FILM

sobota, 28 maja 2016

siła wyższa

Serial „Siła wyższa” nie cieszył się zbyt dobrą opinią. A niesłusznie, bo to całkiem dobra produkcja jest, byle tylko jej za poważnie nie traktować. Ani katolicyzmu, ani buddyzmu nie można się z tego serialu nauczyć nie można, ale czegoś jednak można. Moim zdaniem najmocniejszą jego stroną są sentencje poupychane to tu, to tam, jak rodzynki w cieście. Oto przykłady:

1. Pisklak zawsze myśli, że skorupka jajka najtwardsza od środka.

2. Szczęśliwy ojciec, co ma dwóch córki.

3. –Panimajesz? –No, rozumiju. Problemy budut.

4. Mistrz rozumie, dlatego mistrz.

5. Nasz zakon też samą dobrocią i łagodnością umęczyć potrafi.

6. Dwa stare mnichy. Słowa do rozmowy niepotrzebne.

7. Słowa nie zawsze ułatwiają porozumienie, choćby i milion ich wypowiedzieć.

8. A kto historię Kościoła przestudiował jak my, o manipulacji wie tyle, ze im się nawet nie śni.

9. Nasz prawosławny Kościół taki wojowniczy nie jest. A takim katolikiem być? Aż strach.

10. –No i chłop na końcu. Jak zawsze. Wiadomo. –Ostatni będą pierwszymi. -Ale kiedy?

11. To szczo buło, to z witrom po wodi popłynuło.

12. Nasza medycyna nowocześniejsza, ale jakby mniej pomaga.

13. Wiele dobrego o pierogach siostry Bazylii można powiedzieć, chociaż to Ruskie.

14. Prawicowiec zawiścią się żywi, to jedzenia nie potrzebuje.

15. Zakonnik od człowieka tak bardzo się nie różni.

16. Chyba naprawdę z Marsa jest. W każdym razie gdzieś z góry.

17. Ja ateist, ale prawosławny. To bliżej mi do Was, niż do buddystów.

18. Nawet z umiarem nie można przesadzać.

00:40, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 grudnia 2014

Equestria

Serial „Mój mały kucyk: przyjaźń to magia” (My Little Pony: Friendship is Magic) i towarzyszące mu zjawiska medialne należą do najciekawszych w dziecięco-młodzieżowej popkulturze ostatnich lat. Pozornie błahy serial dla dzieci w rzeczywistości jest naszpikowany rozmaitymi motywami i wątkami mitologicznymi. Dzięki niemu dzieci dowiadują się kim są centaury, gryfy, pegazy, minotaury i inne mitologiczne stworzenia kilka lat wcześniej niż poznają je z mitów greckich przerabianych w szkole, czy nawet z lektury przygód Harrego Pottera i oglądania filmów o nim. Jest to bardzo cenna forma inkulturacji, wprowadzenia w elementy kultury antycznej, będącej obok chrześcijaństwa jednym z dwóch fundamentów naszej zachodniej cywilizacji.



Wśród wspomnianych zjawisk towarzyszących szczególne miejsce mają dwa (na razie) filmy z cyklu „Equestria girls”, a mianowicie: „My Little Pony: Equestria Girls” z ubiegłego roku i „My Little Pony: Equestria Girls: Rainbow Rocks” z roku bieżącego. Obydwa rozgrywają się w świecie ludzi, do którego przez magiczny portal przedostaje się księżniczka kucyków Twilight Sparkle. W pierwszym musi się ona zmierzyć z Sunset Shimmer, która jest jednorożcem renegatem i pragnie podbić Equestrię. Rywalizacja dwóch kucykowych magiczek do pewnego stopnia przypomina rywalizację Harrego Pottera i lorda Voldemorta, co szczególnie jest widoczne w ostatecznym pojedynku przeciwniczek. Rzecz jednak znamienna, że w odróżnieniu od tegoż Voldemorta, pokonana Sunset Shimmer nie ginie, ale się nawraca i odtąd podąża drogą dobra. Nawrócenie negatywnych bohaterów jest zresztą częstym motywem w świecie „My Little Pony”.

Drugi film, który polską premierę miał 8 listopada tego roku, jest jeszcze ciekawszy, a to ze względu na dość niestandardowe nawiązanie mitologiczne. Otóż znaczącą rolę odgrywają w nim syreny, ale nie są to sympatyczne syrenki wymyślone przez Andersena i szeroko rozpowszechnione w popkulturze, ale syreny-potwory, takie, jakie znamy z mitologij antycznych, „Odysei” Homera i tradycji chrześcijańskich. Dlatego jest to film bardzo ważny, bo może przywrócić równowagę w kulturowym postrzeganiu syren.

Warto więc przyjrzeć się obrazowi syren w tradycjach europejskich, począwszy od antyku. Pierwotnie syreny były przedstawiane jako ptaki o kobiecej głowie. Później wykształciło się przekonanie o posiadaniu przez nie także innych niż głowa części kobiecego ciała, a także rybiego ogona. Z czasem zanikło też ich pokrewieństwo z ptakami, ale jego relikty utrzymywały się długo, bo jeszcze w średniowieczu syrena w herbie Warszawy ma ptasie łapy. W czasach przedhomeryckich były uważane za duchy zmarłych, podobne do wampirów i cechujące się raczej odrażającym wyglądem. Grecka nazwa syren pochodzi od słowa pętla, co dodatkowo kojarzy się ze śmiercią. Homer i inni greccy pisarze starożytni w znacznym stopniu zmienili postrzeganie syren, ale tylko na płaszczyźnie fizycznej. Odtąd były one przedstawiane jako istoty piękne, ale nadal złe. W „Odysei” mieszkają one na zielonym wybrzeżu i wabią żeglarzy swoim przepięknym śpiewem. Kto zaś da się zwabić i przypłynie do ich brzegu, traci życie. Były to więc demoniczne zwodzicielki prowadzące ludzi do zguby. Takie postrzeganie syren przejęła z kultury antycznej tradycja chrześcijańska. Ojcowie Kościoła widzieli w nich symbole pokus, a później także herezji. Takie postrzeganie syren przetrwało w kulturze zachodu do XIX wieku. Odwrócił je dopiero Jan Krystian Andersen, który w swej bajce „Mała syrenka” przedstawił bohaterkę jako istotę nie tylko nieziemsko piękna, ale także dobrą i kochającą, a nawet poświęcającą swoje życie dla miłości. Ta narracja, dzięki licznym przeróbkom, ekranizacjom i nawiązaniom zdominowała współczesne kulturowe postrzeganie syren.


Inwersje motywów w literaturze bajkowej występują stosunkowo często i same w sobie nie są niczym złym. W całej Europie można znaleźć na przykład wiele ludowych baśni, w których występują dobre smoki, czy węże, mimo że w chrześcijańskiej tradycji kulturowej zarówno smok jak i wąż maja konotacje jednoznacznie negatywne. Wiele podobnych przykładów mamy też w literaturze i filmie. Jednak nie jest zdrową sytuacja, w której motyw zinwertowany dominuje nad tradycyjnym, a nawet doprowadza do jego praktycznego zaniku, jak to miało miejsce w przypadku syren. Dobry smok funkcjonuje w kulturze na zasadzie wyjątku, gdyż stale jest w niej obecna cała rzesza smoków złych i potwornych. Widzimy to zresztą również w serialu „Mój mały kucyk”, gdzie jednym z głównych bohaterów jest sympatyczny smok Spike, ale inne smoki są raczej odrażającymi typami. Dlatego tak ważne jest, aby sympatyczną małą syrenkę zrównoważyć syrenami takimi, jakie spotkał Odyseusz. Ten film to krok w dobrym kierunku. Dzieciom, które go poznały, łatwiej będzie za kilka lat, gdy będą w liceum, zrozumieć przygody Odysa.

11:38, svetomir , FILM
Link Komentarze (1) »
niedziela, 10 listopada 2013

 smerfy

Od jakichś kilku lat, od czasu do czasu chodzę z dziećmi do kina na dziecięce filmy i mniej więcej z połowy tych wypraw piszę recenzje. Ostatnio wybraliśmy się cała rodziną na „Smerfy 2”. Wiązaliśmy z tym filmem wiele nadziei, bo pierwsza część bardzo się nam wszystkim podobała. Nowy film o niebieskich stworkach bardzo nas jednak zawiódł.

 

Przedewszystkiem można było łatwo zauważyć liczne nielogiczności scenariusza. Wymienię tylko dwie z nich, najbardziej jaskrawe. Po pierwsze, skoro formułę rytuału przemiany w smerfa zapamiętała Smerfetka, choć była tylko jego uczestnikiem, a nie wykonawcą i nie miała w jej zapamiętaniu żadnego interesu, to jakim cudem żywo zainteresowany jej znajomością Gargamel nie mógł jej zapamiętać i musiał ją mieć spisana na kartce? Po drugie, akcja części drugiej dzieje się kilka lat po pierwszej, o czym świadczy choćby wiek dziecka pary głównych ludzkich bohaterów. W tym czasie Gargamel rozrzutnie szafuje smerfesencją, a mimo to, nie brakuje mu jej, choć zapasy początkowe miał niewiele tylko większe od tych w pierwszej części, których przy podobnym tempie zużywania starczyło mu ledwie na parę dni.

 

Dużo słabszy jest też w tym filmie poziom dowcipu. Po pierwszym filmie zamiast recenzji umieściłem na swoim blogu zbiór cytatów z Gargamela i o Gargamelu. Dziś nie miałbym czego cytować, bo choć Gargamel wypowiada równie dużo rozmaitych sentencyj, często będących parafrazami znanych cytatów z literatury, filmu i życia, to są one znacznie słabsze i płytsze niż w pierwszej części, najczęściej zresztą w ogóle nie śmieszne.

 

Gdyby jednak wady filmu sprowadzały się tylko do niedoskonałości scenariusza, czy niższych lotów humoru, nie byłby to wcale wielki problem. Dużo poważniejsza jest sprawa z przesłaniem tej produkcji. Otóż „Smerfy” z 2011 były bardzo sympatyczną komedią rodzinną z pozytywnym przekazem. Mówiły o dojrzewaniu do małżeństwa, rodzicielstwa i założenia rodziny. Ukazywały, jak pojawienie się dziecka wzbogaca miłość małżonków i czyni ich życie lepszym. W części drugiej przekaz jest zupełnie odwrotny. Dwa równoległe wątki, jeden u smerfów i jeden u ludzi, podważają wartość tradycyjnych więzi rodzinnych, promują zaś na ich miejsce „alternatywny”, „nowoczesny” model rodziny. Podważają mianowicie rolę ojca, sugerując, że od złego ojca znacznie lepszy jest dobry ojczym, i że zamiana ojca na ojczyma z reguły wychodzi dzieciom na dobre.

