INTERNET I MEDIA

wtorek, 28 czerwca 2016
sobota, 23 stycznia 2016

 


Często dzielimy się dziwnymi mailami, które dostajemy. Dziś dostałem mail bez tytułu, o treści "silent and sad and did not reply. Nicholas felt the situation to be". Jest to urwany cytat z angielskiego przekładu "Wojny i pokoju" Tołstoja. Akapit, z którego wyrwano cytat, brzmi po polsku tak:
"Ojciec i matka już nie rozmawiali z synem o tej sprawie, wszakże w kilka dni potem hrabina wezwała do siebie Sonię i z okrucieństwem, jakiego się nie spodziewała ani jedna, ani druga, wyrzucała krewniaczce kokieterię wobec Mikołaja i niewdzięczność. Sonia w milczeniu, ze spuszczonymi oczyma, słuchała ostrych słów hrabiny i nie rozumiała, czego od niej chcą. Wszystko gotowa była poświęcić dla swych dobroczyńców. Myśl, by się poświęcić, była jej ulubioną myślą; przecie w tym wypadku nie mogła pojąć, komu i z czego ma zrobić ofiarę. Nie mogła nie kochać hrabiny i całej rodziny Rostowów, ale też nie mogła nie kochać Mikołaja i nie wiedzieć, że jego szczęście zależy od tej miłości. Była milcząca, smutna i nie odpowiadała. Mikołaj nie mógł, jak mu się zdawało, znosić dłużej takiej sytuacji i poszedł porozumieć się z matką. To błagał matkę, by przebaczyła jemu i Soni i zgodziła się na ich małżeństwo, to znów groził, że jeśli będą Sonię prześladować, wówczas natychmiast ożeni się
z nią potajemnie."

czwartek, 12 listopada 2015
czwartek, 17 września 2015
niedziela, 05 kwietnia 2015
wtorek, 13 stycznia 2015

 

Radio Jasna Góra jest wśród polskich mediów katolickich przypadkiem szczególnym i wyjątkowym, bo też szczególne i wyjątkowe jest miejsce z którym jest związane, a mianowicie jasnogórskie sanktuarium. Co prawda, jak każda inna rozgłośnia religijna realizuje się ono na pięciu zasadniczych polach: liturgii, katechezy, publicystyki, literatury i muzyki, jednak w każdym radiu proporcje między tymi składowymi.

 

I właśnie kwestia owych proporcyj jest tym co odróżnia Radio Jasna Góra od innych rozgłośni religijnych w Polsce. Przedewszystkiem program tego radia jest znacznie silniej niż w innych stacjach nasycony elementami liturgicznymi. Zarówno w dni powszednie jak też w niedziele i święta, RJG kilka razy dziennie transmituje Mszę Świętą z różnych miejsc jasnogórskiego sanktuarium. Jest to na pewno rzecz pozytywna, obciążona jednakowoż pewnym dosyć poważnym zgrzytem. Otóż znakomita większość owych celebracyj odbywa się z użyciem II Modlitwy Eucharystycznej, która nie jest dopuszczona do użytku w niedziele i święta. Na plus wyróżniają się jedynie niektóre Msze dla pielgrzymów transmitowane z Wałów Jasnogórskich. Oprócz Mszy Świętych w RJG można znaleźć także liturgię godzin i paraliturgię (różaniec, godzinki, majowe etc.). Jest to zjawisko bardzo pozytywne, bowiem w moim mniemaniu katolickie media religijne powinny opierać się przedewszystkiem na rytmie liturgii. Dużo w jasnogórskiej rozgłośni jest publicystyki i reportażu, głównie o tematyce społecznej, nie zaś politycznej. Ten aspekt ramówki dowodzi, że również media niepubliczne potrafią realizować programy misyjne i to bez pieniędzy z abonamentu czy budżetowej dotacji. Sporo jest też w programie omawianej stacji profesjonalnie prowadzonej katechezy. Jest czytanie książek, kolejny punkt programu cechujący się misyjnym charakterem, kiedyś szeroko obecny w rozgłośniach publicznych, dziś obecny tam śladowo, pojawiający się za to w repertuarze stacyj religijnych. Mało natomiast jest w Radiu Jasna Góra muzyki. Są oczywiście piosenki, zarówno religijne, jak i świeckie, ale jest ich niewiele i są raczej przypadkowo dobrane. Podobnie jest z muzyką poważną. Niby jest, ale jest jej za mało, a audycje są za krótkie. Ewidentnie brakuje w tym radiu autorskich audycyj muzycznych.

 

Ogólnie Radio Jasna Góra to rozgłośnia profesjonalna, na dobrym poziomie, może jedynie ciut przegadana, ale to kwestia gustu. Boli natomiast promocja nadużyć liturgicznych. Miejmy nadzieję, że to się zmieni. Uważam bowiem, że do głównych zadań katolickich mediów religijnych należy promocja dobrych wzorców liturgicznych. Z tego zadania Radio Jasna Góra się nie wywiązuje.

piątek, 06 czerwca 2014
czwartek, 09 sierpnia 2012

euro

Na sporcie znam się słabo, co sukcesywnie udowadniają mi ostatnio komentatorzy mojego bloga, toteż bardzo rzadko o nim piszę. A właściwie to wcale nie piszę o sporcie jako takim, a jedynie o rozmaitych zjawiskach kulturowych sportowi towarzyszących. Za nami Mistrzostwa Europy w piłce nożnej współorganizowane przez nasz kraj. Pisanie o sportowych i organizacyjnych aspektach imprezy pozostawiam tym autorom, którzy się na tym lepiej znają. Ja zaś napiszę o niektórych jej kulturowych kontekstach, zwłaszcza zaś takich, których się zasadniczo nie spodziewano. Mam na myśli eksplozję przejawów patriotyzmu i religijności oraz wpadki niektórych mediów, osobliwie zagranicznych.

 

 

Eksplozja patriotyzmu wyrażała się przedewszystkiem masowym flagowaniem samochodów a w mniejszym stopniu także mieszkań, domów i innych budynków. W zależności od regionu kraju flagi zdobiły od jednej czwartej do połowy wszystkich aut. A były to flagi rozmaitych kształtów i rozmiarów. Pomysłowość producentów tego rodzaju akcesoriów oraz samych właścicieli pojazdów była zaiste imponująca. Flagi ozdabiały szyby, lusterka, dachy, zderzaki, maski, etc., etc., etc. Najczęściej nie były to normatywne flagi państwowe zgodne z ustawowym wzorcem ale proporce zawierające poza elementami flagi także godło państwowe i napis "POLSKA". Na budynkach z kolei królowały flagopodobne transparenty jednego z browarów. To jednak są mało istotne szczegóły. Ważne jest to, że zarówno dla umieszczających, jak i dla oglądających są to polskie flagi. Z wywieszaniem flag państwowych od wielu lat był w naszym kraju spory kłopot. Za czasów PRLu władza wymagała wieszanie flag na domach w dni świąt komunistycznych. Ludzie wieszali w obawie przed karą, ale jednocześnie nabierali coraz większego obrzydzenia do siłą narzuconego zwyczaju. Wskutek tego obrzydzenia, gdy PRL się skończył, prawie wszyscy Polacy zwyczaj wieszania flag w oknach domów na wiele lat zarzucili. W początkach XXI stulecia w dni świąt narodowych flaga państwowa wisiała w oknach mniej niż jednej setnej polskich mieszkań. Sytuacja zmieniła się po katastrofie smoleńskiej. W czasie tamtej żałoby narodowej flagi pojawiły się na wyjątkowo dużej liczbie budynków, tak mieszkalnych, jak i użytkowych. Wtedy też pojawiło się w zauważalnej skali zjawisko flagowania samochodów. Od tego też czasu flagi są stale łatwo dostępne w handlu. Wcześniej niekiedy trudno je było kupić. I coś się powoli zaczęło zmieniać. Nawet w tych miastach, w których patriotyzm nie jest w modzie, z każdym kolejnym świętem narodowym ilość flag w oknach się zwiększała. Nikt jednak chyba nie przewidział eksplozji flag, która wybuchła na Euro. Wydaje mi się, że przynajmniej częściowo ta nowa moda pozostanie na dłużej. Czy słusznie mi się wydaje, okaże się najpierw w czasie londyńskich igrzysk olimpijskich, a następnie 11 listopada.

