MUZYKA

piątek, 11 maja 2018

 

Pierwszego półfinału nie oglądałem. Jestem rybniczaninem, więc wygrała u mnie "Diagnoza", choć nie jest to dobry serial. Oglądałem za to półfinał drugi. Występ reprezentantów Polski uważam za fatalny. Podobały mi się za to występy Serbów i Gruzinów. Śpiewali w swoich językach, nawiązywali to tradycji muzycznych swoich krajów (ten gruziński śpiew męski na trzy głosy), a jednocześnie było to nowoczesne i mogło się spodobać. Szkoda, że Gruzini odpadli,cieszę się, że Serbowie przeszli do finału. 

10:01, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 kwietnia 2018

 

Któż to odwiedził sławne miasto Rybnik? Toż to sam Darth Vader we własnej osobie. Ale cóż to ma w ręku miast świetlnego miecza? Toż to lira korbowa. 

Pod powłoką Sitha ukrywa się jeden z najbardziej znanych polskich artystów ulicznych - Paweł Dyjan. Więcej o jego twórczości można przeczytać tutaj i tutaj

 

07:42, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 lutego 2018

 

Kiedy na krajowym rynku muzycznym pojawia się płyta nagrana przez artystę z gminy, w której spędziłem zdecydowana większość swojego dotychczasowego życia, czuję się zobowiązany do jej, choćby krótkiego, omówienia. "Ballady bez romansów" - debiutancki krążek Wojciecha Ciuraja są sklasyfikowane jako rock progresywny. Ja jednak zakwalifikowałbym ją do world music. Jakoś więcej we mnie budzi skojarzeń z "Abomejem" Jakuba Żaka, aniżeli z twórczością Pink Floyd czy Marillonu. Nie jest to oczywiście żadna wada, bo płyty dobrze się słucha. W warstwie tekstowej wiele odniesień do polskiego romantyzmu i do świata dzikiej przyrody. Inspirujące. Warto śledzić karierę tego muzyka. 

15:17, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 lutego 2018

Ciekawe, ilu z Was, Szanowni Czytelnicy, wie bez guglania kim był Alan Hovhaness? Nie martwcie się, jeśli nie wiecie, ja dwa lata temu też nie wiedziałem. Na dzieła tego ormiańsko- amerykańskiego kompozytora, który naprawdę nazywał się Alan Vaness Chakmakjian i żył w latach 1911-2000,  natknąłem się przypadkowo na YouTube i od razu się tą muzyką zachwyciłem. 

Ten niezwykle płodny kompozytor, twórca między innymi aż 67 synfonij (zazwyczaj dosyć krótkich) wypracował sobie rozpoznawalny styl, ja go określam jako mistyczny, w nastroju podobny do stylu Gustawa Mahlera. To nie są melodie, które sie zapamiętuje, ale jest to muzyka, która niezwykle silnie oddziałuje na ludzkiego ducha, przynajmniej ja to tak odbieram. 

Hovhaness był przez wiele lat organistą w ormiańskim kościele, ale muzyki stricte liturgicznej skomponował stosunkowo niewiele. Nie można go też uznać za wzór cnót chrześcijańskich, bo na przykład wielokrotnie żenił się i rozwodził, ale od wybitnych twórców kultury nie oczekujemy cnotliwego życia, a wielkich dzieł. I Alan Hovhaness te wielkie dzieła światu dawał. Aż dziwne, ze w Europie pozostaje tak słabo znany. 

21:40, svetomir , MUZYKA
Link Komentarze (2) »
niedziela, 05 listopada 2017

W piątek 3 listopada miałem okazję wysłuchać w kościele Św. Józefa Robotnika w Rybniku ciekawego koncertu inaugurującego festiwal "Rybnicka Jesień Chóralna". Wykonawcą był chór Salutaris z Mińska, a na repertuar składały się utwory sakralne współczesnych kompozytorów wschodnioeuropejskich pochodzące zarówno ze wschodniego, jak i zachodniego porządku chrześcijańskiej liturgii. Koncert ten unaocznił, że można i dziś tworzyć piękną muzykę sakralną, głęboko zakorzenioną w tradycji zarówno chorału, jak i wielogłosu. Przez tę godzinę poczułem się, jakbym znowu był na "Pieśni Naszych Korzeni" w Jarosławiu, choć teraz słuchałem muzyki współczesnej a nie dawnej. Szkoda tylko, że na koncercie było tak mało ludzi. Link do strony zespołu: http://salutaris.by/


19:06, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 listopada 2015
sobota, 10 maja 2014
czwartek, 13 grudnia 2012

siła i honor

Przynajmniej raz w roku staram się zrecenzować na swoich blogach jakąś płytę z muzyką patriotyczną. Nie zawsze mi się to udaje, bo nie każdego roku trafiam na krążek, który do mnie przemówi. Z różnych względów publikuję te recenzje  najczęściej 13 roku. Dwa z tych względów są dla mnie najważniejsze. Po pierwsze jest to koniec roku, a więc dobry czas na podsumowanie, a po drugie jest to rocznica przez większość społeczeństwa lekceważona. W tym roku chcę zainteresować Szanownych Czytelników najnowszą płytą Pawła Kukiza. "Siła i Honor" to pozycja ze wszach miar warta wspomnienia.  W stacjach radiowych utwory z tego albumu pojawiają się bardzo rzadko, a właściwie pojawia się tylko jeden - "Old punk". Na podstawie tej jednej piosenki nie sposób wyrobić sobie opinii na temat całego, bardzo zróżnicowanego stylistycznie albumu, piosenka ta bowiem nie jest dla niego reprezentatywna. Album jest zasadniczo etnopunkowy, podobnie jak większość dojrzałej twórczości Kukiza, tak solowej, jak  jak i związanej z zespołem Piersi, jednak kilka znajdujących się na nim utworów trzeba zaliczyć raczej do poezji śpiewanej, niż do etnopunku. Oczywiście mam tu na myśli przedewszystkiem słynną "Obławę" Jacka Kaczmarskiego na motywach Włodzimierza Wysockiego, której Kukiz nadał nową aranżację i oprawę wokalną, moim skromnym zdaniem znacznie lepszą od oryginalnej. Drugim takim utworem jest znany już wcześniej "17 września".  To jeden z najmocniejszych w polskiej muzyce i poezji utworów o mordzie katyńskim. I tu nasuwa się znów skojarzenie z Kaczmarskim, bo jedyna chyba donioślejsza pieśń poświęcona temu tematowi, właśnie spod pióra i gitary Mistrza Jacka wyszła. Nie sądzę aby Kukiz mógł zostać następcą Kaczmarskiego, na pewno jednak zajmuje jedno z czołowych miejsc w peletonie kandydatów do tego, nieosiągalnego dla któregokolwiek z nich tytułu.

