LUDZIE

wtorek, 27 grudnia 2016

gm

25 XII bieżącego roku, w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia zmarł George Michael, piosenkarz znany między innymi z bożonarodzeniowego przeboju „Last Christmas”. Naszej części świata ta śmierć została przyćmiona przez katastrofę lotniczą, w której zginęli prawie wszyscy śpiewacy rosyjskiego Chóru Aleksandrowa, zajmującego się głównie gloryfikacją Armii Czerwonej i Związku Sowieckiego.

 

Szkoda, że tak się stało, bo to śmierć Michaela jest znacznie bardziej znamienna. W pobożności ludowej, najczęściej katolickiej, ale nie tylko, przywiązuje się pewną wagę do daty śmierci poszczególnych osób. Gdy w tegoroczną Wielkanoc zmarli Matka Andżelika (założycielka najważniejszej na świecie telewizji katolickiej EWTN) i ks. Jan Kaczkowski, pojawiły się liczne głosy, że jest to oznaka szczególnej łaski Bożej dla tych ludzi.

Teraz w Boże Narodzenie zmarł George Michael, współtwórca kulturowej otoczki współczesnego Bożego Narodzenia, jednego z podstawowych elementów kulturowego chrześcijaństwa, na którym opiera się dzisiejsza cywilizacja zachodnia, którą niekiedy nazywam postłacińską. I teraz, jeśli przyjmiemy, ze data śmierci zakonnicy i księdza oznaczały Boską akceptację dla ich życia i dzieła, to to samo musimy przyjąć odnośnie daty śmierci piosenkarza. Wygląda więc na to, ze Bóg lubi kulturowe chrześcijaństwo, choćby na zasadzie, że lepsze takie, niż żadne. Oczywiście, równie prawdopodobne, a może i bardziej jest to, że z żadną z tych dat Bóg nie miał nic bezpośrednio wspólnego, bo jeśli i daje nam jakieś znaki, to raczej subtelniejszej natury.

17:33, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 grudnia 2013

Dziś rano zmarł w Katowicach, w wieku lat 81, Wojciech Kilar, jeden z najwybitniejszych współczesnych kompozytorów, nie tylko w skali Polski, ale i świata. Przez wiele lat rozsławiał on imię Polski w świecie. Jego wkład w kulturę polską i światową jest niezwykle znaczący. „Krzesany”, oraz muzyka do ponad stu filmów na stałe weszły do kanonu światowej muzyki. Polonez z „pana Tadeusza” wyparł ze studniówek „Pożegnanie Ojczyzny” Ogińskiego. Wraz ze zmarłym kilka lat temu Henrykiem Mikołajem Góreckim sprowadził on polską muzykę poważna na powrót na tory osadzenia w Tradycji, przerywając awangardowe zaczadzenie. Jego zasługi można by opisywać latami i na pewno jeszcze kiedyś zrobię to obszerniej, ale dziś chcę ten tekst napisać i rozpowszechnić jak najszybciej, gdyż postulat, który chcę zgłosić uważam za niezwykle ważny i pilny.

Odszedł wielki Polak, jeden z największych. Requiem aeternam dona ei, Domine, et lux perpetua luceat ei. Requiescat in pace. Amen. Modlitwy teraz potrzebuje najbardziej.

Żeby zaś pamięć o nim w narodzie nigdy nie zaginęła, pochowajmy go w nowym Panteonie Narodowym w kościele św. św. Piotra i Pawła w Krakowie. Jest tego ze wszech miar godzien. Nie zawsze doceniamy naszych wielkich rodaków, tak, jak na to zasługują. Hańbą dla nas jest, że nie pochowaliśmy na Skałce Witolda Lutosławskiego. Właśnie jego sprawa zainspirowała mnie do walki o godne pochówki wielkich Polaków. Zdaję sobie sprawę z tego, że mój głos jest słaby i ledwo słyszalny. Pamiętam jednak, że „lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach” (Cz. Miłosz). Dlatego nie zamierzam odpuszczać. W przypadku Czesława Miłosza stanęliśmy na wysokości zadania. Wtedy jeszcze swej walki nie prowadziłem i wkładu w ten pochówek żadnego nie miałem. Gorąco go jednak od samego początku popierałem w trakcie licznych dyskusyj na rozmaitych forach internetowych. Teraz czas, abyśmy ostatni hołd oddali Mistrzowi Wojciechowi Kilarowi To nasz obowiązek.

