LITERATURA

wtorek, 21 czerwca 2016

Z okazji trwającego Euro, przypominam wiersz nieznanego autora o zupełnie innych mistrzostwach:

 

Opowiadanie piłkarza składu podstawowego Reprezentacji Polski (Mundial 2002).

 

Nam strzelać nie kazano - Wstąpiłem na pole
Ogromnego boiska. Ku*&a! Ja pie...**olę!
Kibiców koreańskich ciągną się szeregi
Po trybunach wysokich, aż po same brzegi.
Widziałem ich trenera: - przybiegli, coś powiedział,
A później już spokojnie na swej ławce siedział.
Sędzia gwizdnął w swój gwizdek, no i się zaczęło,
Lecz od owego pisku wnet z nieba lunęło.
A na mokrej murawie ciężko piłkę kopać,
Tak, aby butem czystym nie nadepnąć błota.

Co innego Korea, te brudasy skośne
Taplały się wciąż w błocie, jak dzieci radośnie.
Ubrudzili nam piłkę i potem strzelali...
Dudek chciał zostać czysty. Wy byście łapali?
Nie miejcie więc don żalu, ze w bramce stal z boku,
Wraz z żona oszczędzają na proszku w tym roku.
Cóż, że przegraliśmy, zachowajmy powagę.
Wszak wciąż mamy nad nimi moralna przewagę.
Po cóż kibic narzeka, musi się wydzierać?
Przecież już powiedziałem - nie kazano strzelać!

Nam strzelać nie kazano - a tu mecz kolejny.
Dzisiaj już deszcz nie pada, co za klimat chwiejny!
Trener jednak usłyszał, że znów będzie lało,
Dał więc swym zawodnikom złe ciuchy na ciało.
I ubrał on piłkarzy w koszulki specjalne
Co (choć zwykle z wyglądu) są nieprzemakalne.
Gdy jednak zapanuje przepiękna pogoda
Ogromna bywa z nimi często niewygoda
Nie przepuszczają potu, kleją się do ciała,
Nic dziwnego, ze Polska tak kiepściutko grała.

Inaczej Portugalia, ich główny menago
Niejednego w swym klubie trzymał Figo-fago.
Piłka zaś przyśpieszała, jak jakaś rakieta,
Kiedy miał ją przy sobie ten Pedro Pauleta.
Lecz najgorsze już było (taką grę pier...**lę!),
Że, gdy nie patrzyliśmy, to walili gole.
Płoche wasze obawy, cóż, że obrywamy!
W tym meczu honorowo na faule wygramy.
No i po co te krzyki, że nam władowano?
Przecież już powiedziałem - strzelać nie kazano!

Nam strzelać nie kazano - czas na Amerykę.
Kibice nas przywitali przeogromnym krzykiem!
Jak my w takich warunkach mamy móc pracować?!
Lecz dziś trener na szczęście kazał kibicować.
Siedzimy sobie zatem, ja, a obok Dudek.
Zajadamy chipsy, pijem gorący kubek;
Kiedym ja na odwrocie własny opis czytał,
Dudek wciąż do Tottiego eSeMeSy pisał.
Minęło już z pięć minut, wszyscy ciągle krzyczą...
No i jak mam to czytać, gdy oni tak ryczą?!

Wreszcie się ten mecz skończył, pewnie przegraliśmy,
Lecz nie patrzyłem ile - z Dudkiem gadaliśmy
Wciąż o naszych zarobkach. Małe jak cholera,
Aż musimy dorabiać. Czas zmienić trenera.
Nagle wzrok zawiesiłem na wielkich ekranach.
Jak to? Co to za cyfry? To fatamorgana?
Ale jednak, naprawdę, Polska dziś wygrała.
O ja pierdziu, ej Dudek, niezła wyszła chała!
Na usprawiedliwienie coś powiedzieć chcielim:

Nam strzelać nie kazano - oni nie wiedzieli...

poniedziałek, 02 marca 2015

mapa

Nieraz już wzmiankowałem, że uważam, nie będąc zresztą w tym sądzie odosobnionym, że literatura piękna jest nie tylko przedmiotem badań humanistyki w ogólności, a antropologii kulturowej w szczególności, ale także jest sama sui generis antropologią kultury, należy więc do arsenału humanistyki. Dzieła literatury pięknej jednocześnie są składnikiem kultury i opisem kultury. Słusznie więc mają swoje miejsce w cyklu "Humanistyka z marketowego koszyka". Oczywiście dzieła literackie spełniają się w roli opisu kultury w różnym stopniu i z różnym powodzeniem. Szczególną rolę jako swego rodzaju prace antropologiczne odgrywają powieści mocno nasycone eseistycznymi dygresjami. Do takich właśnie utworów literackich należy "Mapa i terytorium" Michela Houellebecqa, którą ostatnim czasem nabyłem w Realu za sumę trzech polskich złotych. Akcja powieści sprowadza się do życiorysu fikcyjnego francuskiego artysty Jeda Martina. Jest ona prowadzona gładko, obfituje w ciekawe momenty i sprawia, że książkę dobrze się czyta. Toczy się we Francji i epizodycznie w Szwajcarii, w pierwszej połowie XXI stulecia. Właśnie tak, a nie jednym tylko słówkiem "współcześnie" trzeba określić czas akcji. Współcześnie to akcja się zaczyna (z pewnymi nawrotami ku przeszłości) a potem toczy się jeszcze przez lat kilkadziesiąt. Nie jest to jednak science fiction. Przyszłość jest tu bardzo podobna do teraźniejszości. Nie na tem jednak chciałem się skupić. Fabuła sama w sobie czyni tę książkę wartą przeczytania, trzeba jednak pamiętać, że stanowi ona jedynie pierwszy, najbardziej zewnętrzny jej krąg znaczeniowy. Przewodnią myślą tej książki, a zarazem jej drugim kręgiem znaczeniowym jest koncepcja głębokiego osamotnienia artysty, a w szczególności artysty genialnego, takim zaś jest Jed Martin. Człek ów nawiązuje co prawda relacje seksualne z kobietami, ale nie potrafi tworzyć z nimi trwałych związków, a nie ma przyjaciół, a relacje z ojcem ma trudne, mimo dobrej woli obydwu stron. To oczywiście nie pierwsza na świecie powieść opisująca podobne zjawisko. Zblíżony opis, dotyczący Paula Gaguina, można znaleźć w "Raju tuż za rogiem" Maria Vargasa Llosy. O ile jednak Vargas, opisując postać historyczną, musiał się trzymać faktów, to Houellebecq mógł sobie pozwolić na daleko idące przerysowania. Najgłębszym kręgiem omawianej ksiąźki są rozważania na temat roli w kulturze i życiu współczesnego i powspółczesnego człowieka dwóch freudowskich czynników: Erosa i Tanatosa. Rozważania te są prowadzone w dosyć drastyczny sposób, na przykład poprzez porównywanie funkcjonowania burdelu i zakładu eutanazyjnego. Te dwa wątki eseistyczne są niewątpliwie bardzo interesujące dla badaczy kultury i są ważnym głosem w dyskusji o niej. Są zresztą w tej książce jeszcze i inne antropologiczne wątki i motywy, ale te dwa uznałem za najważniejsze i w konsekwencji najbardziej warte zaprezentowania czytelnikom. Oczywiście ktoś inny, czytając tę książkę, może inne rzeczy silniej odebrać i w konsekwencji zupełnie inną recenzję napisać.

środa, 25 lutego 2015

iwaszkiewicz

Pisząc swój cykl "Humanistyka z marketowego koszyka" zarówno humanistykę, jak i marketowy koszyk traktowałem i traktuję bardzo szeroko. Omawiam więc tu nie tylko literaturę naukową i popularnonaukową, ale także eseistykę a nawet beletrystykę, wygrzebaną nie tylko w tytułowych hipermarketowych koszach z tanią książką, ale też w innych kanałach wyprzedażowych, takich jak na przykład dodatki książkowe do różnego rodzaju czasopism. I właśnie jako dodatek do jakiegoś niezbyt ambitnego kobiecego pisemka, którego tytuł z litości pominę, wypełnionego naiwnymi, zmyślonymi opowiastkami udającymi historie prawdziwe, nabyłem autobiografię Jarosława Iwaszkiewicza zatytułowaną "Książka moich wspomnień". Nie wiedzieć czemu, książka ta została włączona do serii poświęconej literaturze kobiecej. Pan Bóg jeden raczy wiedzieć co też szczególnie kobiecego jest w autobiografii jednego z największych polskich pisarzy ubiegłego stulecia, który wszak ponad wszelką wątpliwość był mężczyzną. Podczas lektury nieodparcie nasuwają się skojarzenia z omówioną już w niniejszej serii tekstów "Rodzinną Europą" Czesława Miłosza. Oczywiście są to pod pewnymi względami bardzo różne książki. O ile bowiem Miłosz napisał w istocie zbiór esejów ubrany jedynie w formę autobiografii, to Iwaszkiewicz popełnił autobiografię typową, o wręcz pamiętnikarskim charakterze. Dzieło Miłosza ma konsekwentnie programowy charakter, przemyślany aż do najdrobniejszego szczegółu, zaś wspomnienia skamandryty mają cechy swobodnego przepływu strumienia świadomości. Są jednak mimo wszystko między tymi książkami liczne podobieństwa, przedewszystkiem dlatego, że życiorysy obydwu literatów są w wielu punktach zbieżne. Obydwaj pochodzili z Kresów (Miłosz z Litwy, Iwaszkiewicz z Ukrainy), obydwaj studiowali prawo, obydwaj w okresie międzywojennym pracowali w instytucjach państwowych (Miłosz w Polskim Radiu, a Iwaszkiewicz w Ministerstwie Spraw Zagranicznych), obydwaj doskonale znali język rosyjski i dla obydwu duże znaczenie miała Francja. Kolejne podobieństwo tych książek to ich ramy czasowe. Obydwie obejmują okres pierwszej połowy dwudziestego stulecia ze szczególnym uwzględnieniem dwudziestolecia międzywojennego. Inny jest na pewno sposób pisania i to nie tylko w kwestii nasycenia tekstu dygresjami eseistycznymi, ale także w sposobie opisywania występujących w nim postaci. Miłosz metodycznie chronił prywatność wzmiankowanych przez siebie osób niepublicznych unikając wymieniania ich imion i nazwisk, Iwaszkiewicz zaś zupełnie się tym nie przejmował, sypiąc nazwiskami na lewo i prawo. A trzeba przyznać, że opowiadać tak o sobie, jak też o innych ludziach. Książka jest tedy skarbnicą wiedzy nie tylko o samym Iwaszkiewiczu, ale także o pozostałych skamandrytach (zwłaszcza Lechoniu i , nadto o Jerzym Liebercie, Karolu Szymanowskim i wielu mniej słynnych ludziach a w końcu też i o świecie polskiej szlachty na wschodniej Ukrainie, który to świat ostatecznie przestał istnieć w drugiej dekadzie ubiegłego stulecia.