 

Przypomina to pod pewnymi względami sytuację z filmem „Renifer Niko ratuje brata” słusznie skrytykowanym przez Tomasza Terlikowskiego, który pisał po jego premierze: „ Film bowiem był ordynarną (choć trzeba powiedzieć dobrze nakręconą i z dużą dozą ciepła) promocją rozwodów i patologicznych układów rodzinnych. Braciszek, którego ratować miał głównym bohater, nie był bowiem braciszkiem, a dzieckiem nowego konkubenta mamusi. Bunt reniferka związany był z tym, że chciał on, by jego prawdziwi rodzice do siebie wrócili i nie chciał zaakceptować nowego związku, cały zaś film zmierzał do wielkiej pochwały nowego związku, fantastyczności nowych więzi i normalności sytuacji, w której każde dziecko ma innych rodziców. Jego zwieńczeniem jest zaś sytuacja, w której największą radością dla małego renifera jest to, że mama z partnerem (nowym) ma trzecie dziecko, którego pochodzenie jest jeszcze inne, niż dwóch rzekomych braci. Poza tym, i to jest największe niebezpieczeństwo, film jest cieplutką opowieścią o wartości przyjaźni, domu, odpowiedzialności. Ale niestety ideologiczny wkład czyni ją całkowicie nieakceptowalną dla rodziców, którzy chcieliby nauczyć dzieci, że brat to znaczy brat, małżeństwo jest nierozerwalne, a wierność jest wartością.” Analogia jest tym pełniejsza, że również pierwsza część tego cyklu, zatytułowana „Renifer Niko ratuje święta” nie niosła żadnego antyrodzinnego przekazu, podobnie jak pierwsza część „Smerfów”.

„Smerfów 2” nie ratuje kilka dobrych scen, takich jak latający Gargamel wygrywający melodię smerfowej piosenki na dzwonach paryskiej katedry Najświętszej Maryi Panny, co jest ewidentnie nawiązaniem do „Dzwonnika z Notre Dame”. W beczce dziegciu, łyżka miodu nic nie pomoże.

 

22:15, svetomir , FILM
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 listopada 2013

equestria girls

Na rynku zabawek mody i trendy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Dotyczy to także lalek dla dziewczynek. Co prawda Barbie trzyma się mocno, ale miewa poważne sezonowe konkurentki. Najważniejszymi z nich są od kilku lat horrorystyczne lalki Monster High. Seria zabawek powstała w 2007 roku, a od 2010 jest obudowana otoczką medialną, opartą przedewszystkiem na serialu animowanym i serii książek. Podobna sytuacja dotyczy samej Barbie, która też stała się w ostatnich latach bohaterką serii filmów animowanych.

 

Inaczej jest z hitem tej jesieni – lalkami Equestria Girls, które pod względem stylistyki zdają się być bytem pośrednim między Barbie a Monster High. Tu najpierw był film, a dopiero później zabawki. Pełnometrażowy obraz animowany „My Little Pony: Equestria Girls”, produkcji amerykańsko-kanadyjskiej, miał swoją światową premierę 16 czerwca, a polską (szkoda, że tylko telewizyjną, a nie kinową) 14 września bieżącego roku. Film nawiązuje do słynnego serialu „My Little Pony” opowiadającego o mówiących kucykach z magicznej krainy zwanej Equestrią. Jedna z głównych jego bohaterek, czarodziejka Twilight Sparkle, na koniec trzeciej i jak dotąd ostatniej serii dołącza do wąskiej grupy rządzących Equestrią księżniczek. Akcja filmu dzieje się po zakończeniu tej serii.

 

Księżniczce Twilight Sparkle ukradziono jej koronę. Korona ta jest nie tylko ozdobą, czy symbolem władzy, ale także, a może nawet przedewszystkiem potężnym artefaktem magicznym, który daje posiadaczowi ogromną moc. Bez niej przyszłość całej Equestrii jest poważnie zagrożona. Złodziejka ucieka z łupem przez magiczny portal z Equestrii do naszego świata. Księżniczka podąża za nią. Trafia do amerykańskiej szkoły średniej. Aby odzyskać koronę, musi zostać królową szkolnego balu. W szkole odnajduje ludzkie odpowiedniki swoich przyjaciółek z krainy kucyków. Z ich pomocą zdobywa koronę, ale złodziejka nie daje za wygraną. Skoro nie wygrała uczciwie, próbuje zdobyć artefakt siłą. Wywiązuje się magiczny pojedynek, w którym magia przyjaźni, będąca przewodnim motywem serialu, wygrywa z magią arkanów. Twilight Sparkle odzyskuje koronę i wraca do Equestrii, ludzkie odpowiedniki kucyków na powrót zostają przyjaciółkami, a złodziejka przeżywa duchową przemianę i naprawia poczynione szkody.

 

Film oczywiście opiera się przedewszystkiem na serialu, ale czerpie też obficie wątki i motywy z wielu innych dzieł literackich i filmowych. Pierwszym i najsilniejszym nawiązaniem jest cykl książek i filmów o Harrym Potterrze. Rywalizacja księżniczki Twilight Sparkle i złodziejki Sunshit Summer jako żywo przypomina rywalizację Harrego z Lordem Voldemortem. Summer, podobnie jak Voldemort, chce opanować zarówno szkołę, jak i cały świat. Obojgu zależy mniej na władzy w zwykłym ludzkim świecie, a bardziej na władzy w świecie istot magicznych, w jednym przypadku kucyków, w drugim czarodziejów. Obydwa czarne charaktery w dążeniu do władzy chcą wykorzystać własne armie, utrzymywane w posłuszeństwie za pomocą magii. Podobnie wygląda pojedynek księżniczki ze złodziejką i pojedynek Harrego Z Voldemortem. W obydwu przypadkach ciemna strona dysponuje potężnym artefaktem (korona, czrna różdżka) ale w obydwu przypadkach to strona dobra ma nad tym artefaktem prawdziwą władzę. Ważnym motywem całego cyklu potteriańskiego, jak też sceny ostatniego pojedynku jest myśl, że miłość jest najpotężniejszą magią. W filmie o dziewczętach z Equestrii podobną rolę pełni koncepcja magii przyjaźni. Nie bez znaczenia jest też to, że w obydwu przypadkach znacząca część akcji ma miejsce w szkole. Najwyraźniej twórcy filmu chcą dotrzeć do fanów Harrego Pottera, bo jak wiadomo jest to duża i atrakcyjna klientela.

 

Można też doszukiwać się w omawianym filmie nawiązań do innych cyklów fantastycznych, w szczególności do serii produkcji o gormitach. Niektóre sezony tego cyklu opowiadają o grupie nastolatków,, które po teleportacji do innego świata stają się władcami żywiołów, przywódcami tytułowych gormitów, istotami o wielkiej, nadnaturalnej mocy. Zachodzi tu pewien paralelizm między elementami żywiołów na Gormie, a elementami harmonii w Equestrii.

Omawiany film ukazuje wyraźnie, jak powstawanie nowych dzieł popkultury opiera się w dużej mierze na wykorzystaniu elementów obecnych w dziełach wcześniejszych. Dotyczy to zresztą nie tylko popkultury, ale ogólnie kultury każdego rodzaju. Nie istnieje twórczość w stu procentach oryginalna i istnieć nie może. Kulturowa kuchnia niezmiennie opiera się ta przyrządzaniu „potraw” ciągle z tych samych składników, w różnych jedynie konfiguracjach.

23:01, svetomir , FILM
Link Komentarze (1) »
środa, 14 sierpnia 2013

instynkt

Niedawno pisałem tu o serialu "Paradoks". Przygotowując się do napisania tego tekstu szukałem na internetowych forach dyskusyjnych opinij na ten temat. W paru miejscach natknąłem się na opinie przyrównujące "Paradoks" do starszego o kilka lat "Impulsu" w reżyserii Patryka Vegi. Pewne podobieństwa między tymi serialami oczywiście są, chociażby z tego powodu, że obydwa przynależą do tego samego gatunku. Podobne są wątki kryminalne zamykające się w poszczególnych odcinkach. Podobne, ale jednak różne. Te w "Paradoksie" ocierają się prawie zawsze o fundamentalne zagadnienia ludzkiej egzystencji, zaś te w "Instynkcie" to klasyczne zagadki kryminalne, poważniejsze co prawda niż u Ojca Mateusza, ale pozbawione jakiejkolwiek głębi. Podobne jest też to, że z tymi wątkami partykularnymi przeplata się główny wątek kryminalny, rozciągnięty na cały serial. Tu jednak pojawia się też zasadnicza różnica między tymi dwiema produkcjami. Wątek główny "Paradoksu" jest spójny, klarownie prowadzony i jasno rozwiązany. W "Instynkcie" jest wydumany, naciągany, niespójny, rwany i de facto nierozwiązany. Wynika z tego jednoznacznie, że "Instynkt" jest serialem kryminalnym znacznie słabszym od "Paradoksu", choć i znacznie lepszym od "Ojca Mateusza". Jest też jednak w "Instynkcie" coś wartego zapamiętania. Chodzi mi o drobny szczegół, podobny nieco do tego, który niegdyś omawiałem pisząc o "Prawie Agaty". W dwóch odcinkach występuje sytuacja, w której ktoś, popełniając relatywnie niewielkie zło, wywołuje sekwencję wydarzeń skutkującą wielką tragedią. Raz dzieciaki ustawiają przy drodze manekina, co w konsekwencji doprowadza do morderstwa, a kiedy indziej dziewczyna podstępem podaje psychotropy koleżankom z pracy, by pogorszyć ich wyniki, a w konsekwencji jedna osoba ginie, a kilka innych ma zrujnowane życie. Warto się nad tym zastanowić.

22:11, svetomir , FILM
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 czerwca 2013

paradoks

Obejrzałem niedawno na VOD TVP serial "Paradoks" z Bogusławem Lindą w roli głównej. Gdy był emitowany w telewizji nie miałem czasu go oglądać, bo wieczorami jestem dosyć zajęty domową krzątaniną. Cieszę się więc z tego, że dzięki internetowi i Smart TV mogłem teraz nadrobić zaległości. Serial podobał mi się,  uważam, że dobrze wypełnia lukę po cyklu "oficerskim" i mam nadzieję, że będzie kontynuowany. W ostatnim odcinku można zresztą dostrzec pewną delikatną zapowiedź kontynuacji w postaci wątku kreta na komendzie. Chciałem jednak zwrócić uwagę na co innego. Otóż w jednym z odcinków pada zdanie "Panie Waldku, Pan się nie boi". Niby nie ma w tym nic dziwnego, bo takie seriale z reguły są naszpikowane cytatami, co daje widzowi dodatkową przyjemność, zwłaszcza przy wielokrotnym oglądaniu. Tu jednak pojawia się problem, bo cytat ten pochodzi z twórczości Kazika Staszewskiego, a ten artysta jest bardzo wrażliwy, wręcz nadwrażliwy na punkcie cytowania i parodiowania jego dzieł. Nieraz już zgłaszał publicznie pretensje do osób, które je w taki, czy inny sposób wykorzystywali. Dziwi więc brak reakcji teraz. Czyżby Kazik złagodniał? A może użycie cytatu było z nim uzgodnione? Może to przeoczył, bo nie oglądał serialu? A może reakcja była, a ja jej nie zauważyłem? Możliwości jest, jak widać, wiele.