 

„Frankfurter Allgemeine Zeitung” opisywał pierwsze dni Mistrzostw Europy jako festiwal rytuałów religijnych. Niemiecka gazeta wymieniała wśród nich żegnanie się Przemysława Tytonia i Mirosława Klosego a także religijne tatuaże Hieronima Boatenga (krzyż i wizerunek Matki Boskiej) oraz Zlatana Ibrahimovića (napis "Only God Can Judge Me"). To wszystko to jednak nic wobec wyczynu włoskiej ekipy trenerskiej, który mnie osobiście bardzo zaimponował, a miał miejsce już po niemieckiej publikacji. Już w dniu przyjazdu do polski selekcjoner Włochów Cezar Prandelli obiecał, że uda się na pielgrzymkę do klasztoru kamedułów na krakowskich Bielanach, jeśli jego drużyna wyjdzie z grupy. Słowa dotrzymał. W nocy z 18 na 19 czerwca dwudziestokilometrową trasę z Wieliczki do bielańskiego eremu odbyła pieszo cała włoska ekipa szkoleniowa, wzbogacona jeszcze o wiceprezesa włoskiej federacji piłkarskiej Demetriusza Albertiniego. Później Włosi pielgrzymowali jeszcze dwukrotnie, po ćwierćfinale i półfinale, tym razem do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach.

 

O ile dwa przedstawione wyżej zjawiska były dla większości obserwatorów całkowitym zaskoczeniem, o tyle trzeciego raczej się spodziewano, ale w nieco innym kształcie niż w rzeczywistości przybrało. To, że media są w większości przypadków nierzetelne, to powszechnie wiadomo. Dziennikarskich wpadek na Euro można się było spodziewać. Spodziewaliśmy się ich jednak przedewszystkiem po mediach krajowych, a nie zagranicznych. A tymczasem media krajowe owszem wpadki miały, ale raczej niewielkie. Megawtopy zaliczyły za to BBC, co było dla wielu sporym zaskoczeniem, bo przez wiele lat słynęła jako swoisty wzorzec rzetelności i media rosyjskie, co dla nikogo zaskoczeniem nie było. Brytyjscy dziennikarze mocno postraszyli brytyjskich kibiców rzekomym rasizmem Polaków i Ukraińców, zaś rosyjscy straszyli z kolei Polaków rzekomymi sowieckimi koszulkami rosyjskich kibiców.

Wszystkie te trzy zjawiska tworzą spójna całość. Wskazują bowiem, że chrześcijańskie wzorce cywilizacyjne w Europie trzymają się mocno, a tylko goniące za sensacją nierzetelne media wmawiają nam, ze jest inaczej.

środa, 04 lipca 2012



Kiedy kilkanaście lat temu pojawił się w internecie serwis YouTube, nikt nie był w stanie przewidzieć niektórych zjawisk kulturowych, które dzięki niemu się narodzą. Do tych najbardziej zaskakujących należy gwałtowny rozwój polskiego kaznodziejstwa internetowego. Wyraźnie podkreślam "polskiego", bo w krajach, w których istniało już wcześniej rozwinięte telekaznodziejstwo, na przykład w USA, powstanie i rozwój kaznodziejstwa internetowego można było obstawiać w ciemno. W polsce fenomen ten zapoczątkowany został przez wybuch internetowej popularności księdza Piotra Natanka, około 2010 roku. Ów kontrowersyjny kapłan w pewnych kręgach był znany już od początku XXI wieku, ale prawdziwą, ogólnokrajową sławę uzyskał dopiero wtedy, gdy zaczął publikować w internecie filmiki ze swoimi kazaniami. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że to dzięki księdzu Natankowi polskie kaznodziejstwo wróciło do żywego obiegu kulturalnego. Bowiem dla uznania,  że dany nurt funkcjonuje w owym żywym obiegu, nie wystarczy, aby jego wytwory były słuchane i czytane. Potrzeba jeszcze i tego, aby były cytowane, przerabiane i parodiowanie. Tego w przednatankowym kaznodziejstwie polskim nie było od co najmniej od killudziesięciu lat.  Rzesze słuchaczy księdza Piotra rosną równolegle z rzeszami jego prześmiewców. Dzięki temu połączeniu kaznodzieja stał się postacią powszechnie rozpoznawalną. Zresztą grupy te wzajemnie się indukują.  Wzrasta też dzięki temu popularność samego zjawiska internetowego kaznodziejstwa w Polsce. To już nie tylko ksiądz Natanek. Co tydzień na youtubie pojawiają się kazania i pouczenia dziesiątków polskich księży. Każdy z nich szybko zdobywa sobie większe lub mniejsze grono zwolenników. Są wśród nich zarówno moderniści, jak i tradycjonaliści, jedni i drudzy w różnych odcieniach. Ja osobiście najbardziej lubię i najgoręcej polecam internetowe  nauki księdza prałata Romana Kneblewskiego z Bydgoszczy. Nie są to typowe kazania, ale raczej krótkie rozważania w stylu telewizyjnego "Słowa na niedzielę". Utrzymane są w duchu zdecydowanie tradycyjnym, ale bez ekstremizmów. Myślę, że w ofercie internetowego kaznodziejstwa każdy katolik może znaleźć coś dla siebie. A bez wątpienia oferta ta nie byłaby tak bogata, gdyby nie popularność księdza Natanka. Od niego to wszystko się zaczęło.

poniedziałek, 07 maja 2012

 

Wbrew pozorom i wbrew tytułowi projekt "Głupie Maile", którego istotnymi częściami składowymi są dwa blogi pod tym samym tytułem nie jest, a przynajmniej nie ma być, projektem głupim. Paradoksalnie jest to projekt naukowy, poświęcony badaniu i analizowaniu tytułowych głupich maili. Mam zamiar zwieńczyć go za kilka lat publikacją książkową. Badania nad głupimi mailami, które podjąłem mają bardzo niewielki zasięg, ograniczają się bowiem do wiadomości otrzymanych przeze mnie za pośrednictwem poczty elektronicznej. Większość z nich to korespondencja niechciana i niezamawiana, czyli tak zwany spam, bywają jednak wśród nich także maile przychodzące do mnie w ramach zaprenumerowanych przeze mnie newsletterów. Nie ma natomiast tu żadnych maili, które bym zaprenumerował, czy w inny sposób zamówił dla ich głupiego charakteru. Projekt ma więc charakter klasycznego badania metodą analizy źródeł zastanych, nie zaś eksperymentu.

 

Głupie maile badam uznawszy je za specyficzną formę kuriozum literackiego. Kurioza literackie uważam zaś za jeden z najważniejszych przedmiotów badań z zakresu antropologii literatury. Są one bowiem skarbcem wiedzy o kulturze jako takiej. Śmiem twierdzić, że "Liber Chamorum", "Nowe Ateny" i "Polski Kodeks Honorowy" więcej nam mówią o polskiej kulturze szlacheckiej, aniżeli "Pan Tadeusz" i Trylogia. Projekt "Głupie Maile" jest więc uzupełnieniem i kontynuacją projektu "Napisy drobne" poświęconego krótkim, z różnych powodów zaskakującym, tekstów na które natknąłem się w ostatnim czasie, zarówno w moim bezpośrednim otoczeniu, jak też we wszelkiego rodzaju mediach, tak elektronicznych, jak i drukowanych. Chociaż między obydwoma projektami zachodzi szereg podobieństw wynikających przedewszystkiem z faktu, że obydwa penetrują dalekie obrzeża literatury, to występują między nimi także fundamentalne różnice, przedewszystkim w długości omówień. W projekcie "Napisy drobne", już na etapie blogowym opierają się na zestawieniu krótkiego tekstu źródłowego i dosyć długiej jego analizy, która zresztą w planowanej na dalszą przyszłość wersji książkowej będą jeszcze znacznie dłuższe. Zupełnie inaczej jest z "Głupimi Mailami". Tu tekst, źródłowy jest zazwyczaj znacznie dłuższy niż tam, a komentarz jest zdawkowy, lub zgoła nieobecny. Dłuższy pojawi się najprawdopodobniej w wersji książkowej, o ile takowa w ogóle kiedykolwiek powstanie, co do czego oczywiście brak jest jakiejkolwiek pewności. Nawet i wtedy jednak zamierzam te teksty analizować grupami, nie zaś każdy z osobna.

