilka głównych wątków, z których każdy ma swoich bohaterów.

Widać tu liczne inspiracje innymi dziełami polskiej fantasy, zwłaszcza cyklem husyckim Sapkowskiego i sagą o Twardokęsku Brzezińskiej. Zwłaszcza z tej drugiej serii zdaje się być zaczerpnięty pomysł na wielobohaterską i wielowątkową narrację, a z pierwszej teza o silnym wpływie magii na historię. Z kolei od Pilipiuka zaczerpnął chyba autor zdecydowaną niechęć do słowiańskiego pogaństwa. Ogólnie rzecz jest spójna, przekonująca i ciekawa, inaczej mówiąc solidna i warta przeczytania. 

58/52

* * * * * 

wtorek, 04 grudnia 2018

opowieść

Dawno już nie omawiałem na tych łamach lektur szkolnych moich dzieci, więc czas już jest najwyższy do tej praktyki powrócić. A powracam omawiając książkę naprawdę ważną, chociaż objętościowo niewielką. 

Można metaforycznie rzecz, że "Opowieść wigilijna" Dickensa jest jedną z najważniejszych ksiąg świętych kulturowego chrześcijaństwa. W zasadzie nie ma wśród osób obcujących na co dzień z zachodnią popkulturą takich, które by tego dzieła przynajmniej pośrednio nie znały. Przeróbek i adaptacyj, zwłaszcza filmowych są setki. Dzieci, również polskie, zanim zaczną tę książkę przerabiać w szkole, znają już jej fabułę z adaptacyj z Myszką Micky, czy Barbie. 

Co się zaś tyczy oryginalnej książki, to jest ona wyborną opowieścią baśniową w najlepszym dziewiętnastowiecznym stylu bijącą pod względem baśniowości na głowę udające baśnie parahorrory Andersena. Należy ubolewać, że w naszej części świata ta uniwersalistyczna opowieść o Duchu Bożego Narodzenia nie miała do niedawna takiej popularności jak one. 

Amerykanizacja światowej, a zwłaszcza europejskiej kultury ma wiele minusów, ale ma też plusy. Do tych ostatnich należy popularyzacja "Opowieści wigilijnej".

57/52

* * * * *

poniedziałek, 03 grudnia 2018

ihiguro

Rok temu przeczytałem i omówiłem książkę Kazuo Ishiguro "Nokturny", która mnie zachwyciła, czemu dałem wyraz w swoim wpisie. idąc za ciosem nabyłem kolejną książkę tegoż autora, czyli właśnie powieść "Nie opuszczaj mnie" i zaczęły się schody. Męczyłem się z tą książką prawie rok, podchodząc do niej wielokrotnie. Jednocześnie na forach książkowych wielokrotnie czytałem opinie czytelników zachwyconych "Nie opuszczaj mnie i jednocześnie zawiedzionych "Nokturnami". Dowodzi to, że gusta literackie potrafią być bardzo zróżnicowane. 

Jak można określić przynależność gatunkową tej powieści? Conteporary fiction? Umiarkowana antyutopia? Historia alternatywna? Nie chcąc spojlerować, nie zdradzę elementów fabuły, powiem jedynie, że książka jest straszliwie przygnębiająca. I może dlatego tak się z nią męczyłem, bo ja przygnębiających książek nie lubię. Wolę szczęśliwe zakończenia, jak w bajkach.

Powie ktoś, że właśnie zaspojlerowałem, ujawniając, że zakończenie książki nie jest szczęśliwe. Otóż niczego nie zaspojlerowałem, bo to wiadomo już po przeczytaniu pierwszych kilku stron, a nawet samej tylko noty okładkowej. 