23:58, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 października 2012

Ave

Przyszedł sierpień i jak zwykle w okolicach święta Matki Boskiej Zielnej dołączono do Gościa Niedzielnego płytę z muzyką maryjną. Tym razem są to śpiewy pochodzące z tradycji Kościoła łacińskiego w wykonaniu Elżbiety Towarnickiej (sopran), Jacka Ozimkowskiego (baryton) i Marka Stefańskiego (organy). Płyta zatytułowana "Ave Maria w bazylice Mariackiej w Krakowie" i opiera się na nagraniach dokonanych w 2000 roku w tejże bazylice. Zgodnie z tytułem na płycie dominuje Pozdrowienie Anielskie. Na czternaście utworów składających się na krążek, siedem to kompozycje oparte na łacińskim tekście tej modlitwy, zarówno te najpopularniejsze, jak i mniej znane. Mamy tu więc Ave Maria Cacciniego, Bacha/Gounoda, Mozarta, Schuberta, Dossa, Saint-Saěnsa i Donizettiego. Płytę uzupełniają pieśni maryjne z Polski i Włoch oraz fragmenty Magnificat w różnych opracowaniach. Utwory są ułożone w porządku zbliżonym do chronologicznego, ale dosyć swobodnym. Jak to zresztą często bywa w przypadku płyt z GN, przemyślany układ jest największym atutem produkcji. Na początek mamy tu Bogurodzicę w ciekawej aranżacji, a na końcu arcyciekawe Ave Maria Donizettiego wyraźnie nawiązujące do folkloru włoskiego i doskonale wykorzystujące możliwości całej trójki wykonawców. Warto jeszcze zwrócić uwagę na jeden aspekt zawartości krążka. Utwory są tak dobrane, że dobitnie wykazują biblijny charakter i rodowód katolickiego kultu maryjnego. Ave Maria i Magnificat to teksty zaczerpnięte z Ewangelii, a Bogurodzica to śpiewana ikona Deesis, obrazująca wydarzenia Kalwarii. Płyta jest więc niezłym narzędziem zarówno formacji kulturalnej, jak i religijnej.

22:21, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

cretan songs

O tym, że z zagranicznych wakacyj przywożę zazwyczaj płyty z muzyką miejscowych wykonawców, pisałem już rok temu. Wtedy to wróciłem z Chorwacji z dwupłytowym albumem koncertowym bośniackiego wokalisty popfolkowego Halida Bešlića. Był to zakup dość przypadkowy, bo w miejscowości, w której spędzałem urlop, albumy muzyczne można było dostać tylko w kiosku z gazetami i to tylko dwa. Wybór miałem więc bardzo niewielki, ale mimo tego z dokonanego zakupu jestem w miarę zadowolony. W tym roku sytuacja była zgoła odmienna. Urlop spędzałem na Krecie, gdzie płyty z lokalną muzyką ludową można było dostać w każdym "Supermarkecie" pod którą to nazwą kryły się zazwyczaj niezbyt wielkie sklepy wielobranżowe. Zanim więc kupiłem jedną płytę, miałem ich w ręku kilkanaście. Postanowiłem kierować się dwoma kryteriami. Po pierwsze, rezygnowałem z płyt opisywanych jako greckie, na rzecz kreteńskich, a po drugie szukałem raczej nagrań tradycyjno-korzennych aniżeli popfolkowo-elektronicznych. Przy selekcji opierałem się na tekstach i ilustracjach z okładek. Metoda okazała się dobra, gdyż zakupiona przeze mnie płyta Cretan Songs Giorgisa Kladosa, jest zarówno bardzo tradycyjna, jak też bardzo kreteńska. Klados jest artystą zdecydowanie mniej znanym od Bešlića. Podczas gdy Bośniak obecny jest w kilkunastu wikipediach (nie dotyczy to polskiej, na której dyskryminuje się twórców kultury na rzecz sportowców wszystkich dyscyplin i polityków wszystkich szczebli, na przykład posłów, burmistrzów etc.), a Kreteńczyka nie ma jak na razie w żadnej, nawet w greckiej. Nie jest on jednak muzykiem zupełnie nieznanym. W sklepach internetowych można kupić jego płyty, a w serwisie YouTube wysłuchać jego utwory. O ile zdążyłem się zorientować, twórczość Kladosa, który na omawianej płycie śpiewa i gra na lirze, przy akompaniamencie A. Fragiadakisa na lutni, jest reprezentatywna dla kreteńskiego folkloru muzycznego. Muzyka kreteńska, podobnie zresztą jak bośniacka, ma charakter eklektyczny. Ale eklektyzm eklektyzmowi nierówny. O ile bośniacki folklor muzyczny czerpie głównie ze współczesnego folkloru muzycznego krain ościennych: Chorwacji, Serbii i Bułgarii, a w mniejszym stopniu tych nieco dalszych, o tyle inspiracje muzyki kreteńskiej są dużo bardziej odległe nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Nie wykazuje ona bowiem zbyt wielu podobieństw do muzyki Grecji kontynentalnej, czy innych krajów bałkańskich, a za to niej dostrzec motywy wspólne z folklorem bretońskim, rumuńskim, arabskim, perskim i środkowoazjatyckim, a przedewszystkiem ze średniowieczną muzyką dworską, osobliwie francuską. Te zaskakujące podobieństwa wynikają oczywiście z geograficznego położenia i historycznych losów wyspy. To wszystko można usłyszeć na płycie Giorgisa Kladosa. Mimo że, jak na to jednoznacznie wskazuje jej tytuł, jest to płyta przeznaczona dla turystów, nie prezentuje ona folkloru wygładzonego i uproszczonego, a raczej surowy i wymagający. Na Krecie nie jest to zresztą aż takim wyjątkiem, jak gdzie indziej. Pod względem artystycznym dzieło Kladosa i jego towarzysza jest bez zarzutu. Ogólnie jest to jak dotąd najciekawsza z moich płyt wakacyjnych.

11:35, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lipca 2012

deus meus

Dwa razy już w tym roku recenzowałem płyty muzyczne dołączone do Gościa Niedzielnego. Raz były to przeboje operowe, a raz barokowe Requiem przeplatane chorałem gregoriańskim. Płyt muzycznych w Gościu nie ma w tym roku za wiele, bo są one przeplatane filmami, programami komputerowymi itd. Ja zaś nie recenzuję tu filmów ani programów, bo od początku miałem zamiar skupić się jedynie na muzyce. Trzecia w tym roku płyta muzyczna pojawiła się dopiero w numerze z 24 czerwca. Tym razem nie było to nic z klasyki, a współczesne piosenki religijne w wykonaniu zespołu Deus Meus. Płyta ta doskonale obrazuje drogę, jaką ów zespół przeszedł. Jako że krążek ma promować najnowszy album formacji zatytułowany "Wniebowianki" zawiera kilka utworów z tegoż i kilka ze starszych płyt. Między jednymi i drugimi widać sporą różnicę, obrazującą ewolucję, jaką przeszedł zespół. Starsze utwory są typowymi ruchackimi piosenkami paraliturgicznymi, nadającymi się raczej do śpiewania razem z zespołem, aniżeli do słuchania, natomiast nowsze to etnojazzowe piosenki, wyraźnie noszące znamię stylu rodziny Pospieszalskich, które z przyjemnością i pożytkiem można sobie słuchać w samotności z przyjemnością i duchowym pożytkiem. Oczywiście, ani jedne, ani drugie nie nadają się do użytku liturgicznego w kulcie katolickim, choć oczywiście w naszych zepsutych czasach są i będą w nim wykorzystane. Teologicznie są w stu procentach poprawne. Dominują w nich teksty z psalmów i innych części Starego Testamentu, co pewnie niektórym tradycyjnym katolikom może się wydać podejrzane. Tradycyjni katolicy bowiem z reguły nie lubią Starego Testamentu. Ja przeciwnie, uwielbiam tę część Pisma Świętego z jej bogactwem alegoryj, które w świetle chrześcijaństwa nabierają pełniejszego blasku. Zresztą w utworach zespołu Deus Meus, w odróżnieniu od neońskiego „Tymoteusza” treścią starotestamentalnym towarzyszą nowotestamentalne, w tym konkretnym przypadku hymnami do Ducha Świętego. Tak więc muzyka ta jest pożyteczna dla katolików, pod warunkiem rozsądnego z niej korzystania.