piątek, 13 września 2013

 

 

Od czasu do czasu lubię sobie wystartować w jakimś konkursie. Startuję więc w licznych konkursach, przedewszystkiem internetowych. Rzadko kiedy udaje mi się coś wygrać, ale rzadkość wygrywania nie zniechęca mnie do dalszych startów Szczególnie upodobałem sobie konkursy literackie. Najczęściej wysyłam na nie rozmaite wierszyki, lub krótkie eseje, utwory fabularne pisane prozą znacznie rzadziej. Tym razem jest inaczej. Na konkurs literacki Chomika wysłałem krótkie opowiadanie Oto link do tego tekstu. Zachęcam do głosowania na moją propozycję.

poniedziałek, 09 września 2013
czwartek, 09 lutego 2012

Od czasów licealnych uwielbiam powieści sensacyjne. Moim ulubionym autorem jest Ken Follet. Nie wszystkie jednak jego powieści podobają mi się jednakowo i nie wszystkie uważam za równie dobre. Jedne mnie zachwycają, inne zadowalają, jeszcze inne zawodzą. Do tej ostatniej kategorii należy "Trzeci bliźniak". Pod względem warsztatowym powieść nie jest gorsza od pozostałych, jej wady leżą na zupełnie innym obszarze. Ich omówienie wymaga jednego zdania wprowadzenia. Ken Follet jest ewidentnym lewicowcem, członkiem, a nawet działaczem brytyjskiej Partii Pracy. Jednak w swoich powieściach zasadniczo nie uprawia lewicowej propagandy. "Trzeci bliźniak" jest wyjątkiem. Tu agitacja hula na całego. Oto przykład: główna bohaterka, doktor psychologii, pochodząca z biednej rodziny, twierdzi, że w przypadku zniesienia państwowego systemu pomocy społecznej, co postulują konserwatyści, dziewczęta z biednych rodzin nie będą miały żadnej możliwości zdobycia wykształcenia. Owi konserwatyści są zresztą w powieści przedstawieni w sposób skrajnie zafałszowany, bezpodstawnie przyrównuje się ich do niemieckich nazistów. Wszyscy występujący w powieści konserwatyści są bohaterami negatywnymi. Polityczny lewoskręt to nie jedyna wada tej powieści. Równie poważnym niedociągnięciem jest propagowanie kontrowersyjnej i nieudowodnionej hipotezy naukowej o dominującym wpływie genów na życie człowieka. Można oczywiście potraktować tę książkę jako sprawnie napisane lekkie czytadło, ale dzięki takiemu potraktowaniu bynajmniej nie stanie się ona mniej groźna. Wręcz przeciwnie, stanie się jeszcze groźniejsza, bo będzie sączyć swój jad dyskretnie i niepostrzeżenie.

środa, 11 stycznia 2012

 upiór

Omawiając powieść "Zamieć" Kena Folleta postawiłem tezę, że literatura europejska, zwłaszcza zaś brytyjska, nadal jest, a przynajmniej bywa, nośnikiem wartości chrześcijańskich. Tak śmiałej tezy nie można jednak opierać na odosobnionym przykładzie jednej powieści, do tego jeszcze rozumianej alegorycznie. Dlatego też w dzisiejszym tekście chciałbym wzmocnić argumentację, poprzez podanie drugiego przykładu. Wybrałem nań powieść Fredericka Forsytha "Upiór Manhattanu", będącą sequelem znanej powieści "Upiór Opery" zapomnianego francuskiego pisarza Gastona Lerou, zdaniem niektórych zaś raczej sequelem opartego na tejże powieści musicalu Antona Lloyda Webera pod tym samym tytułem. Między Folletem i Forsythem zachodzą liczne podobieństwa. Obydwaj są brytyjskimi dziennikarzami oraz światowej sławy autorami powieści sensacyjnych. Książki obydwu są przekładane na dziesiątki języków, wydawane w milionach egzemplarzy i często ekranizowane. Obydwaj często wplatają w akcję postacie i fakty historyczne. I obydwaj, co wykazują moje analizy, opierają swoją twórczość na światopoglądzie chrześcijańskim.

 

W omawianej powieści autor czerpie pełnymi garściami nie tylko ze wspomnianego dzieła Leroux, ale też z twórczości Edgara Allana Poe, czy Clive'a Staplesa Lewisa. Wykorzystuje też wątek naczelnego mitu amerykańskiej popkultury, streszczający się w zdaniu "od zera do bohatera". Specyficzna jest narracja utworu. Opiera się ona na wypowiedziach kilkunastu narratorów, będących zarazem bohaterami utworu. Ten rzadko stosowany zabieg literacki, szerszemu gronu czytelników znany przedewszystkiem z powieści Orhana Pamuka "Nazywam się czerwień", pozwala osiągnąć ciekawy efekt spojrzenia na akcję z różnych punktów widzenia. Każdy rozdział powieści Forsytha ma innego narratora. Problematyka religijna poruszana jest przedewszystkiem w dwóch rozdziałach: "Wizja Dariusa" i "Modlitwa Josepha Kilfoyle (powinno być Kilfoyle'a, ale polski przekład tej powieści najwyraźniej jest dziełem jednego z tych tłumaczy, którzy doskonale znają język angielski, ale nie za dobrze polski). Rozdziały te, zwłaszcza czytane obok siebie doskonale wyrażają obecne w chrześcijańskiej teologii mistycznej rozróżnienie między prawdziwym i fałszywym mistycyzmem. Wizja Dariusa jest przejawem mistycyzmu fałszywego, pogańskiego, napędzanego narkotykami i niskimi żądzami, zaś modlitwa ojca Józefa mistycyzmu prawdziwego, chrześcijańskiego, opartego o silną i autentyczną więź z Bogiem. Rozmowa Jezusa Chrystusa z tym irlandzkim księdzem wykazuje liczne podobieństwa do rozmowy Aslana z kalormeńskim oficerem w ostatnim tomie cyklu narnijskiego. W obydwu dyskursach w bardzo podobny sposób ujęty jest stosunek religii prawdziwej do religij fałszywych. Całkiem być może, że Forsyth w tej kwestii zapożyczał od Lewisa. Literatura jest zresztą w dużej mierze ciągiem zapożyczeń. Odnoszę wrażenie, że właśnie na tej fundamentalnej rozmowie u Forsytha oparła się J.K. Rowling, konstruując równie fundamentalną rozmowę pomiędzy Harrym Potterem i Albusem Dumbledorem w ostatniej części przygód młodego czarodzieja. Przyjrzyjmy się krótkim fragmentow obydwu rozmów. U Forsytha Chrystus mówi: "Możesz mi to powiedzieć, bowiem, jak się domyślasz, jestem w twojej głowie". U Rowling natomiast Harry pyta "Czy to dzieje się naprawdę, czy tylko w mojej głowie?", na co otrzymuje odpowiedź "Ależ oczywiście to dzieje się w twojej głowie, Harry, tylko skąd, u licha, wniosek, że wobec tego nie dzieje się to naprawdę?". Między tymi stwierdzeniami, wbrew pozorom, nie ma sprzeczności. U Forsytha również to, co dzieje się tylko w głowie, jest równie rzeczywiste, jak to, co dzieje się w świecie zewnętrznym.

 

Dwa wspomniane rozdziały, owe mistyczne interludia, nie stoją obok akcji, ale stanowią jej kluczowe elementy. Bez nich powieść byłaby niespójna, natomiast one same mogłyby funkcjonować samodzielnie, jako minitraktaty mistyczne, ukryte pod maską utworów fabularnych. Szczególnie "Modlitwa Josepha Kilfoyle" zawiera zdumiewająco głębokie i zarazem rozległe refleksje teologiczne, zwłaszcza, jeśli się zważy, w jakiego typu powieści jest umieszczony. Polski wydawca nazwał "Upiora Manhattanu" "połączeniem romansu z kryminałem". Jest to oczywiście prawda, ale nie cała. "Upiór Manhattanu" jest prawdopodobnie jedną z najpoważniejszych książek Fredericka Forsytha. To, że mimo tego nie traci ona przebojowego charakteru, świadczy o niewątpliwym geniuszu autora.

czwartek, 29 grudnia 2011

zamieć

Wiele jest książek o Bożym Narodzeniu. Z rozmysłem napiałem to pierwsze  zdanie tak, aby było ono dwuznaczne. Bo wyrażenie "książki o Bożym Narodzeniu" można rozumieć dwojako. Pierwsza grupa to dzieła literackie opowiadające o tym, jak to Nasz Pan Jezus Chrystus narodził się w ubogiej stajence w Dawidowym Mieście Betlejem. Druga zaś to opowieści o świętach Bożego Narodzenia. Te dwie grupy razem tworzą całkiem pokaźną literaturę bożonarodzeniową. Dziś chciałbym zwrócić uwagę na książkę należącą do grupy drugiej. Gdy mówimy o książkach poświęconych świętom Bożego Narodzenia, to chyba większości z nas na myśl przychodzi przedewszystkiem "Opowieść wigilijna" wraz ze swymi niezliczonymi literackimi i filmowymi mutacjami. "Zamieć" Kena Folleta do grona  owych mutacyj się nie zalicza,  wykazuje jednak pewne podobieństwa strukturalne do owego bożonarodzeniowego klasyka. Jej zasadnicza akcja rozgrywa się podobnie jak u Dickensa w bardzo króttkim okresie czasu, w tym przypadku jest to kilka przedświątecznych i świątecznych dni. Jednak nie brakuje w tej powieści również wspomnień o przeszłości poszczególnych bohaterów, o której zresztą dowiadujemy się całkiem sporo i wybiegania w przyszłość. Ta ostatnia pojawia się przedewszystkim w epilogu, w którym są krótko ukazane kolejne święta Bożego Narodzenia. To również jest pewne nawiązanie do "Opowieści wigilijnej" i jej Ducha Przyszłych Świąt. Nawiązań do tej książki jest tam zresztą więcej, w tym też bardziej bezpośrednich. Przyjemność ich wyszukiwania pozostawiam szanownym czytelnikom. Nieuważny lub nieoczytany czytelnik może uznać "Zamieć" za płytką powieść sensacyjną, pozbawioną głębszej treści. Będzie to jednak opinia absolutnie błędna. Powieść ta bowiem nie jest pozbawiona metafizycznej głębi. Jej bohaterowie ratują ludzkość od śmiercionośnego wirusa skradzionego z laboratorium przez szalonych terrorystów. Można to odczytać jako alegorię Bożego Narodzenia, a konkretnie Wcielenia Jezusa Chrystusa, które jest wszak ratowaniem ludzkości  od śmiercionośnego pod względem duchowym wirusa grzechu. Dodatkowym, ale również istotnym przesłaniem powieści jest podkreślenie wartości rodziny. "Zamieć" jest dowodem na to, że literatura europejska, zwłaszcza zaś brytyjska, nadal jest, a przynajmniej bywa, nośnikiem wartości chrześcijańskich.

