LITERATURA

sobota, 23 marca 2019

ania

Kolejny tom przygód Ani bardzo się różni zarówno od pierwszego,  jak i od drugiego. Jest to opowieść mityczno-archetypiczna. "Ania na uniwersytecie" rozgrywa się pod znakami Erosa i Tanatosa. Pełno tam zaręczyn, ślubów, śmieci i pogrzebów. Żenią się tu tak młodzi, jak i starzy, umierają również tak młodzi, jak i starzy.  Sama Ania odrzuca kilka oświadczyn, zarówno poważnych, jak i absurdalnych. Ale nie wszystkie...

Pod płaszczykiem młodzieżowej opowieści romantycznej Lucy Maud Montgomery uczy młodych czytelników odwiecznych reguł życia i śmierci. 

9/52

* * * * *

sobota, 16 marca 2019

ania

Gdy się ma w domu młodzież, ma się też więcej niż inni okazyj do czytania młodzieżowej literatury. Toteż ja chętnie taką literaturę od czasu do czasu czytuję. Moje zamiłowanie do Pottera jest powszechnie znane, uważni czytelnicy moich blogów zapewne dostrzegą też we mnie miłośnika Narnii, którą dość często cytuję. Od jakiegoś zaś czasu poznaję świat Ani

Często ostatnio wzmiankowałem serie literackie, których lekturę zacząłem od dalszych tomów. Dla odmiany tę serię czytam po kolei. Jestem właśnie przy drugim tomie. W odróżnieniu on pierwszego ten nie skupia się na samej bohaterce, ale raczej na miejscowości Avonlea i różnych jej mieszkańcach. Poznajemy perypetie wielu z nich, tak dzieci, jak dorosłych.  Przypomina mi to nasze rodzime powieści pozytywistyczne, zwłaszcza Prusa i Orzeszkowej. Więcej jest tu Avonlea niż Ani. Książka po polsku mogłaby mieć tytuł "Ania w Avonlea" zamiast "Ania z Avonlea".Jest to więc mniej powieść przygodowa, bardziej zaś obyczajowa. Może więc zainteresować, nie tylko młodzież, ale i starszych czytelników. 

8/52

* * * * *

 

niedziela, 10 marca 2019

wolski

Czytanie serii począwszy od dalszych tomów staje się powoli moją świecką tradycją. Sprawdzam w ten sposób, czy seria się broki. Jeśli dalszy tom jest zrozumiały bez pierwszego, to jest OK. I tym razem jest OK.

Książka solidna, mieszanka klasycznej fantasy z urban fantasy, z przewagą tej ostatniej. Ciekawe przemyślenia historyczne i socjologiczne. Ciekawe zwroty akcji.

7/52

* * * * *

poniedziałek, 25 lutego 2019

grynberg

Od jakiegoś roku więcej niż kiedykolwiek czytam o Holokauście. Jakoś tak utworzyła mi się z tych książek kolejna seria lektur. "Drohobycz, Drohobycz" Henryka Grynberga to niewątpliwie jedna z najważniejszych książek tego gatunku. Plasuje się ona w połowie drogi między beletrystyką a non-fiction.

Nie ogranicza się do Holokaustu, ale traktuje szeroko o losach Żydów w środkowej i wschodniej Europie na przestrzeni XX stulecia. Mnie najbardziej zainteresowały ustępy o powojennym życiu bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem wzmianek o  życiu religijnym. A było ono zróżnicowane: od chasydyzmu lubawickiego poprzez judaizm mesjanistyczny, adwentyzm, luteranizm, do katolicyzmu.

6/52

* * * * *

czwartek, 21 lutego 2019

mock

Często czytam cykle książkowe nie po kolei, nie od pierwszego tomu do ostatniego, ale od środka, od końca, skacząc ruchem konia szachowego i tam dalej, że tak powiem. Osobliwie dotyczy to powieści kryminalnych polskich autorów. Trudno więc, aby z Mockiem było inaczej. 

Marek Krajewski z wolna staje się moim ulubionym polskim "kryminalistą". Może dlatego, że Miłoszewski napisał ciut za mało, a Ci, Których Imion Nie Mam Zamiaru Wymawiać, stanowczo za dużo. 