12:03, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 czerwca 2012



Wybór utworu "Koko Euro spoko" zespołu "Jarzębina" z Kocudzy na polski przebój Euro 2012 może być punktem zwrotnym jeśli chodzi o popkulturową recepcję polskiego folkloru muzycznego i momentem przełomowym w rozwoju polskiego turbofolku. Po pierwsze bowiem piosenka ta wskazuje dokładnie ten kierunek, w którym, moim zdaniem powinien zmierzać polski turbofolk, po drugie zaś, żaden podobny utwór nie zdobył dotąd w naszym kraju takiej popularności. Czym jest ten polski turbofolk, napiszę niżej.

 

Piszę o popularności piosenki a nie o jej sukcesie, bo jak dotąd, jak się zdaje "Koko Euro spoko" zdobyło sobie więcej krytyków aniżeli fanów. Najczęstrzym zarzutem jest wiejskość, czy też plebejskość utworu określana zazwyczaj epitetem "wiocha", natomiast drugim, niemal równie rozpowszechnionym jest jego mniemana kiczowatość. Skupmy się tutaj na zarzucie pierwszym. Jest rzeczą wielce znamienną, że wśród tych masowych narzekań na rzekomą wiochę, bardzo rzadko pojawia się zarzut przynależności omawianej piosenki do disco polo. Najwyraźniej nawet zapiekli krytycy zdają sobie sprawę z jego absurdalności. Wszyscy, bowiem, którzy mają chociażby elementarne rozeznanie w gatunkach muzycznych zdają sobie sprawę, że "Koko Euro spoko" do disco polo nie należy, chociaż posiada niektóre jego cechy, a mianowicie: ludowość, taneczność, wykorzystanie elektronicznego instrumentarium oraz prostotę formy literackiej i muzycznej.

 

O wiele istotniejsze są jednak różnice. Po pierwsze ludowość disco polo i ludowość europiosenki bardzo się od siebie różnią. Disco polo jest muzyką ludową w sensie funkcjonalnym. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, niestety nie pamiętam, kto, że folklor muzyczny, to jest to, co się gra na wiejskich weselach. W tym sensie disco polo jest współczesnym polskim folklorem muzycznym. Z "Koko..." sprawa wygląda zgoła odmiennie. Jego ludowość ma charakter genetyczny. Melodia utworu jest stricte ludowa, a tekst, chociaż zupełnie nowy, jest ułożony zgodnie z zasadami ludowej poetyki. Natomiast funkcjonalnie daleko mu do folkloru. Jego potencjalnym odbiorcą nie jest bowiem ludność wiejska, rolnicza, pasterska, czy też jakaś inna niewielka grupa społeczna żyjąca w strukturach zbliżonych do tradycyjnych wspólnot lokalnych. Potencjalnym odbiorcą omawianej piosenki jest całe społeczeństwo polskie. Jest to zupełnie nowa jakość, przynajmniej jeśli chodzi o warunki polskie. Dotąd bowiem muzyka ludowopochodna miała u nas dosyć ograniczony zasięg. Disco polo trafiało do tak zwanego "ludu", a rozmaite recepcje folkloru tradycyjnego, czy to wierne, purystyczne, czy też wolne, folkowe, czy wreszcie symfoniczne, do wąskich grup inteligenckich, w przeważającej mierze miejskich. Poza krótkotrwałą modą na folk w latach 2000-2001, powszechności nie było. Jeśli europiosenka zapoczątkuje jakiś trend, to jest szansa, aby to zmienić. Po drugie, disco polo jest w zasadzie monotematyczne. Wystarczy przez czas niedługi oglądać Polo Tv, aby przekonać się, że prawie wszystkie teksty obracają się wokół tematyki relacyj damsko-męskich. Piosenka na Euro w oczywisty sposób łamie ten schemat. Po trzecie sfera wokalna disco polo jest zdominowana przez męskich solistów. Żeński chórek to zupełnie inna kategoria. Oczywiście, takie przypadki już w disco polo były, na przykład zespół Gronicki, ale zawsze było ich bardzo mało i nigdy nie zyskały takiej popularności i rozpoznawalności w społeczeństwie jak obecnie Jarzębina. W końcu po czwarte, disco polo opiera się wyłącznie lub prawie wyłącznie na instrumentarium elektronicznym, a w przeboju Jarzębiny występują również instrumenty tradycyjne i odgrywają w nim znaczącą rolę.

 

Tak więc utwór ten reprezentuje nie disco polo, a inny, zbliżony gatunek muzyczny. Tym gatunkiem jest postulowany przeze mnie polski turbofolk. Piszę "postulowany przeze mnie", bo od lat kibicuję jego powstaniu i oręduję za nim. Mam nadzieję, że prędzej czy później disco polo przekształci się w taki właśnie gatunek, wzorowany na analogicznych stylach bałkańskich, a oparty na dominacji żeńskiego wokalu, szerokiej tematyce tekstów, nie stroniącej od akcentów patriotycznych i obfitym czerpaniu z melodyj ludowych. Powstanie i rozpowszechnienie w szerokich warstwach społeczeństwa takiej muzyki, dobrze wpłynie na rozwój całej kultury polskiej i jej osadzenie na rodzimych podstawach. Ja osobiście uważam za sytuację idealną taką, w której rozwijają się wszystkie ludowopochodne prądy: tradycyjna muzyka ludowa, wierny folkloryzm (np. "Domy Tańca"), muzyka biesiadna, folk, muzyka inspirowana etnicznie, pop folk, a także etniczna muzyka dyskotekowa. Zjawiska te - rosnąc obok siebie - wzajemnie się czasami przenikają i uzupełniają, to po pierwsze. Po drugie zaś, wzięte łącznie, mają sporą rzeszę odbiorców, można więc myśleć wtedy o własnych mediach - i tak dalej, co jest raczej niemożliwe w przypadku pojedynczych, niszowych gatunków. W różnorodności wykorzystania motywów ludowych tkwi ich siła na przyszłość. W tych krajach, gdzie taki, w rozmaity sposób rozwodniony folk jest bardzo rozwinięty, tam i ambitniejsze gatunki muzyki etnicznej mają się świetnie. Tak jest na przykład w krajach bałkańskich, tak też może, a nawet powinno być i w Polsce. Rozbudowany rynek muzyki opartej na rodzimym i bliskim folklorze może nas ochronić, przynajmniej częściowo, przed zalewem muzycznego chłamu zza oceanu.

 

08:02, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 maja 2012



Na płytę "Wysocki Maleńczuka" czekałem z niecierpliwością, bo bardzo lubię i wysoko cwenię zarówno Wysockiego, jak i Maleńczuka. Cóż więc się stało takiego, że piszę o niej dopiero teraz? Ano to, że płyta ta nieco mnie zawiodła. Wychwalana przez krytykę instrumentacja, która miała być arcyciekawa, nie rzuciła na kolana, ale szczególny niesmak wzbudził przekład. Maleńczuk przetłumaczył Wysockiego nie na język polski, a na jakiś polsko-rosyjski żargon. Zadbał przedewszystkim o zbieżność brzmieniową, a nie znaczeniową. Rozumiem przyczyny takiego postępowania, ale go nie akceptuję. Tłumacz zapewne pragnął zachować w polskim przekładzie poetykę rosyjskiego oryginału, jego rym, rytm, akcent i melodykę. Zachował to wszystko, ale trudno to uznać za rozwiązanie szczęśliwe. Już Czesław Miłosz w "Rodzinnej Europie" ostrzegał przed przeszczepianiem poetyki rosyjskiej na grunt poezji polskiej. Pisał on tak: "Wiersz, jako gatunek literacki przywędrował dość późno, bo w XVII wieku do Rosji z Polski, z kolei jednak niektórzy poeci polscy mnie współcześni zapożyczali od Rosjan technicznych sposobów. Zauważyłem, eksperymentując, że wpływ rosyjskiej muzyczności jest zawsze bardzo szkodliwy: kiedy ucho jest czułe na język o mocnych akcentach, powstaje chęć rywalizacji, dla języków o słabych akcentach, jak polski, albo czeski, zgubnej. Dokładność rysunku i intelektualnych odcieni, do czego te języki są zdolne, zostaje wtedy zabita przez dziki poryw plemiennej pieśni, albo przez miarowe stukanie.”