11:58, svetomir , FILM
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 grudnia 2012

marsupilami

Francusko-belgijski film "Na tropie Marsupilami" wpisuje się w długą tradycję ekranizacyj francuskich komiksów, której najbardziej znanymi przykładami są liczne i różnorodne adaptacje cyklu o przygodach walecznych Galów Asterixa i Obelixa. Podobnie jak inne francuskie komiksy, również cykl o Marsupilami doczekał się najpierw adaptacji animowanej, w postaci serialu "Mój przyjaciel Marsupilami", a dopiero o wiele później aktorskiej (nie lubię używać w tym kontekście słowa fabularne, wszak znakomita większość filmów animowanych posiada jakąś fabułę, ergo są one na swój sposób fabularne) w postaci tu omawianego filmu. Oryginalny komiks wychodzi od 1952 do dnia dzisiejszego. Jego pierwotnym twórcą był André Franquin, obecnie już niezyjący. Nowsze zeszyty komiksu mają róznych autorów.

 

Nie bez przyczyny wspomniałem na wstępie o przygodach Asterixa i Obeliksa. Była to wzmianka absolutnie zamierzona. Tak się bowiem składa, że "Na tropie Marsupilami" jest dziełem z grubsza tego samego zespołu, co "Asterix i Kleopatra" i reprezentuje podobny rodzaj humoru. Film zawiera liczne odniesienia do popkultury (Celin Dion) i polityki (wątek latynoskiej dyktatury), zaś najbardziej rozwiniętym nawiązaniem kulturowym jest tu odniesienie do mitu o kamieniu filozoficznym. Jest to nawiązanie nie wprost, bo kamień filozoficzny explicite się w tym filmie nie pojawia, jednak symbolicznie ukazuje się w dwóch inkarnacjach: jako odmładzający storczyk i w tle jako produkty współczesnego przemysłu kosmetxcznego, który symbolizuje pojawiająca się raz po raz reklama fikcyjnego koncernu Loreins, którego nazwa w wymowie bardzo przypomina nazwę pewnego koncernu rzeczywistego. Warto zwrócić uwagę, że nie jest to pierwsze takie ujęcie tematu we współczesnych produkcjach familijnych. Ubiegłoroczne "Smerfy" również eksponowały zderzenie magicznego eliksiru młodości z rzekomo odmładzającymi kosmetykami. Motyw kamienia filozoficznego, motyw tajemniczego, nieznanego zwierzęcia (tytułowego marsupilami) i motym dziwnego proroctwa sytuują akcję filmu w świecie nie tyle nawet baśni, co mitu. Mit ten jednak jest tu potraktowany wyjątkowo niefrasobliwie i niepoważnie. "Na tropie Marsupilami" to nie "Władca pierścieni", ani nawet "Artur i Minimki", ale lekka komedia, którą można uznać za parodię mitologii.

 

 

12:24, svetomir , FILM
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 września 2012

epoka

 

Dawno już nie recenzowałem żadnego filmu dla dzieci i nie tylko, a to z tej przyczyny, że przez dłuższy czas na żadnym nie byłem. Zmieniło się to całkiem niedawno, kiedy to z całą rodziną udałem się do kina celem obejrzenia Epoki lodowcowej 4. Moim zdaniem najnowsza część serii jest równie dobra jak jedynka i dwójka, a znacznie lepsza od trójki, która niezbyt mi przypadła do gustu. Spodobały mi się w tym filmie zwłaszcza nawiązania kulturowe. Są one bardzo zróżnicowane. Większość recenzentów zwraca w tym kontekście uwagę przedewszystkiem na tradycyjne już w tej serii wtrącenia z wiewiórem, w których tym razem padają przekorne odpowiedzi na pytania od dawna nurtujące naukowców: jak powstały kontynenty i jak zginęła Atlantyda? Ja jednak za istotniejsze uważam nawiązania do filarów naszej cywilizacji zachodniej: Biblii (prorok Jonasz w brzuchu wieloryba) i mitologii antycznej (zwodzące marynarzy syreny z Odysei Homera). Dzięki takim nawiązaniom błahy z pozoru film wpisuje się w wielowiekowy kod cywilizacyjny i uczestniczy w cywilizacyjnym formowaniu kolejnych pokoleń. Ciekawe są również nawiązania do popkultury („Piraci z Karaibów” etc) i quasifilozoficzne rozważania na temat różnic między sforą a stadem. Ogólnie film można polecić wszystkim, a zwłaszcza rodzicom z dziećmi, nawet małymi. Moja trzylatka czuła się na nim dobrze.

22:08, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 maja 2012

smerfy

Jesienią ubiegłego roku na ekrany naszych kin weszły fabularno-animowane "Smerfy". Jest to bardzo sympatyczny film dla całej rodziny składający się niejako z dwu warstw- z jednej strony to wciągająca bajka dla dzieci, a z drugiej miła komedia romantyczna dla ich rodziców. Zachęcam gorąco wszystkich do obejrzenia tego filmu. Nie chce mi się go jednak recenzować, zamiast tego ograniczę się do przytoczenia garści cytatów. "Złota struno rozkoszy"- Gargamel do wyplutej przez Klakiera kępki włosów Smerfetki. "Ktoś tu odprawiał mroczne i straszne rytuały" - Gargamel na widok wnętrza publicznej toalety. "Nad wszelkie wyobrażalne wyobrażenie" - oczywiście to znów Gargamel. "Cały świat pozna imię wielkiego Garbatela" - szefowa koncernu kosmetycznego do Gargamela. "To słowo upaja jak najprzedniejszy nie bimber, samogon" - Gargamel do tejże bizneswoman. "Leć mały orle", "Ty niedorobiony motylu" - Gargamel do ćmy. "Jestem skromnym magiem i mam skromne wymagania- nieskończona moc i władza nad światem" - Gargamel do całego świata. "Co cię nie zabije, to mnie wzmocni" - Gargamel do Papy Smerfa. "Zdechłeś, tak?" - Gargamel do Klakiera et vice versa. Myślę, że te cytaty mówią o filmie więcej niż mogłaby rzec rozwlekła recenzja mojego autorstwa.

20:07, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 kwietnia 2012

 

Telewizja PULS, niegdyś katolicka, obecnie zaś rozrywkowa, w nietypowy sposób czci pamięć poległych w Katastrofie Smoleńskiej. Zarówno w roku ubiegłym jak i w bieżącym w wigilię rocznicy tego tragicznego wydarzenia przypomniała film „O dwóch takich, co ukradli księżyc” z młodymi Jarosławem i Lechem Kaczyńskimi w rolach głównych. Kierownictwo stacji argumentowało następująco: „Nie mamy w naszej ofercie programów informacyjnych, w których moglibyśmy przekazać np. relacje z obchodów drugiej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Dwukrotna emisja w tym okresie filmu, w którym jako dziecko wystąpił prezydent Lech Kaczyński jest odpowiednią formą uczczenia Jego pamięci na naszej antenie”.

 

 

Ta sympatyczna forma upamiętnienia wielkiego Polaka nie spodobała się redaktorom związanego z Gazetą Wyborczą internetowego serwisu rozrywkowego deser.pl. Napisali oni na swojej stronie tak: „Wiemy już, że to nie przypadek, ale ciągle nie jesteśmy pewni, czy pokazywanie tego lekkiego filmu z młodym Lechem Kaczyńskim nie godzi w podniosły i smutny nastrój rocznicy jednej z największych katastrof w historii Polski”. Zadziwiająca jest ta troska o podniosły nastrój wychodząca ze środowiska nieustannie wyśmiewającego pamięć o katastrofie i jej ofiarach. Najwyraźniej najbardziej środowisku temu najbardziej przeszkadzają te formy upamiętniania JE Lecha Kaczyńskiego, w których jest on przedstawiony jako postać sympatyczna i ciepła. Nie są to incydentalne przypadki, lecz reguła. Pisze na przykład Piotr Zaremba w najnowszym Uważam Rze „ciepłą historię o żonie prezydenta przerywającej o północy jego spotkanie z przyjaciółmi portal Lisa przedstawił jako dowód na … niekompetencję zmarłego”.

 

Te działania mają ściśle przemyślany charakter. Chodzi o to, by pamięć o ofiarach nie pociągała mas, by można ja było zamknąć w getcie dla moherów z Krakowskiego Przedmieścia. Nie da się, przynajmniej na razie, całkowicie zlikwidować narracji pamięci, władcy mediów postanowili więc, że trzeba nagłaśniać te jej fragmenty, które można społeczeństwu zohydzić, jako agresywne, a wyciszać i tłamsić te, które mają wydźwięk jednoznacznie sympatyczny. Tak właśnie media „salonowe” czynią od dwóch lat. Nie jest to bynajmniej strategia nowa. Stosowano ją już wcześniej.

 

Przykładem jest postawa lewicowych macherów medialnych wobec mediów katolickich w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Jak pisał kilka tygodni temu na łamach Uważam Rze Piotr Semka: „Mało kto też pamięta, że Radio Maryja początkowo było akceptowane w KRRiT przez polityków lewicy jako mniejsze zło. Tacy ludzie jak Marek Siwiec byli wówczas bardziej zaniepokojeni nowoczesnym konserwatyzmem w stylu „Frondy”, czy „pampersów” z Woronicza. I przyznawali po cichu, ze skoro już ma być jakieś radio katolickie, to niech to będzie radio dla babć, które nikogo młodego nie przyciągnie”. Wtedy ta strategia nie odniosła takiego sukcesu, jakiego oczekiwali jej twórcy. Próbują jednak nadal.

Chodzi również o to, by środowiska patriotyczne, kultywujące pamięć o zginionych, podzielić. By tych, którzy oddają ofiarom hołd na ulicznych marszach poszczuć przeciw tym, którzy czynią to oglądając sympatyczny film. Skoro skutecznie udaje się dzielić patriotów na gruncie politycznym, próbuje się zdziałać to samo na gruncie kulturowym. I tu musimy się sprzeciwić lewicowym władcom dusz. Politycznie obóz patriotyczny może, a do pewnego stopnia nawet musi być podzielony, ale kulturowo, cywilizacyjnie, musimy stanowić jedność. Dotyczy to zarówno szacunku dla tragicznie zmarłych, jak też stosunku do życia, do religii, do kulturalnego dorobku Polaków i do historii. Jeśli o to nie zadbamy, za kilka lat na stołku zajmowanym obecnie przez Donalda Tuska zasiądzie Janusz Palikot, lub ktoś jego pokroju. A wtedy walka z chrześcijaństwem, Polskością, pamięcią i wszystkimi wartościami tradycyjnej zachodniej (łacińskiej) cywilizacji znacznie się zaostrzy. Wtedy sprzeciw będzie dużo trudniejszy, bo i pozycja nasza będzie dużo słabsza.