Kolejny tom Mocka to kryminał z jednej strony retro, z drugiej noir. Podoba mi się też ten specyficzny klimat słowiańsko-germańskiego pogranicza kulturowego, na którym to pograniczu i mnie przyszło żyć i które przyszło mi eksplorować tak antropologicznie, jak kolekcjonersko. Może dlatego Mock jest mi bliski.

5/52

* * * * * 

wtorek, 12 lutego 2019

stanek

Jak już nieraz wspominałem, od jakiegoś czasu lubię czytać biografie i autobiografie. Z większości z nich czerpię pełnymi garściami wiedzę o świecie. Ta jest wyjątkiem, zbyt wiele się z niej bowiem nie nauczyłem. Może tylko trochę o realiach peerelowskiego życia estradowego. Przypomina to piosenkę Kultu "Z archiwum polskiego jazzu". Może jeszcze alternatywny tekst piosenki "Chłopiec z gitarą" zawierający aluzje do czołowych wówczas polskich literatów. I tyle. Trochę mało jak na dość grubą książkę.

Do tego dochodzi dziwaczna forma. Niby to biografia autorstwa agentki piosenkarki, a jednak napisana w pierwszej osobie ze Stanek jako narratorką. Nie kupuję tego.

4/52

* * * 


poniedziałek, 04 lutego 2019

ezoteryka

To dobra książka z fatalnym tytułem. Tytuł wpycha ją w ezoteryczną niszę, w której wcale nie musiałaby tkwić, gdyby był inny. W treści książki ezoteryki jest niewiele. Na kilkadziesiąt przytoczonych w niej historyj tylko jedna ma związek z ezoteryką w sensie ścisłym (wtajemniczenia), a ledwie kilka w sensie szerokim (jasnowidzenie). Reszta to cytowane ze starych pamiętników i współczesnych "listów do redakcyj" opowieści o zjawach, duchach i przedmiotach mających tajemnicze właściwości. 

Tedy znacznie lepszy byłby tytuł "Zjawy polskie. Historie niesamowite z życia sławnych ludzi" lub coś w tym guście. Nie uczyniłoby to może książki bestselerem, ale pozwoliłoby wyjść z niszy. W głównym nurcie literatury zarówno fiction jak non fiction jest sporo tego typu pozycyj. Można wspomnieć chociażby omawianą przeze mnie książkę "Wszyscy się czegoś bali" Ewy Lando, czy "Obyczaje pradziadów" Ryszarda Kantora, którą omówię wkrótce. 

3/52

* * * * 


piątek, 01 lutego 2019

Artykuły naukowe publikuję rzadko, ale to lepiej niż wcale. Po długiej przerwie w ubiegłym roku na łamach półrocznika ALBOalbo ukazał się mój tekst tego rodzaju zatytułowany "Ludowa poezja nagrobna w dekanacie tworkowskim". Zachęcam do lektury

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Lidia

Wspominałem już kiedyś, że lubię od czasu do czasu poczytać sobie biografie, autobiografie, dzienniki, czy pamiętniki. Po pamiętnikarską książkę sięgnąłem głównie dlatego, że autorka, wybitna pianistka, pochodzi z mojego miasta - Rybnika.

Książka jest bardziej podróżnicza, niż muzyczna. Owszem o muzyce jest tu trochę, ale więcej o muzykach, podróżach, kuchni, miastach, hotelach, plażach etc. Można więc ją wykorzystać również przy planowaniu zagranicznego urlopu. Poczytać warto, głównie żeby poznać spojrzenie autorki na świat. Spojrzenie dość specyficzne. 

2/52

* * * * 

czwartek, 17 stycznia 2019

pawlak

"Książeczka wojskowa" Antoniego Pawlaka jest drugą pozycją z serii "Kanon Literatury Podziemnej", którą udało mi się wygrzebać w marketowych koszach. Są to wspomnienia z peerelowskiej służby zasadniczej, ale mają charakter znacznie bardziej uniwersalny. 

Na słowa kolegi: Mam nadzieję, Antoni, że doczekamy jeszcze czasów, gdy młodzi ludzie będą pełni dumy szli do POLSKIEGO wojska", autor odpowiada: "Ja nie miałem tej nadziei. Nie mam jej do dzisiaj. Zresztą, Kazik, wojsko jest zawsze wojskiem. Poza wszystkim innym." Autor ma rację. Dlatego tę książeczkę powinni obowiązkowo czytać wszyscy politycy, którzy chcą przywracać pobór. 