 

Zły przekład psuje tę płytę, sprawia, że nie da się jej słuchać. Ale verba docent, exempla trahunt, tedy zamiast rozwlekać się dłużej, poprę swój wywód przykładem. Na załączonych filmikach prezentuję piosenkę "Moskwa-Odessa" w rosyjskim oryginale, w złym przekładzie Macieja Maleńczuka i w dobrym przekładzie Wojciecha Młynarskiego. Na koniec chciałbym zaznaczyć i mocno podkreślić, że mimo jego wpadki z Wysockim nadal uważam Maleńczuka za jednego z najlepszych, najciekawszych i przedewszystkim najmądrzejszych polskich piosenkarzy i że na pewno jeszcze nieraz coś dobrego o nim napiszę. Teraz wystarczy, że wspomnę, iż uważam go za jedynego zdolnego chociaż w części wypełnić pustkę po Jacku Kaczmarskim. Nawet jednak tak wybitnym twórcom jak Maleńczuk zdarzają się dzieła wyraźnie słabsze, inaczej mówiąc wpadki. Omawiana płyta jest bez wątpienia taką właśnie wpadką.

 


11:12, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 kwietnia 2012

Polskie Radio Opole odmówiło nadawania tej piosenki. Ja nie lubię cenzury, więc umieszczam piosenkę w proteście.

10:18, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 marca 2012

Requiem

W styczniu zapowiadałem, że będę omawiać wszystkie płyty z muzyką dołączane do Gościa Niedzielnego i zrecenzowałem pierwszą z nich, zawierającą cudzoziemskie przeboje operowe. Na następną płytę i recenzję przyszło długo czekać. Gość bowiem żadnej muzyki nie dołączał przez ponad dwa miesiące. Dopiero do numeru datowanego na 25 marca została dołączona płyta, zatytułowana Requiem, a dedykowana ofiarom Stanu Wojennego. Wykonawcami płyty są Zespół Śpiewaków Miasta Katowice Camerata Silesia, Zespół Instrumentów Historycznych Parnassos i Adam Myrczek (recytacja). Muzycy występują pod dyrekcją Anny Szostak. Na repertuar płyty składa się przedewszystkiem msza Requiem Andrzeja Siewińskiego, zapomnianego kompozytora z pierwszej połowy XVIII stulecia. Msza ta jest niekompletna, więc uzupełniono ją elementami Requiem gregoriańskiego. Całości dopełniają dwie anonimowe kompozycje osiemnastowieczne do tekstów średniowiecznych antyfon: Media Vita  i Salve Regina oraz fragment barokowego kazania pogrzebowego. Całość jest ułożona w strukturę zbliżoną do liturgicznej. Tygodnik przedstawia płytę jako muzykę na Wielki Tydzień. Wydaje mi się to nieco naciągnięte, gdyż jej repertuar stanowią nie pieśni pasyjne, czy postne, a żałobne. To, że jedne i drugie są z założenia smutne, jeszcze nie czyni ich ekwiwalentnymi. Co więcej, Requiem Siewińskiego wydaje mi się nieco zbyt lekkie, jak na mszę żałobną. Może lepiej byłoby taką płytę wydać w listopadzie, a teraz typowo pasyjną? Nie jest to żaden gruby zarzut, ot co najwyżej mikroskopijny zarzucik. Płyta jest bowiem bardzo dobra muzycznie, a przy tem doskonale wprowadza w nastrój powagi i zadumy, właściwy okresowi pasyjnemu, mimo tego, że nie opiera się na pasyjnych treściach. Co więcej, otwierająca album antyfona była już wcześniej wykorzystywana w pasyjnych projektach, na przykład na płycie zespołu Bornus Consort, gdzie była utworem tytułowym. Dlatego też u słuchaczy obeznanych chociaż trochę z polską fonografią pasyjną niewątpliwie wzbudzi ona ciąg pasyjnych skojarzeń. Mimo więc wspomnianego wyżej drobnego niedopasowania jest to niewątpliwie dobra muzyka na Wielki Tydzień. Gdy oleum konopnego nie ma pod ręką, to i słonecznikowe się nada.  

16:58, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 lutego 2012

  Kapela

Ostatnimi czasy tak w stylizowanym folklorze jak i w folku można zaobserwować ciekawe zjawisko. Otóż muzycy góralscy, zarówno podhalańscy, jak i beskidzcy wzbogacają swoje granie już nie tylko motywami z różnych stron świata, co ma miejsce już od wielu lat, ale także z nizinnych zakątków Polski, przedewszystkiem zaś z Rzeszowszczyzny. Pierwszym okazem takiego grania była wydana w 2004 roku płyta grupy "Rybka i przyjaciele" zatytułowana "I to i to", na której obok nut góralskich zgodnie funkcjonowały także rzeszowskie. Może właśnie do tej "kołogzystencji" nawiązuje tytuł albumu. Ale zespół ten należał do nurtu folkowego i tworzyli go muzycy młodzi, więc taki synkretyzm raczej nie dziwił, wszak w folku jest on zjawiskiem powszednim. Ten sam synkretyzm muzyczny staje się jednak zaskakujący, gdy pojawia się w twórczości tradycyjnej, rodzinnej, wielopokoleniowej kapeli góralskiej, jak to ma miejsce w przypadku Kapeli Antoniego Gluzy ze Szczyrku. Istniejąca od 1979 roku kapela nagrała niedawno płytę zatytułowaną "Bedziemy se śpiywać razem kochanie" z podtytułem "Nuty żywieckie i karpackie". Na wkładce tej płyty muzycy napisali między innymi coś takiego: "Od pewnego czasu łączymy folklor z różnymi stylami muzycznymi wzbogacając rdzenną muzykę o nowe melodie i awangardowe aranżacje eksperymentując min. z jazzem, sambą, dixielandem" (pisownia oryginalna). To wszystko, o czym piszą, na tej płycie oczywiście jest. Są jednak na niej też rzeczy, o których nie wspominają, osobliwie zaś owe melodie rzeszowskie z tekstami lekko stylizowanymi na góralskie. W kilku zaś piosenkach typowo góralskich przemyca się elementy rzeszowskiego grania. Ogólnie aranżacje są dobrze przemyślane, a całość płyty bardzo spójna. Nawet z piosenki "Góralu, czy ci nie żal" kapela Gluzy potrafiła zrobić ciekawy utwór. Jest to niewątpliwie najlepsze wykonanie tej kompozycji, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się słyszeć. Nie ma jednak większych szans trafić na jakieś listy przebojów, bo liczy sześć i pół minuty, a rozgłośnie radiowe nie lubią tak długich utworów. Tak czy inaczej Kapela Antoniego Gluzy ze Szczyrku należy do najciekawszych i najoryginalniejszych zespołów ludowych w zachodnich Beskidach, wobec czego warto się z jej twórczością bliżej zapoznać.