11:02, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 marca 2012

prawo

Oglądam ostatnio w telewizji (nie wiem jakiej, bo wszystkie są takie same) co drugi odcinek (bo na większą regularność nie pozwala mi niedobór wolnego czasu) nowego, polskiego serialu, zatytułowanego "Prawo Agaty". Tytułowa bohaterka jest początkującym adwokatem i w każdym odcinku wygrywa jakąś trudną sprawę w sądzie. Co jednak ciekawe, każda jej wygrana rujnuje życie przynajmniej jednemu człowiekowi, najczęściej któremuś ze świadków. Jest to swoista egzemplikacja paranoicznej tezy Michała de Montaigne'a, zgodnie z którą, gdy ktoś zyskuje, ktoś inny musi stracić. Teza ta, jak powszechnie wiadomo, stoi u fundamentów wszelkiego rodzaju socjalizmów. A omawiany serial te fundamenty w zakamuflowany sposób umacnia.

14:26, svetomir , FILM
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 lutego 2012

alvin

Da się zauważyć, że dzieci, bardziej niż dorośli lubią kontynuacje filmów, które im się podobały. Dlatego też praktycznie do każdego filmu dziecięcego dokręca się część drugą, a w większości przypadków także i trzecią. Stopień sequelizacji kina dziecięcego i familijnego jest wskutek tego znacznie większy niż dorosłego. Natomiast nie ma większych różnic między filmami dla dzieci a dla dorosłych jeśli chodzi o prawidłowości rządzące jakością kontynuacyj. Druga część czasami, choć nieczęsto, dorównuje pierwszej, a w pojedynczych przypadkach nawet ją przerasta. Natomiast części trzecie i kolejne, za wyjątkiem ekranizacyj wielotomowych seryj powieściowych, są praktycznie zawsze dużo słabsze od pierwszych i drugich.

 

Na pierwszy rzut oka do prawidłowości tej stosuje się także film "Alvin i wiewiórki 3". O ile pierwsza część była oryginalna, porywająca i odkrywcza, a druga co prawda nieco wtórna, ale solidna, to trzecia sprawia wrażenie filmu niskobudżetowego. Mało planów, mało aktorów (sporo statystów, ale ci są wszak tani, lub wręcz darmowi) nieprzemyślane, nieprawdopodobne sceny, sugerujące, że scenariusz napisano na kolanie, a z wewnętrznych recenzyj przedprodukcyjnych dla oszczędności zrezygnowano. Dla przykładu kobieta, od dziesięciu lat samotnie przebywająca na bezludnej wyspie, jest atrakcyjna i zadbana, ma nawet nowiutkie, chociaż zupełnie nieadekwatne do sytuacji, ubrania. Z kolei w innym miejscu dziecinny latawiec bez trudu ciągnie przez dziesiątki metrów pokładu luksusowego wycieczkowca dorosłego mężczyznę na ciężkim leżaku.

 

Może jednak należy na to wszystko spojrzeć z zupełnie innej strony. W przypadku normalnego filmu dla dorosłych, wymienione wyżej wady byłyby dyskwalifikujące i przesądzałyby o zakwalifikowaniu danej produkcji do kina klasy C. Jednak dla filmowej bajki o śpiewających wiewiórkach trzeba chyba zastosować inne kryteria. Skoro bowiem zwierzęta są tu obdarzone darem ludzkiej mowy, to i inne zjawiska niesamowite i nieprawdopodobne stają się całkiem normalne. Toteż Świat przedstawiony w filmie, choć podobny do naszego świata rzeczywistego, jest światem zupełnie innym, bajkowym i rządzi się bajkowymi prawami. Skoro wiewiórki mówią, to kobieta może być wiecznie piękną bez najmniejszego wysiłku, a latawiec może unieść nawet słonia, o człowieku nie wspominając. Również inne mniemane wady omawianego filmu dają się logicznie wytłumaczyć na gruncie przyjęcia bajkowej konwencji. Niewielka ilość planów i bohaterów to cecha charakterystyczna tradycyjnych bajek ludowych. Również inne typowe cechy takich bajek można dostrzec w tym filmie. Przedewszystkiem klasycznie bajkowe jest tu ujęcie walki dobra ze złem. Bohaterowie pozytywni, kierujący się szlachetnymi, bezinteresownymi pobudkami odnoszą sukces, a ci, którzy kierują się własnym interesem, ponoszą porażkę, choć niekoniecznie klęskę. W ostatecznym bowiem rozrachunku oni również odnoszą korzyść, chociaż nie taką, jakiej pierwotnie pragnęli.

 

Klasyczne bajki nie są jednak jedynym źródłem inspiracji tego filmu. Ważnym jego motywem jest proces nawrócenia jego głównego bohatera - byłego producenta muzycznego Iana Hawke'a. Ów czarny charakter dwóch pierwszych części trylogii, w jednej z ostatnich scen ratuje życie swojego rywala, którego jeszcze niedawno z całego serca nienawidził. Ten motyw niewątpliwie jest zapożyczony z tradycji chrześcijańskiej. Proces duchowej przemiany dokonuje się podczas kilkudniowej pieszej wędrówki w towarzystwie tegoż rywala, co zdaje się być nie tylko odwołaniem do ogólnoludzkiego archetypu pielgrzymki, ale też nawiązaniem do twórczości J.R. R. Tolkiena, a zwłaszcza jego powieści "Hobbit, czyli tam i z powrotem." Nawiązań do Tolkiena jest zresztą więcej. Gdy jedna z wiewiórek mówi o owocu mango " Mój ssskarb" nie sposób nie pomyśleć o Gollumie. Motyw nawrócenia i nawiązania do arcykatolickiego Tolkiena pozwalałyby niewątpliwie na uznanie "Alvina i wiewiórek 3" za film chrześcijański, gdyby nie jeden z pozoru drobny, w rzeczywistości jednak bardzo ważny i niepokojący szczegół. Otóż w filmie jest i to explicite wyrażone przekonanie, że szczęśliwa i normalna rodzina może składać się z samotnego mężczyzny i kilkorga wiewiórek pełniących rolę jego dzieci. Jest to niewątpliwie zakamuflowany ukłon w stronę wojującego hominternu. Działanie to mieści się w postawie opisywanej u nas od wieków przysłowiem „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. Król Władysław II, któremu legenda przypisuje to powiedzenie, znajduje jak widać godnych naśladowców za oceanem. Postawa taka jednak, mimo posiadania tak zacnego prekursora, nie zasługuje na pochwałę, a wręcz przeciwnie.

 

O ile dwie pierwsze części filmowego cyklu o przygodach śpiewających wiewiórek były typowymi komediami familijnymi, to część trzecia jest urokliwą filmową baśnią, mocno zakorzenioną w tradycjach kulturowych chrześcijańskiego zachodu, skażoną jednak łyżką dziegciu politycznej poprawności. Jak jednak pisał wielki poeta „co nie ma cienia, istnieć nie ma siły”. Nie ma filmów doskonałych, podobnie zresztą, jak i innych dzieł ludzkich rąk i umysłu. Warto więc promować te solidne i zasadniczo dobre, do których niewątpliwie zalicza się „Alvin i wiewiórki 3”, nie przymykając jednak oczu na ich niedoskonałości i wady.

P.S. Tych, którzy chcieliby zarzucić mi nieuctwo, wyrażające się myleniem bajek z baśniami, odsyłam do tekstów Juliana Krzyżanowskiego na ten temat.

13:51, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 maja 2011

rio 

Poprzednio omawiałem film zasadniczo lekki, ale w istocie solidnie nasycony ukrytymi sensami (Hop). Dziś przyszła pora na produkcję ogólnie nieco mniej lekką od popprzedniej, ale też znacząco od niej uboższą w owe sensy. Mam na myśl film Rio. Jest to historia o parze niezwykle rzadkich ptaków, ostatnich przedstawicieli swojego gatunku. Aby było ciekawiej, partnerzy są nawzajem swoimi absolutnymi przeciwieństwami. On jest stuprocentowo oswojony, nawet fruwać nie potrafi, chociaż do nielotów bynajmniej nie należy, ona zaś jest stuprocentowo dzika, toteż przebywanie w niewoli sprawia jej niesłychaną udrękę. Akcja dzieje się w Rio de Janeiro w czasie karnawału, toteż w filmie tym nie brakuje muzyki i tańca, tyle że, oczywiście animowanego. Co prawda wątpię, aby w epoce zalewu "Tańców z Gwiazdami" i innych temu podobnych produkcyj taniec animowany mógł kogokolwiek zainteresować, ale trudno oczekiwać, aby w filmie animowanym  znalazł się inny. Co prawda wątpię, aby w epoce zalewu "Tańców z Gwiazdami" i innych temu podobnych produkcyj taniec animowany mógł kogokolwiek zainteresować, ale trudno oczekiwać, aby w filmie animowanym  znalazł się inny. Jest też trochę pokazane miasto, w tym słynny posąg Chrystusa, któremu ostatnimi czasy wyrosła konkurencja w Świebodzinie. Napisałem wyżej, że w Rio jest niewiele podtekstów, znacznie mniej niż w Hop, nie oznacza to jednak bynajmniej, że nie ma ich wcale. Film ten przejawia wyraźny lewoskręt, chociaż nie tak skrajny jak niemieckie Safari, które omawiałem niedawno. Jednak i tu można znaleźć lewackie bajki o tym, że dzika przyroda jest anielsko dobra, a człowiek diabelsko zły i o tym, że przestępczość rodzi się z biedy, a nie z wewnętrznego nieuporządkowania. Propaganda lewacka nie jest jednak w tym filmie zbyt nachalna, toteż dobrze się go ogląda.

23:12, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 maja 2011

Hop 

Często tak się zdarza, że omawiane przeze mnie filmy i inne dzieła układają mi się w swoiste pary przeciwieństw.  Na początku tego roku po filmie bardzo dobrym (Podróż "Wędrowca do świtu") omawiałem zły i szkodliwy (Safari). Teraz zaś po smutnym i ponurym (Rango) omawiam wesoły i pogodny (Hop).

 

W popkulturze mamy do czynienia z ewidentną przewagą świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy. Szczególnie wyraźnie widać to na polu filmu. Są dziesiątki, jeśli nie setki produkcyj bożonarodzeniowych, a te wielkanocne można na palcach policzyć. Ilość nie zawsze jednak przekłada się na jakość. Amerykański film fabularno-animowany Hop jest bodaj jedyną premierą wielkanocną w tym roku, ale za to premierą całkiem udaną, a o niewielu spośród filmów bożonarodzeniowych można to powiedzieć.