56/52

* * * *

piątek, 30 listopada 2018

ptasior

Są ludzie, którzy uważają tę książkę za bardzo ważną, fundamentalną wręcz. Ja nie podzielam tego zdania. Książka jest w pewnym stopniu ciekawa, ale jest dość słaba metodologicznie i przedewszystkiem wyważa drzwi od dawna otwarte. Co najmniej od lat siedemdziesiątych wiadomo bowiem wszystkim, którzy chcą wiedzieć, że "Malowany ptak" jest fikcją powieściową, a nie autobiografią. Autor mówił o tym wielokrotnie i jednoznacznie.

Owszem, mówił też, że w książce tej są wątki autobiograficzne, ale między wątkami autobiograficznymi w powieści, a autobiografią, czy choćby powieścią autobiograficzną jest mniej więcej taka różnica jak między butelkowaną wodą morską w aptece a morzem. "Malowany ptak" nie daje podstaw do nazwania Kosińskiego kłamcą. Był on po prostu twórcą powieściowych fikcyj. 

Co do słabości metodologicznej Siedleckiej to objawia się ona w oparciu praktycznie wyłącznie na relacjach ustnych, głownie mieszkańców wsi, w której ukrywał się w czasie okupacji Kosiński. Autorka nie szukała dokumentów, nie dowiedziała się nawet tego, że Kosiński miał pierwotnie na imię Józef, choć i w tych relacjach ustnych były poszlaki na to wskazujące. Ogólnie książka sprawia wrażenie napisanej na kolanie i pod z góry założoną tezę. 

55/52

* * *

wtorek, 20 listopada 2018

maska

W ubiegłym roku omawiałem książkę Grzegorza Kalinowskiego "Śmierć frajerom". Dziś przyszedł czas na drugą część. 

W sumie to niezła książka jest. Dobrze wprowadza w klimat międzywojnia: Warszawa, Zakopane, teraz także Poznań i Sopot. Dostarcza wielu ciekawych informacyj. Ciekawym pomysłem są liczne odwołania do dzisiejszej popkultury: "Budzikom śmierć", aspirant Strassburger opowiadający stare kawały, Japończyk Murakami, mający dziadka Harukiego, etc. 

Jedyną rzeczą, która mi trochę, ale tyko trochę przeszkadza jest mnogość wątków, powodująca, że nie pamiętam już wielu wydarzeń z pierwszej części, co nieco utrudnia lekturę. Na szczęście mniej niż w pierwszej części jest tu nachalnej patriotycznej propagandy.

54/52

* * * *

czwartek, 01 listopada 2018

krajewski

Od czasu do czasu czytam sobie polskie kryminały. Jedne są gorsze, inne są lepsze, bo jedne są pisane przez płodnych grafomanów, a inne przez prawdziwych, dobrych pisarzy. "Aleja samobójców" należy do tej drugiej kategorii. Jej autorzy niewątpliwie są dobrymi pisarzami. Książka jest naprawdę dobrym kryminałem, chętnie sięgnę po następne części cyklu, zwłaszcza, ze ty razem, dla odmiany zacząłem od książki cykl rozpoczynającej. 

53/52

* * * * *

piątek, 26 października 2018

x

To jedna z najdziwniejszych książek, jakie w tym roku czytałem. Przez pierwszą część- zbiór absurdalnych opowiadań, trudno było mi przebrnąć. Na szczęście jednak przebrnąłem i dotarłem do części znacznie bardziej interesującej - do esejów, których część też nurza się w absurdzie. Najciekawsze są dla mnie trzy: o drugim Jerofiejewie, Wienedikcie, o Aleksandrze Marininej, popularnej również i u nas autorce kryminałów, która jest rosyjskim odpowiednikiem naszego Remigiusza Mroza. Mimo jednak tych kilku ciekawych esejów, nieprędko raczej wrócę do tego autora. Za dużo absurdu. Choć te eseje są znacznie łatwiejsze w odbiorze niż czytane przeze mnie niedawno eseje Michela Houellebecqa, to jednak chętniej będę wracał do Francuza. 