 

Różnice są więc niemałe, ale chyba mimo wszystko podobieństw jest więcej. Należy do nich i to, że obydwa projekty nawiązują wyraźnie do prac ojca polskiej antropologii literatury, czyli Jana Stanisława Bystronia. Rozważania na podobne tematy zawarł on w swej arcyciekawej i pod pewnymi względami fundamentalnej książce "Tematy, które mi odradzano". Badania nad napisami drobnymi nawiązują do jej rozdziału o napisach, a nad głupimi mailami do rozdziału o "łańcuszkach szczęścia". Zaliczenie obydwu tematów do antropologii literatury nie powinno wzbudzać większych wątpliwości. Dyscyplina ta bowiem, aby naprawdę mieć konkretny, rzeczywisty wkład w zbadanie i opisanie kultury, musi zajmować się nie tylko głównym nurtem literatury, ale także jej obrzeżami.

Na koniec jeszcze słówko o wspomnianych dwu blogach, noszących identyczny tytuł "Głupie Maile". Blog w serwisie blox.pl ma charakter zestawienia materiałów źródłowych. Znajdują się tam kompletne teksty wszystkich maili wybranych przeze mnie do projektu i tylko tych. Nie ma tam żadnych pochodzących ode mnie komentarzy, czy analiz, a jeśli jakieś krótkie wyjaśnienie uznaję za absolutnie konieczne, umieszczam je wyłącznie w tytule wpisu. Z kolei blog w serwisie deser.pl kierować się będzie znacznie swobodniejszymi zasadami. Trafiają tutaj tylko niektóre teksty z projektu badawczego, te mianowicie, które mają szansę zainteresować ewentualnych czytelników. Czasami trafią tu też maile, które do tegoż projektu się nie kwalifikują, np. różnego rodzaju dowcipy. Wszystkie są opatrzone krótkimi komentarzami wprowadzającymi. Blog na bloksie prawdopodobnie będzie funkcjonował kilka lat, ten na deserze może zniknąć za kilka tygodni, jeśli nie znajdzie uznania u czytelników.

poniedziałek, 02 kwietnia 2012

Wielki Post się kończy, a wraz z nim kończy się trzeci sezon mojego bloga Prawdziwy Wielki Post. W tym roku udało mi się go uzupełniać dosyć regularnie, umieściłem na nim kilkadziesiąt wpisów, przedewszystkiem dlatego, że udało mi się znaleźć w sieci dużą ilość interesujących materiałów. Szczególnie obfitym źródłem inspiracyj stał się dla mnie Serwis Wielkopostny Dzieła Świętej Jadwigi Królowej. Polecam go wszystkim moim czytelnikom. Można tam znaleźć mnóstwo tradycyjnych modlitw, pieśni i nabożeństw. W przyszłym roku zapewne nowych tekstów na tym blogu będzie mniej. A teraz nadszedł czas na otwarcie trzeciego sezonu na moim blogu wielkanocnym Prawdziwa Wielka Noc. Planuję w tym roku około dwudziestu wpisów, poświęconych przedewszystkiem polskim pieśniom wielkanocnym. Podobnie jak w blogu wielkopostnym będzie też co najmniej kilka wpisów poświęconych innym niż rzymskokatolicki nurtom chrześcijaństwa sakramentalnego.

środa, 21 marca 2012

 

Skoro zaczął się Wielki Post, to nadszedł czas na kolejny tekst organizacyjny. Odnoszę wrażenie, że teksty te są coraz mniej potrzebne, gdyż moje blogowanie coraz bardziej zmierza do pewnego stanu ustalonego i coraz mniej się w nim zmienia. Jednak będę tę tradycję kontynuował, głównie po to, aby zaprezentować wszystkie moje blogi tym czytelnikom, którzy znają tylko jeden z nich. Dlatego w odróżnieniu od kilku poprzednich razów, na końcu tego wpisu umieszczę w miarę kompletny spis owych blogów. Głównym moim blogiem jest nadal i pewnie zawsze będzie "Kultura Okiem Svetomira". Jest jedynym moim blogiem uzupełnianym w miarę regularnie - przynajmniej dwa razy w tygodniu. Pozostałe blogi są tworzone falami, przy czem w przypadku blogów okresowych (bożonarodzeniowego, wielkopostnego i wielkanocnego) fale te są przewidywalne, a w pozostałych przypadkach nieprzewidywalne. Co się zaś tyczy mojej aktywności pozablogowej, to śpieszę poinformować, że w styczniu ukazała się moja druga książka, pod tytułem "Ludzie i religie w Polsce". Przypominam też, że nadal poszukuję wydawcy dla zbiorków nowel fantasy i bajek dla dzieci. Zainteresowanych proszę o maila: svetomir@gazeta.pl

 

Blogi pierwotne:

 

Prawdziwy Wielki Post – blog wielkopostny

Kultura Okiem Svetomira – blog o szeroko pojętej kulturze

Polityka Okiem Svetomira – blog polityczny

TFUrczość Svetomira – blog z moimi mizernymi próbami literackimi

Polski Turbofolk – blog z tekstami lekkich piosenek, przełożonymi z różnych języków oraz pisanymi przeze mnie

Okiem Pawełka – blog mojego syna

Rybnik i okolice w obiektywie komórki – mizerny fotoblog z Rybnika i okolic

Zdrowie Okiem Svetomira – jako farmaceuta powinienem pisać też coś o zdrowiu, chorobach i lekach, a więc piszę

Piwo Okiem Svetomira – blog o piwie

Tytoń nie gryzie – blog o produktach tytoniowych i innych z nikotyną

Prawdziwe Boże Narodzenie – blog bożonarodzeniowy

Moje Ulubione Produkty – blog zakupowy

Wspomnienia o ludziach kultury – blog biograficzny, uzupełniany głównie w listopadzie, o ludziach kultury zmarłych w ostatnim roku

Głupie Maile – każdy z nas dostaje masę spamu. Tu prezentuję najciekawsze spamy, które dostałem

Prawdziwa Wielka Noc – blog wielkanocny

 

Blogi wtórne, w których publikuje wybór tekstów z blogów pierwotnych:

 

Okiem Svetomira na Frondzie

Okiem Svetomira na Salonie24

środa, 22 lutego 2012

Wzorem lat ubiegłych od Środy Popielcowej, to jest od dnia dzisiejszego zaczynam prowadzenie kolejnej, trzeciej już edycji mojego blogu wielkopostnego Prawdziwy Wielki Post. Podobnie jak w latach poprzednich, będę pisał przedewszystkiem o wielkopostnych modlitwach i nabożeństwach. Nie ograniczę się do tradycji łacińskiej, lecz sięgnę też do bizantyjskiej i anglikańskiej a sporadycznie także do innych.

czwartek, 22 grudnia 2011

wp

Pisałem już na łamach swoich blogów o dwóch debiutach prasowych Anno Domini MMXI. Były to debiuty całkiem nowego Uważam Rze i odrodzonego jako Fenyx jaki z popiołów swoich Maxima. Moim zdaniem obydwa były całkiem udane, a pisma owe są na rynku niezwykle potrzebne. Dziś chcę napisać o nieudanych debiutach dwóch innych pism, będących w rzeczy samej konkurentami tamtych dwóch. Mowa o tygodniku Wręcz Przeciwnie i magazynie dla mężczyzn Prime. Obydwa zniknęły z rynku ledwo się na nim pojawiły, tygodnik po trzech a magazyn (nieco zderegulowany
dwumiesięcznik) po dwóch numerach. Oczywiście każdemu nowemu pismu jest niezwykle  trudno utrzymać się na zatłoczonym rynku prasowym i każde, nawet najlepsze może rychło upaść, ale w tym przypadku do klapy przyczyniły się w dużym stopniu ewidentne błędy wydawców i redakcyj. Warto niniejszym części owych błędów przyjrzeć się bliżej.