1/52/2019

* * * * *

poniedziałek, 14 stycznia 2019

ng

To nie książka (Nie ma ISBN), więc nie numeruję jej na liście przeczytanych książek. Jest jednak ważną dla mnie lekturą, więc poświęcę jej kilka zdań. W sumie niczego nowego mnie nie nauczyła, ale zgodnie z adnotacją na okładce, uporządkowała moją wiedzę. Dostarczyła mi także możliwości obcowania ze sztuką, w postaci reprodukcyj kilkudziesięciu wybitnych obrazów o tematyce biblijnej. Część artystyczna znacznie podnosi wartość poznawczą wydawnictwa. 

Dziwi mnie trochę dobór postaci, zwłaszcza ze Starego Testamentu. Nieobecność Hioba czy Samuela przy jednoczesnej obecności Jetry i Debory dziwić musi. Choć może staje się nieco bardziej zrozumiała, gdy się traktuje Biblię jako rodzaj mitologii, a tak zdaje się ją postrzegać autor.  Pozycja reprezentuje pozycje chrześcijaństwa kulturowego - z jednej strony nie neguje historyczności biblijnych postaci, czy wydarzeń, snuje opowieść zgodnie z tekstem Biblii, z drugiej strony nie eksponuje wątków ściśle religijnych. 

* * * * *

środa, 09 stycznia 2019

efektor

O tej książce mogę napisać to samo, co wcześniej pisałem o "33 dniach prawdy" tegoż autora: "Książka zaczęła się schematycznie - solidny kryminał z solidną intrygą. Planowałem dać cztery gwiazdki, bo nie widziałem błysku. Ujrzałem go dopiero w zaskakującym zakończeniu. Dlatego daję gwiazdek pięć. Warto się nie zniechęcać i czytać do końca."

Można więc rzec, że Arnold dorobił się własnego, rozpoznawalnego stylu. A to jest rzecz, którą warto docenić, bo mało któremu pisarzowi się to udaje. 

63/52

* * * * *

niedziela, 06 stycznia 2019

ptak

Znowu czytam nie po kolei. Najpierw powinienem przeczytać "Malowanego ptaka" a dopiero potem "Czarnego ptasiora" Siedleckiej. Miałbym wtedy właściwą proporcję. Co prawda czytając elukubracje nierzetelnej badaczki zdawałem sobie sprawę, że jej zarzut, jakoby pisarz tą książką fałszował swoją biografię, jest absurdalny. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że "Malowany ptak" jest książką rak barszo osadzoną w klimacie baśniowo-fantastycznym. Jest to właściwie antybaśń przesycona archetypiczną symboliką. Dwa główne wątki szczególnie rzucają się tu w oczy. Po pierwsze nachalnie, obsesyjnie wręcz powracający motyw ognia, sprawiający, że opowieść o dziejach chłopca staje się tu swoistą alegorią holokaustu. Nawiązuje to wyraźnie do etymologii słowa holokaust, pierwotnie oznaczającego całopalenie, ofiarę całopalną. Drugim głównym wątkiem jest ścisły związek między erosem i tanatosem, charakterystyczny zresztą dla całości pisarstwa Kosińskiego.ciekawa też jest apoteoza sowieckiego komunizmu, tak przesadna, że aż sprawia wrażenie prześmiewczej. Uderzają w niej analogie między komunizmem a religią. 