 

Omówienie tego filmu muszę zacząć właśnie od odwołania do kinematografii bożonarodzeniowej. Jak powszechnie wiadomo przeważająca jej część opiera się na czymś, co można by nazwać świeckim mitem Bożego Narodzenia, czy też raczej Gwiazdki, bo „świeckie Boże Narodzenie” to ewidentny oksymoron. Składają się na ów mit takie elementy jak: Święty Mikołaj, Biegun Północny, renifery, zabawki produkowane w mikołajowej fabryce. W wielu z tego rodzaju filmów Święty Mikołaj, a raczej po prostu Mikołaj, nie jest konkretną osobą, a czymś w rodzaju przechodniego urzędu. Wizja ta jest szczególnie rozbudowana w dziecięcym serialu "Pomocnik Świętego Mikołaja". Koncepcja filmu Hop jest oparta na analogicznie skonstruowanym świeckim micie Wielkiej Nocy. Jest tu więc Wielkanocny Zając, prowadzący na Wyspie Wielkanocnej  fabrykę słodyczy, które w świąteczny poranek rozdaje dzieciom, podróżując latającym powozem zaprzężonym w kurczaki o imionach przypominających noszone przez renifery popkulturowego Mikołaja. Funkcja Zająca Wielkanocnego od setek lat przechodzi z ojca na syna. Przedstawiona w filmie Wielka Noc ma charakter czysto świecki. Nie pojawia się tu ani jedna bezpośrednia wzmianka mogąca sugerować, że święto to ma cokolwiek wspólnego z jakąkolwiek religią. Co zaś się tyczy pośrednich i zakamuflowanych odniesień do religijnego sensu świąt, to znalazłem takie jedno. Jest nim wzmianka, że w niektórych krajach, na przykład w Chinach, nie obchodzi się Wielkiej Nocy, wskutek czego Zając Wielkanocny nie jest tam mile widziany.

 

W filmie tym mamy do czynienia z wielkim bogactwem znaczeń, które nie ogranicza się do różnych aspektów mitu wielkanocnego.  Bardzo ciekawie jest tu ujęty temat rewolucji. Tak się składa, że w tym roku mieliśmy już okazję zobaczyć dziecięcy film poświęcony rewolucji, a mianowicie niemieckie Safari. O ile jednak tamta produkcja była niepohamowaną apoteozą rewolucji, o tyle Hop jest jej stanowczą krytyką. Przywódcą rewolucji jest tu przerośnięty kurczak, pozbawiony jakichkolwiek zasad moralnych, kierowany wyłącznie patologiczną żądzą władzy, posiadania i zemsty za urojone krzywdy. Mieni się być trybunem ludu, czyli ogółu kurczaków zatrudnionych w organizacji wielkanocnej, w istocie jednak głęboko tym ludem gardzi. Bardzo mocna jest scena, w której po akcie uzurpacji urzędu  Zająca Wielkanocnego staje się potworną hybrydą kurczaka i zająca. Jest to piękna alegoria losu wszystkich uzurpatorów. Mamy tu zresztą do czynienia z odwołaniem do kolejnego mitu, czy archetypu, znanego jako "z chłopa król", a przez literaturę i kino przewałkowanego już wielokrotnie.

 

Opuśćmy jednak teren polityki, bo ta nie jest przecież najważniejsza w dziele przeznaczonym przedewszystkiem dla dzieci. Głównym bohaterem tej produkcji jest  Zet, zając- następca tronu, który chce zostać muzykiem (nawiasem mówiąc, to kolejny motyw mitologiczny - król porzucający swoje królestwo), nic więc dziwnego, że muzyka odgrywa w tym filmie niebagatelną rolę. Rozpiętość gatunkowa wykorzystanych utworów jest imponująca: od folkloru Oceanii, poprzez jazz i rock, aż po pogranicze klasyki. Mocne osadzenie tego filmu w muzyce nie dziwi tym bardziej dlatego, że jest on dziełem twórców dylogii Alvin i wiewiórki opowiadającej o śpiewających wiewiórkach, która również jest przesycona muzyką do tego stopnia, że od biedy można by ją uznać za musical. Hop jest zresztą do dwóch filmów o wiewiórkach podobny pod wieloma względami. Nie ma więc wątpliwości, że fani Alvina polubią także królika Zeta. Można zresztą oglądać ten film nie zgłębiając bogactwa jego znaczeń, po prostu jako udana komedię muzyczną i czerpać z takiego oglądania satysfakcję. To jednak, że te wszystkie znaczenia (i wiele innych, niewymienionych w niniejszym tekście) są w nim zawarte świadczy o postępującym dojrzewaniu artystycznym jego twórców. Filmy o wiewiórkach takiej głębi nie posiadały. Można mieć nadzieję, że ta grupa twórców wzbogaci jeszcze dorobek światowej kinematografii niejednym wielkim dziełem.

10:34, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 maja 2011

 

rango

Po wielkopostnej przerwie wracam do recenzowania filmów. Pierwszy w kolejce czeka Rango, który w największym skrócie można określić jako animowany western. Jest to film o domowym kameleonie, który wskutek wypadku zmuszony jest do opuszczenia świata ludzi i zamieszkania w świecie zwierząt. Nie oznacza to jednak powrotu do natury, gdyż w tym filmie zwierzęta mają swoją cywilizację podobną do ludzkiej, rozwiniętą do poziomu mniej więcej odpowiadającego naszemu dziewiętnastemu wiekowi. Film, mimo że animowany, nie nadaje się do oglądania przez dzieci, i to nawet nie z powodu scen przemocy, które owszem są w tym filmie, ale bynajmniej ani nie liczniejsze, ani nie straszniejsze niż w wielu kreskówkach dziecięcych. Ten film dlatego nie jest dla dzieci, że naprawdę mało prawdopodobne jest, aby im się spodobał i to z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze jest narysowany w dosyć ponurym stylu. Po drugie jest on przesycony rozważaniami poświęconymi rozmaitym kwestiom egzystencjalnym, takim jak prawda, władza, czy legenda. Te rozważania, których sens może być czytelny jedynie dla dojrzałego odbiorcy stanowią o wartości tego filmu, który staje się dzięki nim dziełem głęboko mądrym. Filozoficzne rozważania nieźle uzupełnia i podkreśla utrzymana w meksykańskim stylu muzyka. Ogólnie jest to bardzo dobry film, być może nawet najlepszy spośród animacyj obejrzanych przeze mnie w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Moim zdaniem to jedna z mocniejszych kandydatur do przyszłorocznego Oskara w swojej kategorii.

08:48, svetomir , FILM
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 marca 2011

napis na filmie

Praktycznie zawsze sprawdza się prawidłowość, że przy dziełach filmowych powstających cyklami, począwszy od trzeciego elementu takiego cyklu da się zaobserwować wyraźne obniżenie jakości. Dotyczy to zarówno filmów animowanych (Shrek, Epoka lodowcowa), jak fabularnych (Nieśmiertelny/Highlander) i seriali (Oficerowie). Oczywiście od tej prawidłowości występują też liczne wyjątki, które nawet można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą stanowią ekranizacje wielotomowych cykli powieściowych, które to cykle z reguły trzymają poziom do siódmego tomu. Toteż i takie ekranizacje mogą liczyć do siedmiu filmów bez utraty poziomu. Przykładem może służyć cykl potterowski. Drugą grupę wyjątków stanowią te cykle, których trzecie części nie rozwijają wątków pierwszych dwóch, ale w luźnym związku opowiadają nową historię z nowymi bohaterami. W tej kategorii za wzorcowy przykład służyć może film "Król Lew 3. Hakuna Matata". Jest to jednak jeden z tych, wbrew powszechnej opinii niezwykle rzadkich, wyjątków, które potwierdzają regułę. Z bohaterami tej produkcji nakręcono bowiem jeszcze kilka filmów, bez wyjątku bardzo słabych. Film "Sezon na misia 3" nie należy do żadnej kategorii wyjątków, bo w ogóle nie jest żadnym wyjątkiem, jest bowiem bezdyskusyjnie znacznie słabszy od obydwu poprzednich części. Co przedewszystkiem rzuca się w oczy, to całkowita utrata wyrazistości poszczególnych postaci. W pierwszych dwóch częściach były to zwierzęta z charakterem, w trzeciej to sflaczałe wymoczki. Powtórzenia numerów, które w pierwszej części śmieszyły, jak jednorożność i upojenie słodyczowe, już nie śmieszą. Do tego dochodzi jeszcze przewidywalna akcja, pozbawiona jakiegokolwiek napięcia. Nie zgodzę się jednak z tymi krytykami, którzy uważają, że w tym filmie nie ma elementów skierowanych do dorosłych. Zawoalowane odniesienia do polityki i erotyki bynajmniej nie są przeznaczone dla dzieci. W sumie nie dziwię się temu, ze polski dystrybutor nie skierował filmu do kin, ale od razu na DVD. Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na śmieszną ciekawostkę, jaka jest tekst prezentowany przed emisją, a uwidoczniony na zdjęciu powyżej. Moim zdaniem to najśmieszniejsza scena w całym filmie.

10:37, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 marca 2011
yogi
Przenoszenie najpopularniejszych seriali telewizyjnych na duży ekran jest jednocześnie atrakcyjne, jak też zarazem ryzykowne, zarówno pod względem artystycznym, jak też finansowym. Mimo ryzyka atrakcyjność tego typu przedsięwzięć jest na tyle duża, że co rusz ktoś gdzieś się za nie zabiera. Ostatnimi czasy awansu na bohatera kinowego doczekał się jeden z najsłynniejszych serialowych niedźwiedzi brunatnych całego świata i zaświata, a mianowicie Yogi z Jellystone. Poświęcony mu amerykański film 3D z 2010 roku, zatytułowany po prostu "Miś Yogi" zrealizowany został w modnej ostatnio konwencji kina aktorsko-animowanego. Postacie Yogiego, Bubu i mieszkającego z tymi dwoma misiami w jednej jaskini żółwia żabiogębego są narysowane, zaś ludzie grani przez żywych aktorów. Akcja filmu opiera się na trzech zasadniczych wątkach. Pierwszy stanowią, podobnie jak w serialu, ciągłe usiłowania Yogiego mające na celu zdobycie jak największej ilości pełnych koszy piknikowych, kończące się zazwyczaj zabawnymi niepowodzeniami. Drugim jest romans strażnika Smitha i przybyłej do parku zwariowanej dokumentalistki, która przyjechała do parku, by zrobić film o Yogim. Trzecim i najistotniejszym jest obrona parku przed wrogiem, który chce go zniszczyć. Gdyby to była produkcja europejska, wrogiem tym byłby prywatny przedsiębiorca, a cały film stałby się lewackim manifestem politycznym. Tu jest nim lokalny polityk, skorumpowany i rozrzutny, a więc raczej nie wyznający konserwatywnego systemu wartości, a sam film nie ma w sobie nic z agitki. Jest raczej upstrzoną licznymi dowcipami (może nie jakoś szczególnie wyrafinowanymi, ale naprawdę śmiesznymi i nie żenującymi) lekką komedią familijną. Wszystko tu dobrze się kończy. Park zostaje uratowany, wróg pokonany, młodzi zostają parą, a Yogi zdobywa całe mnóstwo koszy piknikowych. Przesłanie filmu jest proste i niewyrafinowane: jeśli do czegoś naprawdę poważnie dążysz i się w to rzetelnie zaangażujesz, możesz to osiągnąć. Twórcy filmu poradzili sobie z tematem. "Miś Yogi" nie jest może arcydziełem, ale jeszcze dalej mu do gniota. Jest to po prostu solidny, fajny film, który przyjemnie się ogląda, zarówno dzieciom, jak i dorosłym.