Tygodnik pierwotnie miał nosić tytuł Wprost Przeciwnie, nieprzypadkowo kojarzący się z tygodnikiem Wprost, niegdyś zacnym, ale obecnie przejętym przez Ciemną Stronę Mocy. Nowy tygodnik miał być tworzony przez zespół dziennikarzy usuniętych ze starego po jego lewoskręcie. Co się jednak od razu rzucało w oczy, to brak w owym zespole byłego właściciela, a zarazem założyciela i wieloletniego redaktora naczelnego pisma - Marka Króla, oraz ostatniego prawicowego redaktora naczelnego Stanisława Janeckiego. Brak tych dwóch osób niewątpliwie odbierał przedsięwzięciu sporą dozę wiarygodności. Bo czyż załoga bez kapitana i pierwszego oficera jest nadal tą samą załogą? Należało więc zrobić wszystko, aby byłych szefów wciągnąć do zespołu, choćby tylko formalnie. Ciężki cios zadał tygodnikowi Ruch, potentat dystrybucyjny dyktujący warunki na rynku. Pod pretekstem zaspokojenia pretensyj aktualnego wydawcy tygodnika Wprost, dystrybutor ów kategorycznie odmówił rozprowadzania Wprost Przeciwnie, zmuszając tym samym to pismo do zmiany tytułu na Wręcz Przeciwnie. Oczywiście zmiana ta odbiła się bardzo negatywnie na kampanii reklamowej i sprzedaży nowego tygodnika. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że twórcy pisma taką reakcję w pewnym sensie sami sprowokowali. O ile można jeszcze zrozumieć nawiązanie w tytule, o tyle skopiowanie czcionki i układu graficznego było już sporą przesadą. Wydawca Wprost miał się do czego doczepić i się doczepił. A Ruch miał pretekst do działania, którego rzeczywiste przyczyny pozostają ukryte. Trzecim strzałem w stopę była bluźniercza okładka pierwszego numeru. Spowodowała ona odejście  od pisma połowy jego autorów i połowy potencjalnych czytelników. Tych ostatnich bez wątpienia odstraszała też cena, o dwa złote wyższa niż Uważam Rze. Każdy z tych elementów osobno był niegroźny, ale w połączeniu dokonały dzieła zniszczenia. W ten oto sposób całkiem interesujący i bardzo dobrze zapowiadające się pismo upadło wskutek błędów swoich twórców.

prime

Magazyn dla mężczyzn Prime również prawdopodobnie upadł (w przypadku pism rzadko wychodzących, dopóki nie ma oficjalnego komunikatu, trudno odróżnić upadek od znacznego opóźnienia w wydaniu kolejnego numeru) i też prawdopodobnie w wyniku błędów popełnionych przez jego twórców. Jest jednak pewna znacząca różnica. O ile w przypadku WP upadek spowodowało kilka drobnych błędów i niesprzyjająca sytuacja ogólna, o tyle w przypadku Prime można mówić o jednym tylko błędzie, ale za to kardynalnym. Błędem tym było nieprawidłowe wycelowanie pisma. Skierowało się na grupę docelową, która albo jest bardzo nieliczna, albo w ogóle nie istnieje.  Prime był bowiem bardzo specyficznym pismem dla mężczyzn. Specyfika ta polegała na tym, że zamiast dominujących w innych pismach tego rozebranych, czy skąpo ubranych pań, w Prime'ie królowali kompletnie odziani panowie. Ich całostronicowe fotki zajmowały jakąś jedną czwartą objętości pisma. Oczywiście miało to służyć przedewszystkiem prezentacji modnych strojów. Również znaczna część artykułów poświęcona była modzie męskiej. Oczywiście jest sporo mężczyzn interesujących się modą. Problem jednak jest w tem, że część wspólna zbioru mężczyzn interesujących się modą i zbioru czytelników pism dla mężczyzn jest zbiorem bardzo mało licznym, lub wręcz pustym. To położyło ów magazyn, bo położyć musiało. Do tego jeszcze tytuł pisma został dobrany niezbyt fortunnie. Jest oczywiście rzeczą normalną, że magazyny dla mężczyzn mają zazwyczaj anglojęzyczne. Wynika to z faktu, iż większość z nich jest mutacjami tytułów brytyjskich lub amerykańskich. Dobrze by jednak było, by takie tytuły łatwo się odmieniały przez przypadki, zgodnie z zasadami języka polskiego. Gdy jakiś tytuł, tak jak Prime, wymaga używania do odmiany apostrofu, to w konsekwencji, jako ciało obce, źle leżące w języku polskim, gorzej się wpisuje w zbiorową pamięć i świadomość, co z kolei stanowi poważną przeszkodę na drodze do osiągnięcia rynkowego sukcesu. Moim zdaniem pismo nie było skazane na porażkę. Zachowując dokładnie tę samą zawartość mogło osiągnąć sukces, gdyby zostało odpowiednio wycelowane i zatytułowane, co zresztą do tego samego się w gruncie rzeczy sprowadza. Według mnie idealnym byłby tytuł "Modny Pan" z podtytułem "Magazyn nie tylko o modzie". No ale teraz to już chyba musztarda po obiedzie.

środa, 14 grudnia 2011

maxim

 

W mijającym roku na polskim rynku prasowym miało miejsce kilka ciekawych debiutów i kilka równie ciekawych powrotów. Bodaj najciekawszy debiut (Uważam Rze) omówiłem już kilka miesięcy temu, teraz przyszedł czas na następne. Dziś omówię pewien powrót. Są na świecie oraz w Polsce takie gazety lub czasopisma, które wielokrotnie upadają, ale i wielokrotnie powstają z upadku. Upadają trzy, a nawet trzydzieści trzy razy, ale też powstają z padłych siedem razy, a nawet siedemdziesiąt siedem razy. Sztandarowym przykładem takiego bytu jest Życie redaktora Wołka, które trzy razy powstawało i trzy razy padało. Upadki i powroty ogólnopolskich gazet codziennych są głośne,  bo takowych gazet jest niewiele i wszystkie są znane wszystkim zainteresowanym. Miesięczników jest wielokrotnie więcej, dlatego miesięczniki upadają i powracają wśród ciszy i milczenia.

 

To właśnie ostatnio przydarzyło się ostatnio Maximowi, pojawiającemu się na naszym rynku po raz co najmniej trzeci. O jego powrocie dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy ujrzałem jego okładkę na sklepowej półce. Wcześniej nie dotarły do mnie żadne doniesienia medialne na ten temat. Powrót Maxima na rynek ucieszył mnie, gdyż zawsze uważałem to pismo za najlepsze w segmencie magazynów dla panów. Playboy był i jest dla mnie zbyt bezpośredni, a CKM zbyt plebejski. Maxim zaś jest akurat tak w sam raz. Jest tu oczywiście sporo tematyki erotycznej, ale nie ma dosłownej golizny. Szczególnie cieszy mnie obszerne poruszanie tematyki trunkowej. Inne pisma nieco od niej stronią, a przecież napoje alkoholowe są arcyważnym substratem europejskiej cywilizacji.  Oprócz seksu i alkoholu na łamach Maxima goszczą: sport, motoryzacja, kryminalistyka, kino i muzyka.