Kiedy kilka lat temu poświęciłem podobny apel Leszkowi Kołakowskiemu, spotkałem się z bardzo małą dozą zrozumienia, a bardzo dużą oburzenia i osobistych ataków. Rok później, gdy zaproponowałem Panteon Narodowy dla Henryka Mikołaja Góreckiego, uzyskałem spore poparcie, chociaż efektu moje działania nie przyniosły żadnego. W lecie bieżącego roku zaapelowałem o pochowanie w krakowskim Panteonie Narodowym Sławomira Mrożka. Faktycznie tak się stało, choć nie ma w tem żadnej mojej zasługi, bo moje teksty w tej sprawie przeszły tym razem bez echa. Teraz po raz kolejny zabieram głos w sprawie Panteonu. Bardzo dobrze by się stało, gdyby w nowym krakowskim Panteonie Narodowym Sławomir Mrożek nie leżał zbyt długo sam. Dlatego apeluję, by pochować tam również Wojciecha Kilara. A jeśli nie tam, to na Jasnej Górze, którą szczególnie ukochał.

 

 

 

 

 

 

22:33, svetomir , LUDZIE
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 września 2013

Ostatni tekst o sobie pisałem trzy lata temu. Trzy lata, to wiele czasu. Przez ten czas wiele się zmieniło. Najpierw więc o tym, co się nie zmieniło. Urodziłem się w 1975 roku w Rybniku i od kilku lat znów mieszkam w tym mieście. Jestem farmaceutą (Śląska Akademia Medyczna, Sosnowiec, 1999) i antropologiem kulturowym (Uniwersytet Śląski, Cieszyn, 2004).

 

Pracuję jako kierownik apteki w Rybniku, dorabiam sobie jako niezależny, prawicowy niezależny  publicysta. Jestem autorem książek „Religie w Polsce” (Księży Młyn, Łódź, 2010) oraz "Ludzie i religie w Polsce" (Videograf II, Chorzów 2012). W planach i w przygotowaniu mam kilka kolejnych książek z różnych gatunków. Publikuję w licznych czasopismach, m. in. W „Najwyższym Czasie”, Opcji na Prawo”, "Bez Recepty" i „ALBOalbo”. Prowadzę kilka blogów, m. in.: Kultura Okiem Svetomira, TFUrczość Svetomira, Rybnik i okolice w obiektywie komórki, Polityka Okiem Svetomira. Jestem żonaty, mam dwoje dzieci: syneczka urodzonego w  2005 i córeczkę urodzoną w 2009. Zarówno w kwestiach religii, jak i polityki moje poglądy uznać można za zdecydowanie konserwatywne.

 

Przyjmuję zamówienia na publikacje. Mogę napisać książkę popularnonaukową z zakresu nauk humanistycznych lub tematyki zdrowotnej, a także publicystyczną lub biografię jakiejś osoby. Chętnie podejmę się też pisania artykułów z tych dziedzin. Zainteresowanych proszę o kontakt: svetomir@gazeta.pl

12:10, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 sierpnia 2013

 

Wczoraj rano zmarł w Nicei Sławomir Mrożek, jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy świata i jeden z największych współczesnych Polaków. Módlmy się za jego duszę.

Requiem aeternam dona ei, Domine, et lux perpetua luceat ei. Requiescat in pace. Amen. Modlitwy teraz potrzebuje najbardziej.