52/52

* * * *

czwartek, 18 października 2018

 tokarczuk

"E.E" Olgi Tokarczuk należy podobnie ja "Podróż Ludzi Księgi" do wczesnych powieści tej autorki. Podobnie jak w tamtej książce można tu dostrzec podobieństwa do stylu Hermana Hessego i Marguerite Yourcenar. Jest też podobnie uniwersalistyczna, może dotrzeć do czytelników na całym świecie. Akcja dzieje się we Wrocławiu na początku dwudziestego wieku we Wrocławiu. Głównym problemem fabuły jest wielość możliwych spojrzeń na jedno zjawisko. Pozycja bardzo solidna i ciekawa, choć nie tak zjawiskowa jak "Podróż Ludzi Księgi". 

* * * * *

51/52

wtorek, 02 października 2018

millenium

Powrót do "serii szwedzkiej" i do czytania cyklów od dalszych tomów. Książka ciekawa, choć mnie mniej od szczegółów spisku w szwedzkiej tajnej policji interesowały kulisy pracy dziennikarskiej. Nie jestem przekonany, czy przeczytam wcześniejsze tomy, bo chyba nie mam po co. Co w nich ważne, to już wiem. Trochę problemów sprawiały mi szwedzkie nazwiska, które mi się myliły. Pewnie kiedyś do tego autora wrócę, ale chyba nie od razu, nie w tym roku.

50/52

* * * *


piątek, 28 września 2018

Opisany przeze mnie w poprzednim wpisie plebiscyt na Polkę stulecia nie jest jedynym tego rodzaju wydarzeniem w ostatnim czasie. Stulecie Niepodległości jest atrakcyjną okazją. Trzeci Program Polskiego Radia ogłosił plebiscyt na książkę stulecia. Tu również jest sto kandydatur: 

 