 

 

Brak natomiast polityki, co trochę mnie dziwi, wszak należy ona do kluczowych zainteresowań przeciętnego mężczyzny. Dziwi mnie też nieco dobór felietonistów. Zazwyczaj do tej roli dobiera się doświadczonych literatów, publicystów, naukowców, oraz tych spośród polityków i szansonistów, którzy mają już za sobą szczyt długotrwałej i niekwestionowanej kariery w swoich dziedzinach. Odrodzony Maxim poszedł inną drogą. Jego felietonistami zostali popwokalistka Doda i popbloger Kominek, oboje słynący z głośnej, lecz płytkiej refleksji nad rzeczywistością. Można więc się spodziewać, że te felietony będą raczej popfelietonami. Brak polityki i płytka felietonistyka to niestety objawy możliwego obniżenia poziomu pisma w stosunku do jego poprzednich wcieleń. Być może jednak w tym segmencie nie da się jednocześnie utrzymywać wysokiego poziomu i utrzymywać się na rynku. Wszak i Playboy w ostatnich latach obniżył poziom, co celnie, choć może nieco przesadnie skwitował niejaki forumowiecgwna na łamach forum dyskusyjnego portalu gazeta.pl: Playboy stał się w pewnym momencie zakładnikiem photoshopa, plastiku i silikonu, o innych korektach nie wspominając. Normalny zdrowy facet od dobrych 5-10lat nie ma po co brać tego pisma do reki - artykuły są banalne i powierzchowne, zdjęcia lalek zainteresują chyba tylko dzieciaki. CKM z kolei co prawda poziomu nie obniżył, ale to tylko dlatego, że nie miał z czego obniżać. Zapewne nie jest łatwo prowadzić pismo tego rodzaju. Jest się bowiem wówczas atakowanym ze wszystkich stron, od wysublimowanych intelektualistów, poprzez religijnych moralistów, aż po antyreligijne feministki. Skoro się ma tylu wrogów, to przynajmniej potencjalnym klientom trzeba schlebiać i nie wymagać od nich zbyt wiele.

 

 

 

 

wtorek, 29 listopada 2011

Od początku adwentu rusza trzeci sezon blogu Prawdziwe Boże Narodzenie, poświęconego promowaniu religijnego przeżywania świąt. W tym roku plan jest następujący. W adwencie omówię lub zacytuję te modlitwy i nabożeństwa tego okresu, których jeszcze nie wspomniałem w latach poprzednich. Wpisy w tym okresie będą dwa lub trzy tygodniowo. Od Wigilii, aż do Gromnicznej, będę pisał o kolędach, w miarę możliwości codziennie. Przedstawię kilku krajowych i zagranicznych wykonawców kolęd, a także zaprezentuję teksty i nagrania kilkudziesięciu kolęd zagranicznych. W ubiegłym roku przedstawiłem kolędy po angielsku i po ukraińsku, teraz myślę o chorwackich, czeskich, niemieckich i hiszpańskich. Można więc powiedzieć, że ciągnę ubiegłoroczny temat świętowania przez śpiew. I coś mi się zdaje, że tematu tego jeszcze i na rok przyszły wystarczy.

piątek, 30 września 2011

 

Mamy wrzesień, a więc nadeszła pora na kolejny Jesienny Tekst Organizacyjny. Na moich blogach zmieniło się niewiele, toteż rozpisywać się nie będę. Po informacje odsyłam do tekstów poprzedniego i zapoprzedniego. Dziś napiszę krótko o najważniejszych zmianach. Na Kulturze Okiem Svetomira pojawiła się nowa kategoria zatytułowana "Napisy drobne". Składają się na nią antropologiczne eseje zainspirowane krótkimi tekstami napotkanymi w różnych sektorach przestrzeni publicznej: na ulotkach, plakatach, murach, tablicach, porzuconych opakowaniach po różnych produktach, a także w książkach, prasie i internecie. Z tego ostatniego czerpię w tym cyklu stosunkowo rzadko, bo nie chcę by świat wirtualny dominował w tych tekstach. Nie wykluczam nadania w przyszłości "Napisom drobnym" formy książkowej. Cały czas szukam formuły dla cyklu festiwalowego. Zrezygnowałem  z pisania omówień poszczególnych festiwali, aby nie pisać co roku tego samego lub prawie tego samego. Teraz ograniczam się do zamieszczania plakatów i programów. Cykle o mediach i książkach będą przez cały kolejny rok kontynuowane. Pozostałe założenia moich blogów pozostają prawie bez zmian. Niektóre będą do końca roku pracować na zwolnionych obrotach, gdyż jestem obecnie bardzo zajęty intensywnym pisaniem nowej książki. Jednocześnie przypominam potencjalnie zainteresowanym, że nadal poszukuję wydawcy dla dwóch już napisanych pozycyj, a mianowicie bajek dla małych dzieci i wzorowanych na Dekameronie nowel fantasy dla dorosłych. Zainteresowanych proszę o kontakt na mejla svetomir@gazeta.pl

niedziela, 11 września 2011

 sambucus

„Gazecie Wyborczej” nie można wierzyć nawet wtedy, gdy pisze o ziołach. W piątek ósmego lipca bieżącego roku ukazał się w niej artykuł Ireny Cieślińskiej zatytułowany „Zioła – jak leczą, to leczą”. Opiera się on o jak najsłuszniejsza tezę, że zioła nie tylko leczą, ale też mogą szkodzić i to poważnie. Autorka dowodzi jednak owej tezy w sposób, delikatnie mówiąc, daleki od doskonałości. Artykuł bowiem roi się od poważnych błędów.

 

Już w pierwszym zdaniu, tam gdzie powinien być kozłek lekarski pojawia się jakiś nieznany botanice kozłak. No, ale to jeszcze można uznać za niegroźną i niewinną literówkę. Kiedy jednak autorka przytacza za anonimową i mało wiarygodną strona zielnik biz, ściągając zresztą jak leci i nie podając źródła, listę potencjalnie szkodliwych ziół nie tylko wymienia kolejne gatunki nieznane nauce (tutek czarny i paprotka słodka), ale także cały szereg roślin trujących, których od dziesiątków lat nie stosuje się ani w medycynie akademickiej, ani w ludowej (szalej, tojad). To już są błędy znacznie poważniejsze. W przypadku owego tutka, zapewne chodzi o lulka czarnego, stosowanego zresztą w lecznictwie tylko w postaciach wysokoprzetworzonych, przypadek paprotki słodkiej jest trudniejszy do rozszyfrowania, mogłoby bowiem chodzić o paprykę słodka, gdyby nie to, że jest ona warzywem i zalecenie unikania jej samodzielnego zbioru jest absurdalne. Korzystanie z takich źródeł jak wspomniana strona wymaga rozwagi i sprawdzenia danych w poważniejszych opracowaniach, na przykład w książkach naukowych, czego autorka najwyraźniej zaniedbała. Jak widać ściąganie nie popłaca, nie tylko w szkole, ale także w pracy dziennikarskiej.

 

Sporo błędów zawiera też umieszczona pod właściwym tekstem tabelka z działaniami niepożądanymi popularnych ziół. Niegotowane owoce bzu czarnego, wbrew temu, co napisała Irena Cieślińska, nie są trujące, o ile tylko są w pełni dojrzałe i nie spożyje się ich bardzo dużo. Zjedzenie dużej ilości może wywołać łagodne przeczyszczenie, zaś owoców niedojrzałych poważniejsze zatrucie z wymiotami. Trzeba jednak pamiętać, że w dużych ilościach szkodliwy jest każdy produkt spożywczy, nie tylko owoc bzu. „Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę” powiadał Paracelsus i maksyma ta, pomimo upływu setek lat, nic nie straciła ze swojej aktualności. Tego jednak, co w zazwyczaj spożywanych ilościach nie szkodzi, a tak jest z dojrzałymi owocami czarnego bzu, nie uznaje się za trujące. Niektórzy autorzy uznają te owoce za niejadalne, po części z powodu owych właściwości rozwalniających, po części zaś z powodu specyficznego smaku. Niejadalne to zdecydowanie nie to samo, co trujące. Nawet jednak jeśli uznajemy je za niejadalne, dotyczy to owoców surowych, nie zaś niegotowanych. Suszone w wysokiej temperaturze, smażone, czy zapiekane również są bez zastrzeżeń jadalne, choć niewątpliwie nie są ugotowane. Wbrew twierdzeniom autorki, zarówno kwiaty, jak i owoce głogu (w tekście nie sprecyzowano, o który surowiec chodzi) obniżają ciśnienie krwi łagodnie, nie zaś silnie i nie trzeba ich stosować pod nadzorem lekarza. Wręcz przeciwnie, wszystkie naukowe źródła są zgodne, że nawet długotrwałe ich stosowanie nie wiąże się z poważniejszymi działaniami ubocznymi, można je więc uznać, za bardzo bezpieczne. Warto przy tem zauważyć, że owoc głogu jest również surowcem spożywczym. Nawoływanie do kontroli lekarskiej nad spożywaniem głogowego dżemu, czy wina jest całkowicie pozbawione jakiegokolwiek sensu.