14:15, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 stycznia 2012

Z wakacji zagranicznych zazwyczaj przywożę płyty z muzyką. Ostatnio jednak, z  tej racji, że jestem ojcem dwojga małych dzieci, nie mam na wczasach czasu na  bieganie po sklepach muzycznych . Z tego więc powodu podczas tegorocznego pobytu  w Chorwacji tradycji uczyniłem zadość, idąc po lini najmniejszego oporu. Nie  szukałem sklepów muzycznych, ani stoisk z płytami. Płytę, a właściwie dwupłytowy  album kupiłem w kiosku z prasą po drodze na plażę. Wyboru dokonałem na chybił trafił spośród dwóch dostępnych tam tytułów, nazwiska artystów nic mi bowiem nie  mówiły. Okazało się, że szczęśliwie trafiłem na muzyka folkowego. Co ciekawe  jednak, Halid Bešlić, którego nagrania nabyłem w kiosku na chorwackim wybrzeżu,   jest nie Chorwatem, a Bośniakiem. Bośniackiej muzyki ludowej wcześniej  praktycznie w ogóle nie znałem. Trochę to dziwne, bo jestem dosyć obsłuchany z  tradycyjnym i współczesnym folklorem bałkańskim, głównie bułgarskim i  chorwackim, ale też serbskim, greckim, macedońskim i rumuńskim.

 

 

Wyliczam to z premedytacją, bo po kilkukrotnym przesłuchaniu owych dwóch płyt  Halida Bešlicia, na których towarzyszy mu cała plejada bośniackich artystów  przekonałem się, że choć bośniackiej muzyki wcześniej nie słuchałem, nie była mi  całkiem obca. Na tych dwóch płytach odnalazłem bowiem wpływy folkloru wszystkich  wymienionych krajów. Oczywiście dwie płyty nie są wystarczająco obszernym  materiałem, abym mógł na tej podstawie formułować jednoznaczne sądy. Nadal więc  nie wiem, czy to folklor bośniacki jest tak eklektyczny, czy też tylko repertuar  samego Bešlicia i jego przyjaciół. W obydwu jednak przypadkach rzecz jest warta  odnotowania. Eklektyzm w folklorze i folku bośniackim istnieje niewątpliwie.  Kwestią otwartą jest tylko jego zasięg. Tak więc i płyta kupiona w kiosku może  stać się przyczynkiem do ważnych obserwacyj.

09:40, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 stycznia 2012

opera gość niedzielny 

Niedawno pisałem, że Gościa Niedzielnego, podobnie jak Gazetę Wyborczą, warto kupować jedynie dla dodatków. Skoro więc powiedziałem A, wypada abym teraz powiedział B i zajął się regularniejszym niż dotąd recenzowaniem owych dodatków. W bieżącym roku będę się starał wyłapać i omówić wszystkie płyty z muzyką dołączane do tego czasopisma. W szczególności będę chciał zbadać i ocenić, czy układają się one w jakąś spójną i logiczną całość. W związku z tym na koniec roku planuję napisać swoiste podsumowanie tego cyklu recenzyj. Dziś natomiast chcę ów cykl zainicjować, omawiając płytę "Najpiękniejsze przeboje operowe" dołączoną do numeru z ósmego stycznia bieżącego roku. Tytuł płyty jest adekwatny do jej zawartości. Są to bowiem właśnie przeboje, czyli najpopularniejsze, najbardziej rozpoznawalne fragmenty oper. Są tu nie tylko arie, ale także duety, pieśni chóralne, uwertury i inne partie instrumentalne. Wybrano utwory czterech najwybitniejszych kompozytorów operowych: Pucciniego, Verdiego, Mozarta i Bizeta. Co ciekawe, pominięto Wagnera. Ciekaw jestem, czy uznano jego utwory za zbyt trudne, czy też zbyt niebezpieczne ideologicznie dla czytelników Gościa Niedzielnego? Pominięto także kompozytorów polskich, co również jest bardzo zastanawiające. Mam nadzieję, że jest to podyktowane chęcią poświęcenia polskiej operze osobnej płyty. W przeciwnym bowiem razie oznaczałoby to lekceważący stosunek do kultury polskiej i byłoby bardzo smutne. Wykonawcami utworów są filharmonie w Hamburgu i Lublanie, często angażujące się w takie projekty, jak płyty do gazet i tanich seryj. Poziom jest więc całkiem przyzwoity, choć pewnie żadnego melomana do muzycznej ekstazy nie doprowadzi. Również tu budzi się odrobina żalu, że nie skorzystano z nagrań wykonawców polskich, ale widocznie nie było możliwości nabycia takowych. Dobrze, że taka płyta się ukazała. Choć prezentowane na niej utwory mają charakter świecki, to powstały one w katolickim klimacie. Media katolickie powinny promować tradycyjną kulturę europejską, gdyż nawet jej bardziej świeckie elementy są przepojone katolickim duchem. Ta płyta spełnia więc podwójnie pozytywną rolę. Po pierwsze składa się na kulturalną formację czytelników Gościa Niedzielnego, po drugie zaś osłabia argumenty tych rzekomych obrońców wiary i moralności, którzy twierdzą, że opera jest okazją do grzechu.

11:41, svetomir , MUZYKA
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 grudnia 2011

cytryniaki


Zapowiadałem, co prawda, że recenzje albumów kolędowych pojawią się na moim blogu bożonarodzeniowym i na innych moich blogach już adwencie, wyszło jednak tak, że pierwszy z nich, czyli wpis niniejszy, pojawia się dopiero po świętach. Złożyły się na to dwie przyczyny. Po pierwsze, miałem wystarczającą ilość materiałów czysto adwentowych. Po drugie zaś, nie wpadła mi na czas w ręce odpowiednia płyta.

 

Nabyłem takową co prawda cztery dni przed świętami, ale jej wielokrotne przesłuchanie, zanalizowanie i opisanie zajęło mi trochę czasu. Była to dołączona do Superexpresu płyta "Cytryniaki śpiewają najpiękniejsze kolędy" z podtytułem "z gościnnym udziałem Zenona Martyniuka". Jeszcze przed włożeniem płyty do odtwarzacza, zorientowałem się, że jest ona fatalnie opisana. Nie podano, jakie instrumenty akompaniują wokalistom, ani kto na nich gra. Skład zespołu Cytryniaki podany jest w postaci wyliczenia imion i wieku jego członków. Nie podano nazwisk. Można co prawda przypuszczać, że wszyscy wymienieni noszą nazwisko Cytryniak, ale to tylko domysł, nie wiem, czy prawdziwy. Nie wymieniono też na okładce płyty jej producenta, czy kierownika produkcji, być może po prostu nie było takiej osoby, która wzięłaby na siebie odpowiedzialność za całość projektu. Wiele wskazuje na to, że nie było. Nie tylko niedbale sporządzona okładka, ale też inne sprawy, o których wspomnę później.

 

Jeśli chodzi o stronę muzyczną tej płyty, to jest całkiem nieźle. Co prawda, jak dla mnie jest tam za dużo syntezatorów, ale zważywszy na charakter produkcji, należy się cieszyć, że są też inne instrumenty. Można bowiem powiedzieć, że zawartość tej płyty, to kolędy w stylu disco polo. To bynajmniej nie jest zarzut. Disco polo też może być dobre i to właśnie takie jest. Dzieciaki śpiewają bardzo dobrze, często wręcz zaskakująco dojrzale. Aranżacje są dosyć ciekawe. W zasadzie najgorzej wypada gościnnie występujący Zenon Martyniuk, który miejscami fałszuje i źle akcentuje. Wielkim plusem tej płyty jest śpiewanie wielu zwrotek poszczególnych kolęd. Jest to kultywowaniem jak najlepszych tradycyj. Tak powinno się śpiewać nie tylko kolędy, ale wszystkie pieśni kościelne. Kiedyś tak śpiewano - przez całą Mszę jedną pieśń, po dwie, trzy zwrotki na kolejne jej części. Gdzieniegdzie jeszcze można się zetknąć z tym zwyczajem.