 

Żeby zaś pamięć o nim w narodzie nigdy nie zaginęła, pochowajmy go w Panteonie Narodowym pod Kościołem Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Krakowie. Jest tego ze wszech miar godzien. Nie zawsze doceniamy naszych wielkich rodaków, tak, jak na to zasługują. Hańbą dla nas jest, że nie pochowaliśmy na Skałce Witolda Lutosławskiego. W przypadku Czesława Miłosza stanęliśmy na wysokości zadania. Teraz czas, abyśmy ostatni hołd oddali Sławomirowi Mrożkowi. To nasz obowiązek.

Poniżej treść petycji, która można wysłać na adresy:

kardynal@diecezja.krakow.pl,

biuro@panteonnarodowy.pl

Petycja jest skierowana do fundacji Panteon Narodowy i do metropolity krakowskiego, jako dysponenta świątyni.
Do:
Fundacja "Panteon Narodowy" i Kuria Metropolitarna w Krakowie
Stanisław Kard.Dziwisz i prezes Marek Wasiak
Fundacja "Panteon Narodowy"
ul. Kanonicza 14, 31-002 Kraków
Kuria Metropolitarna w Krakowie
ul.Franciszkańska 3,31-004 Kraków

Eminencjo, Najdostojniejszy Księże Kardynale!
Wielce Szanowny Panie Prezesie!
Odszedł od nas wybitny nasz rodak, jeden z najwybitniejszych współczesnych dramaturgów Polski i świata, Sławomir Mrożek.


Biorąc pod uwagę jego wspaniałe osiągnięcia literackie i ogromny wkład w kulturę Polski i całego świata, zwracamy się z prośbą o uznanie tych zasług poprzez pochowanie Wielkiego Pisarza w Panteonie Narodowym.


Jeżeli ktoś zasługuje na takie wyróżnienie, to jest to Sławomir Mrożek.
Z wyrazami szacunku

Zachęcam też do podpisania petycji w tym miejscu.

Podobne akcje przeprowadzałem już w przypadku Leszka Kołakowskiego i Henryka Mikołaja Góreckiego. Nie przyniosły one wtedy skutku, ale nie zniechęcam się i podejmuje kolejne próby po śmierci kolejnych wielkich Polaków.

Nie wiem, czy Panteon jest już gotów na przyjęcie pochówków, ale myślę, że w kilka tygodni można go przygotować, a zgodnie z informacjami medialnymi, pogrzeb ma się odbyć nie wcześniej niż za dwa tygodnie. Zgodnie z wola pisarza, ma on być pochowany w Krakowie, co zdaje się być okolicznością sprzyjającą.

00:20, svetomir , LUDZIE
Link Komentarze (1) »
piątek, 30 listopada 2012

kj

Cykl moich tekstów poświęconych wspomnieniom o ludziach kultury, choć niestary, ma już swoje tradycje. Jedną z nich jest to, ze corocznie przynajmniej jeden wpis poświęcam osobie duchownej, i temu już latoś uczyniłem zadość, a druga, ze corocznie wspominam przynajmniej jedną osobę, która osobiście poznałem i to właśnie chcę uczynić dzisiaj. 
Profesor Krzysztof Jędrzejko uczył mnie botaniki na farmacji. Był jednak nie tylko botanikiem, ale tez poetą. na wiedzę o roślinach patrzył w szerokim, także kulturowym kontekście. Dlatego też mogę śmiało powiedzieć, ze miał niemały wpływ również na moją drogę twórczą.Warto o nim pamiętać.