Co do nierzetelności Siedleckiej, to uderzyła mnie jedna rzecz. O miejscu akcji pisze ona tak: "Jaka "kraina mityczna", skoro to kubek w kubek Dąbrowa i okolica? Zupełnie prawie niezmieniona?" Naprawdę? Kosiński pisze o miejscu akcji tak: "Wioski w tej okolicy były zapomniane przez wieki. Niedostępne, położone daleko od ośrodków miejskich, znajdowały się w jednym z najbardziej zacofanych obszarów Europy Wschodniej. Nie istniały tam szkoły i szpitale, nie znano elektrycz­ności, a mosty i brukowane drogi stanowiły rzad­kość. Mieszkańcy niewielkich osad żyli tak samo jak ich przodkowie. Wioski toczyły waśnie o dostęp do rzek, lasów i jezior. Jedynym prawem było prastare prawo silnych i bogatych do narzucania swojej woli słabym i ubogim. Ludność, podzieloną na katolicką i prawosławną, łączyła tylko wyjąt­kowa zabobonność oraz niezliczone choroby, nę­kające zarówno wieśniaków jak i zwierzęta." Naprawdę ten opis pasuje  Siedleckiej do wsi pod Stalową Wolą? Gdzie ona w tej rzeczywistej Dąbrowie widzi prawosławnych, czy brak dróg i mostów? Przecież każdy widzi, że Kosiński opisał jakieś bagna Polesia na ukraińsko-białoruskiej granicy, a nie jakąkolwiek okolicę w granicach dzisiejszej Polski .

Reasumując, "Malowany ptak" jest alegorią holokaustu, taką jak "Tworki" Bieńczyka, czy "Beatrycze i Wergil" Martela. Szczególnie cenną, bo pierwszą.

62/52

* * * * *

sobota, 29 grudnia 2018

dawid

"Dawid z Jerozolimy" Louisa de Wohla to typowa powieść biblijna. Ten gatunek literacki został zapoczątkowany w 1880 roku powieścią Ben Hur amerykańskiego pisarza Lewisa Wallace’a z czasem wypierając popularny wcześniej poemat biblijny. 

Ważny jest wybór głównego bohatera powieści. Dawid spośród świętych Starego Przymierza (jakże łatwo zapominamy, że takich też mamy) jest szczególnie charakterystyczny. Z jednej strony poligamista, cudzołożnik i sprawca śmierci tysięcy ludzi (w tym także niewinnych), a z drugiej strony autor najpiękniejszych modlitw w dziejach ludzkości (które jednocześnie należą do najważniejszych modlitw Kościoła) i człowiek niewątpliwie święty.

Czytałem już kiedyś inną powieść o biblijnym Dawidzie - "Raport o królu Dawidzie" Stefana Heyma, który przedstawia Dawida i jego synów jak starożytny odpowiednik rodziny Borgiów. Z kolei de Wohl przedstawia Dawida przede wszystkim jako świętego. Powieści biblijne są różne. Niektóre są bardziej powieściami, inne są bardziej biblijne. Książka Heyma jest bardziej powieścią, a de Wohla bardziej biblijna. Obecne są w niej tylko wydarzenia i postacie obecne w Biblii. jedynie szczegóły i postacie epizodyczne są wymyślone przez autora. Wierność tekstowi biblijnemu jest więc główną cechą tej pozycji. Czy zaletą, czy wadą, zależy to jedynie od gustu czytelnika.

Publikuję ten wpis 29 grudnia, gdyż w tym dniu wspomina się w Martyrologium Rzymskim Świętego Dawida króla. 

61/52

* * * *


wtorek, 18 grudnia 2018

wodniicki

Drugi raz w tym roku zdarzyło mi się przeczytać książkę, która wydawała się być pozycją podróżniczą, zbiorem zapisków z podróży, a okazała się poważnym esejem dotyczącym kultury i cywilizacji. "Lekcję łaciny" Adama Wodnickiego przeczytałem przypadkiem. Jeszcze godzinę, ba jeszcze kwadrans przed rozpoczęciem lektury nie miałem zielonego pojęcia o istnieniu tej książki. Od po prostu utknąłem na kilka godzin w sympatycznym miejscu zaopatrzonym w jeszcze sympatyczniejszą podręczną biblioteczkę i sięgnąłem na chybił trafił po jedną z umieszczonych tam pozycyj. Dobrze trafiłem.

Jest to książka o przemijaniu cywilizacyj i trwaniu ich reliktów. Głównie chodzi o cywilizacje rzymską i łacińską, powiązane ze sobą poprzez tytułową łacinę. Pretekstem do tych rozważań są wędrówki po francuskim mieście Arles, które autor odwiedzał w ciągu swojego życia wielokrotnie. W książce tej historie rzeczywiste mieszają się z fikcyjnymi i czasami trudno powiedzieć która jest która. Przewija się przez stronice ogromna liczba cytatów literackich i artystycznych i choćby dla nich warto tę książkę przeczytać. 