wtorek, 05 lipca 2011

 puzo

Tak się ciekawie złożyło, że trzema kolejnymi książkami omówionymi w cyklu "Humanistyka z marketowego koszyka" są trzy powieści. Nie wynikało to z jakiegoś mojego zamiaru, czy planu, ale raczej z czystego przypadku, po prostu  w takiej kolejności książki te nabywałem i czytałem. To że są to trzy powieści nie wyczerpuje podobieństw między nimi. Wszystkie trzy należą do tego typu literatury, jaka zyskała szczególną popularność po sukcesie "Kodu Leonarda da Vinci" autorstwa Daniela Browna, a więc powieści sensacyjnej z wątkiem religijnym. W dwóch poprzednio omówionych książkach, podobnie jak w dziełach pomienionego wyżej Browna, akcja dzieje się współcześnie, ale zawiera wiele odniesień do dosyć odległej przeszłości. Dziś chcę omówić powieść, która nie przestając być sensacyjną, jest także typowo historyczną, gdyż jej akcja dzieje się na przełomie piętnastego i szesnastego stulecia, a przedstawione w książce wydarzenia z grubsza odpowiadają prawdzie dziejowej.

 

Chodzi o powieść Maria Puzo "Rodzina Borgiów". Dzieło to jest znane przedewszystkiem ze swojej ekranizacji w postaci serialu emitowanego aktualnie w jednej z wiodących polskich telewizyj. Warto jednak poznawać książki takimi jakie są, nie zaś za pośrednictwem z konieczności uproszczonych ekranizacyj. Mario Puzo, zanim zabrał się za Aleksandra VI i jego rodzinę, pisał o włoskich rodach i klanach mafijnych. W tej samej konwencji pisał też o Borgiach. Dlatego też polski wydawca opatrzył książkę podtytułem "Borgia przedstawieni jako pierwsza włoska mafia", dowodząc przy tem własnej kompletnej nieznajomości języka polskiego, powinien bowiem napisać "Borgiowie". Porównanie do mafii to pewne uogólnienie, ale jak dokładnie zostali w tej książce przedstawieni poszczególni członkowie papieskiej rodziny? Borgiowie, a zwłaszcza Rodrigo często pojawiają się w literaturze i filmie, najczęściej jako postacie negatywne, ale natężenie tej negatywności jest bardzo zróżnicowane. Dwa tego rodzaju dzieła przedstawiłem już na swoim blogu. W powieści "Antypapież" Aleksander VI został przedstawiony jako demon i Wcielone Zło, a w filmie "Konclawe" był postacią niemal pozytywną, łajdakiem, ale sympatycznym.

 

W powieści Puzo narysowany jest nieco ciemniejszą kreską niż we wspomnianym filmie, ale i tu liczne przywary są zrównoważone niebłachymi cnotami. Osławiony papież ma na sumieniu nie tylko rozpustę i przekupstwa, ale także mordertswa, ale z drugiej strony kocha swoje dzieci, dba o poddanych, wspiera rozwój kultury, dąży do umocnienia papiestwa i mądrej, a nie pochopnej reformy Kościoła, jest też autentycznie pobożny. W bardzo zbliżony sposób autor charakteryzuje także papieskiego syna Cezara. Z kolei Juan jest przedstawiony jako człowiek słaby i ograniczony, natomiast Lukrecja jako postać zasadniczo pozytywna. To wszystko jest właściwie zgodne z najnowszymi ustaleniami nauk historycznych, które podważyły czarną legendę Borgiów, lansowaną przedewszystkiem przez dawniejszych dziejopisów protestanckich i francuskich beletrystów w rodzaju Wiktora Hugo i Aleksandra Dumasa.

 

Niewątpliwie jednak popuścił Puzo wodze fantazji pisząc o najmłodszym synu ostatniego, jak dotąd hiszpańskiego papieża. Na kartach powieści Jofre morduje swego brata Juana, przykłada rękę do otrucia ojca, w końcu zaś zostaje kardynałem. Tego, że ich zabił wykluczyć nie można, choć historycy takiej tezy nie stawiają, mało zresztą o nim piszą, bo niewiele się na jego temat zachowało dokumentów. Natomiast jego nominacja kardynalska to absolutnie bzdurny wymysł pisarza. Stanowi to zgrzyt szkodzący wiarygodności zarówno powieści, jak i jej autora.

poniedziałek, 04 lipca 2011

  klub dumas

Kupując książki z hipermarketowych koszyków najczęściej wybieram pozycje, o których wcześniej nie słyszałem, ale po pobieżnym przejrzeniu wyglądające na mieszczące się w zakresie moich zainteresowań. Pozycje popularne, o których mógłbym coś wcześniej słyszeć, rzadko bowiem do takich koszy trafiają. Jeszcze rzadziej zdarza się, abym w koszu, czy na wyprzedażowej półce trafił na książkę, której od dawna szukałem.  Bardzo rzadko to jednak nie to samo, co nigdy. Ostatnio bowiem coś takiego się zdarzyło. W Biedronce, za dziesięć złotych nabyłem pozycję, której poszukiwałem od dawna i za którą skłonny byłem dać nawet pięciokrotnie więcej, tyle że zawsze trafiałem na nakład wyczerpany.

 

Tą pozycją jest "Klub Dumas" Artura Pereza Reverte. Poszukiwałem tej książki dlatego, że bardzo mi się spodobał nakręcony na jej podstawie film Romana Polańskiego "Dziewiąte wrota", który oglądałem wielokrotnie. Bardzo więc byłem ciekaw, jakie też dodatkowe treści, pominięte w filmie są obecne w książce. Okazuje się, że jest ich bardzo wiele. Fabuła powieści zasadza się na dwóch równoważnych głównych wątkach. Pierwszym jest, eksploatowane również w filmie, poszukiwanie autentycznego egzemplarza satanistycznej księgi "Dziewięcioro wrót królestwa ciemności", a drugim, zupełnie pominięte w ekranizacji, badanie źródeł i autorstwa powieści Aleksandra Dumasa. Właśnie do tych badań nawiązuje tytuł książki. Można więc śmiało rzec, że Polański zekranizował nie powieść Péreza, a połowę  tejże powieści. Aby zaś w filmie nie było zbyt małej liczby bohaterów i by nie zabrakło tych najbarwniejszych, niektóre postacie z wątku dumasowskiego przeflancował do satanistycznego. Uczynił to zresztą tak zręcznie, że ten, kto nie czytał książki, nie zauważy przeklejki.

 

Ja natomiast zrobię odwrotnie. W dalszej części swoich rozważań odpuszczę sobie wątek satanistyczny, wyeksploatowany przez film i tych wszystkich, którzy obejrzawszy go, dzielili się ze światem swoimi spostrzeżeniami, poświęcę parę zdań wątkowi dumasowskiemu, dzięki któremu książka ta nadaje się do cyklu "Humanistyka z marketowego koszyka". Fabuła książki jest bowiem przepleciona podzielonym na fragmenty obszernym esejem o życiu i twórczości Aleksandra Dumasa. Dla czytelnika polskiego, zwłaszcza zaś takiego, który ma elementarną wiedzę o dziejach naszej literatury, esej ten jest podwójnie interesujący. Daje bowiem możliwość nie tylko zapoznania się z mało u nas znanym życiorysem francuskiego pisarza, ale także dostrzeżenia licznych paralel z życiem i twórczością Henryka Sienkiewicza. O ile jeszcze trzykrotnie żonaty Sienkiewicz i posiadający liczne grono kochanek Dumas stanowią podobieństwo umiarkowane, mało znaczące i raczej przypadkowe, to w przypadku metody pisarskiej możemy mówić o świadomym naśladownictwie. Podobieństwa widać najwyraźniej na przykładzie trylogii o d'Artagnanie Dumasa i Trylogii Sienkiewicza. Wiele wskazuje na to, że ten ostatni zaczerpnął od swego poprzednika ogólne założenia metody pisarskiej. Po pierwsze już sam przyjęty przez Sienkiewicza format historycznej powieści przygodowej wyraźnie nawiązuje do dzieł Dumasa. Wcześniej obecne w naszej literaturze powieści historyczne nie posiadały charakteru wyraźnie przygodowego. Po drugie Sienkiewicz, podobnie jak Dumas, głównymi bohaterami swych powieści czynił nie figury fikcyjne, a drugoplanowe postacie historyczne. D'artagnan, Skrzetuski, Kmicic i Wołodyjowski nie tylko istnieli naprawdę, ale i legitymowali się zbliżonymi do powieściowych. Po trzecie, obydwie trylogie ukazywały się pierwotnie w odcinkach, na łamach prasy, dopiero później zaś, po zdobyciu ogromnej popularności, w formie książkowej. W końcu po czwarte, tak Dumas, jak i Sienkiewicz mieli dosyć niefrasobliwy stosunek do prawdy historycznej. Wydarzenia przedstawiali nieraz w kształcie dalekim od rzeczywistego, a pierwszoplanowe postacie historyczne bądź to idealizowali (Wiśniowiecki), bądź też demonizowali (Richelieu). Oczywiście nie jest tak, że Sienkiewicz skopiował metodę Dumasa w najdrobniejszych szczegółach. Oprócz wielu podobieństw można też zauważyć bardzo istotne różnice.  Najważniejszą jest ta, że Sienkiewicz był od Dumasa znacznie samodzielniejszy. Po pierwsze opierał się wyłącznie na źródłach historycznych i własnych badaniach, podczas gdy autor "Trzech Muszkieterów" czerpał pełnymi garściami ze wcześniejszych dzieł literackich. Po drugie, Polak pisał sam, w odróżnieniu od Francuza, któremu asystent przygotowywał surowy tekst powieści. Sam Dumas ów tekst uzupełniał, wygładzał i nadawał mu blasku. Myślę, że już wystarczy tych analiz.