1. Jerzy Andrzejewski „Miazga”,

2. Jerzy Andrzejewski „Bramy raju”,

3. Krzysztof Kamil Baczyński „Wiersze”,

4. Stanisław Barańczak „Widokówka z tego świata”,

5. Miron Białoszewski „Obroty rzeczy”,

6. Miron Białoszewski „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego”,

7. Andrzej Bobkowski „Szkice piórkiem”,

8. Tadeusz Borowski „Pożegnanie z Marią”,

9. Kazimierz Brandys „Wariacje pocztowe”,

10. Leopold Buczkowski „Czarny potok”,

11. Józef Czechowicz „Nuta człowiecza”,

12. Józef Czapski „Na nieludzkiej ziemi”,

13. Florian Czarnyszewicz „Nadberezyńcy”,

14. Maria Dąbrowska „Noce i dnie”,

15. Tadeusz Dołęga-Mostowicz „Kariera Nikodema Dyzmy”,

16. Stanisław Dygat „Jezioro Bodeńskie”,

17. Tadeusz Gajcy „Wiersze”,

18. Konstanty Ildefons Gałczyński „Utwory poetyckie”,

19. Witold Gombrowicz „Dziennik”,

20. Witold Gombrowicz „Ferdydurke”,

21. Witold Gombrowicz „Ślub”,

22. Witold Gombrowicz „Trans-Atlantyk”,

23. Zygmunt Haupt „Pierścień z papieru”,

24. Zbigniew Herbert „Barbarzyńca w ogrodzie”,

25. Zbigniew Herbert „Pan Cogito”,

26. Zbigniew Herbert „Raport z oblężonego miasta”,

27. Gustaw Herling-Grudziński „Dziennik pisany nocą”,

28. Gustaw Herling-Grudziński „Inny świat”,

29. Marek Hłasko „Pierwszy krok w chmurach”,

30. Jarosław Iwaszkiewicz „Panny z Wilka”,

31. Jarosław Iwaszkiewicz „Lato 1932”,

32. Jarosław Iwaszkiewicz „Oktostychy”,

33. Paweł Jasienica „Rzeczpospolita Obojga Narodów”,

34. Juliusz Kaden-Bandrowski „Generał Barcz”,

35. Ryszard Kapuściński „Cesarz”,

36. Ryszard Kapuściński „Imperium”,

37. Tadeusz Konwicki „Mała apokalipsa”,

38. Tadeusz Konwicki „Sennik współczesny”,

39. Zofia Kossak-Szczucka „Pożoga”,

40. Hanna Krall „Zdążyć przed Panem Bogiem”,

41. Maria Kuncewiczowa „Cudzoziemka”,

42. Andrzej Kuśniewicz „Lekcja martwego języka”,

43. Stanisław Jerzy Lec „Myśli nieuczesane”,

44. Jan Lechoń „Karmazynowy poemat”,

45. Jan Lechoń „Aria z kurantem”,

46. Stanisław Lem „Solaris”,

47. Bolesław Leśmian „Łąka”,

48. Bolesław Leśmian „Napój cienisty”,

49. Antoni Libera „Madame”,

50. Józef Mackiewicz „Droga donikąd”,

51. Józef Mackiewicz „Nie trzeba głośno mówić”,

52. Hanna Malewska „Przemija postać świata”,

53. Bolesław Miciński „Podróże do piekieł”,

54. Czesław Miłosz „Trzy zimy”,

55. Czesław Miłosz „Ocalenie”,

56. Czesław Miłosz „Zniewolony umysł”,

57. Czesław Miłosz „Rodzinna Europa”,

58. Czesław Miłosz „Ziemia Urlo”,

59. Sławomir Mrożek „Tango”,

60. Wiesław Myśliwski „Widnokrąg”,

61. Wiesław Myśliwski „Kamień na kamieniu”,

62. Igor Newerly „Zostało z uczty bogów”,

63. Zofia Nałkowska „Medaliony”,

64. Zofia Nałkowska „Granica”,

65. Marek Nowakowski „Raport o stanie wojennym”,

66. Włodzimierz Odojewski „Zasypie wszystko, zawieje…”,

67. Teodor Parnicki „Srebrne orły”,

68. Jacek Podsiadło „Arytmia”,

69. Julian Przyboś „Równanie serca”,

70. Jan Polkowski „Cantus”,

71. Edward Redliński „Konopielka”,

72. Stanisław Rembek „W polu”,

73. Tadeusz Różewicz „Niepokój”,

74. Tadeusz Różewicz „Kartoteka”,

75. Tadeusz Różewicz „Do piachu”,

76. Jarosław Marek Rymkiewicz „Zachód słońca w Milanówku”,

77. Jarosław Marek Rymkiewicz „Wieszanie”,

78. Jarosław Marek Rymkiewicz „Rozmowy polskie latem roku 1983”,

79. Bruno Schulz „Sklepy cynamonowe”,

80. Bruno Schulz „Sanatorium pod klepsydrą”,

81. Jerzy Stempowski „Eseje dla Kasandry”,

82. Julian Strykowski „Austeria”,

83. Jan Józef Szczepański „Przed Nieznanym Trybunałem”,

