RELIGIA

czwartek, 19 października 2017

ryba

W i tak niewielkim Kościele Starokatolickim w Polsce nastąpiła schizma. W ubiegłym roku nagle zmarł wieloletni przywódca Kościoła bp Marek Kordzik. Na początku tego roku wybrano nowego zwierzchnika w osobie abp. Artura Wiecińskiego. Po kilku miesiącach grupa kapłanów na kolejnej sesji synodu nagle odwołała abp. Wiecińskiego pod pozorem złamania przez niego tajemnicy spowiedzi. Wybrano nowym zwierzchnikiem ks. Artura Miłańskiego, ten jednak, jak się wydaje nie objął władzy i nie został konsekrowany na biskupa. Po kilku tygodniach na czele tej grupy stanął bp Wojciech Kolm, dawny zwierzchnik Kościoła, odwołany po aferze pedofilskiej. Drugą grupą kieruje nadal abp Wieciński. Grupa bp. Kolma posunęła się do zanegowania ważności całej linii sukcesyjnej abp. Filipowicza, więc i bp. Kordzika. To już wyższy poziom szurostwa. Każda grupa ma własna stronę internetową.

Grupa abp. Wiecińskiego - https://starokatolicy.pl/

Grupa bp. Kolma - http://www.kosciolstarokatolicki.pl/

sobota, 14 października 2017

Miałem dziwny sen o papieżu Franciszku. Śniło mi się, że w Rumunii miał miejsce zamach na niego, w czasie pontyfikalnej liturgii greckokatolickiej. 

Przed snem nie wiedziałem, że wybiera się w przyszłym roku do Rumunii i że jest tam planowana kanonizacja greckokatolickich męczenników.


sobota, 07 października 2017

różaniec

Mam pewien dystans do akcji "Różaniec do granic". W akcji tej, a zwłaszcza w jej medialnej otoczce granice jawią się jako mur, który trzeba uszczelnić i obronić modlitwą. Tymczasem dla mnie granice są mostem łączącym nas z tymi po drugiej stronie. Ja nie chcę szczelnych granic. Ja chcę granic w miarę możliwości i rozsądku otwartych. Największa dla mnie korzyścią z naszej przynależności do UE są otwarte granice. Dlatego dużo bardziej podobałaby mi się ta akcja, gdyby była zorganizowana nie tylko przez diecezje polskie, ale wspólnie z diecezjami niemieckimi, czeskimi, słowackimi, ukraińskimi, białoruskimi, litewskimi i rosyjskimi, gdyby modlitwy odbywały się w świątyniach po obydwu stronach granicy, gdyby wierni te granice przekraczali, modlili się u sąsiadów, a nawet w językach tych sąsiadów, a także w języku wspólnym wszystkich katolików - po łacinie. Słowem, gdyby był to "Różaniec bez granic".

piątek, 06 stycznia 2017

 

Kościół w ciągu dwóch tysięcy lat swego istnienia wypracował całe mnóstwo symboli odnoszących się do wiary, doktryny, moralności i historii zbawienia. Symbolami chrześcijańskimi są zarówno słowa, zwłaszcza zaś ich zapis graficzny, jak rozmaite znaki graficzne, od znaku Krzyża świętego oczywiście poczynając. Symbolami są również niezliczone wizerunki roślin, zwierząt i różnych przedmiotów, którym Tradycja kościelna przypisuje, oprócz ich znaczenia zwykłego, również dodatkowe znaczenie religijne. Wśród tej ogromnej liczby symboli odnoszących się do naszej Wiary, są niestety i takie, które przejęli wrogowie Kościoła i nadali im nowe, często przeciwne w stosunku do pierwotnego znaczenie. Często niestety te nowe znaczenia są szerzej znane i łatwiej rozpoznawane w świadomości społecznej, niż pierwotne. W konsekwencji większość katolików zaprzestaje używania danego symbolu, aby uniknąć skojarzeń z owymi antychrześcijańskimi ideologiami, co dzieje się najczęściej ze szkodą dla integralności życia religijnego. O kilku takich symbolach chciałbym napisać.

 

Najbardziej znanym symbolem chrześcijańskim, przejętym przez wrogów Kościoła jest Krzyż Świętego Piotra. Jest to odwrócony krzyż łaciński, czyli mający jedno ramię dłuższe od trzech pozostałych. W krzyżu łacińskim to dłuższe ramię skierowane jest ku dołowi, a w Krzyżu Świętego Piotra ku górze. Wedle tradycji na takim właśnie krzyżu miał zginąć Święty Piotr, który uprosił oprawców, aby go powiesili do góry nogami. Co prawda w rzeczywistości jest bardzo mało prawdopodobne, aby oprawcy dokonywali żmudnej operacji obracania ciężkiego krzyża dla zadośćuczynienia prośbie skazańca. Święty Piotr raczej dokonał żywota na normalnym krzyżu, jedynie wisząc na nim do góry nogami. Nie podważa to jednak egzystencji odwróconego krzyża jako atrybutu Świętego Piotra, tak jak egzystencji Pelikana jako symbolu Chrystusa nie podważa fakt, że prawdziwe pelikany, wbrew legendzie, nie poją swoich młodych własną krwią. Święty Piotr był zaś w sztukach plastycznych regularnie ukazywany bądź to na odwróconym krzyżu, bądź też z odwróconym krzyżem w ręku. Taką rzeźbę można zobaczyć w bocznym ołtarzu kościoła klasztornego przy opactwie benedyktynów w Lubiniu. Odwrócony krzyż zdobi też grób apostoła na Watykanie. Niestety, w wieku dwudziestym znaku odwróconego krzyża zaczęły używać liczne grupy czcicieli Szatana, dlatego obecnie kojarzony jest prawie wyłącznie z satanizmem, nie zaś z osobą pierwszego Papieża. W sztuce katolickiej symbol ten praktycznie wyszedł z użycia, spotykany jest we współczesnych jej wytworach jedynie sporadycznie, a każde jego użycie budzi spore kontrowersje. Takie właśnie kontrowersje, wynikające ze słabej znajomości symboliki chrześcijańskiej u wypowiadających się osób, pojawiły się, gdy papież Jan Paweł II, w czasie jednej ze swych pielgrzymek, celebrował Najświętszą Ofiarę z tronu ozdobionego Krzyżem Świętego Piotra. Stał się on z tego powodu celem ataków skrajnych środowisk fundamentalistycznych w protestantyzmie i prawosławiu, a także skrajnych tradycjonalistów katolickich. Pojawiły się nawet niedorzeczne bujdy o satanistycznej infiltracji Watykanu. Jak już nadmieniłem, kontrowersje te wynikały z braku wiedzy, gdyż Krzyż Świętego Piotra jest jak najbardziej na miejscu na tronie jego następcy. Użycie tego symbolu w tym przypadku podkreślało ciągłość posługi papieskiej od czasów Świętego Piotra do dzisiejszych dni.

 

Kolejnym symbolem chrześcijańskim, który zawłaszczenie przez grupy chrześcijaństwu obce wypchnęło poza główny nurt życia kościelnego, jest Krzyż Celtycki. Wizualnie jest on podobny do Krzyża łacińskiego, z tym że górna jego część jest opasana kołem, często utworzonym z dwóch przeplatających się linij. Krzyże takie na terenach zamieszkałych przez Celtów pojawiały się już w czasach przedchrześcijańskich. Podczas chrystianizacji ludów celtyckich Krzyż ten został całkowicie zasymilowany przez Kościół i przez kilkanaście wieków był jednym z wielu powszechnie akceptowanych katolickich wzorów Krzyża. W tym czasie rozprzestrzenił się szeroko poza terytoria Celtyckie, spotyka się go np. w Rumunii i na Śląsku, gdzie zdobi m.in. ścianę stuletniego kościoła w miasteczku Krzanowice. Możliwe są różne interpretacje Krzyża celtyckiego w ramach Chrześcijaństwa. Okrąg na Krzyżu może symbolizować: aureolę Chrystusa, Jego nieskończoną miłość, lub Najświętszy Sakrament. Dorota Forstner OSB tak pisze o tym wariancie krzyża: Czteroramienny krzyż wpisany w koło jest przedchrześcijańskim symbolem światła i słońca używanym zarówno przez ludy azjatyckie, jak i przez dawnych Germanów. Był on dla nich także symbolem cyklu rocznego i zasadą biologiczną. Oznaczał zdrowie i życie. W sztuce chrześcijańskiej znaczenie tego znaku w odniesieniu do Chrystusa jako Światłości i Odkupiciela świata narzucało się samo przez się. Może on jednak również symbolizować jedynowładztwo Boga w świecie. (Forstner 1990; s. 13) I dalej: Szczególny charakter mają celtycki krzyże kamienne , które często spotyka się w Wielkiej Brytanii, a mianowicie w Irlandii i Szkocji. Na kontynencie są one niespotykane, a jeśli się pojawiają, to w innej formie. Rozwinęły sie one z prehistorycznych dolmenów; w czasach chrześcijańskich w tych nieforemnych kamieniach-pomnikach żłobiono najpierw tylko krzyż otoczony kołem (może jeszcze pod wpływem pogańskiego symbolu słońca), potem także spiralne ornamenty i litery. (Forstner 1990; s. 16-17) Nie ma więc najmniejszej wątpliwości, że Krzyż Celtycki jest od wieków przedewszystkiem krzyżem chrześcijańskim. Niestety również i ten symbol w wieku dwudziestym drastycznie zmienił konotacje. Używają go trzy różne obce chrześcijaństwu środowiska. Po pierwsze celtyccy neopoganie, co jest w pewnym stopniu uzasadnione, po drugie nacjonalistyczni skinheadzi z różnych krajów europejskich, po trzecie zaś jest on stosowany jako talizman w ruchu New Age. Z tego względu katolicy i inni chrześcijanie, zwłaszcza poza Wyspami Brytyjskimi są znacznie ostrożniejsi w jego używaniu niż w poprzednich stuleciach.

 

Kolejnym symbolem, najbardziej chyba z dotychczasowych popularnym w swoim pierwotnym kontekście jest Oko Opatrzności. Graficznie symbol ten przedstawia wizerunek oka wpisanego w równoramienny, rozwartokątny trójkąt z rozwartym kątem u góry. Często wokół trójkąta pojawiają sie dodatkowe ornamenty, najczęściej ułożone w formę okręgu. Znak ten symbolizuje Opatrzność Bożą i Trójcę Świętą. W ikonografii chrześcijańskiej oko otoczone promieniami słonecznymi, lub w trójkącie zwróconym ku górze jest symbolem Boskiej Opatrzności lub Trójcy Świętej. (Biedermann 2003; s.247). Oko Boże jako samodzielny symbol wszechobecności Bożej, jest najczęściej wpisane w trójkąt (symbol Trójcy Świętej). Symbol ten pojawia się dopiero po Reformacji, zwłaszcza w oknach kościołów i zwornikach sklepień.(Forstner 1990; s.349) Podobnie pisze o tym Wiesław Bator w dziewięciotomowej encyklopedii Religia. Encyklopedia PWN. (Gadacz, Milerski 2001-2004; T. VII; s.402). Ja osobiscie w swoich badaniach terenowych wielokrotnie zetknąłem się z Okiem Opatrności umieszczonym na przydrożnych krzyżach i kapliczkach w południowej części Górnego Śląska. Zwłaszcza na krzyżach postawionych w XIX wieku i pierwszej połowie XX, Oko Opatrzności pojawiało się wyjątkowo często.(Rumpel 2004; strony nie numerowane ). Niestety, ten symbol został zawłaszczony najwcześniej z omawianych. Już w XVIII wieku znak i całą koncepcję Opatrzności Bożej (mocno ją przy tym przekręcając) przejęli masoni i iluminaci. W symbolice wolnomularskiej występuje „wszechwidzące oko Boga” w trójkącie i wieńcu promieni, przypominające wspomniany już symbol Trójcy Świętej; umieszczone w wielu lożach nad fotelem mistrza ma przypominać o mądrości przenikającej wszystkie tajemnice i o czujności Stwórcy, Wielkiego Architekta Świata, zwane jest także niekiedy „okiem Opatrzności”. (Biedermann 2003; s. 248) Z inicjatywy masonów Oko Opatrzności znalazło się na banknocie dolarowym. Z tego powodu na Zachodzie, a zwłaszcza w kręgach anglosaskich jest postrzegane jako symbol masoński a nie katolicki. Na szczęście u nas jest jeszcze inaczej. Z Okiem Opatrzności jest też związana inna ciekawa sprawa. Otóż problem zawłaszczania symboli podjęła J.K. Rowling w siódmym i ostatnim tomie przygód Harrego Pottera . Na weselu przyjaciół Harrego, jeden z gości pojawia się przystrojony w symbol z grubsza wyglądający jak Oko Opatrzności. Powoduje to agresję ze strony innego gościa, który rozpoznaje w tym znaku emblemat czarnoksiężnika Gellerta Grindelwalda, najgorszego przed Voldemortem, który zabił wielu ludzi, w tym jego dziadka (Rowlin 2008; 155-156). W dalszej części książki okazuje się, że w istocie jest to znak Bractwa Poszukiwaczy Insygniów Śmierci, zawłaszczony jedynie przez złego czarnoksiężnika (Rowling 2008; 420-427). Myślę, że autorka świadomie porusza tu kwestię zawłaszczania symboli (nie jest to zresztą jedyny rzeczywisty problem społeczno-kulturowy poruszony w cyklu), odnosząc się za jednym zamachem aż do dwóch przypadków takich przejęć w naszym świecie. Jednym jest to, które tutaj omawiam, drugim zaś zawłaszczenie swastyki, świętego znaku wyznawców hinduizmu i dżinizmu przez Adolfa Hitlera i jego zwolenników. Grindelwald bowiem pod wieloma względami (narodowość, czas działania etc.) przypomina Hitlera.