 

Gorzej, że kolędy na tej płycie mają pozmieniane teksty. Sam fakt zmiany nie jest jeszcze niczym złym, wszak kolędy, jako pieśni ludowe funkcjonują w systemie wariantywnym. Problem pojawia się wtedy, gdy zmiana jest zła i szkodliwa, to jest wtedy, gdy zaburza sens lub poetykę utworu. A takie zmiany pojawiają się, niestety na omawianej płycie. Na przykład zmiana słów "ledwo od strachu żyjemy" na "ledwo w strachu żyjemy", psuje, jakby to powiedzieli Staropolacy, zarówno kadens, jak i esens. Słowo "żyjemy" brzmi tu jak "ży-y-jemy", a to niewątpliwie nie brzmi dobrze. Jeśli komuś przeszkadzał nieco archaiczny styl oryginalnego tekstu, to można go było zmienić na "Od strachu ledwo żyjemy". Już nie byłoby archaicznie, a sens i poetyka by nie ucierpiały.

Właśnie niedbalstwo tekstowe jest kolejną przesłanką świadczącą o tem, że płyta nie miała producenta z prawdziwego zdarzenia. Mimo to jednak jest ona całkiem niezła. Co prawda sprawia wrażenie przygotowanej na kolanach, ale ten zarzut można by bez trudu postawić znakomitej większości płyt dołączonych do gazet lub czasopism.

 

23:25, svetomir , MUZYKA
Link Komentarze (1) »
piątek, 23 grudnia 2011

Kiedy ostatnio odnosiłem się w mojej publitystyce do Gościa Niedzielnego, pisałem nie o zawartych w nim artykułach, ale o dołączonej do niego płycie z Akatystem maryjnym. Smutna prawda jest bowiem taka, że zarówno Gazety Wyborczej, jak i Gościa Niedzielnego nie warto kupować dla zamieszczonych w nich tekstów, warto natomiast to czynić przynajmniej od czasu do czasu dla dołączanych do nich dodatków. Obydwa te tytuły nie są zresztą przypadkami odosobnionymi, ale raczej skrajnymi przykładami zjawiska powszechnego, obejmującego w większym lub mniejszym stopniu, większość prasy drukowanej w naszym kraju. O zjawisku tym, a nieuniknionym zresztą, pisałem już kilka lat temu, w tekście "Gwiazdka z gwiazdami".

 

Dziś
będę pisał o kolejnej płycie dołączonej do Gościa, pod wieloma względami podobnej do poprzedniej. Na początku grudnia ukazały się jako dodatek Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny w wykonaniu dwóch chórów Ośrodka Liturgicznego w Chorzowie.
Podobieństwo tych płyt polega nie tylko na zazębieniu się części wykonawców, ale przedewszystkiem na pewnym pokrewieństwie wykonywanych utworów. Jest to podobieństwo o charakterze głównie funkcjonalnym. Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny pełnią w Kościele łacińskim,  osobliwie zaś w Polsce, tę samą, a przymajmniej bardzo zbliżoną rolę, co Akatyst ku czci Bogurodzicy w Kościołach bizantyjskich, czyli najważniejszego i najpopularniejszego nabożeństwa paraliturgicznego o charakterze maryjnym. Obydwa też są zdecydowanie najpopularniejsze w swoich grupach. Chociaż na wschodzie są dziesiątki akatystów, a na zachodzie dziesiątki godzinek, to ten konkretny akatyst i te konkretne godzinki pod względem popularności dystansują całą konkurencję o kilka długości.

 

Do podobieństw funkcjonalnych dochodzą też strukturalne.  Akatyst ma strukturę typowo litanijną, a godzinki przynajmniej paralitanijną. Obydwa nabożeństwa opierają się bowiem na wyliczeniu przymiotów Matki Bożej. Te podobieństwa zostały dostrzeżone bardzo wcześnie, bo już w XVII stuleciu, w kilkadziesiąt lat po powstaniu polskich godzinek. Wtedy to Symeon Połocki dokonał pierwszego w dziejach polskiego przekładu akatystu zwersyfikował go właśnie na wzór godzinek.  W dzisiejszych czasach, kiedy wielu chrześcijan czerpie z duchowych skarbców obydwu płuc Kościoła, godzinki i akatyst doskonale się uzupełniają. Dlatego wydanie obydwu utworów w krótkim odstępie czasu na płytach dołączanych do Gościa Niedzielnego było bardzo dobrym pomysłem. Tym razem nie będę pisał o wykonaniu, bo nie mam do niego żadnych zastrzeżeń.

23:15, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 grudnia 2011

Cytat:

old.european

Rok 1939.
Rydz-Smigly wysyla note do Hitlera: Adolf, my sie tym sami zajmiemy.
Armia polska pacyfikuje kraj, Polacy buduja obozy koncentracyjne, osadzaja w nich przeciwnikow.
Robia lapanki, wysylaja ludzi na roboty do Niemiec.

Hitler zadowolony w podziece odznacza Rydza - Smiglego Krzyzem Zelaznym.
A Polacy wielbia Rydza-Smiglego, bo uchronil Polske przed inwazja wojsk III Rzeszy.

11:08, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 grudnia 2011

akatyst

 

"Gościa Niedzielnego" jedynie wtędy kupuję, gdy płyty z muzyką sakralną są do niego dołączone. Ogólnie bowiem jest to pismo dosyć słabe, do pięt nie dorastające konkurencyjnemu "Przewodnikowi Katolickiemu". Kupiłem tedy Gościa z 14 lipca, do którego dołączona była płyta zatytułowana "Akatyst ku czi Bogurodzicy".  Tej płyty odpuścić sobie nie mogłem, bo akatysty od lat należą do moich ulubionych modlitw, czemu wielokrotnie dawałem wyraz na swoich blogach. Płyta z Gościa została przygotowana przez Ośrodek Liturgiczny Ruchu Światło-Życie. Nagrane są niej trzy utwory: bizantyjski hymn maryjny Agni Parthene, tytułowy akatyst i utwór zatytułowany "Modlitwa Jezusowa". Pierwszy utwór jest pięknie zaśpiewany po grecku pod przewodnictwem obdarzonej wspaniałym głosem solistki  . Również aranżacja tego utworu jest bardzo interesująca, utrzymana w konwencji pośredniej pomiędzy bizantyjską monodią, a wielogłosowością w stylu gruzińskim.

 

Akatyst jest zaśpiewany tak, jak akatyst śpiewać należy, czyli tradycyjnie i bez udziwnień. Jest zaśpiewany po polsku, co w tym przypadku jest jak najwłaściwsze, bo tego rodzaju modlitwa powinna być zrozumiała dla słuchaczy, którzy mają być nie tylko słuchaczami, ale także współuczestnikami. Daleki jestem oczywiście od twierdzenia, że nie rozumiejąc słów modlitwy nie można w niej uczestniczyć. Jestem stuprocentowo przekonany, że jest zupełnie odwrotnie, czego dobitnie dowodzi łacińska Tradycja Kościoła zachodniego.  Używanie w modlitwie łaciny lub greki, nieraz nie zrozumiałej dla modlącego się, nie tylko nie przekreśla aktywnego zaangażowania w modlitwę, ale nadaje temu zaangażowaniu szerszy, wręcz uniwersalny wymiar zarówno w znaczeniu ponadnarodowości, jak i ponadczasowości. Z akatystami jednak rzecz ma się nieco inaczej. Istotnym elementem tej modlitwy jest jej treść fabularna, którą podczas śpiewu, czy słuchania należy rozważać. Dobrze jest więc ową treść rozumieć. Dlatego też praktykę śpiewania akatystów w językach narodowych zdecydowanie pochwalam, jednocześnie i bez paradoksu zdecydowanie nie pochwalając śpiewania w tychże samych językach narodowych części stałych Mszy Świętej.