84. Wisława Szymborska „Wołanie do Yeti”,

85. Wisława Szymborska „Ludzie na moście”,

86. Marcin Świetlicki „Zimne kraje”,

87. Julian Tuwim „Bal w operze”,

88. Julian Tuwim „Sokrates tańczący”,

89. Leopold Tyrmand „Dziennik 1954”,

90. Stanisław Vincenz „Na wysokiej połoninie”,

91. Melchior Wańkowicz „Bitwa o Monte Cassino”,

92. Aleksander Wat „Dziennik bez samogłosek”,

93. Aleksander Wat „Mój wiek. Pamiętnik mówiony”,

94. Kazimierz Wierzyński „Wiosna i wino”,

95. Kazimierz Wierzyński „Czarny polonez”,

96. Stanisław Ignacy Witkiewicz „Nienasycenie”,

97. Stanisław Ignacy Witkiewicz „Pożegnanie jesieni”,

98. Stanisław Ignacy Witkiewicz „Szewcy”,

99. Józef Wittlin „Sól ziemi”,

100. Stefan Żeromski „Przedwiośnie”.

Jak zauważył znany blog literacki Niestatystyczni, na liście są spore braki. Nie ma fantastyki, poza jedną książką Lema. Brak Zajdla, Sapkowskiego i innych jest naprawdę poważną wadą. Brakuje też kryminałów i co gorsza, prawie całej literatury współczesnej. Na liście jest tylko kilku pisarzy żyjących, głównie starszych. Brak natomiast Tokarczuk, Pilcha, Masłowskiej, Twardocha, Dehnela i wielu innych. Zgadzam się z tymi uwagami w całej rozciągłości. Zresztą i spośród nieżyjących jest tu wielu pominiętych wybitnych literatów: Andrzej Szczypiorski, Jerzy Pietrkiewicz, Janusz Głowacki, Ludwik Jerzy Kern, Karol Bunsch, Sergiusz Piasecki i inni.

Wiem, że taka lista nie jest z gumy, ale zaradzić temu można byłoby poprzez ograniczenie do jednego dzieła jednego pisarza. Na przykład, potrafię cenić Rymkiewicza, ale czy musi mieć na liście aż trzy książki? Tyle samo, co Herbert, Iwaszkiewicz i Witkacy, a o dwie więcej od Mrożka?

Przyjrzyjmy się tym, którzy mają na liście co najmniej trzy książki: Ggombrowicz, Herbert, Iwaszkiewicz, Miłosz, Rymkiewicz i Witkiewicz. Chyba jednak co najmniej jeden do tej listy nie pasuje. 

 

 

środa, 19 września 2018

trzy kobiety 

Sięgnąłem po tę książkę zainspirowany dwoma poprzednimi lekturami dotyczącymi wojny i holokaustu. Chciałem jakby pociągnąć taki mały wojenno-holokaustowy cykl lektur, bo i takie rzeczy czytać trzeba, by nie stracić z oczu owych największych okropieństw najnowszych dziejów ludzkości. 

Niespodziewanie książka francuskiej filozofki wpisała mi się w cykl lektur "mistycznych", który ciągnę od wiosny, a w którym mistycyzm kobiecy, z jego różnymi odcieniami odgrywa kluczową rolę. Nie spodziewałem się, że współczesna autorka francuska w książce o trzech kobietach w dobie ciemności poświęci tak dużo uwagi i sympatii kwestiom duchowości. Okazuje się więc, że osławiona laicyzacja Francji nie jest wcale tak zaawansowana jak się na pozór wydaje. W żyłach francuskiego narodu nadal więc tętni religijność i duchowość, choć tętno to nie dla każdego i nie zawsze jest wyczuwalne.

Jest to więc książka bardziej o filozofii, religii i duchowości niż o wojnie i holokauście. Owszem, jest tu dość szczegółowe kalendarium historyczne, ale stanowi ono jedynie tło dla właściwej narracji. Ta skupia się przedewszystkiem na stosunku trzech bohaterek do filozofii, religii i życia. Bo właśnie stosunek do religii najbardziej odróżnia od siebie te trzy kobiety. Wszystkie trzy urodziły się w rodzinach żydowskich, ale tylko Arendt pozostała żydówką do śmierci, notabene jako jedyna z nich nie miała predylekcji do mistycyzmu. Stein przyjęła chrzest w Kościele katolickim i wstąpiła do zakonu karmelitanek, a Weil wyznawała własną religię będącą swoistą syntezą katolicyzmu i kataryzmu. 