 

Oczywiście są też symbole, które chrześcijaństwo przejęło z innych kultur, ale nie zdołało oswoić całkowicie i mimo pewnych chrześcijańskich konotacji pozostały one jako takie religii chrześcijańskiej obce, a nawet wrogie. Tak jest w przypadku pentagramu, o którym siostra Forstner tak pisze: Pięcioramiennej gwiazdy (pentagramu) nie należy łączyć tylko z symboliką liczby pięć(....); nie tylko kryje ona w sobie zwielokrotniony złoty podział, ale ma także swoje własne znaczenie jako prastary znak czarodziejski (pentagram magiczny, kabalistyczny), który ujarzmia złe potęgi. Wszystko, co obejmuje swym zasięgiem, zostaje – jak wierzono- pozbawione swej sprawczej mocy. W symbolice pitagorejczyków pentagramu używano zamiast słowa „zdrowie” (ygieia). Uczniowie tej szkoły zwykli (za Lukianem z Samosaty) używać go jako formuły życzenia zamieszczanej na początku listu. Uważali to życzenie za najbardziej odpowiednie dla ciała i duszy, ponieważ wydawało im się, że w nim zawiera się wszystko, co dla człowieka jest dobre: szczęście w działaniu, radość i fizyczne dobre samopoczucie. Ten geometryczny znak był zatem synonimem owych treści. Nazywano go po prostu ygieia i w kręgu pitagorejczyków był ich znakiem rozpoznawczym. Wydaje sie, ze pentagram czy pentalfa były, jako symbole zdrowia i szczęścia bardzo rozpowszechnione. Mówi się , że królowi syryjskiemu Antiochowi (...) ukazał się przed bitwą przeciw Galatom we śnie Aleksander Wielki i radził mu zaopatrzyć swe wojsko w starodawny znak YΓIEIA, w którym połączenie z sobą ostrych kątów tworzy pięciokrotne alfa. Podobnie i na monetach tego króla był wytłoczony pentagram z jego podpisem. W armii cesarzy bizantyjskich, a więc już w czasach chrześcijańskich, żołnierze, których jako pierwszych rzucano w wir walki i którzy przed wszystkimi innymi oddziałami mieli przechylić szalę „zwycięstwa”, nosili małe tabliczki, na których umieszczana była pentalfa w trzech kolorach: zielonym i jasnoniebieskim z purpurowym obrzeżem. Zdaniem Korneliusza a Lapide znak ten uchodził za symbol Chrystusa: On jest Alfą i Omegą, a z jego pięciu ran wypływa zbawienie świata. (Forstner 1990; s.61-62) Wspomniana zaś piątka symbolizowała u pitagorejczyków wesele, zaślubiny, jako suma dwójki i trójki, a więc połączenie elementów męskiego i żeńskiego. Uważano, że nowożeńcom potrzebna jest opieka pięciu bóstw, a Platon uważał, że na wesele trzeba zaprosić pięciu przyjaciół oblubieńca i pięć przyjaciółek oblubienicy. Niektórzy wywodzą tę symbolikę od pięciu planet, które jakoby asystują zaślubinom Słońca i Księżyca. Zawarcie przymierza na Górze Synaj, które było niejako zaślubinami Boga z ludźmi było poprzedzone pięcioma poleceniami Boga. W zwyczajach weselnych duże znaczenie mają róża., winna latorośl, jabłko i pigwa, których liście lub kwiaty mają pięciodzielną budowę (Forstner 1990; s. 45). Warto też zauważyć, że w przekroju poprzecznym jabłka (którego weselna, a szerzej miłosna, czy też erotyczna symbolika nie tylko z piątką jest powiązana) można dostrzec pentagram utworzony przez szypułki nasion. Ojcowie Kościoła wiążą liczbę pięć najczęściej z rozmaitymi wydarzeniami biblijnymi. Święty Augustyn odnosi ją do pięciu zmysłów człowieka. W jego interpretacji pięć panien mądrych to te, które unikają zmysłowych rozkoszy. (Forstner 1990; s. 45-46) Biedermann, wśród grup używających pentagramu, wymienia Egipcjan, Etrusków, pitagorejczyków, gnostyków, manichejczyków, bogomiłów, średniowiecznych magów i wolnomularzy. Odnotowuje również jego chrześcijańskie znaczenie, jako symbolu pięciu ran Ukrzyżowanego oraz połączenia Początku i Końca w Chrystusie jako Alfie i Omedze. (Biedermann 2003; s.272-273). To wszystko wskazuje na to, że byłoby bardzo nierozsądnie używać pentagramu jako symbolu chrześcijańskiego, w kontekście tak ogromnej przewagi jego konotacyj z chrześcijaństwem sprzecznych. Tu nie ma mowy o próbie odebrania symbolu katolikom. To raczej Kościół próbował przejąć symbol obcy, co jednak nie dom końca się udało. Inna sprawa, że jak widać, pentagram jest symbolem o bardzo bogatej symbolice, bynajmniej nie tak jednoznacznym, jak się to wydaje Danowi Brownowi, który twierdząc, że oznacza on wyłącznie „sakralność kobiecą” (Brown 2006; s. 52-54), okazał się, nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą, totalnym ignorantem.

 

Zawłaszczenie symboli nie zawsze dokonuje się w takim samym stopniu. Z omówionych przeze mnie znaków najbardziej zawłaszczonym jest Krzyż Świętego Piotra, najmniej zaś Oko Opatrzności. Tak przynajmniej sytuacja wygląda w krajach naszego kręgu kulturowego. Nieco inaczej przedstawia się to na przykład na Wyspach Brytyjskich. Tam Krzyż Celtycki nadal funkcjonuje jako dobrze rozpoznawalny symbol chrześcijański, zaś Oko Opatrzności, inaczej niż u nas, kojarzone jest głównie z masonerią. Jak ustosunkowywać się do tych przemian w odczytywaniu i rozumieniu symboli? Myślę, że odpowiedź nie jest łatwa ani jednoznaczna. Wydaje mi się, ze pełne przywrócenie dawnego znaczenia wszystkim trzem omawianym symbolom nie jest już możliwe. Co więcej podejmowanie prób aktywnych działań w tym kierunku mogłoby mieć opłakane skutki. Z drugiej jednak strony uważam, że całkowite porzucanie tych symboli również nie jest dobrym rozwiązaniem. Za ścieżkę najlepszą uważam używanie ich jako symboli katolickich, przy jednoczesnym podkreślaniu ich znaczenia za pomocą kontekstu. Krzyż Świętego Piotra na portrecie tego apostoła, Krzyż celtycki na murze świątyni, czy Oko Opatrzności na przydrożnym krzyżu nie pozostawiają wątpliwości, co do ich katolickiego znaczenia. Zupełnie inne znaczenie wynika z kontekstu, gdy Krzyż Świętego Piotra widnieje na okładce płyty o antychrześcijańskim przesłaniu, Krzyż Celtycki na kibicowskiej fladze, a Oko Opatrzności na masońskiej świątyni. Dlatego tymi symbolami zależy się posługiwać, ale trzeba to czynić ostrożnie i z dużą dbałością o kontekst. Pentagram natomiast i inne symbole powierzchownie tylko schrystianizowane, możemy spokojnie i bez większej szkody dla integralności chrześcijańskiej kultury, pozostawić poganom, satanistom, okultystom, ezoterykom i synkretystom.

 

BIBLIOGRAFIA

Joanna K. Rowling; Harry Potter i insygnia śmierci; Poznań 2008

Jan Biedermann; Leksykon symboli; Warszawa 2003

Tadeusz Gadacz, Bogusław Milerski; Religia. Encyklopedia PWN; Warszawa 2001-2004; Tom VII, Warszawa 2003

Dorota Forstner OSB, Świat symboliki chrześcijańskiej; Warszawa 1990

Artur Rumpel; Napisy pobożne w dekanacie tworkowskim; Cieszyn 2004; praca magisterska; maszynopis w posiadaniu autora.

Daniel Brown; Kod Leonarda da Vinci; Warszawa 2006

 

 

Tekst pierwotnie ukazał się w numerze 2/2010 (66) pisma "Pro Fide, Rege et Lege"

wtorek, 26 lipca 2016
piątek, 27 listopada 2015

 

Wrogowie Kościoła katolickiego i religii jako takiej ostatnimi czasy posługują się dosyć często argumentami opierającymi się na polskim systemie prawnym, a konkretnie, na Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Powołując się na rzekomy konstytucyjny rozdział Kościoła od państwa ( w rzeczywistości wzajemną autonomię tych dwóch bytów) domagają się eliminacji religii z życia publicznego. Czasami odwołują się też do starszych polskich konstytucyj, szczególnie do Konstytucji Marcowej. Warto więc zobaczyć, jak w rzeczywistości owe akty prawne na przestrzeni dziejów tę sprawę regulowały.

 

Konstytucja 3 Maja dawała Kościołowi katolickiemu pozycję dominującą w państwie: Religią narodową panującą jest i będzie wiara święta rzymska katolicka ze wszystkimi jej prawami. Przejście od wiary panującej do jakiegokolwiek wyznania jest zabronione pod karami apostazyi. Że zaś ta sama wiara święta przykazuje nam kochać bliźnich naszych, przeto wszystkim ludziom, jakiegokolwiek bądź wyznania, pokój w wierze i opiekę rządową winniśmy i dlatego wszelkich obrządków i religii wolność w krajach polskich, podług ustaw krajowych, warujemy. (Artykuł I). O sprawach religii traktował również artykuł X, mówiący o edukacji dzieci królewskich:

Komisji zaś edukacyjnej powinnością będzie podać układ instrukcji i edukacji synów królewskich do potwierdzenia sejmowi, a to, aby jednostajne w wychowaniu ich prawidła wpajały ciągle i wcześnie w umysły przyszłych następców tronu religię, miłość cnoty, Ojczyzny, wolności i konstytucji krajowej.





 

Konstytucja Księstwa Warszawskiego dawała religii katolickiej uprawnienia religii stanu, a innym wyznaniom swobodę: Art. 1: Religia katolicka, apostolska, rzymska jest religią stanu.

Art. 2: Wszelka cześć religijna jest wolna i publiczna.

Art. 3: Księstwo Warszawskie podzielone będzie na sześć diecezji, będzie w nim jedno arcybiskupstwo i pięć biskupstw. Dawała też królowi pewne uprawnienia kościelne: biskupów król mianuje, a Stolica Święta instytucję daje. W praktyce Kościół był mocno podporządkowany władzy świeckiej. Pośrednio mówił o tym inny artykuł tejże konstytucji: Art. 11. Skład ministerium jest następujący: minister sprawiedliwości, minister wewnętrzny i czci religijnych, minister wojny, minister przychodów i skarbu, minister policji, minister sekretarz stanu. Ministrowie są odpowiedzialnymi.

 

 

Konstytucja Królestwa Polskiego, zwanego potocznie Kongresówką, związanego unią personalną z Rosją, bardziej szczegółowo niż poprzednia regulowała sprawy religii: Art.11. Religia katolicko - rzymska wyznawana przez największą część mieszkańców Królestwa Polskiego będzie przedmiotem szczególniejszej opieki rządu, nie uwłaczając przez to wolności innych wyznań, które wszystkie bez wyłączenia obrządki swe całkowicie i publicznie pod protekcją rządu odbywać mogą.

Różność wyznań chrześcijańskich nie będzie stanowić żadnej przeszkody w używaniu praw cywilnych i politycznych.

Art.12. Duchowieństwo wszystkich wyznań jest pod protekcją i dozorem praw i rządu.

Art.13. Fundusze posiadane teraz przez duchowieństwo katolicko - rzymskie i przez duchowieństwo grekounickie, jako też te, które mu nadamy przez szczególne postanowienie, będą uznane za własność niewzruszoną i wspólną całej hierarchii duchownej, skoro rząd wskaże i przeznaczy wzwyż wspomnianemu duchowieństwu dobra narodowe składać mające jego uposażenie.

Art.14. W senacie Królestwa Polskiego zasiadać będzie tyle biskupów obrzędu katolicko - rzymskiego, ile prawo oznaczy województw. Zasiadać będzie prócz tego biskup grekounicki.

Art.15. Duchowieństwo wyznania ewangelicko-augsburskiego i wyznania ewangelicko reformowanego używać będzie wsparcia rocznego, które im nadamy.

Religia katolicka miała więc nadal pozycję nieco uprzywilejowaną w stosunku do innych , nie miała już jednak godności religii stanu. Również uprawnienia króla były tu ujęte w sposób bardziej stanowczy:

Art.42. Król mianuje arcybiskupów i biskupów różnych wyznań, sufraganów, prałatów i kanoników. Art.69. Namiestnik przedstawia do nominacji królewskiej podług osobnego urządzenia po dwóch kandydatów na każde miejsce wakujące arcybiskupa, biskupa, senatora, ministra, sędziego trybunału najwyższego, radcy stanu i referendarza.