Przytoczę tylko jeden z nich: "Żaden monument, jakikolwiek by on był, nie należy do motłochu, który go niszczy. Gdyż niszczący są lub będą zawsze tylko motłochem. Rupert Sheldrake" To jest bardzo mocne przesłanie tej książki.

60/52

* * * * *




środa, 12 grudnia 2018

sheen

Ta objętościowo niewielka książeczka jest niezwykle bogata w treść. Będący obecnie kandydatem na ołtarze, zmarły w 1979 roku nowojorski arcybiskup Fulton Sheen, którego dzieła zyskały ogromną popularność na całym świecie, a ostatnio także w naszym kraju na kilkudziesięciu stronicach przybliża rozmaite aspekty Świąt Bożego Narodzenia, a właściwie Tajemnicy Wcielenia Syna Bożego, na którą te święta wskazują. 

Pisze o Miłości Boga do człowieka i o ludzkiej odpowiedzi na tę miłość, o historycznym Bożym Narodzeniu w Betlejemie i o mistycznym Bożym Narodzeniu w sercach wiernych chrześcijan. Książeczka, za pomocą niewielkiej liczby słów, systematyzuje ludzką wiedzę o tej Tajemnicy, którą, jak pisze Sheen odkrzyli "tylko bardzo prości i bardzo uczeni (..) nie zaś człowiek jednej księgi".

Znajdziemy też w tej książeczce sporo tego, co o Bożym Narodzeniu możemy przeczytać u Tomasza z Akwinu, Jana Taulera, czy Adama Mickiewicza. Ten ostatni pisał tak:

Wierzysz, że się Bóg zrodził w betlejemskim żłobie,
Lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie.

A Sheen właściwie to samo ujmuje innymi słowy: 

Boże Narodzenie nie jest czymś, co się wydarzyło, np. jak bitwa pod Waterloo; jest ono czymś, co się dzieje. To, co przytrafiło się ludzkiej naturze, za Jej zgodą, od Maryi, może za naszą zgodą, przydarzyć się w mniejszym wymiarze naszej ludzkiej naturze. 

I to chyba jest prawdziwy sens Bożego Narodzenia.

Książeczkę, którą można potraktować jak miniaturowe bożonarodzeniowe rekolekcje,  uzupełniają przepiękne ilustracje będące reprodukcjami religijnych obrazów wybitnych malarzy różnych epok, mądra przedmowa pióra arcybiskupa Jana Pawła Lengi, życiorys Czcigodnego Sługi Bożego Fultona Sheena i dwie modlitwy: o jego beatyfikację i o wyproszenie łask za jego przyczyną. Pozycja ta jest jednym z najpiękniejszych prezentów bożonarodzeniowych, jaki można w tym roku dać polskiemu katolikowi. 

59/52

* * * * *

poniedziałek, 10 grudnia 2018

dębski

Kiedy jeszcze czytałem regularnie czasopisma publikujące opowiadania fantastyczne, Rafał dębski jawił mi się jako jeden z najciekawszych polskich autorów fantasy. Potem na lat kilka straciłem go z oczu, aż w ostatnich tygodniach sięgnąłem po jego powieść "Kiedy Bóg zasypia".

Jest to dość klasyczna historical fantasy. Akcja jest osadzona w Polsce, w latach trzydziestych jedenastego stulecia. Można by powiedzieć, że jest to książka o Bolesławie Zapomnianym, ale nie jest on jej głównym bohaterem. Zresztą trudno powiedzieć, bo wyraźnego głównego bohatera w tej powieści nie ma. Przeplata się tu kilka głównych wątków, z których każdy ma swoich bohaterów.

Widać tu liczne inspiracje innymi dziełami polskiej fantasy, zwłaszcza cyklem husyckim Sapkowskiego i sagą o Twardokęsku Brzezińskiej. Zwłaszcza z tej drugiej serii zdaje się być zaczerpnięty pomysł na wielobohaterską i wielowątkową narrację, a z pierwszej teza o silnym wpływie magii na historię. Z kolei od Pilipiuka zaczerpnął chyba autor zdecydowaną niechęć do słowiańskiego pogaństwa. Ogólnie rzecz jest spójna, przekonująca i ciekawa, inaczej mówiąc solidna i warta przeczytania. 