19:38, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 lutego 2011

guliwer

W ciągu ostatnich kilku tygodni omówiłem dwa filmy, jeden dobry i pożyteczny, drugi zaś zły i szkodliwy. Dziś chciałbym napisać coś niecoś o filmie, który nie należy do żadnej z tych dwóch kategoryj, o filmie słabym i głupim, a mianowicie o "Podróżach Guliwera w reżyserii Roba Lettermana z  Jackiem Blackiem w roli tytułowej. Sam pomysł przeniesienia akcji powieści Jonathana Swifta w czasy współczesne jest bardzo interesujący, niestety w tym filmie został on kompletnie zmarnowany. Najwięcej zarzutów można postawić scenariuszowi, który oryginalną fabułę szatkuje, pozbawia kluczowych elementów, a co za tem idzie logiki, proporcyj i harmonii.  Elementy nowe, wstawione na miejsce usuniętych raz pasują lepiej, a raz gorzej, niektóre są ciekawe, inne rodzą dysonanse, ogólnie jednak nie zapełniają satysfakcjonująco wyrw powstałych wskutek wspomnianego wycinania. Szczególnie interesujące wydaje mi się umieszczenie w filmie szeregu nawiązań do wielkich przebojów światowego kina ostatnich kilkudziesięciu lat, odnoszę jednak wrażenie, że pomysł ten nie został do końca wyzyskany. Zresztą cały ten film można nazwać symfonią zmarnowanych pomysłów.

13:25, svetomir , FILM
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 31 stycznia 2011

narnia

W pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia weszła na ekrany polskich kin długo oczekiwana  trzecia część ekranizacji Opowieści z Narnii, czyli Podróż "Wędrowca do świtu". Ekranizacja ta wzbudza pewne kontrowersje, przedewszystkiem dlatego, że jest w małym stopniu wierna, przynajmniej w warstwie fabularnej, książkowemu oryginałowi. Żeby trafnie ocenić ten film, podobnie zresztą jak i którąkolwiek z ekranizacyj cyklu narnijskiego, trzeba wziąć pod uwagę zarówno przygodową fabułę, jak i ideową treść prozy C.S. Lewisa.

 

Jeśli chodzi o fabułę, to istotnie, rozbieżności z książką są daleko idące. Nie chodzi mi o zmiany kolejności epizodów, pominięcie niektórych, czy zmiany szczegółów. Najistotniejsze jest wprowadzenie dwóch kluczowych motywów u Lewisa nie występujących. Pierwszym z nich, najczęściej zresztą krytykowanym przez recenzentów, jest motyw zielonej mgły, będącej uosobieniem Zła. Nie do końca wiadomo, czym te mgła jest. Moim zdaniem ta nieokreśloność jest wielką zaletą tego pomysłu. Pozwala to na ukazanie, że Zło ma wiele twarzy. Te twarze jedna po drugiej ukazują się widzowi, dzięki mgle tworząc dość spójną całość. Wprowadzenie mgły dało fabule nowy wymiar. To już nie tylko podróż do mistycznego celu, jak w książce, choć oczywiście motyw podróży i w filmie jest dominujący, ale także aktywna walka Dobra ze Złem, walka odbywająca się nie tylko w świecie zewnętrznym, ale przede wszystkim w duszach bohaterów. Owszem może nie potrzebnie wprowadzono zbyt dużo grozy, ale ma to też dobre strony, gdyż uwydatnia motyw walki. Drugim nowym elementem, zaczerpniętym, jak się zdaje z legend arturiańskich, jest motyw siedmiu mieczy, będących darem Aslana, które trzeba położyć na stole, na którym On niegdyś zginął, aby pokonać mgłę. Również ten motyw uważam za udany, gdyż podkreśla znaczenie Ofiary i łączy z wymiarem transcendentnym. Ukazuje, że człowiek nie może pokonać Zła o własnych siłach.

 

Jeśli chodzi o ideową treść, to w książce składają się na nią dwa przekazy – chrześcijański i konserwatywny. Jeśli chodzi o przekaz chrześcijański, to i w filmie jest on niezwykle wyraźny. Przedewszystkiem jest zachowana w znacznej części kluczowa scena finałowa, w której Aslan mówi, że i w naszym świecie jest obecny, choć pod innym imieniem. Bardzo wyraźnie, może nawet wyraźniej niż w książce jest ukazana wewnętrzna, duchowa walka bohaterów, walka z własnymi słabościami i namiętnościami, ich praca nad sobą. Jak już wspomniałem wyżej, w książce dominował aspekt duchowej podróży, w filmie dodano mu równie ważny aspekt walki. Wcale nie osłabia to chrześcijańskiego przekazu dzieła, a wręcz przeciwnie, wzmacnia go. Kościół na ziemi jest przecież nie tylko Kościołem Pielgrzymującym, ale także, a nawet przedewszystkiem Kościołem Walczącym. Jednego mi tylko brakuje w kwestii religijnego przesłania filmu, a mianowicie jasnego podkreślenia, że magia nie jest dla ludzi ( a idea ta jest u Lewisa równie wyraźna, jak u Tolkiena). Z filmu w żaden sposób nie wynika, ze dobry mag Koriakin nie jest człowiekiem, a upadłą gwiazdą.

 

Nie ma natomiast w filmie przekazu konserwatywnego. Książkowy Eustachy przed swoją metamorfozą jest nieznośny, wskutek nowoczesnego wychowania: BYŁ RAZ PEWIEN CHŁOPIEC, który nazywał się Eusta­chy Klarencjusz Scrubb, i trzeba powiedzieć, że raczej na to zasługiwał. Rodzice mówili na niego „Eustachy Klarencjusz”, a nauczyciele „Scrubb”. Trudno mi po­wiedzieć, jak go nazywali przyjaciele, ponieważ takich nie miał. Kiedy zwracał się do matki lub ojca, nie mówił „matko” lub „ojcze”, ale „Haroldzie” i „Alberto”. Byli to ludzie bardzo nowocześni i postępowi. Nie jadali mięsa, nie palili tytoniu i nie pili alkoholu, nosili też specjalną, higieniczną bieliznę. W ich domu było bardzo mało mebli, na łóżkach niewiele pościeli, a ok­na były zawsze otwarte. Eustachy Klarencjusz lubił zwierzęta, zwłaszcza żu­ki, jeśli były martwe i przybite szpilkami do kartonu. Lubił książki, jeśli tylko były pełne tak zwanych in­formacji oraz zdjęć nowoczesnych zbiorników na zboże albo tłustych, zagranicznych dzieci uczących się we wzor­cowych szkołach. W filmie Eustachy jest nieznośny nie wiadomo dlaczego. Wbrew książce swego ojca nazywa on ojcem, a nie Haroldem. Wykreślono ze scenariusza wszystkie jego postępowe wypowiedzi, republikańskie deklaracje, zaczerpnięte od matki feministyczne hasła i w ogóle wszystko, co mogłoby sugerować, że źle rozumiany postęp jest przyczyną wielu nieszczęść. Na przykład świetny aforyzm Kaspiana, który na pytanie gubernatora Gumpasa: Czy wasza królewska mość nie wie, co to jest postęp, co to jest rozwój? odrzekł: Widziałem coś takiego w zwykłym jajku W Narnii mówimy po pro­stu, że jajko się zepsuło.

 

Oczywiście żal mi tej apoteozy konserwatyzmu zawartej w książce, ale jestem przekonany, że twórcy filmu postąpili rozsądnie nie decydując się na jej przeniesienie na ekran. W dzisiejszych czasach film potępiający postępowość by nie przeszedł. Dzięki złagodzeniu jego wymowy w zakresie konserwatyzmu udało się zachować całość przesłania chrześcijańskiego, a to jest o wiele ważniejsze. Cieszę się też z tego, że data polskiej premiery filmu została ustalona na Boże Narodzenie. To, że do gruntu chrześcijański film wchodzi na ekrany w dniu wielkiego chrześcijańskiego święta ma swoją bardzo pozytywną wymowę.

21:55, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 stycznia 2011

safari

Praktycznie wszystkie współczesne produkcje filmowe przeznaczone dla najmłodszych widzów, oprócz mniej lub bardziej rozbudowanej fabuły, mają też jakieś, również mniej, lub bardziej skomplikowane, przesłanie ideowe. Nie ma w tym nic dziwnego, jest to bowiem realizacja jak najbardziej słusznego założenia, że bajki mają nie tylko bawić, ale także uczyć. Nie jest to też nic nowego, bo klasyczne bajki też zazwyczaj miały morał, a przesłania ideowe współczesnych animacyj są niczym innym, jak rozbudowanym morałem.

 

Realizacja najbardziej nawet słusznych założeń może jednak przybierać różne formy, niektóre godne pochwały, inne wręcz fatalne. W ciągu ostatnich kilku lat obejrzałem kilkadziesiąt, a może nawet ponad sto pełnometrażowych filmów dla dzieci. Na podstawie własnego doświadczenia mogę podzielić ich przesłania ideowe na trzy grupy. Pierwszą i to wbrew pozorom nie tak małą grupą są filmy, których przesłanie opiera się w mniejszym lub większym stopniu na światopoglądzie chrześcijańskim. Są to to nie tylko filmy z serii „Opowieści z Narnii” i podobne do nich produkcje, ale też cały szereg historyj o nawróceniu, diametralnej przemianie czarnego charakteru w bohatera pozytywnego. Można tu wspomnieć na przykład o takich, całkiem świeżych produkcjach, jak „Jak ukraść księżyc”, czy „Megamocny”. Oczywiście te filmy, jeśli tylko są przyzwoicie zrobione pod względem artystycznym, a najczęściej są, uważam za ze wszech miar godne polecenia. Drugą, chyba najliczniejszą grupa są bajki oparte na wyrosłym z amerykańskiego mitu założycielskiego schemacie „od zera do bohatera”. Tu można wymienić takie filmy jak „Kurczak Mały”, czy „Kung Fu Panda”. One również, w wielu przypadkach, zasługują na pochwałę, zwłaszcza, że często, oprócz przesłania podstawowego kładą nacisk także na inne pozytywne wartości, na przykład na rolę więzi rodzinnych. Jest jednak i trzecia grupa dziecięcych animacyj, ta, której przesłanie ideowe jest skierowane przeciwko tradycyjnej cywilizacji zachodniej opartej na fundamencie wartości chrześcijańskich. Oczywiście bajki otwarcie antychrześcijańskie pojawiają się bardzo rzadko, wręcz śladowo, ideologowie tego nurtu zdają sobie bowiem sprawę z tego, że działania z otwartą przyłbica miałyby praktycznie zerową skuteczność. Dlatego wybierają metody bardziej wyrafinowane. Nawet wtedy, gdy ekranizuje się literaturę dziecięcą, czy młodzieżową otwarcie antyklerykalną, jak na przykład osławiony „Złoty kompas”, w filmie watki antyreligijne są zdecydowanie przytłumione. Najczęściej jest tak, że filmy dziecięce z przesłaniem skierowanym przeciwko tradycyjnym systemom wartości, zakładają maskę ekologii.