O zatwierdzaniu hierarchów katolickich przez Stolicę Apostolska nie ma już wzmianki. Dla nadzoru nad Kościołem została ustanowiona Komisja Spraw Religijnych i Oświecenia Publicznego:

Art.76. Wykonanie praw powierzone będzie różnym wydziałom rządowym, jak niżej:

1) Komisji Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego;

Konstytucja regulowała też sprawy udziału duchownych w samorządzie lokalnym:

Art.133. Listę właścicieli mających prawo do wotowania na zgromadzeniach gminnych układać będzie rada wojewódzka; listę rękodzielników, kupców i obywateli znakomitych z talentów i przysług - komisja spraw wewnętrznych; listę plebanów i wikariuszów, jako też urzędników oświecenia - Komisja Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego.

 

W Konstytucji Marcowej z 1921 roku pozycja Kościoła Katolickiego była formalnie słabsza niż w konstytucjach dziewiętnastowiecznych. W praktyce jednak sytuacja Kościoła była dużo lepsza. Zarówno w Sejmie, jak i w Senacie zasiadali duchowni katoliccy, religia w szkołach była nauczana pod kontrolą Kościoła, mimo prób ze strony ugrupowań lewicowych nie wprowadzono cywilnego prawa małżeńskiego, państwo nie ingerowało w obsadę stolic biskupich, za wyjątkiem ordynariatu polowego.

Art. 95. Rzeczpospolita Polska zapewnia na swoim obszarze zupełną ochronę życia, wolności i mienia wszystkim bez różnicy pochodzenia, narodowości, języka, rasy lub religji. Cudzoziemcy używają pod warunkiem wzajemności równych praw z obywatelami Państwa Polskiego, oraz mają równe z nimi obowiązki, o ile ustawy wyraźnie nie wymagają obywatelstwa polskiego.

Art.102. Praca, jako główna podstawa bogactwa Rzeczypospolitej, pozostawać ma pod szczególną ochroną Państwa. Każdy obywatel ma prawo do opieki Państwa nad jego pracą, a w razie braku pracy, choroby, nieszczęśliwego wypadku i niedołęstwa — do ubezpieczenia społecznego, które ustali osobna ustawa. Państwo ma obowiązek udostępnienia także opieki moralnej i pociechy religijnej obywatelom, którymi się bezpośrednio opiekuje w zakładach publicznych, jak: zakłady wychowawcze, koszary, szpitale, więzienia, przytułki.

Art. 110. Obywatele polscy, należący do mniejszości narodowościowych, wyznaniowych lub językowych, mają równe z innymi obywatelami prawo zakładania, nadzoru i zawiadywania swoim własnym kosztem zakładów dobroczynnych, religijnych i społecznych, szkół i innych zakładów wychowawczych, oraz używania w nich swobodnie swej mowy i wykonywania przepisów swej religji.

Art.111. Wszystkim obywatelom poręcza się wolność sumienia i wyznania. Żaden obywatel nie może być z powodu swego wyznania i przekonań religijnych ograniczony w prawach, przysługujących innym obywatelom.

Wszyscy mieszkańcy Państwa Polskiego mają prawo wolnego wyznawania zarówno publicznie jak prywatnie swej wiary i wykonywania przepisów swej religji lub obrządku, o ile to nie sprzeciwia się porządkowi publicznemu ani obyczajności publicznej.

Art. 112. Wolności wyznania nie wolno używać w sposób przeciwny ustawom. Nikt nie może uchylać się od spełnienia obowiązków publicznych z powodu swoich wierzeń religijnych. Nikt nie może być zmuszony do udziału w czynnościach lub obrzędach religijnych, o ile nie podlega władzy rodzicielskiej lub opiekuńczej.

Art. 113. Każdy związek religijny, uznany przez Państwo, ma prawo urządzać zbiorowe i publiczne nabożeństwa, może samodzielnie prowadzić swe sprawy wewnętrzne, może posiadać i nabywać majątek ruchomy i nieruchomy, zarządzać nim i rozporządzać, pozostaje w posiadaniu i używaniu swoich fundacji i funduszów, tudzież zakładów dla celów wyznaniowych, naukowych i dobroczynnych. Żaden związek religijny jednak nie może stawać w sprzeczności z ustawami państwa.

Art.114. Wyznanie rzymsko-katolickie, będące religją przeważającej większości narodu, zajmuje w Państwie naczelne stanowisko wśród równouprawnionych wyznań.

Kościół Rzymsko-Katolicki rządzi się własnemi prawami. Stosunek Państwa do Kościoła będzie określony na podstawie układu ze Stolicą Apostolską, który podlega ratyfikacji przez Sejm.

Art.115. Kościoły mniejszości religijnych i inne prawnie uznane związki religijne rządzą się same własnemi ustawami, których uznania Państwo nie odmówi, o ile nie zawierają postanowień, sprzecznych z prawem. Stosunek Państwa do tych Kościołów i wyznań będzie ustalany w drodze ustawowej po porozumieniu się z ich prawnemi reprezentacjami.

Art. 116. Uznanie nowego lub dotąd prawnie nieuznanego wyznania nie będzie odmówione związkom religijnym, których urządzenia, nauka i ustrój nie są przeciwne porządkowi publicznemu ani obyczajności publicznej.

Art.120. W każdym zakładzie naukowym, którego program obejmuje kształcenie młodzieży poniżej lat 18, utrzymywanym w całości lub w części przez Państwo lub ciała samorządowe, jest nauka religji dla wszystkich uczniów obowiązkową. Kierownictwo i nadzór nauki religji w szkołach należy do właściwego związku religijnego z zastrzeżeniem naczelnego prawa nadzoru dla państwowych władz szkolnych.

 

 

Konstytucja Kwietniowa spraw religii nie poruszała wcale, gwarantując jedynie swobodę wyznania. Można więc ją nieco żartobliwie nazwać najbardziej ateistyczną z polskich konstycucyj. O ile w marcowej było 10 artykułów poświęconych sprawom wyznaniowym, to w kwietniowej tylko jeden:

Art. 7. Wartością wysiłku i zasług obywatela na rzecz dobra powszechnego mierzone będą jego uprawnienia do wpływania na sprawy publiczne. Ani pochodzenie, ani wyznanie, ani płeć, ani narodowość nie mogą być powodem ograniczenia tych uprawnień.



Również jeden artykuł poświęcono tym sprawom w konstytucji PRL z 1952, ale paradoksalnie dużo obszerniejszy:

Art.70.

  1. Polska Rzeczpospolita Ludowa zapewnia obywatelom wolność sumienia i wyznania. Kościół i inne związki wyznaniowe mogą swobodnie wypełniać swoje funkcje religijne. Nie wolno zmuszać obywateli do niebrania udziału w czynnościach lub obrzędach religijnych. Nie wolno też nikogo zmuszać do udziału w czynnościach lub obrzędach religijnych.

  2. Kościół jest oddzielony od państwa. Zasady stosunku państwa do kościoła oraz sytuację prawną i majątkową związków wyznaniowych określają ustawy.

  3. Nadużywanie wolności sumienia i wyznania dla celów godzących w interesy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej jest karane.



Obecna konstytucja z 1997 roku, pod względem ilości miejsca poświęconego tym sprawom, nawiązuje na swój sposób do Konstytucji Marcowej:

Art. 25.

1. Kościoły i inne związki wyznaniowe są równouprawnione.

2. Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.

3. Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.

4. Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem Katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy.

5. Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a innymi kościołami oraz związkami wyznaniowymi określają ustawy uchwalone na podstawie umów zawartych przez Radę Ministrów z ich właściwymi przedstawicielami.

Art. 35.

1. Rzeczpospolita Polska zapewnia obywatelom polskim należącym do mniejszości narodowych i etnicznych wolność zachowania i rozwoju własnego języka, zachowania obyczajów i tradycji oraz rozwoju własnej kultury.

2. Mniejszości narodowe i etniczne mają prawo do tworzenia własnych instytucji edukacyjnych, kulturalnych i instytucji służących ochronie tożsamości religijnej oraz do uczestnictwa w rozstrzyganiu spraw dotyczących ich tożsamości kulturowej

Art. 53.

1. Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii.

2. Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie. Wolność religii obejmuje także posiadanie świątyń i innych miejsc kultu w zależności od potrzeb ludzi wierzących oraz prawo osób do korzystania z pomocy religijnej tam, gdzie się znajdują.

3. Rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami. Przepis art. 48 ust. 1 stosuje się odpowiednio.

4. Religia kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole, przy czym nie może być naruszona wolność sumienia i religii innych osób.

5. Wolność uzewnętrzniania religii może być ograniczona jedynie w drodze ustawy i tylko wtedy, gdy jest to konieczne do ochrony bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego, zdrowia, moralności lub wolności i praw innych osób.

6. Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych.

7. Nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania.

Art. 85.

1. Obowiązkiem obywatela polskiego jest obrona Ojczyzny.

2. Zakres obowiązku służby wojskowej określa ustawa.

3. Obywatel, któremu przekonania religijne lub wyznawane zasady moralne nie pozwalają na odbywanie służby wojskowej, może być obowiązany do służby zastępczej na zasadach określonych w ustawie.

Art. 233.

1. Ustawa określająca zakres ograniczeń wolności i praw człowieka i obywatela w czasie stanu wojennego i wyjątkowego nie może ograniczać wolności i praw określonych w art. 30 (godność człowieka), art. 34 i art. 36 (obywatelstwo), art. 38 (ochrona życia), art. 39, art. 40 i art. 41 ust. 4 (humanitarne traktowanie), art.

42 (ponoszenie odpowiedzialności karnej), art. 45 (dostęp do sądu), art. 47 (dobra osobiste), art. 53 (sumienie i religia), art. 63 (petycje) oraz art. 48 i art. 72 (rodzina i dziecko).


Z punktu widzenia obecnego sporu najistotniejszy jest artykuł 53. Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii. Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie. Jak widać przepis daje wierzącym między innymi prawo do publicznego wyznawania swojej wiary, w czym zawiera się także prawo do eksponowania własnych symboli religijnych w miejscu, w którym się uczą, lub pracują. Wrogowie Kościoła argumentują, że wolność wyznawania religii jest ograniczona wolnością innych osób. Częściowo w istocie tak jest, ale nie jest to takie proste, jak usiłują nam wmówić. Konstytucja stanowi: Wolność uzewnętrzniania religii może być ograniczona jedynie w drodze ustawy i tylko wtedy, gdy jest to konieczne do ochrony bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego, zdrowia, moralności lub wolności i praw innych osób. Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych. (Art. 53) Wolność innych osób nie ogranicza więc wolności wierzących automatycznie. Aby ją ograniczyć, konieczna jest ustawa. Parlament zgodnie z cytowanymi zapisami konstytucji może przyjąć ustawę zabraniającą wieszania krzyży w szkołach, czy obecności Prezydenta RP na nabożeństwach. Obecnie jednak takiej ustawy nie ma, toteż obecność religii w życiu publicznym jest całkowicie zgodna z obowiązującym w Polsce prawem. Byłaby też zgodna z prawem w świetle każdej z konstytucyj wcześniejszych. Paradoksalnie najłatwiej byłoby ją ograniczyć w świetle ustawy zasadniczej z 1935 roku, ale Palikot i jego towarzystwo chyba nie kwapiliby się do jej przywracania.

11:59, svetomir , RELIGIA
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 listopada 2015

paris

Zadziwiającym i przerażającym jest, jaka okropna fala nienawiści spada na spontaniczną internetową akcję modlitewną "Pray for Paris". A przecież modlitwa jest tą rzeczą, której teraz, po okrutnym saraceńskim ataku, to zbolałe miasto najbardziej potrzebuje. Paradoksalnie, fala jadowitego hejtu jest jednym z najlepszych dowodów na słuszność tej modlitewnej akcji. A więc módlmy się za Paryż, bo to najlepsze, co w tej chwili zrobić możemy.

środa, 07 października 2015

Charamsa

Ksiądz Krzysztof Charamsa w sposób niezwykle gwałtowny z osoby zupełnie nieznanej stał się bohaterem mediów całego świata w większości negatywnym. Publiczne mężołożnictwo kapłana katolickiego jest oczywiście wielkim skandalem i zjawiskiem godnym surowego potępienia. Moim jednak zdaniem sedno problemu leży gdzie indziej. Głównym grzechem tego kapłana jest nie nieczystość a pycha. Zaszokowało mnie jego twierdzenie, że wskutek grzechu stał się lepszym kapłanem oraz przekonanie, że jego wystąpienie jest kamieniem milowym w dziejach Kościoła, podczas gdy w rzeczywistości wydarzenie to jest niewiele znaczącym epizodem, o którym za dziesięć lat mało kto będzie pamiętał. Nie na darmo w spisie grzechów głównych to pycha jest na pierwszym miejscu. Pychą wszak zgrzeszył i sam Szatan.

czwartek, 24 października 2013
piątek, 01 marca 2013

Przed zbliżającym się  konklawe i wyborem nowego papieża,JE biskup Bernard Fellay, Przełożony Generalny Bractwa Świętego Piusa X, prosi kapłanów i wiernych do poszukiwania boskich łask przez modlitwę nowenny, która będzie trwać od 1 do 9 marca. Nowenna ta składa się z Veni Creator Spiritus i z modlitwy, która jest dodawana do odmawiania w Mszy wotywnej o wyborze na papieża i trzech wezwań. Aby umożliwić wszystkim udział w tej nowennie w piątek 1 marca, podajemy tekst dzisiaj.