58/52

* * * * * 

wtorek, 04 grudnia 2018

opowieść

Dawno już nie omawiałem na tych łamach lektur szkolnych moich dzieci, więc czas już jest najwyższy do tej praktyki powrócić. A powracam omawiając książkę naprawdę ważną, chociaż objętościowo niewielką. 

Można metaforycznie rzecz, że "Opowieść wigilijna" Dickensa jest jedną z najważniejszych ksiąg świętych kulturowego chrześcijaństwa. W zasadzie nie ma wśród osób obcujących na co dzień z zachodnią popkulturą takich, które by tego dzieła przynajmniej pośrednio nie znały. Przeróbek i adaptacyj, zwłaszcza filmowych są setki. Dzieci, również polskie, zanim zaczną tę książkę przerabiać w szkole, znają już jej fabułę z adaptacyj z Myszką Micky, czy Barbie. 

Co się zaś tyczy oryginalnej książki, to jest ona wyborną opowieścią baśniową w najlepszym dziewiętnastowiecznym stylu bijącą pod względem baśniowości na głowę udające baśnie parahorrory Andersena. Należy ubolewać, że w naszej części świata ta uniwersalistyczna opowieść o Duchu Bożego Narodzenia nie miała do niedawna takiej popularności jak one. 

Amerykanizacja światowej, a zwłaszcza europejskiej kultury ma wiele minusów, ale ma też plusy. Do tych ostatnich należy popularyzacja "Opowieści wigilijnej".

57/52

* * * * *

poniedziałek, 03 grudnia 2018

ihiguro

Rok temu przeczytałem i omówiłem książkę Kazuo Ishiguro "Nokturny", która mnie zachwyciła, czemu dałem wyraz w swoim wpisie. idąc za ciosem nabyłem kolejną książkę tegoż autora, czyli właśnie powieść "Nie opuszczaj mnie" i zaczęły się schody. Męczyłem się z tą książką prawie rok, podchodząc do niej wielokrotnie. Jednocześnie na forach książkowych wielokrotnie czytałem opinie czytelników zachwyconych "Nie opuszczaj mnie i jednocześnie zawiedzionych "Nokturnami". Dowodzi to, że gusta literackie potrafią być bardzo zróżnicowane. 

Jak można określić przynależność gatunkową tej powieści? Conteporary fiction? Umiarkowana antyutopia? Historia alternatywna? Nie chcąc spojlerować, nie zdradzę elementów fabuły, powiem jedynie, że książka jest straszliwie przygnębiająca. I może dlatego tak się z nią męczyłem, bo ja przygnębiających książek nie lubię. Wolę szczęśliwe zakończenia, jak w bajkach.

Powie ktoś, że właśnie zaspojlerowałem, ujawniając, że zakończenie książki nie jest szczęśliwe. Otóż niczego nie zaspojlerowałem, bo to wiadomo już po przeczytaniu pierwszych kilku stron, a nawet samej tylko noty okładkowej. 

56/52

* * * *

piątek, 30 listopada 2018

ptasior

Są ludzie, którzy uważają tę książkę za bardzo ważną, fundamentalną wręcz. Ja nie podzielam tego zdania. Książka jest w pewnym stopniu ciekawa, ale jest dość słaba metodologicznie i przedewszystkiem wyważa drzwi od dawna otwarte. Co najmniej od lat siedemdziesiątych wiadomo bowiem wszystkim, którzy chcą wiedzieć, że "Malowany ptak" jest fikcją powieściową, a nie autobiografią. Autor mówił o tym wielokrotnie i jednoznacznie.

Owszem, mówił też, że w książce tej są wątki autobiograficzne, ale między wątkami autobiograficznymi w powieści, a autobiografią, czy choćby powieścią autobiograficzną jest mniej więcej taka różnica jak między butelkowaną wodą morską w aptece a morzem. "Malowany ptak" nie daje podstaw do nazwania Kosińskiego kłamcą. Był on po prostu twórcą powieściowych fikcyj. 