 

Błędów w rzeczonym tekście jest jeszcze dużo więcej, nie ma jednak żadnej potrzeby zanudzania czytelnika ich szczegółową analizą. Te, które wymieniono wyżej wystarczają do stwierdzenia, że omawiany artykuł, mimo niewątpliwie szlachetnych intencyj autorki jest, z powodu jej ewidentnych braków wiedzy w przedmiotowym zakresie, pozbawiony większej wartości. Niestety nie koniec na tym, może on bowiem być także poważnie szkodliwy. Szkodzić może dwutorowo. Po pierwsze, osoby sceptyczne wobec ziół mogą utwierdzić się i zradykalizować w swoim sceptycyzmie, wielu pacjentów może też porzucić stosowanie pożytecznych dla nich surowców, na przykład owoców bzu i głogu, na skutek nieprawdziwych informacji o ich toksyczności czy szkodliwości. Z drugiej strony entuzjastyczni zwolennicy ziół mogą uznać, że skoro w artykule o potencjalnej szkodliwości leków roślinnych są tak poważne błędy (a większość z nich te błędy wychwyci, wie bowiem o ziołach więcej niż redaktor Cieślińska), to i sama teza o możliwej szkodliwości tego typu specyfików jest błędna. To zaś skutkować może zaniechaniem przez te osoby jakichkolwiek środków ostrożności przy terapiach ziołowych i na przykład zażywanie różnych podejrzanych specyfików niewiadomego pochodzenia. Obydwie te skrajne postawy, mogące się uaktywnić pod wpływem tak bałamutnego artykułu, stanowią poważne zagrożenie zdrowotne. Takie szkodliwe teksty w poważnej prasie nie powinny się ukazywać. Powszechnie jednak wiadomo, że „Gazeta Wyborcza” do poważnej prasy się nie zalicza.

wtorek, 21 czerwca 2011

 

noursat

Skoro tak się złożyło, że od wielu miesięcy, idąc śladem telewizyj katolickich, przemieszczamy się coraz bardziej na południe Europy, to dziś będziemy kontynuować ten trend i pozostaniemy w basenie Morza Śródziemnego. Libańska telewizja katolicka Noursat, dla odbiorcy polskiego będzie zapewne najbardziej egzotycznym spośród omawianych w moim cyklu mediów religijnych. Pierwszym przejawem owej egzotyki jest język arabski w którym ta telewizja nadaje, a który raczej mało kojarzy się z religią katolicką. Po drugie program stacji silnie jest osadzony w kulturze bliskowschodniej, a więc dla Europejczyków zdecydowanie egzotycznej. Po trzecie Noursat jest telewizją katolików obrządków wschodnich - Maronitów i Ormian, które to obrządki znacznie się różnią od dominującego u nas obrządku łacińskiego i również mogą uchodzić za nieco egzotyczne. W naszym kraju odbiór telewizji Noursat jest możliwy jedynie za pośrednictwem satelity. Telewizja ta bowiem z powodów finansowych nie prowadzi na chwilę obecną transmisji swego programu w internecie. W telewizji Noursat dominują programy liturgiczne i muzyczne. Jest też sporo audycyj mówionych, ale nie wiem, czy mają one charakter katechetyczny, czy też publicystyczny, gdyż nie znam języka arabskiego i nie jestem w stanie tego rozróżnić. Jeśli chodzi o liturgię, to transmitowane są przedewszystkiem Msze Święte maronickie i ormiańskie. Msze ormiańskie, transmitowane przez tę stację są zawsze bardzo pięknie i pobożnie sprawowane, natomiast z Mszami maronickimi, których transmituje się tu znacznie więcej niż ormiańskich, jest niestety bardzo różnie. Obok równie pięknych i pobożnych można też zobaczyć polowe koncelebry mocno przypominające niedbały NOM. Kiedyś obrządek maronicki mocno ulegał wpływom tradycyjnej liturgii łacińskiej, co jeszcze nie było takie złe, współcześnie zaś równie mocno ulega wpływom zachodniej liturgii zreformowanej, co jest już znacznie gorsze, gdyż prostą drogą prowadzi do desakralizacji życia liturgicznego. Bardzo mi się podoba obfity repertuar muzyczny Noursatu. Składa się nań nie tylko muzyka sakralna, ale też ludowa i poważna. Telewizja ta jest więc najlepszym ambasadorem libańskiej kultury dla całego świata. Obyśmy się i my doczekali takiego medialnego ambasadora kultury polskiej. Wyraźny nacisk na liturgię i muzykę, jaki możemy zaobserwować w Noursacie jest tym, co w moim przekonaniu winno charakteryzować wszystkie media religijne, przedewszystkiem zaś katolickie. Bowiem chrześcijaństwo sakramentalne jest ściśle związane z własną kulturą, szczególnie muzyczną, literacką i plastyczną. A jeśli chrześcijanie porzucą swe tradycyjne wzorce kulturowe i zastąpią je obcymi, będą już o krok od porzucenia samego chrześcijaństwa. Dlatego chrześcijańskie media muszą promować nie tylko religię, ale całą tradycyjną chrześcijańską kulturę. Radio i telewizja powinny się skupić na muzyce, a prasa i serwisy internetowe na literaturze i plastyce.

wtorek, 07 czerwca 2011

 TRPP

Jeśli w jakimś kraju mają istnieć dwie telewizje katolickie a ich istnienie ma się cechować jako taką trwałością, muszą się one znacząco od siebie nawzajem różnić. Jeśli bowiem będą do siebie podobne, będą musiały dzielić między siebie to samo grono widzów, które może nie być w stanie utrzymać dwóch stacyj. Zgodnie z tą zasadą Tele Radio Padre Pio różni się znacznie od Telepace. Nie jest, jak tamta, stacją publicystyczno-dokumentalistyczną, lecz raczej liturgiczno- hagiograficzną. Program tej telewizji kręci się wokół jej "tytułowego bohatera", czy inaczej mówiąc patrona, czyli świętego Piusa z Pietrelciny, zwanego powszechnie, choć absolutnie błędnie, świętym Ojcem Pio. Msze Święte i inne nabożeństwa są transmitowane z jego sanktuarium w San Giovanni Rotondo, a większość pozostałych audycyj poświęcona jest jego życiu i nauczaniu. Tych ostatnich nie potrafię rzetelnie ocenić, z tego samego powodu, z którego nie potrafiłem się szerzej wypowiedzieć na temat publicystyki w Telepace, a mianowicie z racji całkowitej nieznajomości języka  włoskiego. Skupię się więc, jak zwykle na liturgii, bo po pierwsze, Liturgia Jest Najważniejsza, a po drugie, do oceny jakości liturgii po włosku nie jest w ogóle potrzebna znajomość języka włoskiego. Większość Mszy Świętych jest transmitowanych z koszmarnego nowego kościoła sanktuaryjnego, o którym głosi fama jakoby w istocie był on świątynią masońską, czy nawet satanistyczną. Czy jest szatański tego nie wiem, wiem natomiast, że jest bardzo brzydki i choćby z tego powodu kultowi katolickiemu służy źle. Pomijając już kwestie architektury, na które władze telewizji nie mają wpływu, celebracja jest pełna niedbałości i nadużyć, jak lisie futro pcheł. Zacznijmy od świec. W użyciu jest stojący obok ołtarza świecznik siedmioramienny, niemający jednak wiele wspólnego z żydowską menorą, bo płomienie świec nie są ułożone nie tylko w jednej linii, ale nawet w jednej płaszczyźnie. W przypadku Mszy celebrowanych przez biskupa, można by to uznać za poprawne, ale w innych przypadkach jest to rażące nadużycie. Inne niedoskonałości można raczej zaliczyć do niedbalstw, aniżeli do nadużyć, nie stają się jednak przez to mniej rażące. Czytania i modlitwa wiernych w wykonaniu krzykliwie odzianych świeckich płci obojga, czy niepodzielnie królująca dwójeczka, nie łamią wprost żadnych przepisów, ale niewątpliwie przybijają Mszom w TRPP stempel bylejakości. Całości dopełniają mało sakralne, nietradycyjne śpiewy. Niektóre Msze są transmitowane ze starego kościoła pod wezwaniem  . Te wyglądają nieco lepiej, z racji umieszczenia w bardziej sakralnej przestrzeni architektonicznej i mniejszego udziału pstrokatych laików w czynnościach liturgicznych. Jednak dwójka i tam króluje.