Veni Creator Spiritus

Modlitwa na wybory papieża

Oremus. Súpplici, Dómine,
humilitáte depóscimus : ut
sacrosánctæ Románæ Ecclésiæ
concédat Pontíficem illum tua
imménsa pietas ; qui et pio in
nos stúdio semper tibi
plácitus, et tuo pópulo pro
salúbri regímine sit assídue ad
glóriam tui nóminis
reveréndus. Per Dóminum.

Pokornie błagamy Cię, Panie, abyś w swojej niezmierzonej dobroci
raczył dać świętemu Kościołowi rzymskiemu papieża, który by się Tobie
podobał dzięki swej gorliwej troskliwości względem nas, a pośród swego
ludu cieszył się stałą czcią dla Twego Imienia dzięki swym mądrym
rządom. Przez naszego Pana...

Trzy wezwania

V/ Cor Mariæ dolorosum et
immaculatum.
R/ Ora pro nobis.
V/ Sancte Pie V
R/ Ora pro nobis
V/ Sancte Pie X
R/ Ora pro nobis

V / Bolesne Serce Maryi,
R / Módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy
V / Święty Piusie V
R / Módl się za nami.
V / Święty Piusie X
R / Módl się za nami.

23:19, svetomir , RELIGIA
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 listopada 2012
wtorek, 07 sierpnia 2012

handkomunia

Moje zdanie na temat przyjmowania przez świeckich Komunii Świętej do rąk jest jednoznaczne i znane. Wyraziłem je kilka lat temu w tekście Śmiertelne dotknięcie. Tekst ten zresztą spowodował między innymi i to, że mojego głównego bloga nie wolno linkować na Forum Diecezji Tarnowskiej. Wszystkie tezy zawarte w tym tekście nadal podtrzymuję. Jestem więc nadal przekonany, że należy się liczyć z ewentualnością, iż dotykanie Najświętszych Postaci nienamaszczonymi rękami jest grzechem śmiertelnym, o ile tylko spełnione są warunki pełnej świadomości i dobrowolności. Kiedy jeszcze byłem młody i głupi zdarzyło mi się raz jeden, podczas pobytu w Niemczech, przyjąć Komunię Świętą na rękę. Dziś poczytuję to sobie za najgorszy grzech jaki popełniłem w czasie swojego dotychczasowego życia. Po części w ramach pokuty za ów czyn angażuję się od czasu do czasu w walkę z tą heretycką i świętokradczą praktyką. Elementem tej walki jest również niniejszy tekst.

 

Zdecydowana większość przeciwników przyjmowania Komunii Świętej przez wiernych świeckich do rąk krytykuje również przyjmowanie Jej przez nich w postawie stojącej, widząc w tej praktyce milowy krok w drodze do tamtej. Ja zajmuję w tej kwestii stanowisko zasadniczo odmienne. Jako że praktyka przyjmowania Komunii Świętej w postawie stojącej przez ogół wiernych występuje w Kościołach wschodnich, tak katolickich, jak i niezależnych nieprzerwanie od czasów apostolskich aż po dzień dzisiejszy, nie może ona być, moim zdaniem, czymś złym sama w sobie. Jest to sytuacja zgoła odmienna w stosunku do przyjmowania Komunii Świętej przez świeckich do rąk, które co prawda występowało gdzieniegdzie w chrześcijaństwie starożytnym, ale rychło całkowicie zanikło podobnie jak na przykład zwyczaj  namaszczania nagich ciał dorosłych katechumenów przy Chrzcie Świętym, którego to zwyczaju nikt poważny wszak dziś wskrzeszać nie chce. Argument, że Komunia na stojąco prowadzi do Komunii na rękę nie przekonuje mnie i wydaje mi się mocno naciągany. Po pierwsze, w Kościołach wschodnich przez dwa tysiące jakoś do tego nie doprowadziła. Również w obrządku rzymskim można znaleźć podobne przypadki. Znam na przykład parafię, w której proboszcz już kilkanaście lat temu, zaraz po jej objęciu wprowadził Komunię na stojąco, jako jeden z pierwszych w okolicy, w kolejnych zaś latach zaprowadził stałą adorację Najświętszego Sakramentu, dyżurny konfesjonał i regularne odmawianie Koronki do Miłosierdzia Bożego przy krzyżach przydrożnych w każdy piątek o trzeciej po południu. W ostatnich  latach dokonał natomiast dzieła naprawdę wielkiego - odbudował w całej okazałości piękny neogotycki ołtarz, zniszczony po rewolucji liturgicznej. A w tym roku udzielił gościny celebracjom Mszy Trydenckiej. 

 

Po drugie do Komunii na rękę nie jest potrzebna postawa stojąca. Nie mam tu wcale na myśli neonków, którzy mimo wyraźnych zakazów z Rzymu, komunikują, o zgrozo, na siedząco, ale główny nurt Kościoła, w którym pojawiają się od czasu do czasu pomysły przyjmowania Komunii Świętej do rąk, ale na klęcząco. Taką propozycję przedstawił jakieś dwie dekady temu Jan Turnau na łamach Gazety Wyborczej. Może się wydawać, że to tylko teoretyczna propozycja, której nikt nie realizuje praktycznie, ale tak nie jest. Nie jest to  może zbyt popularne połączenie, ale niekiedy można się z nim zetknąć. Mnie osobiście zetknięcie się z taką praktyką przydarzyło się w pewnej beskidzkiej parafii, w której Nowa Msza odprawiana jest pobożnie i dość tradycyjnie. Komunię Świętą rozdaje się tam na dwa sposoby. W nawie głównej na klęcząco i przy balaskach, a w nawach bocznych na stojąco. Otóż pod koniec kwietnia zdarzyło mi się widzieć tam młodą  kobietę, która przyjmowała komunię w nawie środkowej, a więc w postawie klęczącej, ale jednocześnie do rąk. Oczywiście, mogło się tak zdarzyć, że chciała ją przyjąć na stojąco, ale nie chciała się wyróżniać, gdy wszyscy wokół klęczeli. Jest to jednak bardzo mało prawdopodobne. Możliwość przyjęcia Komunii na stojąco jest tam bowiem widoczna na pierwszy rzut oka. A więc między Komunią na rękę a na stojąco nie ma związku przyczynowo-skutkowego.

 

Postawę stojącą przy przyjmowaniu Komunii Świętej uważam zasadniczo za dopuszczalną. Jednocześnie jednak jestem głęboko przekonany, że w obrządkach zachodnich powinna być ona raczej wyjątkiem niż regułą, podobnie jak udzielanie wiernym Komunii Świętej pod dwiema postaciami, czy sprawowanie Mszy Świętej w języku ludowym. Nie neguję więc, ani nie krytykuję Komunii na stojąco. Nie oznacza to jednak że podoba mi się jej umasowienie i praktyczna obligatoryjność, z czym mamy do czynienia obecnie w Polsce. Uważam, że Komunia na stojąco powinna być ograniczona do tych wspólnot, gdzie ma ona jakieś uzasadnienie, a więc do oazy, neokatechumenatu, czy grup inspirujących się duchowością chrześcijańskiego wschodu. 

 

12:59, svetomir , RELIGIA
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 kwietnia 2012
czwartek, 29 września 2011

Czesław Miłosz 

Odkąd w 1990 roku przywrócono katechezę do szkół, nie milknie w naszym kraju dyskusja na temat nauczania tego przedmiotu. Czasem się ona nasila, czasem słabnie, ale trwa stale. Niestety jest to dyskusja bardzo płytka. Dyskutuje się więc w zasadzie wyłącznie o tym gdzie nauczać, całkowicie pomijając kwestie o wiele ważniejsze, czyli jak nauczać i czego nauczać. A jest o czym dyskutować. Gdyby program nauczania religii katolickiej był racjonalnie skonstruowany i dobrze skorelowany  z całokształtem nauczania szkolnego, przeciwnicy nauczania tego przedmiotu w szkole mieliby znacznie mniej argumentów niż mają ich obecnie. Szczególnie program dla szkół ponadgimnazjalnych wymaga gruntownej rewizji. Nie ma najmniejszego sensu powtarzanie po raz trzeci czy czwarty tych samych rudymentów katechizmu za każdym razem nieco inaczej ujętych.

Należy raczej odejść od pouczania, którego młodzież nie lubi i na które reaguje alergicznie na rzecz nauczania w sensie ściślejszym. Dużo większy pożytek niż wspomniane powtarzanie katechizmu przyniesie prezentacja wiedzy o Kościele w szerokim kontekście nie tylko ściśle religijnym, ale i ogólnokulturowym.

Jako że większość szkół ponadgimnazjalnych pracuje w trybie trzyletnim, kurs taki może przybrać formę trzech rocznych bloków. Blok pierwszy należałoby poświęcić kulturze chrześcijańskiej, a więc przejawom chrześcijaństwa w literaturze, muzyce, sztukach plastycznych i architekturze. Blok ten jest komplementarny z nauczaniem szkolnym, będzie się w dużej mierze opierał o wiedzę, którą uczniowie wynieśli z lekcyj języka polskiego, plastyki i muzyki. Nauczanie podstaw kultury chrześcijańskiej pozwoli uczniom docenić rolę Kościoła na tym polu. Zdaję sobie sprawę, że ten blok może sprawiać pewne trudności organizacyjne. Nie ma podręczników, a katecheci  nie są przygotowani do wykładania takiego materiału. Jednak kilka lat powinno wystarczyć do uzupełnienia tych braków.

 

Drugi blok to historia Kościoła. Uważam go za najistotniejszy i dlatego proponuję jego umieszczenie w drugim roku cyklu, kiedy uczniowie mają już za sobą problemy z adaptacją w nowej szkole, a jeszcze przed sobą okołomaturalne zamieszanie, spychające na drugi plan wszystko, co nie jest bezpośrednio związane z egzaminem dojrzałości. Historia Kościoła jest tak ważna, bo na tym polu trzeba nie tylko uzupełnić braki w wiedzy, ale także sprostować wiedzę fałszywą. Ludzie młodzi, a zresztą nie tylko młodzi, informacje o historii Kościoła czerpią zazwyczaj ze źródeł Kościołowi niechętnych. W ich głowach tkwią liczne czarne legendy dotyczące inkwizycji, krucjat, palenia czarownic, czy papieży renesansu. Te czarne legendy trzeba zastąpić rzetelną wiedzą, a to jest znacznie trudniejsze niż zapełnienie czystej karty. Nauczanie historii Kościoła na lekcjach religii, poza wspomnianym wyżej odkłamaniem przekazu, przyniesie również inne pożytki w postaci ważnego uzupełnienia edukacji szkolnej prowadzonej w ramach innych przedmiotów. Ciekawie o tym aspekcie pisze Czesław Miłosz w "Rodzinnej Europie":"Odpowiedzi szukałem w podręczniku, któremu zawdzięczam sporą część mego wykształcenia. Był to podręcznik historii Kościoła. Nie wyniosłem wiele z posiekanych na fragmenty kronikarskich wiadomości wtłaczanych nam w głowy jako historia Polski i innych krajów. Tu natomiast miało się przed sobą historię całej Europy. Dlatego sądzę dzisiaj, że przejście przez szkołę katolicką jest bardzo pożyteczne dla kogoś, kto chce rozwinąć w sobie "świadomość europejską"". Dzisiaj w dobie integracji europejskiej jest to jeszcze istotniejsze niż w czasach młodości Miłosza. Z nauczaniem historii Kościoła będzie zapewne dużo mniej problemów organizacyjnych niż z kulturą chrześcijańską. Katecheci są w tej materii lepiej przygotowani, jest też sporo podręczników tak nowych, jak i starych. Ja osobiście wolę te starsze, ale do wykorzystania w szkołach ponadgimnazjalnych znacznie bardziej nadają się nowsze. Można też łatwo opracować nowe, w oparciu o książki podręcznikami w sensie ścisłym niebędącymi. Dobrym materiałem wyjściowym dla ewentualnego podręcznika byłaby na przykład książka księdza Zbigniewa Kowalczuka "Zarys historii Kościołów chrześcijańskich". Co prawda swego czasu bardzo krytycznie zrecenzowałem tę pracę, zarzucając jej liczne błędy merytoryczne, pominięcia ważnych kwestyj i nadmierną ogólnikowość, lecz błędy można usunąć w  kolejnym wydaniu, niezależnie od tego, czy będzie ono podręcznikiem, czy też nie, a pominięcia, czy ogólnikowość przekreślają wprawdzie użyteczność książki dla studentów, czy badaczy, pozostaje ona jednak bardzo użyteczna na poziomie licealnym.