 

Chciałbym jeszcze na koniec napomknąć o czem innym. Tak się ciekawie złożyło, że w dwóch kolejnych tekstach tego cyklu napisałem o powieściach dwóch autorów hiszpańskich i to równych sobie wiekiem. Tematyka obu powieści też jest w zasadzie podobna. Omawianie ich po kolei nie było  zamierzone, po prostu w takiej kolejności owe książki wpadały w moje ręce, a piszę o nich na świeżo, tuż po skończeniu lektury. I właśnie lektura tych dzieł obok siebie skłoniła mnie do pewnych refleksyj.  Co ciekawe, dopiero  porównanie tych, pozwala właściwie ocenić wartość pisarstwa obydwu autorów. Jako przypadek izolowany, Molist wypada całkiem nieźle, ale na tle Pereza niezwykle blado. Myślę, że na innym materiale porównawczym również można by dojść do tych samych wniosków.

wtorek, 28 czerwca 2011

molist

  

Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, iż być może na wszystkich polach kulturowej działalności człowieka, z całą zaś pewnością przynajmniej na polu literatury nie istnieją dzieła jednoznacznie złe, to jest takie, które wyłącznie złe wydają owoce. Powiada bowiem Dobra Księga "Nie może złych owoców dobre drzewo wydawać, ani drzewo złe owoców dobrych wydawać nie może". Nie jest więc całkiem złym drzewem, czy dziełem takie, które oprócz całego nawet mnóstwa owoców złych, wydaje chociaż małą przygarść dobrych. W tym miejscu, przed podjęciem dalszych rozważań, warto zaznaczyć, że wyrażenie "złe dzieło", ma przynajmniej dwa znaczenia: estetyczne i etyczne. W znaczeniu estetycznym będzie ono oznaczało dzieło słabe, mizerne, pozbawione walorów artystycznych. Jestem przekonany, że i w tym przypadku zaprezentowana teza jest słuszna, na razie jednak nie mam zamiaru tego wątku rozwijać. Bardziej bowiem interesuje mnie znaczenie etyczne, zgodnie z którym wyrażenie to oznaczać będzie dzieło przepełnione Złem moralnym lub duchowym.

 

Dobrym przykładem będzie tu osławiona książka Daniela Browna "Kod Leonarda da Vinci". Jest to książka zła i szkodliwa, przesycona jadem, kłamstwem i agresją. Niewątpliwie jej ukazanie się i szalona popularność przyniosły wiele szkód, wydały wiele złych owoców, zwłaszcza duchowych. Wielu bowiem ludzi, nieposiadających gruntownej wiedzy religijnej uwierzyło w bajeczkę, że Jezus Chrystus założył rodzinę i miał dzieci, a kierujący się złymi intencjami Kościół ukrył tę wiedzę przed rzeszami wiernych. Wbrew pozorom jednak moda na "Kod" wydała też, może nieliczne, ale bez wątpienia znaczące, owoce dobre. Najważniejszym jest ukazanie się na fali popularności tej książek wielu dzieł podejmujących podobną tematykę, ale czyniących to zdecydowanie uczciwiej. Niektóre z tych książek były bardzo dobre, niektóre osiągnęły znaczący sukces, a było wśród nich nawet kilka takich, które wywarły pewien wpływ na rzeczywistość.

 

Mam tu na myśli przedewszystkiem dwie pozycje. Pierwszą jest "Pierścień rybaka" Jana Raspaila. Książka ta wywołała  spore zainteresowanie w kręgach katolików tradycyjnych i konserwatywnych. Jej autor wszedł do swoistego panteonu pisarzy kultowych dla katolickiej prawicy. Na popularność załapało się także kilka innych jego dzieł.  Recenzje powstające we wzmiankowanych środowiskach (inne tę książkę konsekwentnie zamilczały) mieściły się zasadniczo w zakresie od umiarkowanie pozytywnych do bardzo entuzjastycznych, chociaż zdarzały się również znamienne wyjątki, takie jak mocno krytyczna recenzja autorstwa sedewakantystycznego księdza Franciszka Ricossy. Powieść jest zasadniczo rozumiana alegorycznie, choć w szczegółach jej interpretacje potrafią się znacząco różnić.

 

Drugą wpływową książką z tej półki jest "Imprimatur" Rity Monaldi i Franciszka Sortiego. Opierając się na dokumentach, powieść ta stawia poważne zarzuty błogosławionemu Innocentemu XI, papieżowi z czasów Odsieczy Wiedeńskiej, dotychczas uważanemu za postać kryształową. Plotka głosi, że podniesienie tych zarzutów spowodowało przerwanie jego procesu kanonizacyjnego i przeniesienie grobu z kaplicy św. Sebastiana, w której obecnie spoczywa błogosławiony Jan Paweł PP II, w inne, mniej eksponowane miejsce Bazyliki Św. Piotra na Watykanie.

 

Naiwnością jednak byłoby sądzić, że wszystkie dzieła składające się na tę wielką falę zainspirowaną elukubracjami Browna są dobre, wzniosłe i pożyteczne. Wśród nich zdarzają się też zarówno książki słabe i głupie, jak też zręcznie napisane, ale przy tem przewrotne i szkodliwe. Do tej ostatniej kategorii należy powieść Jerzego Molista, w naszym kraju wydana jako "Zdrada", co jest swego rodzaju kuriozum, gdyż dosłowny przekład tytułu oryginalnego brzmi „El retorno cátaro” co się dosłownie tłumaczy jako "Powrót katarów".  Książka opisuje walkę tytułowych katarów ze skrajnym odłamem mormonów zwącym się "Strażnikami Świątyni" o władzę nad najpotężniejszą na świecie korporacją medialną, a pośrednio również i nad całym światem. W książce role są wyraźnie podzielone. Katarzy, których poglądy polityczne są określone jako skrajnie lewicowe ("na lewo od Partii Demokratycznej"), domagający się zwiększenia reprezentacji kobiet i latynosów na kierowniczych stanowiskach, przedstawieni są jednoznacznie jako bohaterowie pozytywni. Również doktryna katarów została w omawianej powieści wyidealizowana, wygładzona i pozbawiona elementów odstręczających. Z kolei prawicowi, opowiadający się za swobodą posiadania broni, poważnie traktujący religię i krytykujący rząd federalny są przedstawieni jak diabły wcielone. Sugestie o sympatiach politycznych poszczególnych sekt są jednak zarysowane dyskretnie, tak, aby nie wywołać wrażenia przesytu. Powieść ma wyraźny lewoskręt, ale jest on zręcznie zakamuflowany. Nieuważny czytelnik go nie dostrzeże i może zostać zmanipulowany.

 

Manipulacja jest więc subtelniejsza niż u Browna, ale nie byłaby przez to mniej groźna, gdyby "Zdrada" zyskała popularność równą "Kodowi". Nie zyskała jej jednak. Jej polskie wydanie ukazało się pięć lat temu, a ja nabyłem ją w ubiegłym miesiącu za pięć złotych na stoisku z tanią książką.

niedziela, 15 maja 2011

 nobel

O Literackiej Nagrodzie Nobla pisałem już w latach 2007 i 2008, najpierw przy okazji wydania dołączanej do Der Dziennika kolekcji dzieł "najwybitniejszych noblistów", potem zaś omawiając powieść Orhana Pamuka "Nazywam się czerwień". Dzisiaj natomiast chciałbym o niej napisać w formie próby podsumowania jej przyznań podczas trwania pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Zastosowane przez wspomnianą gazetę określenie "wybitni nobliści" wbrew pozorom nie jest wcale pleonazmem, gdyż bynajmniej nie wszyscy laureaci tej nagrody są pisarzami wybitnymi. Widać to bardzo wyraźnie właśnie na przykładzie laureatów z ostatniej dekady. Według zgodnej opinii krytyków jedynie J.M. Coetzee i Mario Vargas Llosa są prawdziwymi arcymistrzami literatury. Ja osobiście do tej krótkiej listy dopisałbym jeszcze Orhana Pamuka, ale to tylko moja prywatna, niewiele znacząca opinia. Warto przy tem zauważyć, że o ile Coetzemu i Pamukowi dopiero ta nagroda dała światową sławę, o tyle Vargas w momencie jej otrzymania znajdował się już od wielu lat na szczytach popularności. To, że tylko dwaj lub trzej z dziesiątki są uznawani za wybitnych nie oznacza  bynajmniej że pozostałych siedmioro, czy ośmioro laureatów to źli, czy słabi pisarze. Wręcz przeciwnie, są oni bardzo dobrzy (w tej dekadzie komitet noblowski nie zaliczył takiej wpadki, jak Dario Fo, którego twórczość większość krytyków ocenia negatywnie), ale takich bardzo dobrych pisarzy są na świecie tysiące. Są też setki literatów bezspornie wybitniejszych, którzy jednak nigdy Nobla nie dostali. Można więc przypuszczać, że o wyborze tych właśnie, a nie innych laureatów zadecydowały względy pozaliterackie, najpewniej przedewszystkiem polityczne, ale być może także i towarzyskie. Jest tajemnicą poliszynela, że Noblem honoruje się najczęściej literatów lewicowych, a przynajmniej lewicujących. Ci którzy są od lewicy daleko, choćby byli najwybitniejsi albo koszmarnie długo na nagrodę czekają, jak Mario Vargas, albo też nigdy jej nie otrzymują, jak Zbigniew Herbert. Zjawisko zresztą, wbrew pozorom, wcale nie jest nowe. Tak jak od kilkudziesięciu lat wśród literackich noblistów jest nadreprezentacja lewicowców, tak w pierwszych dekadach istnienia nagrody była wśród nich nadreprezentacja Skandynawów. Większości spośród owych pisarzy dziś już nikt poza specjalistami nie zna i nie pamięta. Prawdopodobnie rzesze obecnie nagradzanych lewaków czeka ten sam los. A dzieła Vargasa, który, zanim w końcu zasłużonego Nobla, najpierw odstał kilkanaście lat w charakterze "wielkiego pominiętego" bez wątpienia trafią do światowego kanonu literatury nieśmiertelnej. Małość zaś, nawet ukoronowana, nieśmiertelności nie zyskuje.