 

Tak właśnie jest w przypadku ubiegłorocznej niemieckiej animacji „Safari”(„Konferenz der Tiere”), która swoją polska premierę miała 14 stycznia bieżącego roku. Fabuła nawiązuje do hitowych produkcyj ostatnich lat, w szczególności zaś do „Króla Lwa”. Jednak akcja ma w tym filmie wyraźnie drugorzędne znaczenie. Zazwyczaj w animacjach jest tak, że ich wymowa propagandowa jest zawoalowana, pozostając w cieniu przygodowej fabuły. W tym filmie żadnej woalki nie ma. Fabuła jest tu zredukowana. Film nie ma żadnego głównego bohatera, bo głównym bohaterem jest tu całość zwierzęcej zbiorowości solidarnie walczącej z człowiekiem i jego cywilizacją. Ludzie są tutaj prawie wyłącznie bohaterami negatywnymi. Jedynym wyjątkiem jest Maja, córka właściciela hotelu, dziewczynka wyglądająca jak chłopiec. Jej ojciec należy do najbardziej czarnych charakterów. Ludzie są w tym filmie winowajcami wszystkich nieszczęść świata. Tamy na rzekach stawiają wyłącznie po to, żeby budować przy nich luksusowe hotele. Katastrofy tankowców są spowodowane wyłącznie przez pijaństwo marynarzy. Niedźwiedzie polarne muszą uciekać z Arktyki, topniejącej wskutek wywołanego wyłącznie przez człowieka globalnego ocieplenia. Pozytywnymi bohaterami tego filmu są jedynie zwierzęta i wśród nich z kolei jednoznacznie czarnych charakterów nie ma. Wszystko jest więc, jak widać, czarno-białe. Głównym wątkiem akcji jest skierowana przeciwko ludziom rewolucja zwierząt. Co ciekawe, rewolucja ta nie ma nawet jednego wodza, który mógłby być autorytetem dla tej społeczności, ale jest kierowana niejako kolektywnie. Przywódcą militarnym jest galijski kogut, którego wypowiedzi i zachowania pełne są aluzyj do rewolucji francuskiej, politycznym słonica, tytułowana prezydentem doliny, a religijnym stara żółwica. Ona jest głównym ideologiem rewolucji. Tuż przed jej wybuchem wygłasza płomienne kazanie, zawierające takie zdania: „Spotkaliśmy wiele ludzkich istot. Wszystkie kradły, mordowały i niszczyły wszystko. (…) Człowiek jest złodziejem, który zabiera Ziemi to, co chce.” Po wygłoszeniu tego kazania umiera. Jej śmierć jest ukazana jako religijna ofiara. W zasadzie należałoby ten motyw uznać za drwinę z Ofiary Chrystusa. Od tego momentu nie ma już najmniejszej wątpliwości, że jest to film antychrześcijański.

 

Rewolucja kończy się powodzeniem. Zwierzęta burzą tamę i zbudowany przy niej hotel, przywracając swojej dolinie zabraną przez ludzi wodę, następnie zaś dokonują udanego szturmu na Nowy Jork. Film najwyraźniej ma za zadanie wpoić dzieciom przekonanie, że człowiek i jego cywilizacja są źródłami wszelkiego zła, zaś zwierzęta uosobieniem cnót wszelakich. „Bajka” ta jest w istocie dziełem marksistowskim, czy też raczej postmarksistowskim, ukazuje bowiem wydumaną przez niemiecko-żydowskiego filozofa walkę klas w nowych szatach walki gatunków i walki płci. Nie bez znaczenia jest też bowiem lansowana w tym filmie teza, że przewodzić społeczeństwu powinny kobiety, ale koniecznie takie, które odrzuciły swoją kobiecość. Wzorcami takich kobiet są tu schłopaczona dziewczyna, nieposiadająca rodziny słonica i stara, ale bezdzietna żółwica. Widoczne jest tu odzwierciedlenie starodawnego archetypu potrójnej Kobiety: dziewicy, matki i staruchy, ale odzwierciedlenie wypaczone, bo zupełnie oderwane od aspektu płodności, który był tego archetypu istotą. Niestety, trzeba jasno stwierdzić, że bajki tego typu są dla dzieci szkodliwe. Po raz kolejny okazuje się, że komercjalizacja i trywializacja kina amerykańskiego są zdecydowanie mniejszym złem od kompletnego zlewaczenia kinematografii europejskiej. Jedynym pozytywem tego filmu jest muzyka, nawiązująca do tradycji piosenki francuskiej, ale jest to pozytyw raczej dla rodziców niż dla dzieci, zwłaszcza, że piosenki te nie są tłumaczone i są śpiewane po francusku i angielsku.

14:39, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 grudnia 2010

Różyczka

Obecnie, kiedy filmów w Polsce kręci się naprawdę dużo, bo około osiemdziesięciu rocznie, rzadko który zyskuje ogólnokrajowy rozgłos. Przydarza się on przedewszystkiem tym produkcjom, wokół których wybucha jakiś mniejszy, lub większy skandal. Tak  właśnie jest z filmem Jana Kidawy-Błońskiego "Różyczka" opowiadającym o pisarzu i nasłanej nań przez SB agentce, w której ów się zakochuje, a następnie się z nią żeni, wszystko zaś dzieje się w latach 1967-68. Przed premierą głośno spekulowano, że pierwowzorem głównego bohatera jest znany eseista, który rzeczywiście mniej więcej w tym samym czasie pojął za żonę szpiegującą go agentkę. Spekulacyj tych zabroniła jego córka, która zagroziła sądem każdemu, kto użyje nazwiska jej ojca w kontekście tego filmu. Nie mając ochoty na włóczenie się po sądach, będę więc w niniejszej pracy zwać owego eseistę Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Po kilkukrotnym obejrzeniu filmu nie mam wątpliwości, że nie ukazuje on Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, ani żadnego innego rzeczywiście istniejącego pisarza, ale hybrydową postać złożoną z cech kilku takowych. Najwięcej elementów składowych bohatera, choć bynajmniej nie większość, zaczerpnięto od Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, sporo od Jerzego Zawieyskiego, pojedyncze od Stefana Kisielewskiego i innych. Rzecz znamienna, ks. Andrzej Luter, w swojej obszernej recenzji na łamach miesięcznika Kino, starannie ich wszystkich wymieniając, Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać pomija: „Bohater filmu, zagrany majestatycznie przez Andrzeja Seweryna, to także Jerzy Zawieyski, Stefan Kisielewski, może także Władysław Bartoszewski albo Andrzej Kijowski.” Użyte w tym zdaniu, przed wyliczeniem nazwisk, słowo "także", sugeruje jednak, że w pierwotnej wersji tego tekstu wzmianka o Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać była, ale przed publikacją została usunięta, bądź to przez autora, bądź też przez redakcję. Jak widaćpublicyści o głośnych nazwiskach też nie tęsknią za włóczęgą po sądowych korytarzach. Jednak w świadomości przeciętnego odbiorcy film ten nadal funkcjonuje jako opowiadający o Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Działania córki pisarza  nie tylko nie osłabiły tych skojarzeń, ale wręcz przeciwnie, doprowadziły do ich znacznego wzmocnienia, jak to zresztą zwykle w tego rodzaju przypadkach bywa.

 

Przejdźmy jednak do samego filmu. Jako, że w prasie różnego rodzaju napisano już o nim dużo, chciałbym się skupić raczej na tym, czego jeszcze nie napisano. W szkicowaniu charakterów moralnych poszczególnych postaci wykorzystano paletę barw z arsenału postmodernizmu. Jest tu więc obecna czerń i wiele odcieni szarości, ale nie ma bieli. Są oczywiście postacie sympatyczne, z głównym bohaterem na czele, nie ma jednak takich, które mogą stanowić wzór do naśladowania. Rzecz znamienna jednak, że czarnymi charakterami są tu wyłącznie wszyscy bez wyjątku „antysemici”. Nie ma tu czarnego charakteru, który nie byłby „antysemitą”, nie ma też „antysemity”, który nie byłby czarnym charakterem. Postmodernistyczny charakter tego filmu ujawnia się również w wyraźnie widocznej predylekcji jego twórców do wieloznaczności. "Różyczka", pseudonim operacyjny rzeczonej agentki, to słowo o dwóch krańcowo różnych znaczeniach - z jednej strony to piękny, choć niepozbawiony kolców, kwiat, z drugiej zaś niezbyt przyjemna choroba. Złożony charakter bohaterki obdarzonej tym kryptonimem, w znacznym stopniu wyczerpuje obydwa znaczenia tego słowa. Jej uroda i sexapil, jak urok czarodziejskiego kwiatu, bez trudu rozpalały mężczyzn najróżniejszego autoramentu: wyrafinowanego intelektualistę z ogromnym doświadczeniem życiowym, prostego ubeka z bokserską przeszłością i wulgarnego, pijanego chama w kawiarni. Jednocześnie zaś, jak na groźną zarazę przystało, sieje ona ogromne, niekiedy śmiertelne, spustoszenie wśród tych, z którymi ma bliższy kontakt. W filmie tym zresztą można by bez końca wyszukiwać tego rodzaju ukryte sensy, podteksty, konteksty, smaczki i niuanse. Lepiej jednak będzie gros tych poszukiwań pozostawić widzowi, aniżeli podawać wszystko na tacy, w tekście, który z założenia miał być recenzją, a nie przewodnikiem po filmie.

 

A recenzja to przedewszystkiem ocena, trzeba więc na koniec ten film jakoś ocenić. Oczywiście, już w tych wszystkich moich wywodach pomieszczonych wyżej są zawarte i rozproszone oceny, ale aby rzecz klarowną była, warto zrobić małe podsumowanie. Nie jest to zły film, ale daleko mu też do arcydzieła. Aktorzy dobrani są właściwie, grają bardzo przekonywająco. Akcja wciąga i przekonuje. Jest, jak już to wskazałem pewne przegięcie propagandowe, ale nie drastyczne. Trzeba pamiętać, że mimo wszystko, jest to fikcja, a nie dokument historyczny i nie musi ściśle odpowiadać historycznej prawdzie.