 

Trzeci blok to podstawy literatury religijnej. Polegałby on na czytaniu i omawianiu zróżnicowanych tekstów liturgicznych, filozoficznych i teologicznych. W ramach tego bloku można by też zapoznać uczniów z podstawowymi tekstami modlitewnymi i liturgicznymi w języku łacińskim w myśl Konstytucji o Liturgii przyjętej na Soborze Watykańskim II.  Ten trzeci blok organizacyjnie jest łatwiejszy od pierwszego i trudniejszy od drugiego. Podręczników co prawda nie ma, ale dużo łatwiej je stworzyć niż do kultury chrześcijańskiej, bo wystarczy je skompilować z ogólnie dostępnych tekstów. Natomiast katecheci do nauczania takiego przedmiotu są, a przynajmniej powinni być dobrze przygotowani. Wbrew pozorom wartość formacyjna takiego cyklu edukacyjnego jest nie tylko nie mniejsza, ale nawet większa niż standardowego nauczania katechizmowego. Uczeń poznaje bowiem wartość religii katolickiej w aspektach dotąd mu nie znanych, a przy tem w dosyć interesującej formie, co ma niebagatelne znaczenie. Poza tem teksty w bloku trzecim mogą, a nawet powinny być tak dobrane, by stanowiły swoiste repetytorium katechetyczne.

 

W zależności od typu szkoły podany schemat można modyfikować. Zaprezentowana wyżej wersja podstawowa nadaje się dla wszystkich szkół trzyletnich. W dwuletnich zawodówkach można zrezygnować z bloku trzeciego czyli analizy tekstów i elementów łaciny. Natomiast w czteroletnich technikach rozwiązaniem optymalnym byłoby rozciągnięcie historii Kościoła na dwa lata. Powyższy schemat nie jest oczywiście gotowym projektem, ani nawet zarysem takowego. Jest jedynie luźną propozycją i zaproszeniem do dyskusji. Będę wielce uradowany, jeśli takowa się wywiąże.

12:46, svetomir , RELIGIA
Link Komentarze (1) »
wtorek, 23 sierpnia 2011

 

gormity

Czy można poświęcić gormita? Takie pytanie zadał mi mój pięcioletni syn w Wielką Sobotę, gdy wybieraliśmy się do kościoła z pokarmami do poświęcenia. Odpowiedziałem mu żartobliwie, że owszem można, ale skoro to jest poświęcenie pokarmów, to musiałby potem tego gormita zjeść. Pytanie jest jednak, wbrew pozorom, dużo poważniejsze od tej odpowiedzi i w związku z tym poważniejszego potraktowania wymaga. Zanim jednak zacznie się rozważania na temat możliwości poświęcenia gormitów, trzeba tej części czytelników, którzy nie mają w swoim otoczeniu mężczyzn pomiędzy piątym, a piętnastym rokiem życia wyjaśnić, czym owe gormity (czy też gormici, tu funkcjonuje oboczność, podobnie jak w mianowniku liczby pojedynczej jest w jednych źródłach gormit, a w innych gormita, w niniejszym tekście przyjęto gormit, bo tak mówią dzieci) są. Najprościej rzecz ujmując, są to kilkucentymetrowe plastikowe figurki, których kolekcjonowanie jest obecnie szalenie modne wśród chłopaków, a niekiedy i dziewcząt w wieku późnoprzedszkolnym i wczesnoszkolnym. Jest ich kilkadziesiąt, służą zarówno do kolekcjonowania, jak i do różnego typu gier. Oprócz typowych małych figurek będących właśnie przedmiotami kolekcjonerskimi i pionkami do gry, są też produkowane kilkukrotnie większe, spełniające rolę klasycznych zabawek w typie lalki. Figurkom towarzyszą filmy, czasopisma i gadżety.

 

Trochę trudniej wyjaśnić, co te figurki przedstawiają. Zgodnie z towarzyszącą im opowieścią, funkcjonującą głównie w postaci włoskiego serialu animowanego oraz krótszych i dłuższych komiksów, gormici to mieszkańcy świata Gorm, którego lokalizacja nie jest precyzyjnie określona. Gormici są "władcami sił natury", toteż potrafią posługiwać się magią.  Dzielą się na plemiona, z których jedne są dobre, a inne złe. Dobrzy prowadzą ciągłą wojneę ze złymi. Kojarzą się nieodparcie z pogańskimi bóstwami, szczególnie zaś tymi, które pochodzą z mitologii germańskiej. Sprawę komplikuje fakt, że Gorm jest połączony z Ziemią za pomocą magicznego portalu, a ludzie, przechodząc do tamtego świata, stają się Gormitami. Wydarzenia na Gormie mają też wpływ na wydarzenia na ziemi. Na przykład wojny gormitów przyczyniają się do powstawania ziemskich katastrof przyrodniczych. W świetle tych informacyj pytanie "czy można poświęcić gormita?" nabiera nowego, szerszego sensu. Należy bowiem zadać pytanie, czy "kultura gormicka", na którą składają się nie tylko figurki, ale także filmy, czasopisma, gry, gadżety, etc., jest do pogodzenia z wiarą chrześcijańską? Można by zbyć to pytanie, odpowiedzią, że to tylko  dziecięca zabawa, a taka z samej swej natury sprzeczna z wiarą być nie może, ale to by było zbyt proste.

 

Rozpatrzmy to na przykładach. Wróżby są złe, ale dziecięca zabawa we wróżby, na przykład andrzejkowe, zazwyczaj jest całkowicie niewinna. Czary są złe, ale dziecięca zabawa w czary, na przykład przy okazji odgrywania scen z bajek jest zazwyczaj całkowicie niewinna. Pojedynki są złe, ale dziecięca zabawa w pojedynki, na przykład przy okazji inscenizacyj wydarzeń historycznych na lekcji, czy szkolnej akademii. Wszystkie te zabawy mogą jednak stać się złe, gdy przekroczą miarę rozsądku, wskutek czego zatarciu ulegnie granica pomiędzy zabawą i rzeczywistością. Tyle, że takie ryzyko istnieje w przypadku każdej zabawy, a nie tylko takiej, której temat jest "podejrzany".

 

Trzeba więc przyjrzeć się temu, jak gormity funkcjonują w świecie dziecięcej zabawy. Dzieci nie traktują ich jak pogańskie bóstwa, ale jak zwykłe postacie bajkowe i tak powinno pozostać. Należy uświadamiać dziecku, że opowieści o gormitach to tylko bajki i że w rzeczywistym świecie życiem na ziemi nie sterują wydarzenia z Gormu. Nie tylko więc można, ale i należy święcić gormity, tyle że w sensie przenośnym. Należy je święcić, czyli dbać o to, żeby ich miejsce w zabawie i wyobraźni dziecka było zgodne z chrześcijańską religią i kulturą, żeby było to miejsce analogiczne do tego, które zajmują postacie z tradycyjnych bajek ludowych. Dbać o to, żeby gormity pozostały zabawą i bajką, a nie nurtem ideologicznym. Tak jak przy każdej innej zabawie, trzeba pilnować, żeby dziecko zbytnio się od niej nie uzależniło. Mądry rodzic zapewni dziecku różnorodność i wszechstronność zabawy. Nie ma powodu, aby z obawy przed pogańskimi powiązaniami eliminować gormity z życia dziecka. Zabranianie zabawy nimi, czy oglądania bajek o nich może wywołać efekt zakazanego owocu i dodatkowo rozbudzić fascynacje do niezdrowych rozmiarów. Trzeba w pierwszym rzędzie dbać o zachowanie umiaru.

 

Oczywiście w sensie dosłownym poświęcić gormitów nie można. Przynależą one jednoznacznie do sfery profanum i tam powinny pozostać. Ich poświęcenie, czy inna sakralizacja byłyby właśnie otwarciem drzwi dla ich pogańskiego pojmowania. Nie ma tu żadnej analogii z poświęcaniem pokarmów, czy narzędzi pracy, na przykład samochodów. Jedzenie, praca i podróżowanie zahaczają o sferę sacrum, również w chrześcijaństwie. Pięknie to widać na przykładzie Reguły Świętego Benedykta, która wyraźnie ukazuje sakralny charakter tych czynności. Zabawa w chrześcijaństwie charakteru sakralnego nie posiada. Dlatego zabawek się nie święci. Gormity należy tu traktować tak jak wszystkie inne zabawki. Ani lepiej, ani gorzej.

środa, 10 sierpnia 2011

 

Dnia czwartego lipca bieżącego roku zmarł w wieku lat dziewięćdziewięciu Jego Cesarsko-Królewska Wysokość Otto von Habsburg. Główne uroczystości pogrzebowe odbyły się w Wiedniu dnia szesnastego lipca. Nagranie całej ceremonii można obejrzeć w dwóch częściach tutaj i tutaj. Nie chcę dzisiaj rozpisywać się o zmarłym Habsburgu, być może uczynię to w listopadzie, który poświęcam na pisanie o zmarłych. Dziś chciałbym zwrócić uwagę na ceremonię pogrzebową, a konkretnie jeden jej maleńki element. Nieodłączną częścią pogrzebów rodziny cesarskiej jest pewien arcyciekawy, wzruszający i głęboko obrzęd  zwany Anklopfzeremonie, odprawiany w drzwiach wiedeńskiego kościoła kapucynów, w którego krypcie są chowani Habsburgowie. Gdy kondukt podchodzi pod kościół, drzwi są zamknięte. Jeden z dostojników cesarskich stuka w nie okutą laską. Z wnętrza kościoła dochodzi głos kapucyna, który pyta: "Kto chce wejść?" Dygnitarz w odpowiedzi podaje imię zmarłego i pełną listę jego monarszych tytułów. Zakonnik na to: "Nie znamy tu takiego". Dostojnik znów puka, a kapucyn znów pyta: "Kto chce wejść?" W odpowiedzi pada nowa, krótsza lista tytułów, w tym konkretnym przypadku wymieniono w tym miejscu listę republikańskich funkcyj zmarłego. Z wnętrza znów pada odpowiedź, że takiego tu nie znają. Jeszcze raz powtarza się pukanie i pytanie. Tym razem odpowiedź brzmi: "Otto, biedny, grzeszny człowiek". Drzwi się otwierają i kondukt wkracza do środka świątyni. Ten rytuał to najlepsze kazanie o śmierci, jakie kiedykolwiek usłyszałem.

środa, 30 marca 2011

kapelusznik

W  niedzielę szóstego marca miałem okazję uczestniczyć we Mszy Świętej z Udziałem Dzieci w kościele parafialnym pod wezwaniem świętej Jadwigi Śląskiej w Rybniku. Unikam zasadniczo udziału w takich Mszach, gdyż nie lubię infantylizacji religii w ogólności, a liturgii w szczególności. Ta konkretnie celebracja nie była jednak taka zła, jak się obawiałem i oprócz licznych minusów, miała również wiele plusów,  zwłaszcza na tle innych "Mszy dziecięcych". Pozwolę sobie wyliczyć jedne i drugie, poczynając od plusów.

 

Oto więc owe plusy:

-części stałe, w tym pierwsza forma aktu pokutnego, były normalne, tak jak w mszale, a nie zastąpione infantylnymi wierszykami.

-Czytania obsługiwali dorośli lektorzy w albach, śpiewał diakon.

-Jedna czwarta śpiewów w czasie Mszy to tradycyjne pieśni kościelne.

-Treść kazania była katolicka i dostosowana do okresu liturgicznego, czyli przedpościa. Mówiono o grzechu, który przedstawiony został jako wewnętrzny brud, o konieczności oczyszczenia z tegoż w Sakramencie Pokuty, o wartości wielkopostnych praktyk pobożnych, takich jak Droga Krzyżowa, czy Gorzkie Żale.

 

Minusów jest niestety więcej:

-Forma kazania. Nie mam oczywiście nic przeciwko kazaniu w formie rozmowy kilku kapłanów, rozmieszczonych w różnych miejscach kościoła. Jest to przecież jak najbardziej katolicka, tradycyjna i starodawna praktyka, sięgająca swoimi korzeniami czasów głębokiego średniowiecza. W wielu starych kościołach możemy znaleźć po dwie, a nawet po trzy ambony. Oczywiście wolałbym, żeby byli oni w komżach i stułach, a nie samych tylko sutannach, ale w dzisiejszych czasach totalnego rozwolnienia w Kościele i z sutanny należy się cieszyć. Bardziej już niepokoją wprowadzone do kazania elementy spektaklu teatralnego. Co prawda, to również nic nowego, bo w Kościele przedtrydenckim zdarzało się to nieraz, ale z takimi elementami trzeba być bardzo ostrożnym, aby nie naruszały one powagi miejsca. W czasie omawianej Mszy powaga ta została niestety mocno naruszona. W kaznodziejskiej inscenizacji została wykorzystana postać brudnego mężczyzny w kapeluszu. To, że był on brudny, jest w pewnym sensie usprawiedliwione, bo wynikało wprost z fabuły kazania. Chodziło o ukazanie ciągu analogij między brudem zewnętrznym, a brudem wewnętrznym, a następnie pomiędzy myciem ciała, a sakramentem Pokuty i tak dalej. Z tejże fabuły nie wynikało jednak nic, co usprawiedliwiałoby ustrojenie delikwenta w kapelusz. Mężczyzna noszący kapelusz, czy inne prywatne nakrycie głowy w kościele, a szczególnie podczas trwania Mszy Świętej, ciężko obraża Pana Boga, bez dwóch zdań.