 

Trzeci utwór, choć zatytułowany "Modlitwa Jezusowa", Modlitwą Jezusową w sensie ścisłym nie jest. Składa się bowiem z trzech wersetów trzykrotnie powtarzanych, podczas gdy Modlitwa Jezusowa polega na wielokrotnym powtarzaniu jednego i tego samego wersetu.  W tradycyjnej wersji tej modlitwy wersetem tym jest wezwanie: "Panie Jezu Chryste zmiłuj się nade mną" lub jego skrócone bądź wydłużone wersje. Pierwszy werset omawianego utworu "Izuse, Izuse Synu Bożyj pomyłuj, pomyłuj nas" mógłby uchodzić za dopuszczalną  modyfikację formuły klasycznej ale nieco niepokojące jest usunięcie tytułów mesjańskich Pana Jezusa Chrystusa. Pozostałe wersety, a zwłaszcza drugi, posiadający charakter maryjny, nie mieszczą się w formule Modlitwy Jezusowej. Problemem jest też kwestia języka. Utwór nie jest bowiem zaśpiewany ani po starocerkiewnosłowiańsku, jak się należało spodziewać, ani po ukraińsku, jak się na pierwszy rzut ucha wydaje. Może zdanie: "Sława Otcu i Synowi i Swiatomu Duchowi" jest poprawne w jakimś istniejącym języku, ale na pewno nie jest to język liturgiczny. Ja jednak jestem przekonany, że jest to czyste językotwórstwo, które  przystoi w poezji świeckiej, ale nie w religijnej, a już na pewno nie modlitewnej. Chociaż więc jestem entuzjastą Modlitwy Jezusowej, to z bólem muszę przyznać, że utwór trzeci pełni na tej płycie rolę biblijnej nieżywej muchy.

 

 

09:38, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 grudnia 2011

avra

 

Karierę muzyczną Mai Sikorowskiej z rozmaitym natężeniem śledzę od lat kilku, przy czem od mniej więcej roku daję temu wyraz w postaci recenzyj publikowanych na moich blogach. Zachwycałem się więc nagraną z ojcem, liderem zespołu "Pod Budą" płytą "Kraków-Saloniki" i okazywałem dystans wobec treści wyrażanych na "Sprawie rodzinnej", drugim regularnym krążku tegoż duetu. Ich płyty kolędowej dotąd nie omawiałem, ale na wszystko przyjdzie czas. Dzisiaj przyszedł czas na najnowszy krążek wokalistki zatytułowany Avra, a nagrany tym razem nie z ojcem, a z najsłynniejszym polskim zespołem klezmerskim "Kroke".  Płyta ta jest znacznie się różni od poprzednich nie tylko pod względem obsady, ale także stylu.  O ile na pierwszych dwóch krążkach grecki folk stanowił raczej uzupełnienie dla typowego dla zespołu "Pod Budą" stylu będącego hybrydą amfolku i bluegrassu, o tyle na "Avrze" to on dominuje, obficie podlany typowym dla "Kroke" sosem klezmersko-bałkańskim.

 

Ale "Avra" to nie tylko folk. Wszystkie piosenki na tej płycie są po grecku, ale nie wszystkie są ludowego pochodzenia. Obok melodyj tradycyjnych pojawiają się tu współczesne przeboje muzyki   pop.  Wszystko zaś zaśpiewane przepięknym głosem Mai Sikorowskiej i ubrane w doskonałe, porywające aranżacje zespołu Kroke. Takiej płyty dawno u nas nie było, a może nawet nigdy u nas nie było. Płyty całe po grecku nagrywała bowiem co prawda swego czasu Eleni, ale były to inne czasy i inne płyty. Obecnie płyta z muzyką grecką, zarówno ludową,  jak i popową, ma szansę odegrać wieloraką rolę w polskiej popkulturze. Ważne miejsce na płytowych półkach miłośników folku z jednej strony, a muzyki literackiej z drugiej jest oczywiste. "Avra" otworzy też Sikorowskiej drzwi do kariery na zachodzie, a zwłaszcza w Niemczech, gdzie Kroke jest od dawna zespołem bardzo znanym, zwłaszcza w kręgach fanów muzyki klezmerskiej i bałkańskiej. Jednak na tym znaczenie tej płyty się nie kończy.

 

Może ona bowiem odegrać niebagatelną rolę w tworzeniu się nowego gatunku muzycznego w Polsce. Mam na myśli polski turbofolk, który mógłby i moim zdaniem powinien się ukształtować na bazie disco polo jako jego ambitniejsza i ściślej z ludowymi tradycjami powiązana odmiana. W ubiegłym roku napisałem pozytywną recenzję płyty Moniki Brodki "Granda", którą uznałem za krążek inauguracyjny tego gatunku. Jak jednak pisałem w artykule o bułgarskim popfolku i w wielu innych miejscach, poszczególne gatunki muzyki etnicznej najlepiej rozwijają się w tych krajach, w których dobrze rozwinięte są inne gatunki etniczne. Popfolk powaga w rozwoju ambitniejszemu folkowi, ale i sam nie może dobrze funkcjonować bez oparcia w tamtym. Dlatego też "Avra", choć jest zdecydowanie za ambitna na płytę popfolkową, może się doskonale sprawdzić w roli łącznika pomiędzy popularnymi a niszowymi formami muzyki etnicznej.

 

12:58, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 sierpnia 2011

Kamesznica 

Już kilka moich tegorocznych artykułów poświęciłem temu, że w gminie Milówka ostatnio wiele się dzieje. W tych artykułach omawiałem przedewszystkiem warte odwiedzenia obiekty otwierające się bądź rozwijające na terenie gminy. Ale nowe i powiększone obiekty to nie jedyne przejawy rozwoju tych ziem. Z roku na rok odbywa się tu coraz więcęj ciekawych imprez różnego rodzaju od zamkniętych sympozjów, konferencyj i warsztatów aż po duże festiwale muzyczne. Jeszcze kilka lat temu Milówka pozostawała pod tym względem w cieniu gmin sąsiednich -Rajczy  i Węgierskiej Górki, teraz już je przegoniła. Od początku lata nie ma weekendu bez ciekawej imprezy plenerowej. Festiwal orkiestr dętych, Dni Milówki, huczne otwarcie Starej Chałupy, festyn dobroczynny, Piknik z Proćpokiem. O tej właśnie imprezie, która miała miejsce w sobotę 30 lipca w Kamesznicy, chciałbym napisać nieco więcej. Najpierw słów parę o tytułowym bohaterze. Jerzy Proćpak vel Proćpok to klasyczny zbój grasujący w tej okolicy w XVIII wieku, pochodzący z Kamesznicy, a po schwytaniu   stracony w Milówce, lub wedle innej wersji legendy, na stokach Baraniej Góry.  W Beskidzie Żywieckim, podobnie jak w całych Karpatach, pokutuje mit "dobrego zbójnika". Dlatego też Proćpak, podobnie jak gdzie indziej Janosik, czy Ondraszek, jest w Kamesznicy postrzegany jako postać pozytywna. Powszechnie wierzy się w to, że rabował wyłącznie bogatych, a zdobyte w ten sposób dobra rozdawał biedakom. Nie muszę chyba dodawać, że ze stanem faktycznym obraz taki ma, delikatnie mówiąc, bardzo niewiele wspólnego. Główną atrakcją wieczoru był koncert promujący hiphopową płytę o historii Kamesznicy, w tym o Proćpaku właśnie. Koncert ten był poprzedzony kilkoma nie mniej ciekawymi punktami programu. Piknik zaczął się od konkursu młodych talentów. Kamesznickie dzieci grały, śpiewały, tańczyły, rysowały i gimnastykowały się. Mnie osobiście najbardziej przypadł do gustu występ ośmioletniego heligonisty Tomka Bestwiny, który zaprezentował wiązankę melodyj karpackich.  Po konkursie nastąpiła seria krótkich koncertów prezentujących tradycyjny i współczesny folklor karpacki, po nich wspomniany koncert główny, a na koniec zabawa taneczna. W czasie imprezy zbierano fundusze na budowę w Kamesznicy amfiteatru i izby regionalnej, co jest inicjatywą wielce chwalebną i ze wszech miar godną pochwały.