12:23, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 października 2010

biełka i striełka

Jak ostatnio często czynię, byłem w tych dniach z synkiem w kinie. Tym razem mały wybrał rosyjsko-amerykański film animowany, rozpowszechniany w Polsce pod niezbyt fortunnym tytułem "Biała i strzała podbijają kosmos”. Polski tytuł nie podoba mi się z dwóch powodów. Po pierwsze, jak to często bywa, jest fatalnie przetłumaczony. Oryginalny tytuł angielski brzmi "Space dogs", rosyjski zaś „Biełka i Striełka. Zwiozdnyje sobaki” ( Белка и Стрелка. Звёздные собаки) polski powinien więc brzmieć "Kosmiczne psy", lub „Biełka i Striełka. Kosmiczne psy”. Jestem stuprocentowo przekonany, że przyciągnąłby on widzów do kin znacznie skuteczniej, niż ten rozwlekły, na który się zdecydowano. Długie tytuły są bowiem dobre dla książek, ale nie dla filmów. Po drugie nie podobają mi się polskie imiona głównych bohaterek. Skoro już polski dystrybutor zdecydował się na tytuł je zawierający, to należało przynajmniej użyć ich w takim brzmieniu, w jakim od lat funkcjonują w języku polskim. Film jest bowiem oparty na rzeczywistych wydarzeniach, a Biała i Strzała to Biełka i Striełka, dwa psy, które w 1960 roku Sowieci wysłali w kosmos i które, jako pierwsze wróciły z tego kosmosu żywe. I właśnie jako Biełka i Striełka, czyli pod swoimi rosyjskimi imionami są one znane również i w naszym kraju. Chociaż więc zasadniczo jestem zwolennikiem tłumaczenia imion, to w tym konkretnym przypadku transformację Biełki i Striełki w Białą i Strzałę uważam za sztuczną i dziwaczną. A jeśli już koniecznie ktoś chciał te imiona przetłumaczyć, to winien to uczynić wiernie i nazwać pieski Białką i Strzałką.

 

Zostawmy już jednak na boku tytuł, któremu i tak wiele miejsca poświęciliśmy i przejdźmy do fabuły. Jest ona do bólu przewidywalna, nic, ale to absolutnie nic w tym filmie nie zaskakuje. Po części jest to związane z oparciem scenariusza o historię autentyczną i dobrze znaną. Historii tej fabuła filmu trzyma się dosyć wiernie i w wielu szczegółach, takich jak śmierć poprzednich zwierząt wysłanych na orbitę, obecność na statku kosmicznym, oprócz psów, także myszy i szczurów, czy sprezentowanie prezydentowi USA szczenięcia po jednej z psich astronautek.

 

 

Zasadniczy problem z tym filmem leży jednak nie na polu faktografii, a ideologii. Od pierwszych kadrów Związek Sowiecki jest tu przedstawiony jako sympatyczny kraj w którym dobrze się żyje. Co prawda sformułowania te są podbarwione delikatną nutą ironii i na dobrą sprawę mogą być odczytane zupełnie odwrotnie, ale tej ironii, podobnie jak aluzyj nawiązujących do Orwella i Freuda, dzieci, będące wszak głównymi adresatami tego filmu, nie tylko nie zrozumieją, ale nawet nie dostrzegą. Mogą więc ulec niezdrowej fascynacji ustrojem komunistycznym, którego zbrodnicze oblicze nie jest tu nawet zarysowane. Ironia i aluzje są więc tu tylko listkami figowymi, służącymi, jak mniemam, zamknięciu ust krytyce. Oprócz komunizmu film promuje też wielkoruski triumfalizm. Wprost jest w nim zawarta myśl, że wszystko co rosyjskie jest najlepsze na świecie.  To że Amerykanie zdecydowali się na współtworzenie takiej agitki, jest kolejnym dowodem na miękkość, żeby nie rzec służalstwo polityki prezydenta Obamy wobec Rosji. Nie wyobrażam sobie współpracy Ameryki przy takim filmie za Reagana, czy Bushów. Nawet zlewaczałe środowisko amerykańskich filmowców chyba by się nie zdecydowało na złożenie tak wyraźnego hołdu wrogiemu imperium bez cichej przynajmniej aprobaty Białego Domu. To jednak jeszcze nie wszystko. Polska premiera tego filmu miała miejsce 17 września. Jestem pewien, że daty tej nie wybrano przypadkowo. Zdecydowano się na nią zapewne po to, by zelżyć i upokorzyć Polaków. Film ten jest więc słaby artystycznie i szkodliwy ideologicznie. Radzę go omijać szerokim łukiem.

13:01, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 lipca 2010

niania

Ostatnimi czasy dosyć często, jak na mnie, chodzę do kina, głównie jednak na filmy dla dzieci, przy tem w charakterze raczej osoby towarzyszącej, aniżeli typowego widza. Skoro już jednak w tymże kinie jestem, staram się owe filmy oglądać dosyć uważnie i w miarę możliwości dogłebnie analizować, o ile w ogóle jest co analizować, albowiem część wzmiankowanych obrazów jest raczej płytka. Większość jednak ma w sobie zaskakująco duże, jak na produkcje dla dzieci, pokłady treści na wielu poziomach przekazu.

 

Esencja brytyjskości

 

Ostatnio miałem niewątpliwą przyjemność oglądać brytyjski film „Niania i Wielkie Bum" (Nanny McPhee And The Big Bang) w reżyserii Zuzanny White, z Emmą Thompson w roli głownej. Mój pięcioletni synek, któremu towarzyszyłem, miał z tego widowiska przyjemność bez wątpienia mniejszą ode mnie, albowiem, jak się dobitnie okazało w czasie seansu, jest na ten film nieco za mały. Jest on bowiem postmodernistyczną hybrydą pozornie niemożliwych do pogodzenia gatunków: kina familijnego, fantasy, horroru i komedii, choć na podstawie trailerów wydawać by się mogło, że jest to po prostu komedia familijna z elementami fantastyki, w rodzaju "Pajęczyny Charlotty".  Owszem można uznać, że ma ten film coś wspólnego z ową "Pajęczyną", ale skrzyżowaną z „Opowieściami z Narnii” i „Harrym Potterem”. Właśnie do tych dwu cyklów literacko-filmowych jest produkcji o dziwnej niani zdecydowanie najbliżej. Wszystkie trzy historie opowiadają w pewnym sensie o problemach dojrzewania brytyjskich nastolatków i wszystkie trzy są obficie podlane magią.  "Nianię" z "Narnią" łączy dodatkowo czas akcji - okres drugiej wojny światowej. W związku z powyższym, identyczne jest też zawiązanie akcji - przyjazd dzieci z Londynu na wieś, w obawie przed niemieckimi bombami. Również koncepcja magii w obydwu dziełach podobna - jest ona dyskretna i dostępna tylko nielicznym.

 

Horror i humor

 

Elementem horrorystycznym są dwie, wyglądające jak wyjęte z serialu "Allo, allo", wysłanniczki właścicielki sieci nielegalnych kasyn, które grożą jej dłużnikowi wycięciem nerek, a następnie wypchaniem i umieszczeniem w kasynie w charakterze eksponatu.  Horror jest tu okraszony czarnym humorem, bo, pomijając już wygląd oprawczyń, do swojego okrutnego dzieła przystępują one w kuchni i przy pomocy kuchennych narzędzi. A jeśli chodzi o wspomniany humor, to jego elementy są rozsiane po całym filmie, a kulminacją jest anegdota o bombie. Podstarzały strażnik obrony cywilnej, również wyglądający na wyjętego z tego samego serialu komediowego, namawia mieszkańców wioski do noszenia kasków chroniących przed bombami, które i na takim pustkowiu spaść mogą, bo przecież wrogi pilot we wrogim samolocie może mieć katar i uruchomić mechanizm spustowy przypadkowo, podczas kichania. I zaiste, po jakimś czasie nad wioskę nadleciał wrogi samolot (oznaczony jako wrogi samolot), którego pilot miał katar i kichając uruchomił mechanizm spustowy, co wywołało całą sekwencję wydarzeń, tak komediowych, jak i thrilerowych.

 

 

Całego filmu streszczać nie będę, bo nie chcę odbierać przyjemności obejrzenia filmu. Napiszę jeszcze tylko tyle, że jest to dobry film, zawierający solidną dawkę treści edukacyjnych, szczególnie odpowiedni dla dzieci i młodzieży w wieku od ośmiu do piętnastu lat życia. Jedyne, czego mi w tym filmie brakowało, to jakiekolwiek odniesienie do religii, choćby tak delikatne jak we wspomnianej "Pajęczynie Charlotty".

22:28, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 kwietnia 2010

żaba

Disneyowska bajka filmowa Księżniczka i żaba, której polska premiera odbyła się z początkiem bieżącego roku, jest produkcją na wskroś postmodernistyczną.

Cała fabuła tej bajki zasadniczo się różni od ludowego oryginału. Tytułowa księżniczka nie jest prawdziwą księżniczką, ale przebraną na użytek balu kostiumowego czarną kelnerką. Akcja filmu dzieje się nie w jakimś baśniowym królestwie, dawno, dawno temu, a w Nowym Orleanie, mniej więcej w pierwszej połowie ubiegłego stulecia. No i żeby inwersja bajki w modernistyczną antybajkę była pełna, pocałunek nie przywraca księciu ludzkiej postaci, lecz przeciwnie i dziewczynę w żabę obraca.

Jak to często z dziełami postmodernistycznymi bywa, film ten jest nie tylko opowieścią, ale także światopoglądowym traktatem, pełnym rozmaitych idej. Jest tu więc idea, że śmierć jest początkiem nowego życia, a miłość jest silniejsza od śmierci.  Jest też idea, że magia (konkretnie voo doo, które jest wyjątkowo rozplenione w Nowym Orleanie) jest złem, a jej uprawianie prowadzi do niechybnej zguby, zresztą miłość jest silniejsza także i od magii. Jest w końcu idea, wspólna zresztą dla wielu amerykańskich pełnometrażowych kreskówek, że jeżeli się czegoś naprawfę chce, to można to osiągnąć, nie wystarczy jednak tylko chcieć, trzeba także działać. Może są to prawdy banalne, ale niezwykle ważne dla edukacji młodego pokolenia.

Warto też zauważyć, że ta antybajka, chociaż ma Murzynkę za główną bohaterkę, nie wykazuje jakiegoś wyraźnego lewoskrętu. Wręcz przeciwnie, jako droga do sukcesu jest tu przedstawione połączenie pomysłowości i pracowitości, a więc rozwiązanie typowo kapitalistyczne

23:00, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 października 2009

 

Za miedzą

Podobno wszystko co potrójne jest doskonałe, ale chyba jednak nie wszystko. Cykl filmów Jacka Bromskiego "U Pana Boga", w momencie gdy stał się potrójny, znacznie się od doskonałości oddalił. Pierwszy film z cyklu, zatytułowany "U Pana Boga za piecem" był naprawdę rewelacyjny i jedyny w swoim rodzaju. W moim przekonaniu jest on najbardziej w dziejach polskiego kina udanym przeniesieniem ludowej mądrości na ekran. Drugi "U Pana Boga w ogródku" z roku to również film bardzo dobry, ale już bez tej aury wyjątkowości, czy unikalności. Po prostu jest to udana komedia, trafnie parodiująca motywy z polskich filmów i seriali ostatnich lat. Trzeba jednak pamiętać, że takie dość udane komedie powstają ostatnio w Polsce przynajmniej dwie rocznie. A ostatnia jak dotąd odsłona tegoż cyklu, film "U Pana Boga za miedzą, to rzecz po prostu słaba. Nie ma w tym filmie ani mądrości części pierwszej, ani komizmu drugiej. Nie ma w nim nic, co mogłoby mnie skłonić do jego powtórnego obejrzenia.

21:13, svetomir , FILM
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2