-Modlitwa wiernych w formie spontanicznych wypowiedzi dziecięcych ochotników nie obyła się, jak  można się było spodziewać, bez takich kuriozów jak "módlmy się za wszystkich świętych". Byłem przez lat kilka oazowiczem i nie uważam modlitwy spontanicznej za zło samo w sobie. Kiedyś byłem nawet jej entuzjastą. Uważam jednak, że sens jej stosowania w liturgii istnieje tylko w małych, jako tako uformowanych modlitewnie grupach, takich jak Oaza właśnie, czy Duszpasterstwo Akademickie. Stosowanie jej wśród osób nieprzygotowanych może być szkodliwe. -Użyto "II Modlitwy  Eucharystycznej z Udziałem Dzieci". Jeszcze kilka lat temu nie czyniłbym z tego zarzutu, gdyż uznałbym, że lepsza już ta infantylna modlitwa, aniżeli oklepana dwójeczka, pozbawiona odniesień do Ofiary Krzyżowej Jezusa, a używana na 90% Mszy w naszym kraju. Sytuacja się jednak zmieniła. Modlitwy Eucharystyczne z Udziałem Dzieci zostały, z racji swojej infantylności, wycofane przez Stolicę Apostolską z użytku liturgicznego. Ich użycie we Mszy jest absolutnie zabronione. Byłem więc świadkiem poważnego nadużycia.

-Dwie trzecie śpiewów stanowiły nieliturgiczne piosenki wykonywane przy akompaniamencie kilku gitar przez grupkę dziewcząt stojących w prezbiterium.

-Do tego dochodzą dwa poważne nadużycia, obecne w tym kościele permanentnie, nie tylko na Mszach dla dzieci. Po pierwsze kielich trafia na ołtarz bez obowiązkowego welonu. Niekiedy zdejmują go ministranci jeszcze przy kredencji, niekiedy zaś nie ma go już od początku Mszy. Po drugie koło ołtarza stoją trzy świece, zamiast obowiązkowych dwóch, czterech lub sześciu.

 

Mszy dziecięcej na Nowinach daleko oczywiście do ekscesów ze smokiem (rzekomo przyjaznym)  mających miejsce w innym mieście naszej diecezji, ale niestety równie daleko do pobożnie odprawionej Mszy Świętej, zgodnej ze wszystkimi normami liturgicznymi. Oczywiście uczestnicy nowińskiej celebracji  wynieśli z niej bez wątpienia wiele łask wynikających przedewszystkiem z faktu, że była ona, podobnie jak każda Msza Święta, bezkrwawym uobecnieniem Ofiary Krzyżowej. Wiele pożytku mogą też przynieść duszom wiernych prawidłowo wygłoszone czytania, katolickie w treści kazanie, czy tradycyjne pieśni. Jednocześnie jednak wymienione nadużycia liturgiczne, mogą przynieść wiele szkód duchowych w postaci zgorszenia i osłabienia a nawet utraty wiary.

sobota, 26 lutego 2011

Kościół od samych swoich początków, po czasy dzisiejsze, a najpewniej aż po kres czasów, musi zmagać się z rozmaitymi herezjami. Jest to zjawisko poniekąd naturalne. Tam gdzie rośnie pszenica, tam też plenią się i chwasty. Każdy wiek ma swoje, nowe herezje. Nie oznacza to jednak, że te stare przestały istnieć. Monofizytyzm, nestorianizm, marcjonizm nie wzbudzają już wielkich emocyj, nie budzą sporów, takich, jak w pierwszych wiekach dziejów Kościoła. Może jedynym wyjątkiem jest negujący boskość Chrystusa, a co za tem idzie także i naukę o Trójcy Świętej, arianizm, który co jakiś czas odżywa w nowych postaciach, w ostatnich czasach na przykład w formie nauk Świadków Jehowy. Jednak i te trzy wymienione powyżej, chociaż większości katolików ich nazwy albo nic nie mówią, albo są tylko pojęciami z zamierzchłej historii Kościoła, co jakiś czas dają o sobie znać. Pojawiają się jednak nie w postaci pełnej, ale raczej szczątkowej, fragmentarycznej, a przy tem zawoalowanej. Częstokroć, zarówno ich głosiciele, jak i odbiorcy w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, że mają do czynienia z herezją.

 

Taki na przykład monofizytyzm. Sformułowany w piątym stuleciu po Chrystusie przez konstantynopolitańskiego mnicha Eutychesa, głosił, że Jezus Chrystus miał tylko jedną naturę, boską, lub też w wersji przyjętej przez niektóre Kościoły wschodnie bosko-ludzką. Negował więc ów nurt teologiczny rzeczywiste i zupełne człowieczeństwo Chrystusa. Potępiony został przez sobór w Chalcedonie w 451 roku. Dzisiaj nikt nie neguje całkowicie człowieczeństwa Pana Jezusa. Są jednak tacy, którzy podają w wątpliwość niektóre składowe Jego ludzkiej natury czyniąc ją w ten sposób niezupełną. Szczególnie można to zauważyć w kwestii sporów o przynależność Naszego Pana do narodu żydowskiego. Dość popularny jest, szczególnie w środowiskach endeckich i postendeckich, pogląd, zgodnie z którym Jezus Chrystus nie był Żydem i nie posiadał żadnej przynależności narodowej. Nie zauważają, że bez tejże przynależności, Jego ludzka natura byłaby niepełna, ułomna, byłaby zaledwie cieniem człowieczeństwa. To są właśnie poglądy noszące pewne znamię monofizytyzmu. Niektórzy autorzy posuwają się nawet do tego, że dla uzasadnienia swej tezy sięgają po argumenty ściśle monofizyckie. Pokusie tej uległ nawet wybitny przedwojenny humanista Tadeusz Zieliński, który w swoim artykule przypomnianym w Szczerbcu nr 7-9 z 2000 roku pisał: "Po Śmierci i Zmartwychwstaniu Jezus wraca do Ojca w Niebie, gdzie zwrócona mu zostaje „chwała", którą miał przed przyjściem na ziemię, czyli powraca do swego pierwotnego Bóstwa i bożego Synostwa. Jest to trzeci i trwający do tej pory okres w życiu Chrystusa. Ten okres, podobnie jak pierwszy, nie może budzić najmniejszych wątpliwości: Jezus jest Synem Boga i sam Bogiem, a więc jest czystym, obiektywnym Duchem, nie może więc być Żydem, jak zresztą nie jest też Polakiem czy Niemcem. Dlatego próba wmanewrowania Chrystusa w żydowskość jest co najmniej przejawem arogancji wobec Niego.'' Oczywiście głosiciele tej tezy są święcie oburzeni, gdy ich się nazwie monofizytami. Oni nie widzą konsekwencyj głoszonej przez siebie doktryny.

 

Sam monofizytyzm, w swojej pierwotnej postaci, był swego rodzaju przesadną reakcją na wcześniejszy od niego nestorianizm. Ten z kolei zakładał, że Jezus Chrystus składa się z dwóch odrębnych bytów: ludzkiego i boskiego. Został potępiony na soborze w Efezie w 431 roku. Do dziś nauka nestoriańska, choć w złagodzonej formie trwa w Asyryjskim Kościele Wschodu. Pojedyncze elementy tej doktryny pojawiają się jedna w poglądach niektórych protestantów i protestantyzujących katolików. Przejawiają się one w odrzucaniu takich sformułowań jak „Boże Narodzenie”, czy „Matka Boża”. Ich głosiciele argumentują, że narodzinom, czy śmierci podlegał jedynie Jezus-człowiek,a nie Druga Osoba Boska. Dlatego za jedyne dopuszczalne uważają sformułowania „Narodzenie Pańskie”, czy „Matka Jezusa”. Tego rodzaju poglądy głosili na przykład na przełomie XX i XXI stulecia niektórzy pastorzy Kościoła Zielonoświątkowego w Polsce. Kościół ten jednak odciął się od tej tezy, chcąc uniknąć posądzenia o nestorianizm.

 

Marcjonizm z kolei był jedną z najstarszych herezyj w Kościele, bo pojawił się już w II stuleciu po Chrystusie. Marcjon i jego zwolennicy odrzucili Stary Testament, z Nowego zaś usunęli wszystkie fragmenty sugerujące związek Jezusa Chrystusa z żydowskim Jahwe. Byli bowiem gnostykami i uważali tego ostatniego za złego demiurga, Chrystusa zaś za wysłannika dobrego Najwyższego Boga. Podobnie, jak w dwu poprzednich przypadkach, nie ma dziś wyznania chrześcijańskiego, które przyjmowałoby tę doktrynę w całości. W odróżnieniu zaś od tamtych nie ma także takiego, które przyjmowałoby jej znaczną część. Są natomiast w Polsce, a pewnie i w innych krajach też katolicy, głoszący pojedyncze tezy, które można i należy uznać za marcjonistyczne. Mam tu na myśli pewne przejawy niechęci do Starego Testamentu. Oczywiście nie wszystkie formy rezerwy wobec tej części Biblii są marcjonistyczne, heretyckie, czy chociażby niewłaściwe. W żadnym przypadku nie nazwę marcjonistami tych katolików, którzy unikają samodzielnej lektury ksiąg starotestamentalnych w obawie, że mogłaby ona zaszkodzić ich wierze. Wręcz przeciwnie, uznaję taką postawę za w pewnych przypadkach godną pochwały, nie ma bowiem wątpliwości, że niewłaściwa lektura tych pism, zwłaszcza w wersji pozbawionej katolickich komentarzy jest niebezpieczna dla katolickiego życia religijnego. Jednak już twierdzenia, że zaczytywanie się w Starym Testamencie jest objawem judaizacji katolicyzmu uważam za przesadne, krzywdzące i po prostu błędne. Równie oczywistą rzeczą jak to, że niewłaściwa lektura tych ksiąg jest groźna, jest to, że mądra nimi fascynacja może być wielkim ubogaceniem dla życia duchowego katolików. Można jednak trafić na jeszcze dalej idące przykłady zatrucia dusz marcjonistycznym jadem. We wspomnianych już środowiskach postendeckich (których jako całości bynajmniej nie mam zamiaru atakować, czy krytykować, gdyż w przeważającej mierze składają się one z pobożnych, gorliwych i prawowiernych katolików) można się spotkać na przykład z nazywaniem tytułowej bohaterki Księgi Estery „morderczynią Hamana”. Warto przypomnieć, że Estera jest uważana przez Kościół za starotestamentalną świętą, jej postać jest uważana w katolickiej egzegezie za zapowiedź (figurę) Maryi Panny, a Haman nie został zamordowany, ale stracony z wyroku króla perskiego za swoje niewątpliwe zbrodnie. Podobnie jak w przypadku wspomnianych wyżej tez o zabarwieniu monofizyckim, tak również te marcjonistyczne wynikają z ekstrapolowania politycznej niechęci do narodu żydowskiego i religii żydowskiej na sferę religijną.

 

Jak się obronić przed popadnięciem, często nie do końca świadomym i dobrowolnym w takie jak powyższe, a także inne herezje? Najlepszym zabezpieczeniem jest wiedza, a w tym przypadku dobra znajomość historii Kościoła. Ten, kto wie, na czym polegały marcjonizm, nestorianizm i monofizytyzm, będzie odporniejszy na zarażenie się ich elementami. Warto więc zachęcić wszystkich katolików do poznawania dziejów wiary chrześcijańskiej. Oczywiście należy je poznawać z rzetelnych katolickich książek, a nie z paszkwili napisanych przez wrogów Kościoła.

wtorek, 03 sierpnia 2010

Nowy Sącz

Jak już wspomniałem na innym miejscu, na początku wakacji spędziłem tydzień w Nowym Sączu. Jest to miasto dosyć bogate w zabytki architektury sakralnej. Jednak z tej racji, że byłem w owym mieście w towarzystwie między innymi dwójki moich małych dzieci, które jak na razie w bardzo niewielkim stopniu podzielają moje zainteresowania, musiałem zwiedzanie tego rodzaju obiektów ograniczyć do pewnego rozsądnego minimum. Tak się składało, że codziennie, a niekiedy nawet kilka razy w ciągu dnia przejeżdżałem obok powstałego na przełomie XIX i XX wieku kolejowego kościoła rzymskokatolickiego pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, którego ciekawa architektura bardzo mnie zaintrygowała. Jest to bowiem zasadniczo budowla neogotycka, jednakowoż niektóre jej detale, na przykład występujące obok ostrych, okrągłe łuki, wykazują cechy neoromańskie. Postanowiłem więc ten właśnie kościół wybrać do zwiedzania. Z zewnątrz prezentuje się on bardzo pięknie, ale w środku niestety dużo gorzej. Wnętrze kościoła zostało totalnie zdewastowane przez hunwejbinów liturgicznej rewolucji, najprawdopodobniej w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Oryginalny wystrój został zastąpiony modernistycznymi maszkarami. Tworzą one bolesny dysonans z pięknem architektury świątyni. No, ale czego można się spodziewać po esjocikach (dawniej jezuitach), którzy są gospodarzami świątyni. Zakon ten jest od dawna, jak powszechnie wiadomo, awangardą moderny.

Nowy Sącz

Nowy Sącz

Nowy Sącz

wtorek, 15 czerwca 2010

Msza z naduzyciami

Propagowanie wśród dzieci świadomości liturgicznej, zwłaszcza zaś ukazywanie im, czym jest Msza Święta, jest czynnością szlachetną i godną pochwały. Przy wykonywaniu tej czynności należy jednak dołożyć wszelkich starań by przekazu nie zafałszować i wpoić najmłodszym prawdziwą wiedzę o tej Największej Tajemnicy, oczywiście w takim kształcie jaki jest do przyjęcia na ich poziomie rozwoju umysłowego. Trzeba jednak pilnie baczyć, aby tego przekazu nie zafałszować, gdyż mogłoby to zaowocować ukształtowaniem fałszywego obrazu Mszy Świętej, a nawet fałszywego obrazu Boga w sercach i umysłach niewinnych dzieci.