Autorka, omawiając szczegółowo te kwestie w oparciu o pisma tej trójki i osób z nimi mniej lub bardziej związanych, żywi do swoich bohaterek niewątpliwą sympatię. Jeśli którąś z nich krytykuje, to Weil, z powodu jej radykalnego odrzucenia żydowskiego, a szerzej starotestamentalnego dziedzictwa. Ze zrozumieniem i chyba pełną akceptacja podchodzi natomiast   do drogi życiowej Edyty Stein, z tym że, trzeba przyznać, iż jej zasadniczo poświęca najmniej uwagi, skupiając się na pozostałej dwójce. Książkę warto przeczytać, bo dostarcza ona wiele informacyj nie tylko o tych trzech kobietach, ale i o atmosferze intelektualnej dwudziestowiecznej Europy, a w szczególności Francji.

49/52

* * * * *

wtorek, 18 września 2018

ballada

Zbiór opowiadań Twardocha lokujący się na pograniczu literatury głównego nurtu z jednej strony, a fantasy i horroru z drugiej. Niektóre z nich lokują się w charakterystycznych dla tego pisarza klimatach śląskich, inne są bardziej uniwersalne. Jedne są równie mroczne jak jego powieści, inne są poważne, ale pozbawione grozy. W niektórych czuć powiew "Dracha", w innych "Króla". We wszystkich jednak mocno czuć Twardocha. We wszystkich, nawet tych nie mrocznych, sporo śmierci i strachu. Erotyki teń niemało, choć chyba mniej wulgarnej niż w "Królu". Warte przeczytania, zwłaszcza, gdy się lubi tego pisarza. 

48/52

* * * * *

wtorek, 04 września 2018

Wawel

Po tej książce wiele się spodziewałem i niestety trochę się na niej zawiodłem. Może nie bardzo, ale trochę na pewno. Męczyłem się z nią od początku stycznia do końca sierpnia. Nie dlatego, żeby to była zła książka, przeciwnie, jest dobra, ale nieco ciężka. Nie nudna, nie trudna, ale właśnie ciężka. Ciężka, przyciężkawa, ociężała. Za dużo stron, za mało werwy. 

Fabularyzowany esej jest obiecującym gatunkiem, rzadko na razie przez autorów książek wykorzystywanym. W zasadzie przed "Córkami Wawelu" czytałem tylko dwie pozycje tego rodzaju: "Szarą Eminencję" Aldousa Huxleya i "Ja, Michał z Montaigne" Józefa Hena. Przyznaję, że obydwie były od "Córek Wawelu lepsze. Huxley o wiele, Hen troszeczkę. 

Na okładce książka jest porównywana do esejów Pawła Jasienicy, ale te, choć niefabularyzowane, były jednak lżejsze i dynamiczniejsze. Więcej barwnych, pełnokrwistych postaci, więcej wydarzeń, więcej dynamiki.

W związku z tym mogę z czystym sumieniem polecić "Córki Wawelu" miłośnikom historii dawnej Polski. Nie mogę jej natomiast polecić miłośnikom literatury, czy po prostu czytania. 

Tą książką chyba kończę tegoroczny cykl 1500. Wątpię, bym do grudnia przeczytał jeszcze jakieś książki traktujące o tej epoce. Oczywiście w kolejnych latach do tej tematyki powrócę. 

 

* * * *

47/52


czwartek, 30 sierpnia 2018

Narodowe czytanie dzieł wielkiej polskiej literatury to już uznana tradycja. W tym roku padło na "Przedwiośnie" Żeromskiego. Pewnie bym o tym nie pisał, bo nie lubię ani tej książki, ani jej autora, ale sytuacja się zmieniła, gdy dowiedziałem się, że oficjalnie czytana będzie mocno uwspółcześniona wersja powieści. A uwspółcześnionych wersyj książek nie lubię jeszcze bardziej. 

Mam w swej biblioteczce uwspółcześnioną "Rodzinną Europę", którą czytałem z niedosytem, bo u Miłosza starannie dozowane archaizmy są jednym z wyznaczników stylu. Mam też uwspółcześniony "Komizm" Bystronia, którego nie przeczytałem w ogóle, bo uwspółcześniony to już nie Bystroń. Mam w końcu dwa wydania Biblii księdza Wujka, jedno transkrybowane z oryginału, drugie uwspółcześnione w Międzywojniu. Różnica jak między niebem a ziemią. 