10:44, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 listopada 2012

gintrowski

 

Jak większość Polaków, Przemysława Gintrowskiego kojarzę głównie z towarzyszenia archipoecie Jackowi Kaczmarskiemu. Po śmierci Mistrza umieszczałem go w gronie kandydatów do Jego zastąpienia. Po jakimś czasie doszedłem jednak do wniosku, że nie ma i długo nie będzie w Polsce barda, który mógłby wypełnić lukę po Kaczmarskim. Mogą to uczynić tylko wszyscy polscy bardowie razem wzięci, a i tak chyba nie do końca. Będzie im zresztą coraz trudniej, bo sami się wykruszają po trosze. W październiku odszedł jeden z największych - Przemysław Gintrowski. Dlaczego nie udało mu się osiągnąć pozycji i sławy Kaczmarskiego? Przecież był lepszym od niego kompozytorem i gitarzystą. Ano dlatego chyba, że Wielki Bard nie musi być wielkim kompozytorem i gitarzystą. Edward Stachura był fatalnym kompozytorem i gitarzystą, a uzyskał sławę nieśmiertelną. Przemysław Gintrowski właściwie nie zaistniał jako poeta. Umuzyczniał, grał i śpiewał przedewszystkim wiersze cudze. Kaczmarski zaś śpiewał prawie wyłącznie swoje teksty, a pisał prawie wyłącznie dla siebie. Gintrowski zaś był przedewszystkiem kompozytorem i pisanie muzyki dla różnych wykonawców było zasadniczą składową jego twórczości. Do tego jeszcze Kaczmarskiemu pomogła emigracja, podobnie jak wcześniej Mickiewiczowi, Słowackiemu i Miłoszowi. W okupowanym kraju nie można było pisać swobodnie, a brak swobody twórczej nie sprzyja poetom. Jak zaznaczyłem wyżej, Przemysław Gintrowski zaistniał nie tylko jako towarzysz Kaczmarskiego, ale przedewszystkiem kompozytor. I to jego wcielenie również ma obszerne miejsce w mojej pamięći. W latach XC oglądałem w TV audycje z jego piosenkami, wykonywanymi przez różnych wykonawców. Zapamietałem jedna z nich:

Coś ty zrobiła, siostro, coś Ty zrobiła!
Oni teraz tu przyjdą po ciebie!
Ktoś musział Cię zobaczyć, kiedy tam byłaś,
Ktoś widział, jak zwłoki w ziemi grzebiesz.

Przyjdą cię zabrać, siostro, oni cię stracą;
Wiem, że nigdy nie wybaczą tobie,
Choć nie wiem, czemu brata nazwali zdrajcą.
Wszak to nie są sprawy dla nas, kobiet.

Ty rozkaz bogów pragnęłaś wykonać,
Ale bogowie są przecież wysoko.
Któż ujmie się za tobą, Antygono,
Gdy Cię strażnicy do lochu powloką?!

Zakaz króla był, a nam słuchać trzeba;
Nikt Polinejka i tak nie przebudzi.
Mnie wszystko jedno, kto dziś rządzi w Tebach.
Nic się nie zmieni w losach zwykłych ludzi.

Nasza matka śmierć sobie zadała,
Własne dłonie ojcu wzrok wydarły,
Obu braci okrutna wojna zabrała
I tobie pilno do krainy zmarłych.

A ja tu będę żyła, siostro, bo przecież
Ktoś musi przeżyć z naszego rodu,
Kto dzieci na świat wyda, umrze zwykłą śmiercią
I o kim poeci nie ułożą rapsodu.

Słowa Jerzy Czech. Niesttety, nie znalazłem w sieci nagrania. Nie wiem też, kto to śpiewał.