piątek, 06 maja 2011

 Szwaja

Mikropowieść Moniki Szwai „Nie dla mięczaków” można było ostatnio (a może nadal można) dostać za darmo w empiku. Ta niewielka książeczka stanowiła gratisowy dodatek do zakupów książkowych z okazji jakiegoś tygodnia książki, czy czegoś takiego. Akcje tego rodzaju uważam za bardzo pożyteczne. Sprawiają one, że dana pozycja trafia do rąk osób, które w innych okolicznościach by po nią nie sięgnęły, co w oczywisty sposób przyczynia się do poszerzenia horyzontów czytelniczych, tak indywidualnych, jak i ogólnospołecznych. W tym konkretnym przypadku przydarzyło się to między innymi mojej skromnej osobie. Dotąd nie kupowałem, ani nie czytałem książek tej autorki, nie miałem też zamiaru czynić tego w przyszłości. Uznawałem bowiem jej pisarstwo za literaturę przeznaczoną zasadniczo dla kobiet. Skoro jednak książka sama wpadła mi w ręce, przeczytałem ją i bynajmniej tego nie żałuję.

 

Nadal uważam, co prawda, że grupą docelową tej książki i jej podobnych są przedewszystkiem kobiety, jest to bowiem właściwie romans, a ten gatunek literatury bez wątpienia częściej czytuje płeć piękna, aniżeli brzydka. Uważam jednak, że również mężczyzna może tę książkę czytać z z satysfakcją i pożytkiem, a to przynajmniej z dwóch względów. Po pierwsze postacie bohaterów są tutaj nakreślone w sposób niezwykle interesujący. Głównym bohaterem jest informatyk, który odniósł sukces zawodowy jako przedsiębiorca branży komputerowej. Nie jest jednak typowym przedstawicielem inżynierskiej braci, ma bowiem szerokie zainteresowania daleko wykraczające poza ramy dyscyplin ścisłych i technicznych. Przez wiele lat śpiewa w chórze, ocierając się o zawodowstwo, organizuje też festiwale chóralne. Wykazuje się szerokim oczytaniem, posiada bogatą bibliotekę. Ma również bogate życie towarzyskie. Rozwodzi się z żoną, z którą ma dorosłą córkę, z inną kobietą ma dorosłego syna, o którym nic nie wie, a który okazuje się być homoseksualistą. Jakby tego było mało, ma też stałą, bezuczuciową kochankę, a bezpośrednio po orzeczeniu rozwodu wdaje się w burzliwy romans. Inni bohaterowie mają równie skomplikowane osobowości i życiorysy. Po drugie, książka ma interesujący wątek krajoznawczy, rozbity na dwa podwątki: szczeciński i beskidzki. Wchodzi w tej materii niekiedy w takie szczegóły, że może służyć za przewodnik. „Nie dla mięczaków” jest więc niewątpliwie romansem, ale bynajmniej nie tylko romansem. Dlatego jest to książka nie tylko dla kobiet.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Zapłakały brzozy przenikliwym głosem

Zapłakały brzozy nad narodu losem

Zapłakały brzozy, zapłakały wierzby

Olchy, jarzębiny, graby, buki, dęby

 

To nie pole bitwy, to nie grób zarazy

Każde z ciał na ziemi ma ma inne urazy

Narodu polskiego najlepsi synowie

Krwią swą użyźnili to mgliste pustkowie

 

Drzewa są świadkami, świadkami niemymi

Wiedzą, jak się stało, że leżą na ziemi

Ci, co hołd zdradzonym oddać polecieli

Lecz nic nie powiedzą, chociażbyśmy chcieli

 

Nic nam nie powiedzą, tylko łkają z cicha

Dla nas z tego płaczu pociecha jest licha

Póki nad swym losem nie zapłaczem sami

I o jego zmianę sami nie zadbamy

 

Jeśli nad grobami toczyć będziem waśnie

Wrogowie się z tego cieszyć będą właśnie

Chcąc uczcić ofiary tamtej katastrofy

Trzeba nam się zabrać ostro do roboty

 

Trzeba winnych znaleźć, trzeba ich ukarać

Lecz stukrotnie bardziej należy się starać

O to, by się nigdy to nie powtórzyło

Co w smoleńskim lesie wiosną się zdarzyło

 

Uczcijmy ofiary nie setką pomników

A mądrym wyborem takich polityków

Którzy dobro kraju będą mieć na względzie

A wtedy niechybnie w Polsce lepiej będzie.

 

O mglistym brzasku, w smoleńskim lasku

Spadł nasz samolot na ziemię.

 

poniedziałek, 04 kwietnia 2011

Na wstępie chciałbym bardzo gorąco podziękować tym wszystkim spośród Was, którzy głosowali na moją książkę "Religie w Polsce" w pierwszym etapie konkursu książki historycznej Historia Zebrana, w którym startuje ona w kategorii wydawnictw popularnonaukowych. Ten pierwszy etap zakończył sie 31 marca, a jego wyniki zostały ogłoszone 4 kwietnia. Moja książka przeszła do drugiego etapu plebiscytu internautów, oczywiście dzięki Wam, jest to bowiem Wasza zasługa.

 

Drugi etap głosowania trwa od 4 do 12 kwietnia. Głosować można na tej stronie: http://historiazebrana.pl/index.php?content=glosowanie . Zachęcam do głosowania zarówno tych, którzy już to zrobili w pierwszym etapie, jak i tych, którzy tego nie uczynili. Głosy nie przechodzą z pierwszego etapu, liczą się od nowa, dlatego ważne jest głosowanie również teraz. Szkoda by było zmarnować okazję. Po oddaniu głosu trzeba go koniecznie potwierdzić kliknięciem w link zawarty w otrzymanym wówczas mailu.

 

Wśród głosujących zostaną rozlosowane książki biorące udział w konkursie. Kto zagłosuje dwukrotnie, będzie miał również dwukrotnie większą szansę na wygranie zestawu książek. A wygląda na to, że szansa na to jest całkiem duża, bo ogół głosujących w tym konkursie nie jest zbyt liczny i nie przekracza kilkuset osób. Warto więc powalczyć, nie tylko dla mnie, ale też dla siebie. Raz jeszcze zachęcam wszystkich do głosowania.

niedziela, 27 marca 2011

Dwa tygodnie temu poprosiłem Was o głosowanie na moją książkę "Religie w Polsce" zgłoszoną przez jej wydawcę do konkursu. Dzisiaj chciałbym przedewszystkiem podziękować tym, którzy oddali już na tę książkę głos, a było ich niemało. Tym, którzy jeszcze chcieliby to uczynić, przypominam, że głosować można na stronie http://www.historiazebrana.pl do dnia 31 marca włącznie. Po oddaniu głosu trzeba go koniecznie potwierdzić kliknięciem w link zawarty w otrzymanym wówczas mailu. Jeśli moja książka przejdzie do następnego etapu, a nie wydaje się to nieprawdopodobne, to od 5 do 12 kwietnia będzie można głosować powtórnie, do czego gorąco zachęcam. Kto zagłosuje dwukrotnie, będzie miał również dwukrotnie większą szansę na wygranie zestawu książek. A wygląda na to, że szansa na to jest całkiem duża, bo ogół głosujących w tym konkursie nie jest zbyt liczny i nie przekracza kilkuset osób. Warto więc powalczyć, nie tylko dla mnie, ale też dla siebie.

środa, 23 marca 2011

herodot

„Podróże z Herodotem” to wśród dzieł Ryszarda Kapuścińskiego książka nietypowa. Nie jest monograficznym reportażem z jakiegoś kraju jak „Cesarz”, czy „Padyszach”, lecz luźnym zbiorem wspomnieniowych szkiców, nasyconym eseistycznymi rozważaniami o kulturze. Wśród różnych ciekawych spostrzeżeń rzuca się tu w oczy specyficzny sposób kategoryzowania rzeczywistości. Kilkakroć autor opisuje rzeczy niematerialne, tak, jakby były one bytami na wskroś fizycznymi. Najpierw, we wspomnieniach z z Indyj jest to język:

„Poczułem się nagle schwytany w pułapkę, osaczony. Osaczony przez język. Język zdał mi się w tym momencie czymś materialnym, czymś istniejącym fizycznie, murem, który wyrasta na drodze i nie pozwala iść dalej, zamyka przed nami świat, sprawia, że nie możemy się do niego dostać.”

Następnie, w Sudanie, cień:

„Dotarłem do pnia i osunąłem się na ziemię, w cień. Cień w takich chwilach jest rzeczą zupełnie materialną, ciało przyjmuje cień tak samo łapczywie jak spieczone usta – łyk wody. Daje ulgę, zaspokaja pragnienie.”

Wreszcie, w rozdziale końcowym materialną niejako formę, choć mniej konkretnie niż w dwóch poprzednich przypadkach, nadaje czasowi, snując rozważania o prowincjonalizmie czasu:

„Bałem się, że mogę wpaść w pułapkę prowincjonalizmu. Pojęcie prowincjonalizmu wiążemy zwykle z przestrzenią. Prowincjonalny to ktoś, czyje myślenie ograniczone jest do pewnej marginalnej przestrzeni, której przypisuje on nadmierne, uniwersalne znaczenie. Ale T.S. Eliot ostrzega przed innym prowincjonalizmem – nie przestrzeni, lecz czasu. „W naszej epoce – pisze w eseju o Wergiliuszu w 1944 roku – kiedy ludzie skłonni są bardziej niż kiedykolwiek mylić mądrość z wiedzą, a wiedzę z informacją i usiłują rozwiązać problemy życiowe w terminach techniki, rodzi się nowa odmiana prowincjonalizmu, która zapewne prosi się o inną nazwę. Jest to prowincjonalizm nie przestrzeni, ale czasu; dla niego historia to jedynie kronika ludzkich wynalazków, które swoje odsłużyły i zostały wyrzucone na śmietnik; dla niego świat jest wyłącznie własnością żyjących, w której umarli nie mają żadnego udziału. Tego rodzaju prowincjonalizm niesie ze sobą tę groźbę, że my wszyscy, wszystkie ludy planety, możemy stać się prowincjonalni, a ci, którym się to nie podoba, mogą tylko zostać pustelnikami”.