W "Przedwiośniu" do narodowego czytania uwspółcześnienie miało polegać na usunięciu słowa "tudzież" i powtórzonych epitetów, podobno na życzenie JE Andrzeja Dudy. Okazało się, że zmiany poszły dalej i usunięto 30% tekstu powieści. większość krytyków skupia się na tej skali, ale ja wyrażam swoją dezaprobatę dla jakiegokolwiek uwspółcześniania. Usunięcie "tudzież" i powtórzeń już wystarczająco psuje styl, by nie uznawać tej wersji za dzieło Żeromskiego. Bo dzieło, to nie tylko treść, ale i forma. A formę w tym przypadku zniszczono. 

środa, 29 sierpnia 2018

Martel

Yann Martel jest dla mnie literackim odkryciem roku. Jest to w sumie pisarz w Polsce umiarkowanie znany, jego powieści lądują w marketowych koszach z tanią książką, a moim zdaniem należy on do najciekawszych anglojęzyczych autorów średniego pokolenia - takich, którzy są już bardzo dojrzali literacko, ale jeszcze mogą mocno namieszać w światowej literaturze.

Oczywiście, prawie wszyscy znają film "Życie Pi", ale mało kto wie, że powstał na podstawie książki, jeszcze mniej tę książkę czytało, a już tylko naprawdę nieliczni znają inne dzieła jej autora. A szkoda, bo są to książki naprawdę niebanalne i, nie waham się tego napisać, wybitne.

Każda z nich jest też zupełnie inna. "Ja", to fikcyjna autobiografia, przepełniona treściami erotycznymi i światopoglądowymi. W "Beatrycze i Wergilim" praktycznie nie ma seksu, ani religii, jest sporo wątków autobiograficznych, czy też pseudoautobiograficznych, ale ujętych nietypowo, w trzeciej osobie.

Powieść z elementami eseju (są w niej zresztą rozważania o powieściach i esejach i ich wzajemnym stosunku) aluzyjnie pisze o Holokauście, porównując go z zagładą całych gatunków zwierząt. Jest tu trochę przemocy i sporo informacji o taksydermii, co przywodzi na myśl "Biegunów" z ich plastynatami i preparatami. 

* * * * *

46/52

wtorek, 28 sierpnia 2018

1939

Ta mała książeczka może znacznie poszerzyć wiedzę przeciętnego Polaka o dyplomatycznych kulisach wybuchu II wojny światowej. Autor ukazuje mam działania rządów Francji i Wielkiej Brytanii oraz różnych rządowych i prywatnych mediatorów. Wahania, próby rozmów z Niemcami, w końcu decyzja o wypowiedzeniu Niemcom wojny. Kluczowe jest zdanie kończące książkę: 

"Bez względu na te ciągłe odwołania do honoru prawda o wojnie 1939 była taka, że nie chodziło w niej o wyzwolenie Polski spod okrutnej okupacji, lecz o uchronienie Wielkiej Brytanii i Francji przed groźbą rozpadu świata - ich świata".

Interesujące są też uwagi językowe - autor zauważa, że Brytyjczycy woleli mówić i pisać o nazistach, zaś Francuzi o Niemcach: "Po wybuchu wojny rząd francuski poprosił swego brytyjskiego sojusznika, by w dyskusji o celach wojny nie odróżniał tak mocno "nazistów" od "Niemców",  gdyż we Francji to wojna z Niemcami, trzecia w ciągu siedemdziesięciu lat, buduje waleczność narodu". To zdanie mówi trzy rzeczy: że ta kontrowersja językowa nie jest bynajmniej nowa, że Brytyjczycy, a szerzej Anglosasi mają we współczesnym świecie dużo więcej do powiedzenia, niż Francuzi i dlaczego części Polaków tak zależy na podkreślaniu roli Niemców, a nie nazistów w tych wydarzeniach. Narracja kładąca nacisk na Niemców w miejscu nazistów pozwala budować uproszczoną wizję odwiecznego konfliktu polsko-niemieckiego.