23:48, svetomir , LUDZIE
Link Komentarze (4) »
sobota, 10 listopada 2012

mn

Od dwóch lat w przededniu Marszu Niepodległości poświęcam parę słów tej imprezie. W poprzednich dwóch latach jednoznacznie ją popierałem i popieram ją nadal.  Uważam jednak, że w roku bieżącym patrioci przebywający tego dnia w Warszawie mogą z czystym sumieniem wybierać pomiędzy dwoma marszami- narodowym i prezydenckim. Mój stosunek do obecnego prezydenta wyjaśniałem już w kilku tekstach, ale tym, którzy ich nie czytali, przypomnę w paru słowach, że mam duży dystans do osoby i równie duży szacunek dla urzędu. Co zaś się tyczy samej inicjatywy marszu, to Bronisławowi Komorowskiego należy się za nią uznanie, osobliwie za to, że czci on obydwu ojców polskiej niepodległości. Oczywiście, nie czyni to Czerwonego Hrabiego postacią kryształową, ale wśród liderów konkurencyjnego marszu znaleźć można postacie dalece niekryształowe. Na takim na ten przykład Kobylańskim całkiem niebłahe ciążą grawamina. Jeżeli o mnie chodzi, to gdybym był warszawiakiem, w latach poprzednich szedłbym z narodowcami, ale w tym roku z prezydentem. Z innych kwestyj, cieszy fakt, że lewacy tym razem nie sprowadzili z zagranicy terrorystycznych bojówek i zapowiedzieli łagodniejsze niż w zeszłych latach formy demonstrowania swoich chorych przekonań i zboczeń. Czy dotrzymają słowa? Pożywiom, uwidim, jak mawiają starzy górale. Na koniec jeszcze chciałem jeszcze przypomnieć o równie ważnym, jeśli nawet nie ważniejszym od demonstracyj, muzycznym świętowaniu Dnia Niepodległości. W ramach tego przypominania, zamieszczam poniższy plakat. 

rn

22:38, svetomir , LUDZIE
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 listopada 2012

Bolewski

Jak, co roku, w moim cyklu wspomnieniowym nie może zabraknąć duchownych, religia jest wszak fundamentem kultury. Natomiast to, że chcę napisać akurat o ojcu Bolewskim, może niektórych moich czytelników dziwić. Obecnie bowiem reprezentuję zupełnie inny nurt katolicyzmu niż ten duchowny. Był jednak taki czas, gdy poszukiwałem na swojej duchowej ścieżce inspiracji z różnych źródeł, nie tylko katolickich i nie tylko chrześcijańskich. Nie wypieram się tego, ani tego nie odrzucam. To przecież tez mnie zbudowało i ukształtowało takim, jakim jestem. Dlatego też w zeszłym roku napisałem o o. Janie Berezie OSB, a teraz piszę o o. Jacku Bolewskim SJ.

 

W czasie moich fascynacji Wschodem szukałem takich księży, zwłaszcza publikujących, którzy włączali do katolicyzmu różne elementy religii azjatyckich. Zaczytywałem się więc w książkach Antoniego de Mello SJ, Karola Vallesa SJ, Tomasza Mertona OCSO, Bedy Griffithsa OSB Cam, a z Polaków właśnie Jacka Bolewskiego SJ. W tym czasie były dość popularne dwie jego prace : Prosta praktyka medytacji i Nic jak Bóg. Z obydwu wiele skorzystałem. Prosta praktyka pomogła mi znacząco w nauczeniu się Modlitwy Jezusowej, którą zreszta zacząłem praktykować pod wpływem Antoniego de Mello i która do dziś jest moja podstawową modlitwą. Natomiast Nic jak Bóg nauczyła mnie wielu różnych rzeczy, z których dwie są warte wspomnienia, bo własnie dzięki nim uważam, że życie i twórczość ojca Jacka są godne dobrej pamięci.

Po pierwsze, w tej książce polski jezuita stawia wyraźne granice dopusztalnych inspiracji pozachrześcijańskich, jednoznacznie stwierdzając, że tylko w Jezusie Chrystusie jest zbawienie człowieka. To było wtedy dla mnie bardzo ważne i uchroniło mnie przed popadnięciem w synkretyzm. Po drugie, tą książka Bolewski nauczył mnie szukania inspiracji duchowej w dziełach kultury, w literaturze, plastyce, kinematografii i z tej nauki korzystam do dziś. Nic jak Bóg jest pozycją, którą spokojnie moge polecić każdemu zainteresowanemu duchowoscią kultury.