 

Oprócz kilku Mszy każdego dnia w programie stacji znajdują się Jutrznie, Nieszpory, Różańce, a niektórę dni także nabożeństwa okresowe, takie jak Droga Krzyżowa. Ta ostatnia była sprawowana dosyć pobożnie i tradycyjnie. Ksiądz odziany w piękną kapę chodził z wielkim, drewnianym krzyżem od stacji do stacji w towarzystwie dwóch ministrantów. Wyglądało to całkiem dobrze. Nie można tego powiedzieć o nabożeństwach z Liturgii Godzin przedstawionych w formie teledysków. Wygląda więc na to, że paraliturgia, jako przynależna do pobożności ludowej, z natury wolnozmiennej, trudniej się psuje niż liturgia.

 

Ogólnie Tele Radio Padre Pio nieco, ale tylko nieco lepiej niż Telepace wywiązuje się z zadań telewizji katolickiej. Takim wzorcom jak EWTN, czy K-TV stanowczo nie dorównuje.

niedziela, 05 czerwca 2011

 

Mija właśnie pięć lat od momentu, w którym zacząłem pisać swojego pierwszego bloga. Była nim "Kultura Okiem Svetomira", wtedy nosząca tytuł "Okiem Svetomira". W kolejnym roku założyłem kilka następnych blogów: "Rybnik w Obiektywie Komórki", "Limeryki ze Śmietnika" (obecnie "TFUrczość Svetomira”) oraz "Politykę Okiem Svetomira". Wszystkie one mieszczą się na blox.pl. Potem założyłem blogi na innych platformach, na które wklejam niektóre teksty z powyższych czterech. Jeszcze później założyłem kilka blogów wąskotematycznych, które uzupełniam dosyć nieregularnie. Wróćmy jednak do początków. Pierwsze trzy teksty zamieściłem w czerwcu 2006 roku, dwa o polityce edukacyjnej, jeden o religii, potem nastąpiła półroczna przerwa. Można wręcz powiedzieć, że zarzuciłem pomysł pisania bloga. Powróciłem doń, gdy nie miałem gdzie zamieścić  tekstu napisanego w obronie arcybiskupa Wielgusa. Od stycznia 2007 roku prowadzę ów blog regularnie. Z początku poświęcony polityce i kulturze, a od jesieni tegoż roku tylko kulturze. Chociaż teraz mam wiele blogów, ten pozostał głównym i pewnie jeszcze długo nim pozostanie.

sobota, 04 czerwca 2011

  telepace

Pisałem już o telewizjach amerykańskiej, czeskiej i austriackiej, teraz w tej wędrówce na nieco umowne południe wypadałoby omówić włoskie. W tym kraju są co najmniej dwie stacje godne uwagi: Telepace i Teleradio Padre Pio. Dziś zajmę się tą pierwszą, a w następnym wpisie drugą. O stacji tej wspominałem już przy okazji pisania o czeskiej telewizji Noe, która emituje wiele programów wyprodukowanych przez swoją włoską odpowiedniczkę. Telepace to stacja o profilu przedewszystkiem społeczno-publicystycznym, w drugiej zaś kolejności liturgicznym.

 

Na temat ich publicystyki nie jestem w stanie wiele powiedzieć, albowiem nie znam języka włoskiego. Co do liturgii i paraliturgii, to Telepace transmituje Mszę Świętą i kilka wersyj Różańca Świętego. Msza Święta w Telepace jest transmitowana z własnej kaplicy telewizyjnej. Kaplica ta jest urządzona w nowoczesnym i dosyć prostym stylu, ale przy tem raczej gustownie. Nie ma tu starego ołtarza, a na nowym stoją dwie świece, zaś obok niego w miarę normalnie wyglądający krzyż. Za ołtarzem, w centralnym miejscu znajduje się tabernakulum, a po obydwu jego stronach wizerunki aniołów w pozie adoracji. Gdyby więc ołtarz dosunąć do ściany i umieścić na nim krzyż, byłaby to całkiem przyzwoita tradycyjna kaplica katolicka. Na bocznej ścianie wisi obraz Miłosierdzia Bożego, co stanowi kolejny dowód na to, że orędzie świętej Faustyny Kowalskiej jest najistotniejszym wkładem katolicyzmu polskiego do skarbca Kościoła Powszechnego. Myślę, że o wystroju kaplicy tyle wystarczy, więcej miejsca należy poświęcíć samej celebracji Mszy Świętej, która jest źródłem i szczytem życia chrześcijańskiego, powinna być więc także źródłem i szczytem programu katolickiej telewizji. Niestety, Msza Święta w Telepace nie może być postawiona w jednym rzędzie z tymi w EWTN, K-TV, czy nawet Noe, jest bowiem sprawowana niedbale i pełna nadużyć liturgicznych. Króluje dwójeczka (II Modlitwa Eucharystyczna) akt pokutny bywa pomijany, a Credo Nicejsko-Konstantynopolitańskie zastępowane Składem Apostolskim. Przy ołtarzu brak ministrantów, a na kielichu brak welonu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo we Włoszech, podobnie, jak w Polsce, bezapelacyjnie dominuje bylejakość liturgiczna. Wynika to oczywiście z absolutnej dominacji katolicyzmu w społeczeństwie, a co za tem idzie, z braku konkurencji. Smutne to, ale prawdziwe. Nie byłbym jednak uczciwy, gdybym nie wymienił również i pozytywów Mszy w Telepace, bo są i takowe, choć nie ma ich wiele. Pierwszym jest to, że Kyrie Eleison jest często śpiewane po grecku, a drugim to, że oprócz dwójki są też w użyciu inne modlitwy eucharystyczne. Za trzeci można uznać omówiony już wyżej wystrój kaplicy. Co do Różańca, to jest on emitowany kilka razy dziennie w różnych wersjach językowych i w różnych formach. Z tych pierwszych, oprócz włoskiej, jest też obecna francuska i rumuńska, a z drugich, oprócz klasycznej, również tak zwany Różaniec Biblijny.

 

 

Jeśli chodzi o ogólną ocenę tej telewizji, to zależy ona przedewszystkiem od tego, jakie zadania stawia się mediom katolickim. Odnoszę wrażenie, że Telepace pragnie zająć się intelektualną formacją katolików prowadzoną za pomocą solidnej dokumentalistyki i publicystyki. Można stwierdzić, że z tak sformułowanego zadania wywiązuje się całkiem nieźle. Ja jednak od dawna stawiam i nadal podtrzymuję tezę, że podstawowym zadaniem mediów katolickich jest promocja wysokiej jakości liturgii, albowiem to lex orandi kształtuje lex credendi, a to z kolei lex vivendi. Z tego zaś zadania nie wywiązuje się wcale.