 

 

Trudnego i ważnego zadania pouczenia dziatek na temat Mszy Świętej podjęło się wydawnictwo diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu , publikując książeczkę autorstwa Ewy Skarżyńskiej (tekst) i Marka Sojki (ilustracje), zatytułowaną Msza Święta dla najmłodszych. Niestety, autorzy i wydawcy nie dochowali należytej staranności i skierowali do najmłodszych wiernych przekaz mocno zafałszowany, zwłaszcza w sferze ilustracyj. Na stronie trzeciej znajduje się obrazek przedstawiający Obrzędy Wstępne Mszy Świętej. Na obrazku tym widzimy ołtarz, na którym stoją trzy płonące świece i kielich bez welonu. Obrazek ten promuje jaskrawe, rażące i drastyczne nadużycia liturgiczne. W taki sposób odprawiać Mszy Świętej absolutnie nie wolno. Zgodnie z obowiązującymi przepisami liturgicznymi, nakrycie pustego kielicha welonem jest bezwzględnie obowiązkowe, a liczba świec, płonących na ołtarzu podczas Mszy, musi wynosić dwie, cztery, lub sześć, ewentualnie siedem, gdy Mszę sprawuje biskup. Nauczanie liturgiczne dzieci w sposób tak drastycznie niezgodny z przepisami, jest godne potępienia. Z drugiej jednak strony pochwalić należy umieszczenie na tym samym obrazku krzyża na ołtarzu. Pochwalić również należy ilustrację na stronie 11 , przedstawiającą przyjmowanie Komunii Świętej na klęcząco. Jednak te plusy nie są w stanie przesłonić wymienionych wyżej minusów.

 

Również warstwa tekstowa pozostawia wiele do życzenia. Warstwę tę stanowi wierszowana opowieść o tym, co się dzieje podczas Mszy Świętej. Opowieść ta jest jednak pełna dziur, niczym dobry szwajcarski ser. Co jednak służy serowi, to niekoniecznie musi służyć tekstowi katechetycznemu, choćby nawet bardzo uproszczonemu. Najpoważniejszą luką jest brak jakiejkolwiek, choćby nawet najmniejszej wzmianki o ofiarnym charakterze Mszy Świętej, nie mówiąc już o jej związku z Ofiarą Krzyżową Jezusa Chrystusa. Dobrze chociaż, że wspomniano o Trójcy Świętej i Realnej Obecności Ciała i Krwi Pana Jezusa w postaciach eucharystycznych. Ogólnie jednak rzecz biorąc, nie jest to zła książeczka, a wspomniane błędy można łatwo usunąć w kolejnych wydaniach. Apeluję więc niniejszym do wydawcy, aby nie omieszkał tego uczynić.

czwartek, 27 maja 2010

Niedawno opublikowałem na łamach „Najwyższego Czasu!” artykuł, zatytułowany „Jubileusz Benedykta XVI”, a poświęcony w przeważającej mierze działaniom, jakie Ojciec Święty podjął na rzecz zażegnania kryzysu w Kościele. W odpowiedzi na ten artykuł, do redakcji nadszedł list, który został opublikowany w kolejnym numerze. Jego autor, pan Krzysztof nie zgadza się z tym, co napisałem w swoim artykule. Polemizuje jednak przedewszystkiem z tezami, których w swoim tekście nie zawarłem, a nawet ich nie podzielam.

 

Pan Krzysztof pisze : „Niestety autor (...) oparł tę próbę na absurdalnym założeniu, że przyczyny kryzysu w Kościele należy szukać w reformie liturgii i jej reformatorach”. Nigdy czegoś takiego nie twierdziłem. Wręcz przeciwnie, napisałem, że kryzys w Kościele trwa od mniej więcej pół wieku, a więc rozpoczął się przed Soborem Watykańskim II, a tym bardziej przed wprowadzeniem Mszału z 1969 roku, które zresztą, wbrew powszechnej opinii, z soborem i jego dokumentami miało bardzo niewiele wspólnego. Uważam, że sobór i reforma liturgiczna Pawła VI nie tylko nie były przyczyną kryzysu, ale wręcz przeciwnie, były próbami jego zażegnania, tyle, że próbami mocno chybionymi. Zamiast więc kryzys zażegnać, pogłębiły go. Wyraźnie to wszystko napisałem w swoim artykule. Nie uważam też, że drastyczna zmiana liturgii jest jedyną przyczyną spadku liczby uczestniczących we Mszy Św. i innych aspektów laicyzacji. Przyczyny zasugerowane przez pana Krzysztofa również wywarły na te zjawiska niewątpliwy wpływ. Nie można jednak pomijać faktu, że owa reforma jest jedną z ważniejszych przyczyn tego procesu. Aby to sobie uzmysłowić wystarczy spojrzeć na sytuację Kościoła prawosławnego, który takich reform nie przeprowadził. Owszem, w krajach postkomunistycznych również i on przeżywa kryzys, ale spowodowany innymi przyczynami, mianowicie wieloletnią propagandą ateistyczną oraz masowym uwikłaniem kleru we współpracę ze służbami bezpieczeństwa. Natomiast w Europie Zachodniej, Ameryce i Afryce prawosławie rozwija się bardzo dynamicznie. Główną przyczyną tego rozwoju jest piękno prawosławnej liturgii i bogactwo ściśle na liturgii opartej duchowości.

 

Nigdzie też nie napisałem, że Msza Święta jest wyłącznie Ofiarą i nie podzielam takiego poglądu. Dla każdego obeznanego w zasadach Wiary katolika jest jednak, a przynajmniej powinno być oczywiste, że jest ona przedewszystkiem Ofiarą. Aspekt Ofiary jest podstawowy, aspekt Uczty zaś uzupełniający. Tymczasem w nowej liturgii, a także w „posoborowych” katechezie i kaznodziejstwie, aspekt Ofiary jest pomijany, zaciemniany, zacierany i marginalizowany. Doskonale to widać na przykładzie II Modlitwy Eucharystycznej, która praktycznie nie zawiera żadnych odniesień do Ofiary Krzyżowej Jezusa Chrystusa.

 

Mam nadzieję, że w tym krótkim tekście rozwiałem przynajmniej część wątpliwości pana Krzysztofa i innych czytelników.

piątek, 21 maja 2010

Benedykt XVI

Na zmiany w prawie musieliśmy poczekać prawie dwa lata. Pierwszym przykładem takowych jest właśnie posynodalna adhortacja apostolska Sacramentum Caritatis z marca 2007. Zachęca ona między innymi do:

-szerszego niż dotychczas użycia chorału gregoriańskiego

-stonowania stosowania Znaku Pokoju

-nauczania w seminariach duchownych odprawiania Mszy po łacinie i śpiewu chorału gregoriańskiego

-odprawiania w języku łacińskim wszelkich Mszy „międzynarodowych”

-preferowania tradycyjnego ustawienia tabernakulum z Najświętszym Sakramentem, to jest w centralnym miejscu prezbiterium np. na starym ołtarzu.

Szczególnie interesujące są dwa ostatnie punkty, gdyż w tym zakresie widać wyraźną zmianę. Jeszcze ostatnie Wprowadzenie Ogólne do Mszału Rzymskiego zaleca przenoszenie tabernakulów do bocznych kaplic lub do miejsc z boku prezbiterium. Benedykt XVI wyraźnie nakazuje odstąpić od tej praktyki. Zacytuję odpowiedni fragment adhortacji: Jest zatem konieczne, by miejsce, gdzie są przechowywane Postacie Eucharystyczne, było łatwo rozpoznawalne przez każdego, kto wchodzi do kościoła, również dzięki wiecznej lampce. W tym celu należy wziąć pod uwagę układ architektoniczny budynku sakralnego: w kościołach, w których nie ma kaplicy Najświętszego Sakramentu a pozostał ołtarz główny z tabernakulum, wskazane jest, by zachować ten układ dla przechowywania i adoracji Eucharystii, unikając stawiania w tym miejscu fotela dla celebransa. Tak więc adhortacja wskazała pewien kierunek, tożsamy zresztą z nakreślonym już wcześniej przez soborową konstytucję o liturgii. Zreformowany ryt musi mieć osadzenie w tradycji, musi z niej integralnie wynikać i musi być, nieładnie mówiąc, „produktem” uprawnionej ewolucji bytów wcześniejszych. Musi zachowywać ten sam sens – który zachowywały wszystkie ryty dawniejsze, mianowicie z samej formy rytu musi wynikać jasno i wyraźnie, że Msza Święta jest Ofiarą i że jest to ta sama Ofiara, którą Pan Jezus sprawował na Krzyżu. Jak mówi na wpół zapomniana pieśń mszalna:

Co nam nakazuje nasza wiara * Jest między innymi i ta Ofiara *

Którą Bóg Syn * Dla naszych win * Na Krzyżu sprawował aż do trzech godzin.

 

Kolejny krok w reformie reformy, na który zresztą trzeba było poczekać ponad pół roku, należał znów do sfery praktyki. 1 października 2007 roku zakończył swą posługę mistrz ceremonii papieskich abp Piotr Marini. Zastąpił go na tym stanowisku ksiądz Gwido Marini. Jedyne, co nowego głównego ceremoniarza łączy z poprzednikiem, to nazwisko. Arcybiskup był miłośnikiem liturgicznej awangardy i entuzjastą inkulturacji. Msze papieskie w jego aranżacji często przybierały formę kolorowego widowiska upstrzonego elementami zaczerpniętymi z rozmaitych religii i kultów pogańskich. Dotyczyło to zwłaszcza celebracji podczas papieskich podróży zagranicznych, gdzie można było zobaczyć w czasie Mszy egzotyczne tańce w w wykonaniu skąpo odzianych dziewcząt, a nawet pogańskie rytuały w wykonaniu rozmaitych szamanów i szamanek. Tymczasem obecny ceremoniarz jest człowiekiem szczerze miłującym liturgiczną tradycję, co widać wyraźnie w czasie papieskich mszy od listopada tegoż roku począwszy. Na ołtarzu centralnie stoi spory krucyfiks, obok niego sześć dużych świec, po trzy z każdej strony i dodatkowo jedna mniejsza na środku, w czasie Mszy pontyfikalnych, dokładnie tak, jak tego wymagają przepisy liturgiczne. Coraz częściej też Ojciec Święty, wspomagany przez swojego mistrza ceremonii, ubiera stare szaty nie tylko galowe, ale także liturgiczne.

 

Poza wspomniana wyżej adhortacją nie ma, jak na razie żadnych aktów prawnych dotyczących „reformy reformy” nie ma. Pojawiają się tylko zapowiedzi takowych, ostatnia na jesieni ubiegłego roku. 30 października Radio Watykańskie podało informację, że Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów pracuje nad nowym programem formacji liturgicznej co zapowiedział prefekt tej dykasterii kard. Antonio Cañizares Llovera. „Jak stwierdził w wywiadzie dla tygodnika Calatunya Cristiana, ludziom brak dziś właściwego przygotowania do liturgii. Sądzą, że chodzi w niej o jakieś formuły czy rzeczy czysto zewnętrzne. Musimy zatem przywrócić sens kultu, poczucie sacrum, wrażliwość na Boga. W przekonaniu hiszpańskiego purpurata nie wystarczy tu zmiana rubryk czy wprowadzenie czegoś nowego. Ważniejsze jest odzyskanie wrażliwości na tajemnicę, która została zagubiona pod wpływem sekularyzacji. Liturgia nie potrzebuje wciąż nowych zmian, innowacji, kreatywności, lecz kultu, uznania Boga, który nas przewyższa i daje nam zbawienie – podkreślił kard. Cañizares. Szef watykańskiej dykasterii ujawnił również, że przywrócenie liturgii nadrzędnego miejsca w życiu Kościoła jest dziś główną troską Benedykta XVI. To liturgia czyni nas nowymi ludźmi – podkreślił. Ona zawsze zwrócona jest na Boga, a nie na wspólnotę. To bowiem nie wspólnota sprawuje liturgię, lecz sam Bóg, który przychodzi, aby nas spotkać i dać nam udział w swoim życiu, obdarzyć nas swoją łaską i przebaczeniem – powiedział kard. Cañizares.” (za strona internetową Radia Watykańskiego). We wspomnianym wywiadzie kardynał zasugerował odejście od udzielania Komunii Świętej na rękę, oraz przywrócenie skierowania kapłana sprawującego Mszę Świętą „ku Panu”, przynajmniej w momencie Przeistoczenia. Nie wiadomo, jaki ostatecznie kształt przyjmie zreformowana liturgia, ale możemy zaufać Ojcu Świętemu i przyjąć, ze lepszy niż obecnie.