13:50, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 listopada 2012

żygulski

Jeden z poprzednich moich cykli wspomnieniowych otwierał tekst o Klaudiuszu Lévi-Straussie, który z różnych względów stał się ikoną antropologii kulturowej. Daleki jestem od strukturalizmu, ale jego wpływu na moja dyscyplinę nie mogę lekceważyć. Dziś kolejny cykl chcę otworzyć wzmianką o polskim uczonym, którego nie sposób nie przyrównywać do CLS.

 

Zmarły w lutym bieżącego roku socjolog kul;tury Kazimierz Żygulski nie był może powszechnie znany, nawet w skali kraju, ale wszechstronność jego dokonań powoduje, że trzeba o nim wspominać, bo jest ona naprawdę wyjątkowa. W ciągu 92 lat swego życia nie tylko przeprowadził znaczące badania, napisał wiele książek, w tym kilka naprawdę istotnych i wychował kolejne pokolenia naukowców, ale także założył prywatną uczelnię oraz akademicką telewizję i był przez pewien czas ministrem kultury.

Z książek moim zdaniem najbardziej znacząca jest praca Święto i kultura, która jeszcze zapewne przez wiele lat będzie dobrze służyła nie tylko socjologom, ale też antropologom kulturowym, kulturoznawcom, publicystom i pasjonatom. Spośród pozostałych dokonań na szczególną uwagę zasługuje telewizja EDUSAT, która należy do moich ulubionych stacyj telewizyjnych, a która pozwala każdemu widzowi wysłuchać we własnym domu akademickich wykładów z różnych dziedzin. Dla mnie zresztą najbardziej interesującymi punktami jej programu były wykłady samego profesora Żygulskiego, który pozostawał aktywny do ostatnich lat życia.

11:56, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 stycznia 2012

frykowska

 

Maja Frykowska, dawniej znana jako Agnieszka i pod pseudonimem Frytka, od wielu już lat gości od czasu do czasu na łamach mediów, tak drukowanych, jak i elektronicznych osobliwie zaś te, które lubują się w wyszukiwaniu i publikowaniu rozmaitego autoramentu sensacyj. Stała się słynna, gdy uczestnicząc w którymś z idiotycznych widowisk telewizyjnych typu reality show uprawiała publicznie seks z innym uczestnikiem tego programu. O nim słuch zaginął, ale ona od tej chwili zaczęła funkcjonować gdzieś na obrzeżach krajowego showbiznesu. Można więc przypuszczać, że erotyczny eksces był starannie zaplanowanym sposobem na zaistnienie w przestrzeni publicznej, a nie zatraceniem się w cielesnej chuci. Metoda okazała się dosyć skuteczna, ale i obarczona niemałymi skutkami ubocznymi. Frykowska stała się znana, ale wielkiej kariery nie zrobiła, bo została zaszufladkowana do kategorii twórców erotycznych. Próbowała swoich sił jako piosenkarka i aktorka, ale bez większego powodzenia. Nie zagrała żadnej poważnej roli i nie nagrała samodzielnej płyty długogrającej. Lepiej poszło jej w dziennikarstwie. Prowadzi programy telewizyjne i portale internetowe. Od jakiegoś czasu widać wyraźnie, że przeszłość zaczęła jej ciążyć. Od mniej więcej dwóch lat dziennikarka podejmuje próby odcięcia się się od swojej przeszłości i związanego z nią nie do końca pożądanego wizerunku. Punktem zwrotnym wydaje się być zmiana imienia z Agnieszka na Maja, dokonana w 2010 roku. Jest to zmiana poniekąd dosyć dziwna. Zazwyczaj bowiem jest tak, że jeśli ktoś chce się odciąć od swojej lub rodzinnej przeszłości, to zmienia raczej imię, niż nazwisko, bo to wszak po nazwisku kojarzy się ludzi. Wyjątkiem jest może taka sytuacja, kiedy ktoś ma bardzo pospolite nazwisko i niezwykle rzadkie imię, wskutek czego kojarzony jest raczej po imieniu niż po nazwisku. Ale w omawianym przypadku taka sytuacja bynajmniej nie zachodzi. Agnieszka Frykowska miała pospolite imię i stosunkowo rzadkie nazwisko. Ta zmiana imienia jest więc dosyć tajemnicza. Tajemnica nieco się rozjaśnia w świetle późniejszych poczynań naszej bohaterki. Pod koniec 2011 roku media obiegła wieść, że Maja Frykowska nawróciła się, postanowiła zmienić swój styl życia i wstąpiła do Chrześcijańskiego Kościoła Reformacyjnego. Kościół ten jest jedną z dynamicznie rozwijających się w naszym kraju wspólnot pentekostalnych, czyli zielonoświątkowych.