13:00, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 sierpnia 2011

 festiwal

16 lipca bieżącego roku odbył się w Zielonej Górze kolejny Festiwal Piosenki Rosyjskiej. Towarzyszyła mu atmosfera polityczno-kibicowskich przepychanek. Zdominowanym przez SLD władzom miasta zarzucono, że impreza ta jest hołdem dla Włodzimierza Putina. Szczególną aktywność w podnoszeniu tych i innych zarzutów przejawiali kibice żużlowej drużyny Falubazu Zielona Góra, rozgoryczeni faktem, że miasto sponsoruje festiwal, a nie ich klub. Ja jednak, chociaż zarówno SLD, jak i Putina nie cierpię jak morowej zarazy, to mimo to uważam, nie tylko w tym przypadku, ale generalnie, że skoro już samorządy muszą coś sponsorować (lepiej żeby nic nie sponsorowały, ale pobierały niższe podatki) to niech to będzie festiwal, a nie klub. Sport zawodowy jest bowiem zwyczajnym biznesem, a ten nie powinien być dotowany ani przez państwo, ani przez samorządy. Kluby sportowe powinny się utrzymywać same, podobnie jak to czynią inne przedsiębiorstwa. Kultura natomiast potrzebuje mecenatu. Lepszy byłby oczywiście prywatny, jak w starych, dobrych, przedrewolucyjnych czasach, ale w dzisiejszej zepsutej i zlaicyzowanej epoce od wielkiej biedy ścierpieć można także  państwowy, lub samorządowy.

 

Przejdźmy jednak do najważniejszego, czyli do oceny artystycznych walorów samego festiwalu.  Prezentował on poziom zadowalający, choć nie powalający. Nie było na nim ani olśniewających rewelacyj ani też, poza  jednym przypadkiem,  totalnych wpadek. Wiele jednak do życzenia pozostawiają wyniki festiwalu. Wygrali bowiem nie ci, którzy najlepiej śpiewali, ale ci którzy mają największą ilość fanów. Tak się niestety dzieje zawsze, gdy stosuje się d...kratyczne głosowanie audiociele. Tak więc Złoty Samowar otrzymał Krzysztof Respondek, który śpiewał może i nieźle, ale piosenkę miał nieciekawą. Srebrny powędrował do Stachurskyego i to jest chyba największe nieporozumienie. Ten wokalista był bowiem najsłabszym wykonawcą na tym festiwalu. Nie tylko fatalnie wybrał sobie piosenkę ("Biełyje rozy" - szczyt popeliny i kiczu), ale też fatalnie ją zinterpretował, bez cienia polotu, inwencji, czy własnego wyrazu. To właśnie jego miałem na myśli, pisząc wyżej o totalnej wpadce. Jedynie laureatka Brązowego Samowaru Sylwia Grzeszczak zasłużyła na swoją nagrodę. Zarówno dobór piosenki, jak i wykonanie, były w jej przypadku bliskie doskonałości. Warto się bliżej przyjrzeć tej młodej wokalistce, bo może ona jeszcze wiele osiągnąć, o ile tylko będzie miała wartościowy repertuar. Na nagrodę moim zdaniem zasługiwali jeszcze: "Poparzeni Kawą Trzy", zielonogórski zespół z "Bitwy na głosy" i Sonia Bohosiewicz, ale esemesujący tłum tego nie dostrzegł, bo wykonawcy ci nie są wystarczająco sławni. Oczywiście, pisząc o nagrodzie na którą zasługiwali mam na myśli tylko ich występy w czasie rzeczonego festiwalu. Całokształt repertuaru niektórych z wymienionych twórców zasługuje bowiem na coś zupełnie innego niż nagroda. Ale to już zupełnie inna historia.

 

Skoro wspomniałem już o tych, którzy nie zasłużyli na nagrodę, a ją otrzymali, o tych, którzy zasłużyli i otrzymali, a także o tych, którzy choć zasłużyli , musieli odejść z kwitkiem, to dla porządku wspomnieć należy jeszcze o tych, którzy na nagrodę nie zasłużyli i jej nie dostali. Reprezentatywnym przedstawicielem tej grupy jest zespół "Plateau", który wręcz koncertowo zepsuł piosnkę Bułata Okudżawy "Tri ljubwi" znaną też jako „Piosenka o o moim życiu”. Oryginalnie jest to utwór poważny, smutny i głęboko refleksyjny. Jego tekst traktuje o wielkich ludzkich tragediach, tak jednostkowych, jak też globalnych. Polscy wykonawcy postawili jednak na aranżację kabaretową, wesołkowatą, wręcz prześmiewczą. Wokalista w pajacowatym stroju , z uśmiechem na ustach, wesołym głosem i w żwawym tempie śpiewał że "trzecia wojna to moja wina", a "trzecie kłamstwo jest ciemniejsze od nocy i straszniejsze od wojny". Brzmiało to jak złośliwa kpina z opisywanych w utworze tragedyj. Skoro muzycy ci zdecydowali się na przyjęcie takiej właśnie konwencji, to mam dla nich propozycję. Niechaj nagrają płytę z wesołkowatymi interpretacjami takich utworów jak "Pożegnanie ojczyzny" Ogińskiego, "Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana", "Ludu mój ludu", "Pie Jesu", czy "W mogile ciemnej". Ciekawe, jak przyjmą to słuchacze.

 

Ogólnie rzecz biorąc festiwal zielonogórski jest imprezą wartościową, pożyteczną i potrzebną. Dziwie się nieco tym, którzy tego nie potrafią dostrzec. Bardzo bowiem niemądre jest przenoszenie niechęci do rosyjskiej polityki na rosyjską kulturę. Bo chociaż polityka rosyjska, zwłaszcza wobec Polski, jest od wieków wyjątkowo paskudna, to rosyjska kultura z kolei jest niezwykle bogata, dlatego naprawdę nie warto wylewać dziecka z kąpielą. Festiwal bezwzględnie powinien odbywać się nadal, jednak aby reprezentować odpowiedni poziom, musi koniecznie zmienić sposób wyłaniania zwycięzców. Metody demokratyczne przynoszą kiepskie rezultaty, tak w polityce, jak i w kulturze. Audiotele promuje znane miernoty, sekuje zaś twórców naprawdę wartościowych. Gdy ta tendencja się utrwali, owi twórcy wartościowi przestaną na taki festiwal przyjeżdżać, co doprowadzi do znacznego obniżenia jego rangi, a być może nawet do jego upadku. Rozwiązaniem mogłoby być przyznawanie podwójnego kompletu nagród, jak to jest praktykowane na wielu innych festiwalach. Profesjonalne jury honorowałoby wartościowych artystów, a komórkowi klikacze od audiotele honorowaliby, jak dotąd, popularnych celebrytów bez talentu, pomysłu i polotu. Wilk będzie syty i owca cała.

13:44, svetomir , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8