Są więc prowincjusze przestrzeni i prowincjusze czasu. Każdy globus, każda mapa świata pokazuje tym pierwszym, jak są w swoim prowincjonalizmie zagubieni i zaślepieni, podobnie jak każda historia, w tym – każda strona Herodota – pokazuje tym drugim, że teraźniejszość istniała zawsze, bo historia jest tylko nieprzerwanym ciągiem teraźniejszości, a najbardziej odległe dzieje były dla ludzi wówczas żyjących ich najbliższym sercu dniem dzisiejszym.”

Odnoszę wrażenie, ze te dwie pierwsze materializacje niematerialnego są jedynie swoistym preludium do tej trzeciej, bez wątpienia najważniejszej. Koncepcja prowincjonalizmu czasu zdaje się być kwintesencją rozważań zawartych w całej książce. Ciąg elementów narracji konsekwentnie zmierza do takiej właśnie konkluzji.

poniedziałek, 07 lutego 2011

KCK

Dotąd w cyklu "Humanistyka z marketowego koszyka" omawiałem jedynie tradycyjne książki papierowe, co w dzisiejszych czasach jest znacznym i nieuprawnionym zawężeniem tematu. Dlatego też dziś napiszę o wygrzebanych z marketowych koszy audiobookach. W Kauflandzie, na galerii którego mieści się apteka aktualnie moją skromną osobę zatrudniająca, pojawiły się niedawno  audiobooki z serii Klub Czytanej Książki, wydanej przez Agencję Artystyczną MTJ. Z agencją tą zetknąłem już w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to wydawała między innymi  niszowe kasety z pogranicza folku. Już wtedy było widać, że jest to firma skłonna do podejmowania się wartościowych, ale ryzykownych przedsięwzięć. Tak jest i tym razem. Kiedy wspomniane audiobooki pojawiły się w "moim" Kauflandzie, były wystawione do sprzedaży po dwadzieścia złotych za sztukę. Cieszyły się jednakowoż dosyć marną popularnością, toteż wkrótce zostały przecenione, najpierw do piętnastu, potem do dziesięciu, a w końcu do pięciu. W tejże właśnie cenie nabyłem kilka sztuk: "Karierę Nikodema Dyzmy", "Pana Wołodyjowskiego", "Faraona", "Pożegnanie jesieni" i "Iliadę". Wszystkie są tym, czym audiobooki być powinny, czyli kompletnymi, pełnymi wersjami książek odczytanymi przez jednego, kompetentnego aktora, a nie skróconymi słuchowiskami ubarwionymi muzyką, efektami dźwiękowymi i dialogami w wykonaniu kilku aktorów, które skrytykowałem w artykule "Audiobooki, czy słuchowiska?". Dzięki swojej kompletności, audiobooki z omawianej serii dostarczają nie tylko rozrywki, ale także konkretnej wiedzy literackiej, mogą więc z powodzeniem służyć uczniom, studentom i badaczom.

piątek, 21 stycznia 2011

PJN

Ponad dwa lata temu napisałem tekst o złośliwych rozwinięciach skrótów nazw partyj politycznych. Najwięcej uwagi poświęciłem Prawu i Sprawiedliwości, bo po pierwsze to właśnie ten skrót w owym czasie najczęściej złośliwie interpretowano, po drugie zaś akurat PiS pasował mi do żartobliwego konceptu, na którym oparłem ów tekst. Zarzucano mi wtedy stronniczość objawiającą się szczególnie pominięciem w Moich wyliczeniach Platformy Obywatelskiej. Wszystko jednak ma swój czas pod niebem, jak powiada Eklezjasta, i na wszystkie rzeczy przychodzi odpowiednia godzina. Po prostu wtedy nie nadeszła jeszcze pora dogodna pora na omówienie złośliwych rozwinięć skrótu PO nie było jeszcze podówczas zbyt wiele. Rozkwit internetowej (bo areną dla tych złośliwości jest dziś prawie wyłącznie internet) twórczości poświęconej tej partii miał miejsce w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Mniej jednak skupiła się na "rozszyfrowywaniu tego skrótu", bardziej zaś na przekręcaniu nazwisk czołowych polityków tego ugrupowania. A jeśli chodzi o samo rozwijanie skrótów, to właśnie przy PO pojawiło się nowe zjawisko, które można określić jako rozwijanie seryjne. Oto przykład tego rodzaju twórczości, pochodzący z forum portalu gazeta.pl:

„PO - Partia Oszustów
PO - Pieprzymy Obietnice
POPO - Pełny Orgazm Prowokując Opozycję”

Takie serie w odniesieniu do Platformy Obywatelskiej pojawiają się na internetowych forach od czasu do czasu, jednak z prawdziwym ich wysypem mamy do czynienia w związku z ugrupowaniem Polska Jest Najważniejsza. Impułsem do eksplowji tej twórczości był, jak się zdaje, happening dwóch poselskich asystentów z PiSu, którzy, wszedłszy w przebraniu na konferencję PJN, zaprezentowali napis o treści "Palikot Jest Najważniejszy". Wtedy się zaczęło. Internet został dosłownie zasypany seriami dowcipnych a przy tem złośliwych rozwinięć. Kulminacja zjawiska nastąpiła, gdy ruch ogłosił, że szuka nowej nazwy. Wtedy posypały się "propozycje". Oto przygarść przykładów, zaczerpniętych z forum dyskusyjnego portalu gazeta.pl:

„PJN? - Parlament Jak Najbardziej, więc Pleciemy Jak Najęci. Program Jest Niepotrzebny, bo Puścimy Jakiegoś Newsa. Pójdziemy Jęczeć Narzekać, Pustosłowie Jako Narzędzie, bo Piszczą Jak Nadajemy. To PR Jest Najważniejszy, bo Pamięć Już Niepotrzebna, bo Przyjemnie Jest Niszczyć. Prawda Jest Niewygodna, więc Plujemy Jak Nigdy. Planujemy Jednoczyć Naiwnych, choć Platforma Jakoś Nęci, to Partia Jakości Nitrasa. Polityczny Język Nienawiści, Przygoda Jakoś Niesmaczna, Posłowie Jacyś Nieswoi, lecz Portmonetka Jest Najważniejsza. Patrzcie Jaka Narracja! Pinokio Jak Nowy, Pierwsza Jaskółka Niczego. Patrzcie Jak Nikniemy, Porażka Jako Natchnienie. Pojedziemy Jedną Nyską, Pomyślmy... Jezu...Nic!”

 

„Pomidorówka jest Najważniejsza

Platforma jest Najwazniejsza

pódelek jest najfajniejży”

 

„Polać Jemu Następnego :P

Prawie Jesteśmy Najsprawiedliwsi

Potyczki Joanny Niegrzecznej

Partia jak Niewypał

Pis Jeszcze Niszczyć

Przyszłość Jest Niewiadomą

Potem Jakoś Nazwiemy „

 

„Pięć Jurnych Noblistek (wersja perspektywiczna)

Piękno Jeszcze Nienapoczęte (wersja obiecująca)

Powab Jesiennego Nieboszczyka (wersja pesymistyczna)

Pierwotniaki Jedzące Nietoperze (wersja z wczoraj, niechcący niechętna)

Poczekaj, Jeszcze Nie (wersja dla niecierpliwych)

Popołudniami Jestem Nienasycona (wersja, po prostu wersja)”

 

„PJN - Piwo Jest Najważniejsze

PJN - Popaprańcy Jareczka Najśmieszniejsi

PJN - Pieprzenie Jest Najważniejsze

PJN - Pani Jakubiak Najśmieszniejsza

PJN - Patrzcie Jacy Nadęci”

 

Tym razem zjawisko nie ograniczyło się do internetu. Tego rodzaju wyliczankami zaczęła się bawić również prasa drukowana. Całą stronę poświęciło dla przykładu na tego rodzaju twórczość satyryczne pismo "Pinezki". Wygląda więc na to, że tego rodzaju złośliwe rozwinięcia partyjnych skrótów, w tym także seryjne, na stałe weszły do repertuaru politycznego folkloru w naszym kraju.

czwartek, 23 grudnia 2010

Walka z cywilizacją zachodnią trwa od wielu lat, można rzec od wieków. Tajne ośrodki i organizacje, dążące do utworzenia wspólnego rządu światowego wiedzą, że aby osiągnąć swój cel muszą najpierw zniszczyć stare i silne cywilizacje i zastąpić je jedną, sztuczną i hybrydową, wspólną dla całego rodzaju ludzkiego. Wydaje się, że cywilizację taką planuje się stworzyć na bazie cywilizacji zachodniej, pozbawiwszy ją wpierw pewnych elementów. Głównymi filarami tejże cywilizacji, dominującej aktualnie w Europie, obydwu Amerykach i Australii są chrześcijańska religia i heteroseksualna erotyka, oczywiście ograniczona konkretnymi ramami. Każda bowiem cywilizacja opiera się na religii i erotyce, przy czem modele jednej i drugiej są w każdej cywilizacji odmienne. Wspomniane tajne organizacje pragną usunąć z niej elementy chrześcijaństwa i zastąpić je religijnym synkretyzmem w stylu New Age, a erotyce zdjąć hamulce i pozbawić ją jednoznacznie heteroseksualnego charakteru.