* * * * *

45/52

czwartek, 23 sierpnia 2018

komisarz

Po kilku książkach niezmiernie poważnych, trzech tomach esejów i autobiografii naukowca, przyszedł czas na przeczytanie i omówienie jakiegoś lekkiego czytadła.

Znowu się tak zdarzyło, że zaczynam serię od drugiego tomu i nie mam z tym problemu, co więcej, dostrzegam w takim sposobie czytania wiele zalet. Warto też pamiętać, ile problemów narobił Szwejk dostarczając panom oficerom drugi tom "Grzechów ojców" zamiast pierwszego.

"Komisarz" Pauliny Świst, kimkolwiek ona jest, to powieść erotyczna, z lekka zabarwiona wątkiem sensacyjnym raczej niż kryminalnym. Czyta się to łatwo, ale nie za bardzo jest po co. Po pierwszy i kolejne tomy raczej już więc nie sięgnę. Poziom literacki wyższy niż u Mroza, co nie dziwi, bo nawet książka telefoniczna ma poziom wyższy niż powieści Mroza, ale niższy niż u Bondy, czyli nadal bardzo niski. 

Zaskakuje więc doskonała znajomość topografii Gliwic i okolic. W połączeniu z niskim poziomem literackim czyni to raczej niemożliwą wersję oficjalną, jakoby autorka była z Wrocławia. Tak marnie piszący ludzie nie robią dobrego researchu. Powraca więc pytanie, kto się ukrywa za pseudonimem. Na pewno nie Mróz, bo u niego topografia leży, research nie istnieje, a poza tym nie pochodzi z okolic Gliwic, ani tam nie mieszka. Znam co prawda jednego polskiego pisarza, który bardzo dobrze zna te okolice, ale nie za bardzo wierzę, że mógłby napisać coś tak słabego. No chyba, że celowo i dlatego pod pseudonimem. No dobrze, zaryzykujmy. Stawiam tezę, że Pauliną Świst jest .... Szczepan Twardoch.

44/52

* * 

środa, 22 sierpnia 2018

allegra

Ta książka dziwnym trafem wpadła w moje ręce. Dał ją moim dzieciom franciszkański kleryk, gdy zaniosły mu drobną ofiarę na seminarium w czasie kwesty pod kościołem, po Mszy. Jak widać książki się do mnie garną. Temat mnie bardzo zainteresował, więc tę pozycję z chęcią i uwagą przeczytałem. Nie czyta się jej łatwo, z powodów: przydługiego wstępu, chaotycznego stylu samego błogosławionego i złego tłumaczenia całej książki. Przydługi wstęp jest pewnie po to, aby za autora książki mógł uchodzić Oppes, a nie Allegra.

A naprawdę ciekawe w tej książce są właśnie wspomnienia bł. Gabriela, resztę można by spokojnie pominąć. Dostarczają one wielu cennych informacyj na temat sytuacji Kościoła w Chinach i metodologii tłumaczenia Pisma Świętego. Najciekawsze są jednak refleksje, w których autor ubolewa nad zanikiem używania łaciny w Kościele, zwłaszcza w sprawowaniu liturgii i nauczaniu teologii. Zacytuję krótki fragment poświęcony reformie liturgii: "W końcu doszliśmy do zgody z nim i z innymi, aby wprowadzić język ojczysty do czytań, modlitw i Ewangelii, ale by zostawić po łacinie przynajmniej kanon, i to jeden jedyny kanon, który sięga zasadniczo pierwszych wieków Kościoła."

Cieszy mnie bardzo fakt, że Benedykt XVI zdążył beatyfikować tego świątobliwego kapłana. 

* * * *

43/52

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7