Co do słabości metodologicznej Siedleckiej to objawia się ona w oparciu praktycznie wyłącznie na relacjach ustnych, głownie mieszkańców wsi, w której ukrywał się w czasie okupacji Kosiński. Autorka nie szukała dokumentów, nie dowiedziała się nawet tego, że Kosiński miał pierwotnie na imię Józef, choć i w tych relacjach ustnych były poszlaki na to wskazujące. Ogólnie książka sprawia wrażenie napisanej na kolanie i pod z góry założoną tezę. 

55/52

* * *

wtorek, 20 listopada 2018

maska

W ubiegłym roku omawiałem książkę Grzegorza Kalinowskiego "Śmierć frajerom". Dziś przyszedł czas na drugą część. 

W sumie to niezła książka jest. Dobrze wprowadza w klimat międzywojnia: Warszawa, Zakopane, teraz także Poznań i Sopot. Dostarcza wielu ciekawych informacyj. Ciekawym pomysłem są liczne odwołania do dzisiejszej popkultury: "Budzikom śmierć", aspirant Strassburger opowiadający stare kawały, Japończyk Murakami, mający dziadka Harukiego, etc. 

Jedyną rzeczą, która mi trochę, ale tyko trochę przeszkadza jest mnogość wątków, powodująca, że nie pamiętam już wielu wydarzeń z pierwszej części, co nieco utrudnia lekturę. Na szczęście mniej niż w pierwszej części jest tu nachalnej patriotycznej propagandy.

54/52

* * * *

czwartek, 01 listopada 2018

krajewski

Od czasu do czasu czytam sobie polskie kryminały. Jedne są gorsze, inne są lepsze, bo jedne są pisane przez płodnych grafomanów, a inne przez prawdziwych, dobrych pisarzy. "Aleja samobójców" należy do tej drugiej kategorii. Jej autorzy niewątpliwie są dobrymi pisarzami. Książka jest naprawdę dobrym kryminałem, chętnie sięgnę po następne części cyklu, zwłaszcza, ze ty razem, dla odmiany zacząłem od książki cykl rozpoczynającej. 

53/52

* * * * *

piątek, 26 października 2018

x

To jedna z najdziwniejszych książek, jakie w tym roku czytałem. Przez pierwszą część- zbiór absurdalnych opowiadań, trudno było mi przebrnąć. Na szczęście jednak przebrnąłem i dotarłem do części znacznie bardziej interesującej - do esejów, których część też nurza się w absurdzie. Najciekawsze są dla mnie trzy: o drugim Jerofiejewie, Wienedikcie, o Aleksandrze Marininej, popularnej również i u nas autorce kryminałów, która jest rosyjskim odpowiednikiem naszego Remigiusza Mroza. Mimo jednak tych kilku ciekawych esejów, nieprędko raczej wrócę do tego autora. Za dużo absurdu. Choć te eseje są znacznie łatwiejsze w odbiorze niż czytane przeze mnie niedawno eseje Michela Houellebecqa, to jednak chętniej będę wracał do Francuza. 

52/52

* * * *

czwartek, 18 października 2018

 tokarczuk

"E.E" Olgi Tokarczuk należy podobnie ja "Podróż Ludzi Księgi" do wczesnych powieści tej autorki. Podobnie jak w tamtej książce można tu dostrzec podobieństwa do stylu Hermana Hessego i Marguerite Yourcenar. Jest też podobnie uniwersalistyczna, może dotrzeć do czytelników na całym świecie. Akcja dzieje się we Wrocławiu na początku dwudziestego wieku we Wrocławiu. Głównym problemem fabuły jest wielość możliwych spojrzeń na jedno zjawisko. Pozycja bardzo solidna i ciekawa, choć nie tak zjawiskowa jak "Podróż Ludzi Księgi". 

* * * * *

51/52

wtorek, 02 października 2018

millenium

Powrót do "serii szwedzkiej" i do czytania cyklów od dalszych tomów. Książka ciekawa, choć mnie mniej od szczegółów spisku w szwedzkiej tajnej policji interesowały kulisy pracy dziennikarskiej. Nie jestem przekonany, czy przeczytam wcześniejsze tomy, bo chyba nie mam po co. Co w nich ważne, to już wiem. Trochę problemów sprawiały mi szwedzkie nazwiska, które mi się myliły. Pewnie kiedyś do tego autora wrócę, ale chyba nie od razu, nie w tym roku.

50/52

* * * *


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8