czwartek, 17 marca 2011

W tym roku piszę wiosenny tekst organizacyjny nieco później niż zazwyczaj i to z dwóch powodów. Po pierwsze tegoroczny Wielki Post zaczął się bardzo późno, a ja zawsze piszę ów tekst na początku tego okresu liturgicznego. Po drugie, nie zdążyłem go napisać na czas, bo musiałem najpierw ukończyć kilka innych, pilniejszych tekstów. Zastanawiałem się zresztą, czy jest on w ogóle potrzebny, bo na moich blogach niewiele się zmieniło. Będę więc pisał krótko, a tych czytelników, którzy mało jeszcze znają moje blogi zachęcam do zapoznania się z poprzednim tekstem organizacyjnym. Tu napiszę tylko o tym, co się zmieniło. Późną jesienią, z racji uczestnictwa w konkursie nowych blogów, założyłem pięć blogów wąskotematycznych, w większości wtórnych w charakterze: "Piwo Okiem Svetomira", "Kofeina to jest to", "Tytoń nie gryzie" (trzy powyższe tworzą moją drugą "tryblogię"), "Wspomnienia o ludziach kultury" i "Polski Turbofolk". Ten ostatni zamierzam prowadzić najaktywniej. Jego trzon stanowią pisane przeze mnie teksty piosenek tworzone w intencji przynajmniej częściowego zbliżenia odradzającej się muzyki disco polo do tradycyjnego słowiańskiego folkloru muzycznego i nadania jej formy i funkcji analogicznej do bułgarskiej czalgi i serbskiego turbofolku.  Większość tych tekstów to tłumaczenia słowiańskich, zwłaszcza zaś ukraińskich piosenek ludowych. Obok nich pojawiają się i pojawiać się będą parodie rozmaitych piosenek i całkiem oryginalne moje utwory, luźno inspirowane folklorem. Zamiar wpłynięcia na potężny nurt muzyczny przez takiego szaraczka jak ja, może wydawać się nazbyt zuchwały, ale jak często powtarzam za moim ulubionym poetą "choćbyś był jak kamień polny, lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach". Oczywistą jest rzeczą, że blog o tak rozrywkowej treści, w okresie Wielkiego Postu uaktualniany nie jest. Okres ten ma też wpływ na inne moje blogi. Na moim głównym blogu, którym jest "Kultura Okiem Svetomira" nie pojawiają się w tym czasie recenzje muzyki rozrywkowej i filmów. W tym okresie aktywny jest też specjalny blog wielkopostny "Prawdziwy Wielki Post". W Wielkim Tygodniu zmieni go "Prawdziwa Wielka Noc", ostatnia część mojej pierwszej tryblogii. W lecie reaktywuję "Moje Ulubione Produkty". Wróciłem na ProPolonię, bo poprosił mnie o to jej wydawca, a Andrzej Lepper przestał tam pisywać, zaś jego zwolennicy przycichli.  Na innych moich blogach, sytuacja pozostaje bez zmian w stosunku do opisanej jesienią. Miało być krótko, a wyszło jak zawsze. No, ale czego można się spodziewać po tak zatwardziałym grafomanie, jak ja.

środa, 02 marca 2011

uważam rze

Odkąd tygodnik "Wprost" zmienił wydawcę, kierownictwo i linię polityczną, na prawej stronie polskiego rynku prasowego pojawiła się dolegliwa luka. Nie było już tygodnika ogólnoprawicowego, pozostały jedynie periodyki mniej lub bardziej partyjne. Ale, jak powszechnie wiadomo, natura vacui horroat, toteż było oczywiste, że prędzej, czy później na rynku pojawi się tygodnik, który puste miejsce po "Wprost" zapełni. Nie było jedynie jasne, czy któryś ze wspomnianych poszerzy swoją linię, czy też powstanie nowy tytuł, być może oparty o jakieś inne medium.

 

Sytuacja rozwinęła się według tego drugiego scenariusza. W styczniu bieżącego roku dziennik "Rzeczpospolita" poinformował, że zamierza uruchomić tygodnik. W lutym nowy tytuł pojawił się na rynku jako "Uważam Rze - Inaczej Pisane". Różni się on znacznie od innych tygodników opinii, przedewszystkiem fizycznie. Ma od nich nieco większy format (aczkolwiek znacznie mniejszy od dzienników i tych tygodników, które się do nich upodobniały), jest też wydawany na papierze gazetowym, a nie kredowym. Autorami większości tekstów są dziennikarze Rzepy. Tematyka pisma nie ogranicza się do polityki, ale obejmuje szerokie spektrum zagadnień społeczno kulturalnych. Linię polityczną ma szeroko prawicową - są tu obecne zarówno teksty propisowskie, jak i antypisowskie. Teksty są zasadniczo solidnie napisane, a ich tezy solidnie uargumentowane. Oczywiście, zdarzają się przypadki argumentacji nieco naciągniętej, nie ma tu jednak takich kuriozów na jakie często można się natknąć w bardziej niszowych pismach prawicowych. Pod względem merytorycznym pismo zasługuje na ocenę bardzo dobrą. Jest w mojej ocenie najlepszym na tę chwilę tygodnikiem prawicowym w Polsce.

 

Ma jednak także swoje mankamenty. Do najpoważniejszych należą niedociągnięcia redakcyjne. W piśmie zdarzają się nie tylko literówki, co jeszcze można by przeboleć, ale także błędy składniowe, a nawet urwane zdania. To wymaga poprawy. Niezbyt także podoba mi się tytuł, jest bowiem stanowczo za długi. Cztery słowa, liczące w sumie dziesięć sylab, to o wiele za dużo. Tak długi tytuł zdecydowanie zmniejsza szanse na sukces.  Warto zauważyć, że cztery pisma, zdecydowanie dominujące na krajowym rynku tygodników opinii, mają tytuły jednowyrazowe (Wprost, Przekrój, Newsweek i Polityka). Nowy tygodnik też powinien skrócić nazwę. Samo "Rze" byłoby idealne. Plusem jest natomiast cena pisma, zwłaszcza ta promocyjna, obejmująca kilka pierwszych numerów. Niecałe dwa złote za gruby tygodnik pełen interesujących tekstów, to jak za darmo. Również ostateczna cena (4,50 PLN) nie jest wygórowana. Ogólnie więc ów tygodnik, mimo małych zastrzeżeń, zdecydowanie polecam. Mam też nadzieję, że zdoła się ono utrzymać na rynku i zapewnić sobie trwały byt. A, niestety, nie jest to takie pewne, bo rynek jest trudny.

środa, 23 lutego 2011

kultura rybnik

Różnego rodzaju "prospołeczne" programy finansowane po części za pośrednictwem instytucyj finansowych  Unii Europejskiej (a nie z jej funduszy, bo one przecież nie są pierwotnym źródłem pieniędzy, gdyż pochodzą ze składek państw członkowskich, a więc de facto z naszych podatków) są zasadniczo zorganizowanym systemem marnowania pieniędzy. Można jednak marnować pieniądze bądź to całkowicie bezsensownie, bądź też częściowo sensownie. Program Kultura.rybnik.eu należy do tej drugiej kategorii. W Rybniku na polu kultury dzieje się bardzo wiele. Co roku mamy setki imprez, różnego charakteru i różnej rangi. Organizatorami tych imprez są dziesiątki rozmaitych podmiotów. Brakowało natomiast dotąd dwóch rzeczy - koordynacji (nieraz zdarzało się, że dwie do tego samego odbiorcy skierowane imprezy odbywały się w dwóch różnych punktach miasta w tym samym czasie) i wyczerpującej informacji (często o ciekawych imprezach potencjalni uczestnicy mieli małe szanse się dowiedzieć). Jeśli omawiany system będzie funkcjonował tak, jak należy, powinien zapewnić i jedno i drugie. Nie jestem jednak przekonany, co do rzeczywistej potrzeby uruchamiania wszystkich jego elementów. Oczywiście nie mam żadnych wątpliwości, co do strony internetowej i papierowego miesięcznika. Jednak w stosunku do elektronicznych billboardów, infokiosków i audycyj w niszowej telewizji TVT mam mieszane uczucia. Ale życzę projektowi powodzenia i to z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że dobrze życzę Rybnikowi w ogólności, a życiu kulturalnemu tego miasta w szczególności, a powodzenie projektu może mu zapewnić pozbycie się najpoważniejszych mankamentów i dalszy rozkwit. Po drugie zaś, jedynie powodzenie projektu gwarantuje, że pieniądze, pochodzące de facto z naszych podatków, nie będą bezsensownie zmarnowane.

kultura rybnik

 
1 , 2 , 3 , 4