 

Oczywiście nie tylko liturgią zajmował się Benedykt XVI w ciągu tych pięciu lat i nie tylko za kwestie liturgii należy mu się podziw i uznanie. Warto też wspomnieć o wypowiedziach doktrynalnych zarówno samego Ojca Świętego, jak tez podległych mu dykasteryj Kurii Rzymskiej. Szczególnie warte wspomnienia są dwie. Pierwszą jest nota Kongregacji Nauki Wiary z lipca 2007 roku, stwierdzająca, iż soborowe sformułowanie, że Kościół Chrystusowy trwa w Kościele Katolickim oznacza, że Kościół Chrystusowy jest tożsamy z Kościołem Katolickim. Drugim jest papieska encyklika Spe salvi, którą bez przesady można nazwać traktatem kontrrewolucyjnym. Również na sprawy obyczajowe Benedykt XVI nie pozostaje obojętny, o czym świadczy choćby ostatni list do Kościoła w Irlandii.

 

Mamy wielkiego papieża, który powoli, ale konsekwentnie, a więc w sposób dający najwięcej szans na powodzenie, naprawia „popsuty” gmach Kościoła we wszystkich aspektach jego funkcjonowania. Musimy się modlić, aby Bóg raczył dać Ojcu Świętemu Benedyktowi długie lata życia, aby mógł on swoje zamierzenia zrealizować. Wtedy możemy mieć nadzieję na rychły koniec kryzysu w Kościele.

Benedykt XVI

Niedawno miała miejsce piąta rocznica wstąpienia Ojca Świętego Benedykta XVI na Tron Piotrowy. Przy tej okazji warto pokusić się o krótkie podsumowanie tych pierwszych pięciu lat jego pontyfikatu. Aby jednak rzeczowo mówić o rządach JŚ Benedykta PP XVI,   trzeba najpierw powiedzieć słów parę na temat ogólnej sytuacji  Kościoła Powszechnego w naszych czasach.  A sytuacja ta jest, delikatnie mówiąc, nieciekawa. Od mniej więcej pół wieku, Kościół znajduje się w stanie głębokiego kryzysu. Kolejni Namiestnicy Chrystusowi nie potrafią sobie z tym kryzysem poradzić. Paweł VI swoimi działaniami wręcz ten kryzys pogłębiał. Jan Paweł II niewątpliwie szczerze pragnął jego zażegnania, ale był w swych działaniach bardzo niekonsekwentny i można rzec, że jedną ręką gasił, a drugą podpalał.  Dopiero Benedykt XVI podjął konsekwentną walkę z chorobą, która trawi Łódź Piotrową.

 

Ojciec Święty, w odróżnieniu od swoich niedalekich poprzedników, w pełni docenia znaczenie zasady Lex orandi - Lex credendi.  Oznacza ona, że porządek modlitwy odbija się na porządku wiary. Zepsucie liturgii prowadzi do zepsucia wiary, zaś zepsucie wiary do zepsucia obyczajów. Owo zepsucie obyczajów to trzeciorzędny i najmniej sam w sobie groźny aspekt kryzysu w Kościele, ale paradoksalnie najczęściej podnoszony przez media, zwłaszcza te, które są Kościołowi wrogie, choćby w kontekście afer seksualnych z udziałem katolickich duchownych. Istota problemu leży jednak nie w grzesznych zachowaniach księży, lecz w spaczonej liturgii i doktrynie. Dopóki się nie naprawi liturgii i doktryny, nie ma co liczyć na odnowę moralną kleru, o wiernych świeckich nie wspominając. Wie o tym Benedykt XVI i dlatego sukcesywnie naprawia liturgię i doktrynę.

 

Naprawa liturgii idzie dwutorowo. Po pierwsze Ojciec Święty podejmuje działania poszerzające przestrzeń dla rytów tradycyjnych w Kościele Zachodnim. Można w tym poszerzaniu wymienić trzy aspekty.  Pierwszym jest ogłoszenie w lipcu 2007 roku motu proprio Summorum Pontificum, pozwalającemu każdemu kapłanowi rzymskokatolickiemu na sprawowanie Mszy Świętej trydenckiej. Praktycznym skutkiem tego aktu jest zwielokrotnienie liczby miejsc, w których Msza taka jest w pełnej jedności z Kościołem sprawowana. Drugim aspektem rozszerzania przestrzeni dla liturgii tradycyjnej jest przyjmowanie do jedności z Rzymem, wielu, w większości drobnych, grup tradycjonalistycznych. Nie wszystkie z tych grup są małe. Aktualnie trwa proces jednoczenia się z Kościołem Katolickim Tradycyjnej Wspólnoty Anglikańskiej, która liczy kilka milionów wiernych. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują też na to, że w ciągu najbliższych kilku lat do pełnej jedności z Rzymem wróci również najbardziej znana organizacja tradycjonalistyczna, czyli Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X. Trzeci aspekt owego poszerzania wynika po części z pierwszego, po części zaś z drugiego.  Polega on bowiem na całkowitym lub częściowym przyjęciu starej liturgii przez grupy, które dotąd używały nowej. Najczęściej są to małe wspólnoty monastyczne, ale nie zawsze. Coraz częściej mówi się także o tym, że liturgia sprzed reformy ma uzyskać równoprawny status w prałaturze Opus Dei. 

 

Tradycyjne ryty zachodnie zyskają w Kościele nieporównywalnie donioślejszą pozycję niż dotąd, kiedy będą się wspierać na tak prężnych strukturach jak OD, TAC i FSSPX. Ich zasięg znacznie się zwiększy, tak że prawdopodobnie każdy chętny będzie miał do nich swobodny dostęp. Nic jednak nie wskazuje na to, aby w ciągu najbliższego półwiecza miały szansę wyrugować Mszę Pawła VI. Zdaje sobie z tego doskonale sprawę również sam Ojciec Święty. Dlatego równolegle z poszerzaniem pola dla rytów tradycyjnych, podejmuje działania mające na celu zapewnienie ogółowi wiernych dostępu do liturgii dobrze oddającej prawdy wiary katolickiej. Działania te zwykło się nazywać "reformą reformy".  Reformą, która ma być reformowana jest oczywiście reforma, a właściwie rewolucja liturgiczna Pawła VI. Jej reforma, czy też korekta ma prowadzić do nadania liturgii w Zwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego kształtu bardziej tradycyjnego i lepiej odzwierciedlającego prawdy katolickiej wiary. Niektórzy autorzy piszą o "reformie reformy" jako o pewnej skokowej zmianie, jaka ma nastąpić w bliższej, lub dalszej przyszłości. Takie stanowisko nie wydaje mi się słuszne. Z moich obserwacyj i analiz wynika, że reforma reformy nie jest czymś, co ma dopiero nastąpić. Jest ona powolnym procesem, toczącym się już od początku obecnego pontyfikatu, a zaplanowanym zapewne na wiele lat. Reforma ta przebiega dwutorowo – na drodze zmian w prawie kościelnym i zmian w praktyce. Zmiany w praktyce widać było od pierwszych dni pontyfikatu. Ojciec Święty, w odróżnieniu od swego poprzednika często używa Kanonu Rzymskiego, a w pozostałych przypadkach prawie wyłącznie III Modlitwy Eucharystycznej. Obydwie te modlitwy, w odróżnieniu od najczęściej w polskich kościołach używanej drugiej, wyraźnie podkreślają ofiarny charakter Mszy Świętej i jej związek z Ofiarą Chrystusa na Golgocie. Benedykt XVI jest też znany z przywracania do użytku rozmaitych, prawie już zapomnianych elementów papieskiego stroju.

czwartek, 20 maja 2010

 

Drugim po Veni Creator Spiritus ważnym tradycyjnym śpiewem liturgii Uroczystości Zesłania Ducha Świętego jest sekwencja Veni Sancte Spiritus. Śpiewa się ją przed ewangelią w czasie Mszy Świętej, obowiązkowo w samą uroczystość, fakultatywnie zaś w dni jej oktawy. W zreformowanej liturgii rzymskiej jest jedną z dwóch sekwencyj obowiązkowych. Niekiedy jest też stosowana w paraliturgicznych nabożeństwach do Ducha Świętego.

 

Wśród domniemanych autorów wymienia się m. in. Wipona z Burgundii, jedenastowiecznego poetę i kapelana cesarza Konrada II, angielskiego kardynała i prymasa Stefana Langtona (ca. 1160–1228), a także papieża Innocentego III (1161-1216, pont. 1198-1216). Melodie do tej sekwencji komponowało wielu kompozytorów wszystkich epok

 

Veni, Sancte Spiritus, / Et emitte caelitus /Lucis Tuae radium.

Veni, Pater pauperum, /Veni, dator munerum, /Veni, lumen cordium.

 

Consolator optime, / Dulcis hospes animae, /Dulce refrigerium.

In labore requies,/ In aestu temperies, / In fletu solatium.

 

O lux beatissima,/ Reple cordis intima /Tuorum fidelium.

Sine Tuo numine,/ Nihil est in homine, /Nihil est innoxium.

 

Lava quod est sordidum, /Riga quod est aridum, /Sana quod est saucium.

Flecte quod est rigidum, /Fove quod est frigidum, /Rege quod est devium.

 

Da Tuis fidelibus, /In Te confidentibus, /Sacrum septenarium.

Da virtutis meritum /Da salutis exitum, /Da perenne gaudium.

Amen. Alleluia.

 

 

 

Przekład polski:

 

Przybądź, Duchu Święty, /Ześlij z nieba wzięty /Światła Twego strumień.

Przyjdź, Ojcze ubogich,/Przyjdź, Dawco łask drogich,/Przyjdź Światłości sumień.

 

O najmilszy z gości/Słodka serc radości,/Słodkie orzeźwienie.

W pracy Tyś ochłodą/W skwarze żywą wodą/w płaczu utulenie.

 

Światłości najświętsza,/Serc wierzących wnętrza/Poddaj Twej potędze!

Bez Twojego tchnienia,/Cóż jest wśród stworzenia?/Jeno cierń i nędze.

 

Obmyj, co nieświęte,/Oschłym wlej zachętę,/Ulecz serca ranę.

Nagnij, co jest harde,/Rozgrzej serca twarde,/Prowadź zabłąkane.

 

Daj Twoim wierzącym,/W Tobie ufającym,/Siedmiorakie dary.

Daj zasługę męstwa,/Daj wieniec zwycięstwa,/Daj szczęście bez miary.

Amen. Alleluja.

 

Na koniec nagrania z youtube.com:

Veni Sancte Spiritus gregoriańskie

Veni Sancte Spiritus Wolfganga Amadeusza Mozarta w wykonaniu The Burbank First UMC Chancel Choir

Veni Sancte Spiritus – medytacja organowa Joanny Demessieux w wykonaniu Stefana Tharpa

Veni Sancte Spiritus Jana Dunstable'a w wykonaniu Lindy Grace

środa, 19 maja 2010

 

Tekst polski, wersja „polska”:

 

O Stworzycielu, Duchu, przyjdź,

Nawiedź dusz wiernych Tobie krąg.

Niebieską łaskę zesłać racz

Sercom, co dziełem są Twych rąk.

 

Pocieszycielem jesteś zwan

I najwyższego Boga dar.

Tyś namaszczeniem naszych dusz,

Zdrój żywy, miłość, ognia żar.

 

Ty darzysz łaską siedemkroć,

Bo moc z prawicy Ojca masz,

Przez Boga obiecany nam,

Mową wzbogacasz język nasz.

 

Światłem rozjaśnij naszą myśl,

W serca nam miłość świętą wlej

I wątłą słabość naszych ciał

Pokrzep stałością mocy Twej.

 

Nieprzyjaciela odpędź w dal

I Twym pokojem obdarz wraz.

Niech w drodze za przewodem Twym

Miniemy zło, co kusi nas.

 

Daj nam przez Ciebie Ojca znać,

Daj, by i Syn poznany był.

I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch,

Niech wyznajemy z wszystkich sił.

 

Tekst polski, wersja „śląska”:

 

Przybądź Duchu Stworzycielu,
Dusz ludzkich Nauczycielu!
Racz łaską Swoją obdarzy serca,
Któreś raczył sprawić.

2. Tyś Pocieszycielem zwany,
Darem Bożym mianowany,
Żywem źródłem i miłością,
Ogniem i duszną światłością.

3. Darów Twych siedm liczymy;
Palcem Bożym być Cię wiemy.
Obietnicąś jest Ojcowską,
Zdobiąc w nas miłość synowską.

4. Racz dać zmysłom dar światłości,
Pomnażaj w sercach miłości;
A krewkość serca naszego,
Utwierdź mocą Bóstwa Swego.

5. Odpędź od nas czarta złego,
Użycz pokoju Twojego,
Aby za Twoją obroną,
Złe odeszło inną stroną.

6. Racz nam Ojca Niebieskiego;
Dać poznać i Syna Jego,
I Ciebie, Ducha świętego,
Od obu pochodzącego.

7. Bogu Ojcu Wszechmocnemu,
Synowi zmartwychwstałemu,
I z Duchem świętym społecznie,
Niech brzmi chwała na wiek wiecznie.

 

Nagrania z youtube:

 

Veni Creator Spiritus gregoriańskie w wykonaniu seminarzystów ST. Thomas Seminary

Veni Creator Spiritus Gustawa Mahlera w wykonaniu filharmoników wiedeńskich pod dyrekcja Lorina Maazela

Veni Creator Spiritus - improwizacja z Kościoła Uniwersyteckiego we Wrocławiu

Veni Creator Spiritus Mikołaja Jommellego w wykonaniu Roberty Invernizzi

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6