 

Zdaję sobie sprawę, że to co teraz napiszę będzie kontrowersyjne, niepoprawne i nie do przyjęcia dla większości czytelników. Jednak amicus Plato sed magis amica veritas. Nie jestem pewien, czy posunięcie Frykowskiej można nazwać nawróceniem. Myślę, że można bezpiecznie przyjąć założenie, iż przed konwersją była ona katoliczką, przynajmniej nominalną. Oczywiście nie można wykluczyć i tego, że nie była ochrzczona, ale wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Przesłanką, która mnie skłania do przyjęcia takich wniosków jest owa tajemnicza sprawa zmiany imienia. Odnoszę wrażenie, że ten akt i późniejsza o rok konwersja są kolejnymi etapami tego samego duchowego procesu odchodzenia od katolicyzmu. Zastanówmy się, w jakich okolicznościach ludzie zazwyczaj zmieniają imię? Nie wtedy, gdy chcą się odciąć od swojej przeszłości, ale gdy przeżywają głęboką duchową przemianę, gdy zostają zakonnikami, muzułmanami, czy krysznaitami. Myślę więc, że urzędowa zmiana imienia przez Frykowską miała charakter swego rodzaju rytuału, może nawet nie do końca sobie przez jego bohaterkę uświadamianego. Zmiana imienia ze chrztu na inne jest w pewnym sensie zerwaniem, a przynajmniej osłabieniem więzi ze patronem chrzcielnym. Można nawet rzec, że jest to symboliczne przekreślenie katolickiego chrztu. Był to więc pierwszy wyraźny krok w kierunku odrzucenia katolickiej wiary i potencjalnego przyjęcia nowej. Obiór opcji zielonoświątkowej i przystąpienie do adekwatnej denominacji, nie było co prawda nieuniknioną konsekwencją owego pierwszego kroku, pozostawał jeszcze do wyboru cały wachlarz innych możliwości, ale było jego logicznym następstwem. Jestem przekonany, że wcześniejsza decyzja o konwersji znacznie ułatwiła późniejszą decyzję o konwersji. Jeśli w ogóle można tu mówić o jakimś nawróceniu, to w nie mniejszym stopniu zachodzi tu także odstępstwo. Maj Frykowska porzuciła wiarę katolicka dla protestanckiej. A lepiej być złym katolikiem, niż dobrym protestantem.

Nie sądźmy jednak, abyśmy nie byli sądzeni. Mamy prawo wytykać Mai Frykowskiej błędne wybory życiowe, mamy prawo te wybory krytykować, a nawet potępiać. Nie mamy jednak prawa potępiać jej osoby. Zwłaszcza, ze istnieją liczne i poważne okoliczności łagodzące, które znacznie zmniejszają ciężar moralny jej błędów. W szczególności należy tu wspomnieć o jej ciężkiej sytuacji rodzinnej. Od trzech pokoleń jej przodkowie po mieczu giną śmiercią tragiczną. Jej pradziadek, drobny przedsiębiorca, zginął w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia w dosyć tajemniczym wypadku samochodowym. Jej dziadek Wojciech Frykowski, producent filmowy, 9 sierpnia 1969 w domu Romana Polańskiego w Beverly Hills został zamordowany przez bandę Charlesa Masona. Jej ojciec Bartłomiej, operator filmowy zginął w tajemniczych okolicznościach 8 czerwca 1999 w Wyszkowie, w dworku córki Andrzeja Wajdy, Karoliny. Prokuratura uznała jego śmierć za samobójczą, lecz wiele wskazuje a morderstwo. Przy takim obciążeniu żyje się pod wielka presja i różne błędne decyzje są do pewnego stopnia usprawiedliwione.