 

Walka o osiągnięcie tych celów prowadzona jest na wielu polach jednocześnie. Jednym z najważniejszych jest wojna z symbolami. Cywilizacja pozbawiona swojego systemu symboli lub jego znaczącej części, traci swoją tożsamość. Najważniejszym symbolem chrześcijańskiej cywilizacji Zachodu jest oczywiście Krzyż Chrystusowy i to On jest głównym celem ataków zwolenników nowego porządku światowego. Tam gdzie mogą, walczą z nim wprost, całkowicie go eliminując z przestrzeni publicznej. W naszej ojczyźnie walka z krzyżem pozostaje jak na razie na etapie rozpoznania bojem. Co jakiś czas mamy do czynienia z serią ataków skierowanych przeciwko obecności krzyża w przestrzeni publicznej. Dwie ostatnie takie serie miały miejsce pod koniec ubiegłego i w lecie bieżącego roku. Po każdej z nich atakujący wycofują się, gdy dostrzegają, że nie mają jeszcze wystarczającego poparcia społecznego dla przeprowadzenia frontalnego, skutecznego ataku. Będą próbować tak długo, aż im się uda. Jednocześnie prowadzą ataki pośrednie, eliminując z cywilizacyjnego obiegu rozmaite symbole pomniejsze. Udało się im już usunąć z przestrzeni publicznej, pod pretekstem nazistowskich konotacyj, salut rzymski, bliscy są też powtórzenia tego z krzyżem celtyckim. W rzeczywistości obydwa te symbole posiadają bardzo liczne znaczenia, wśród których te nazistowskie mają pozycję zaiste marginalną. Salut rzymski oznacza przedewszystkiem deklarację przynależności do łacińskiego kręgu kulturowego, a krzyż celtycki jest, w swym podstawowym znaczeniu, jednym z najstarszych i najważniejszych przedstawień krzyża chrześcijańskiego. Lewakom udało się jednak, dzięki potędze służących im marksmerdiów, przekonać społeczeństwo, iż są to symbole, jak się mówi w lewicowych kręgach "faszystowskie" (słowa "nazizm" środowiska te unikają, gdyż obnaża ono socjalistyczny charakter tego zbrodniczego ustroju).

 

Ostatnio pod dokładnie tym samym pretekstem rozpętano walkę z pochodniami. Zaczęło się od zaopatrzonego w takowe artefakty wieczornego marszu obrońców krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego z udziałem prezesa PiS, W. Czc. Jarosława Kaczyńskiego, który odbył się dziesiątego września bieżącego roku. Po tym wydarzeniu pewna gazeta, słynąca z selektywnego doboru informacyj i opinij, zasugerowała, nie wprost oczywiście, że marsze z pochodniami budzą jednoznacznie faszystowskie skojarzenia, wskutek czego są one ewidentnie nieetyczne, a być może nawet bezprawne. Podobnie było dwa miesiące z okładem później, gdy maturzyści z krakowskiego liceum imienia Stanisława Wyspiańskiego składali uroczyste ślubowania przy blasku pochodni, na Skałce, u stóp grobu swojego patrona. Również oni zostali w tejże samej gazecie między wierszami oskarżeni o faszyzm. Również internauci, komentujący te artykuły na portalu wzmiankowanej gazety, w większości przypadków twierdzili, że współcześnie "pochodnie kojarzą się jednoznacznie". Przekonanie to świadczy jednoznacznie o powszechnym zaczadzeniu lewackim dymem z masońskiego pieca. W rzeczywistości symbolika pochodni nie jest i nigdy nie była jednoznaczna. Wręcz przeciwnie, jest ona głęboka, bogata i złożona. Szczególnie rozbudowana jest zaś w chrześcijaństwie. Korzeniami swymi sięga do Ewangelii: "Niech będą przepasane biodra wasze i pochodnie gorejące w rękach waszych” (Łk12,35). Tutaj pochodnia jest symbolem chrześcijańskiej czujności. W Apokalipsie Świętego Jana występuje siedem pochodni, które są interpretowane jako symbol Ducha Świętego. Wielu świętych ma pochodnie za atrybuty, szczególnie ci męczennicy, którzy zginęli w ogniu, jak Św. Teodor, czy Św. Eutropia. Świętemu Dominikowi, założycielowi Zakonu Kaznodziejskiego często na obrazach towarzyszy pies niosący pochodnię w pysku. W tradycji antycznej zapalona pochodnia symbolizuje życie i światło, zgaszona, bądź opuszczona, ciemność i śmierć. Jeśli chodzi o użycie w demonstracjach, to na przestrzeni ostatnich stu lat wykorzystywali pochodnie nie tylko naziści, czy Ku-Klux-Klan, ale także na przykład przeciwnicy stosowania przemocy. Wszystko to można przeczytać nawet w podręcznych leksykonach symboli. Nie bez znaczenia jest też rola pochodni w literaturze polskiej. U barokowego poety katolickiego Szymona Zimorowica jest ona symbolem życia:

Bo niesłusznie do spółku ludzkiego przychodzą

Ci, którzy mogąc, sobie podobnych nie rodzą.

Owszem, światłości dziennej zażywać niegodni,

Że drugim nie podają żywotnej pochodni.”

Współczesny mu kalwin Daniel Naborowski „Pochodnią Tytanową” (oczywiście od mitologicznych tytanów, nie od nieznanego jeszcze wówczas metalu o tej nazwie) nazywa Słońce. W stuleciu osiemnastym biskup Ignacy Krasicki przeciwstawia pochodnię, jako autonomiczne źródło światła, świeczce, która jest tylko cudzej jasności małą uczestniczką. W wieku kolejnym, późny klasyk Franciszek Wężyk nazywał poetów pochodniami ludu. W końcu u Wyspiańskiego, w „Weselu” i „Wyzwoleniu” pochodnie symbolizują tradycje narodowe. Są więc jak najbardziej na miejscu w czasie ślubowania uczniów szkoły jego imienia u stóp jego grobu. Wszystkie powyższe przykłady dobitnie ukazują, że konotacje płonących pochodni są w naszym kręgu cywilizacyjnym w zdecydowanie przeważającym stopniu pozytywne. Ich skojarzenie z przemocą ma charakter wybitnie marginalny. Dążenie do eliminacji pochodni z przestrzeni publicznej musi być więc uznane za podkopywanie fundamentów zachodniej, chrześcijańskiej cywilizacji.

piątek, 17 grudnia 2010

Księga przysłów

Pisałem już, że atrakcyjne dla badacza kultury książki, które można znaleźć w marketowych koszach z tanią literaturą, można podzielić na opracowania i źródła. Wśród tych ostatnich zaś niebagatelną rolę odgrywają kurioza. Do tej kategorii niewątpliwie zalicza się "Księga przysłów", wydana przez Wydawnictwo Literat z Torunia. Pierwszym symptomem, świadczącym o kuriozalnym charakterze tej książki, jest brak osoby, która wzięłaby na siebie odpowiedzialność za jej treść. Wyboru i opracowania dokonał zespół, którego członkowie nie są wymienieni z nazwiska. Przysłowia są podane bez żadnego opisu. Nie wiadomo skąd dane przysłowie pochodzi, choćby ogólnikowo, z jakiego kraju, narodu, czy języka, nie mówiąc już o dokładnych danych, gdzie i kiedy zostało zapisane, albo z jakiego pisanego źródła zaczerpnięte. Takie dane są konieczne w naukowych zbiorach, które można wykorzystywać w poważnych analizach paremiologicznych, czy to na gruncie literaturoznawstwa, czy też antropolologii kulturowej. Innym mankamentem, uniemożliwiającym wykorzystanie omawianego zbioru do jakichkolwiek analiz paremiologicznych, nie tylko naukowych, ale także publicystycznych jest zastosowana w nim forma układu alfabetycznego według pierwszych słów przysłów, a nie ich tematów przewodnich. Jeśli więc ktoś poszukuje na przykład przysłów o koniach nie ma ich zebranych w jednym miejscu pod hasłem koń, ale musi ich szukać rozproszonych po całej książce. Nie byłoby to oczywiście żadnym problemem, gdyby zbiór był opatrzony indeksem, a  przysłowia na poszczególnych stronach były ponumerowane. Mogą więc Szanowni Czytelnicy zapytać, dlaczego uznaję tę książkę za materiał źródłowy dla antropologii kulturowej, skoro jednocześnie udowadniam, że do badań nad przysłowiami nie da się jej wykorzystać? Ano dlatego, że jak najbardziej nadaje się na materiał źródłowy do badania literatury brukowej, czy też jarmarcznej, do której bez wątpienia się zalicza. Mogę sobie bez problemu wyobrazić artykuł naukowy pod takim na przykład tytułem: "Przyczynek do badania jarmarczno-marketowej pseudoparemiologii na podstawie 'Księgi Przysłów' Wydawnictwa Literat". Mógłbym nawet taki artykuł sam napisać. Zważywszy jednak, że od trzech lat żadnego artykułu naukowego nie napisałem, jest bardzo mało prawdopodobne, abym napisał akurat ten.

poniedziałek, 27 września 2010

Sikorski

Jeżeli kulturę rozumieć szeroko, a tak właśnie powinien ją rozumieć antropolog, również polityka jawi się jako jej część składowa. Toteż wywiad-rzeka z politykiem doskonale pasuje do niniejszego cyklu, zwłaszcza jeśli jest to polityk o tak szerokich horyzontach intelektualnych, jak obecny szef polskiej dyplomacji JE Radosław Sikorski. Wywiad, zatytułowany "Strefa zdekomunizowana" został przeprowadzony przez Łukasza Warzechę, na codzień pisującego do "Fucktu". Nie umniejsza to jednak wartości książki. Łukasz Warzecha bowiem, mimo że pracuje w chlewie, jest naprawdę dobrym dziennikarzem - zdolnym, inteligentnym i solidnym. Przypomina mi on jako żywo postać akordeonisty przygrywającego w burdelu z powieści "Mazurek dla dwóch nieboszczyków", hiszpańskiego noblisty Kamila Józefa Celi.

Dość jednak o Warzesze, skupmy się na Sikorskim, zwłaszsza w kontekście antropologicznych aspektów jego wypowiedzi. Spośród wielu definicyj antropologii kulturowej mnie osobiście najbardziej do gustu przypadła ta, która mówi, że jest to nauka o zróżnicowaniu kultur. A właśnie owemu zróżnicowaniu poświęcone są spore fragmenty wywiadu. Omówione są tu w różnych miejscach różne cechy charakterystyczne kultur: polskiej, amerykańskiej i brytyjskiej, często właśnie w kontekście porównawczym. Sporo miejsca poświęcono też ogólnym rozważaniom o cywilizacji europejskiej. Szczególnie warte uwagi są wspomnienia dotyczące studiów w Oxfordzie. Mnie osobiście ucieszył fakt, że pewne elementy brytyjskiego systemu stutiowania, przynajmniej takiego, jakim go przedstawia Sikorski, były obecne na moich studiach etnologicznych w prowincjonalnym i pod każdym względem odległym od Oxfordu, Cieszynie. My też mieliśmy osobisty kontakt z wykładowcami, z którymi nieraz po zajęciach chodziliśmy na piwo, a nasze zaliczenia opierały się głównie na pisaniu esejów.

Jeśli chodzi o sprawy czysto polityczne, to muszę powiedzieć, że poglądy i działania Radosława Sikorskiego zawsze były mi bliskie, a po lekturze tej książki, dzięki której miałem okazję lepiej je poznać, stały mi się jeszcze bliższe. W jej świetle minister jawi się jako konsekwwentny, chociaż realistyczny konserwatysta. Dodatkowo zapunktował u mnie oświadczeniem, że w Oxfordzie uczestniczył w Mszach Trydenckich. Tacy właśnie ludzie, silnie zakorzenieni w tradycjach cywilizacji europejskiej, a jednocześnie do bólu pragmatyczni są dziś bardzo potrzebni Polsce i Europie. Tylko w oparciu o takich ludzi, będzie można odbudować Cesarstwo Rzymskie, zdolne odeprzeć ataki Moskali, Saracenów i Chińczyków. A do tego wszystkiego potrafi mówić niezwykle interesująco, toteż książkę czyta się doskonale. Gdyby nie to, że obecnie z powodów rodzinnych nie mogę sobie pozwolić na zarywanie nocy, pochłonąłbym ją zapewne za jednym posiedzeniem. A tak zajęło mi to całe trzy dni, co i tak, zważywszy moje aktualne możliwości, jest wynikiem doskonałym.

poniedziałek, 20 września 2010

kukurydza

Folklorem nazywamy mówioną i nie zapisywaną literaturę, nie tylko ludową, w sensie przynależności do jakiegoś ludu, czyli grupy etnicznej, regionalnej, ale także zawodową, czy też środowiskową. Szczególnie rozwiniętym folklorem zawodowym cechowały się zawsze rozmaite grupy wędrownych rzemieślników i handlarzy. Dla przykładu o folklorze garncarzy powstawały całe książki, a wielkopolscy handlarze świętymi obrazkami zwani ochweśnikami stworzyli nawet własny język znany jako kmina ochweśnicka. Zjawisko folkloru zawodowego, nie tylko nie zanikło, ale ciągle pojawiają się nowe jego wytwory.

 

Z takimi właśnie współczesnymi wytworami folkloru zawodowego wędrownych sprzedawców kukurydzy zetknąłem się ostatnio na plaży w Darłówku. Praktycznie wszyscy handlarze wędrujący po owej plaży mieli ten sam asortyment produktów: orzeszki ziemne w karmelu, popcorn i kukurydzę gotowaną. Większość z nich zachwalała swój towar, krzycząc po prostu: "popcorn, kukurydza gotowana, orzeszki w karmelu". Jeden jednak, pan w specyficznym kapeluszu, wyróżniał się spośród nich, bogatym repertuarem rymowanych haseł reklamowych:

"Kukurydza gotowana,

I dla Pani i dla Pana."

 

"Kukurydza gotowana,

Przez świstaka zawijana",

 

"Kukurydza z Łomży,

Zapobiega ciąży",

 

"Gdy mąż nie może,

To kolbisko Ci pomoże",

 

"Kukurydza -pokarm bogów,

Wnet uwalnia od nałogów",

 

"Dziadek nie mógł i babka nie mogła,

Kukurydza im pomogła",

 

"Nawet papież w Watykanie,

Kukurydzę je na śniadanie",

 

"I Obama w Białym Domu,

Kukurydzę je po kryjomu",

 

"Kukurydza, choć niemała,

Na potencję dobrze działa",

 

"Kukurydza smaczna, krucha,

Dla dużego i malucha",

 

"Kukurydza gotowana,

Która nie jest odgrzewana",

 

"Kukurydza z maja,

Daje nam sprężyste ...",

 

"Chcesz być piękny, opalony,

Kukurydzę kup dla żony",

 

"Mężu, mężu, nie bądź głupi,

Niech Ci żona kukurydzę kupi",

 

"Nie pij wódki, nie pij wina,

Kukurydzę kup dla syna",

 

"Każda ładna zakonnica,

Kukurydzą się zachwyca",

 

"Orzeszki w karmelu,

Uszczęśliwią wielu",

 

"Orzeszki w karmelu,

Najlepsze są po chmielu" etc., etc., etc.

 

Dwuwiersze te wykazują wiele cech charakterystycznych dla folkloru. Pierwszą z nich są rymy dokładne. Rym jest w tych utworach wartością wyraźnie nadrzędną, podporządkowane mu są zarówno rytm, jak i sens. Drugą taką cechą jest prostota środków stylistycznych. Nie ma tu przenośni, czy porównań, liczy się dosłowność.  Trzecim elementem, obecnym w tych, powiedzmy, fraszkach, a charakterystycznym dla pierwotnych form folkloru jest wulgarność. My często znamy folklor mocno "ugrzeczniony", ale pierwotnie, jak świadczą jeszcze dziewiętnastowieczne zbiory tekstów folklorystycznych, był on mocno przesycony odniesieniami erotycznymi. Autocenzura pojawiła się, gdy zaczął się proces wychodzenia z utworami folklorystycznymi poza własną grupę kulturową wykonawców i pierwotnych odbiorców. Czwartą taką cechą są zapożyczenia. Jak w swoich licznych pracach wykazał wybitny polski folklorysta i polonista Julian Krzyżanowski, w folklorze klasycznym, czyli literaturze ludowej funkcjonują liczne motywy i wątki zaczerpnięte z głównego nurtu literatury. Z sytuacją do pewnego stopnia analogiczną mamy do czynienia w przypadku analizowanych utworów. Omawiany folklor plażowy jest formą reklamy, nie zaś poważnej twórczości literackiej, nic więc dziwnego, że pojawiają się w nim nawiązania nie do głównego nurtu literatury, a do głównego nurtu reklamy, konkretnie zaś do słynnego w swoim czasie motywu świstaka zawijającego w sreberka. Nie jestem natomiast pewien, czy hasło o kukurydzy z Łomży, nawiązuje do pojawiających się ostatnio w telewizji reklam łomżyńskiego piwa. Po pierwsze reklamy te nie zyskały takiej popularności i społecznego oddźwięku jak wspomniany świstak. Po drugie, wyrażenie "z Łomży" jest dużo bardziej ogólne niż motyw świstaka zawijającego w sreberka i w ogóle nie musiało być znikąd zaczerpywane, a jeśli już była jakaś inspiracja, to mogła ona pochodzić z innych źródeł, na przykład z limeryków. Ostatnią cechą poetyki folkloru, którą można dostrzec w omawianych wierszykach z plaży, są odwołania typu legendarnego do wiodących postaci życia społeczno-politycznego. Kiedyś w utworach ludowych pojawiali się cesarze, królowie i książęta, dziś w wierszykach z plaży występują aktualni liderzy zachodniego świata - papież rzymski i prezydent USA.

 

Choć niektórym wydaje się że tradycyjny folklor był niezmienną skarbnicą odwiecznych mądrości, to w rzeczywistości był on tworem ulegającym ciągłym, choć powolnym zmianom pod wpływem folkloru grup ościennych i głównego nurtu kultury danego obszaru. Dzisiaj życie folkloru przebiega dwutorowo. Jeden nurt opiera się na dziewiętnastowiecznych zapisach, interpretując je bądź to wiernie, bądź też twórczo. W tym nurcie mieszczą się zarówno zespoły muzyki i tańca, jak i kultura folkowa. Drugi nurt jest żywiołowy, ciągle zmienny, nie wykorzystujący zbyt często tradycyjnych wątków i motywów, za to doskonale utrzymany w tradycyjnej folklorystycznej poetyce. W tym nurcie mieści się zarówno muzyka disco polo, jak też omawiana w niniejszym tekście poezja plażowa.

 

 

piątek, 20 sierpnia 2010

anegdoty żydowskie

Książki, które omawiam w cyklu "Humanistyka z marketowego koszyka" można, jak już pisałem w jednym z poprzednich wpisów, z grubsza podzielić na źródła i opracowania. Książkę, którą chcę omówić dzisiaj, można zaliczyć do tych pierwszych. Zasadniczo anegdoty przynależą do folkloru, toteź zbiory anegdot mogą być niekiedy materiałem źródłowym do badań nad folklorem, tyle że pod pewnymi kondycjami.  Muszą być przedewszystkiem zaopatrzone w dodatkowe informacje, takie jak miejsce i czas zanotowania oraz dane informatora. Zebrane i opracowane przez Krzysztofa Żmudę "Anegdoty żydowskie" warunków tych nie spełniają, toteż źródłem dla folklorystyki być nie mogą. Natomiast z tej racji, że są utworem literackim, mocno osadzonym w kontekście kulturowym, są doskonałym materiałem dla antropologów literatury i wszystkich, którzy chcą poznać bliżej kulturę żydowską. Są też nieocenionym źródłem egzemplów dla publicystów i literatów, bo w końcu nie tylko kaznodzieje różnych wyznań potrzebują egzemplów.  W końcu są też tym, czym zapewne miały być w zamyśle autora i wydawcy, czyli lekkim czytadłem do pociągu. Przyjrzyjmy się jescze pokrótce tytułowi zbioru i jego zawartości. Anegdoty żydowskie można rozumieć bądź jako anegdoty opowiadające o Żydach lub żydach, bądź też jako anegdoty opowiadane przez Żydów lub żydów. Wszystkie utwory zamieszczone w omawianym zbiorze spełniają warunki pierwszej definicji, natomiast nie wszystkie spełniają kryteria drugiej. Anegdotom opowiadanym przez Żydów/żydów, towarzyszą tu anegdoty o Żydach/żydach (niektóre nawet nieco antysemickie) opowiadane przez przedstawicieli innych nacyj i religij, a nawet powierzchownie tylko zjudaizowane anegdoty, które szerzej znane są w wersjach nie traktujących o przedstawicielach ludu niegdyś wybranego.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010
 
1 , 2 , 3 , 4