 

12:51, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 listopada 2011

Polską muzykę rozrywkową lat sześciesiątych poznawałem jako dziecko w dwie dekady później, słuchając winylowych płyt z kolekcji mojego ojca. Z tego okresu zapamiętałem trzy wokalistki, które zresztą w owych dziecięcych i młodzieżowych czasach nieraz zlewały mi się w jedno. Były to: Kalina Jędrusik, Katarzyna Sobczyk i Karin Stanek. Dziś wszystkie trzy są już "po tamtej stronie". Pierwsza zmarła wiele lat temu, o drugiej pisałem w ubiegłym roku, trzecią wspominam dzisiaj. Karin Stanek, najpierw wokalistka Czerwono-Czarnych, a następnie solistka, znana była z takich nieśmiertelnych przebojów jak "Chłopiec z gitarą", czy "Jedziemy autostopem". Zdaniem znawców, gdyby nie ograniczenia wynikające z ówcześnie panującego ustroju, niewątpliwie zrobiłaby światową karierę. To że jej nie zrobiła to wina władców PeeReLu, polskojęzycznych Bolszewików. Śmiało można to dopisać do listy zbrodni komunistycznych. Bowiem zbrodnie kulturowe nie są bynajmniej mniej znaczące od fizycznych.

22:37, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 listopada 2011

Otto von Habsburg 

Jednym z głównych założeń mojego cyklu wspomnieniowego jest unikanie omawiania polityków. Tylko, czy monarcha jest politykiem? Niekiedy nim bywa, niekiedy nie, ale zawsze jest czymś o wiele więcej niż jakikolwiek polityk. Władcę, zwłaszcza reprezentującego starą monarchię i dynastię otacza pewien metafizyczny nimb. Zmarły na początku lipca Jego Cesarsko-Królewska Wysokość Otto von Habsburg, dla jednych był cesarzem, dla innych arcyksięciem, dla innych jeszcze tylko doktorem Ottonem Habsburgiem, jednym z wielu europejskich polityków. Dla nikogo jednak nie był, ani nie mógł być postacią bez znaczenia. Jego pogrzeb był iście cesarski, pisałem już o nim pod kątem jednego ze składających się nań rytuałów. Przyjmijmy więc, że zmarły był cesarzem, jeśli nie w sensie politycznym, to przynajmniej metafizycznym. Bo cesarstwo rzymskie, podobnie jak królestwo francuskie jest tworem nie tylko politycznym, ale także metafizycznym. Jest jednym z fundamentów cywilizacji łacińskiej, a zdaniem Dantego także Kościoła katolickiego. W kanonie tradycyjnej Mszy rzymskokatolickiej imię cesarza jest wymieniane obok imion papieża i biskupa miejsca. Dlatego śmierć prawie stuletniego cesarza, który metafizycznie panował przez lat prawie dziewięćdziesiąt, jest symbolicznym końcem pewnej epoki. Jakiej? Tego nie wiem. Oby tej, w której cesarze i królowie byli spychani na margines, a często nawet fizycznie eliminowani.

13:22, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 listopada 2011

Tadeusz Broś

 

Skoro w poprzednich dwu tekstach omówiłem dwóch ludzi, których miałem szczęście osobiście poznać, w tym wpisie będę ten trend kontynuować. W odróżnieniu od obydwu opisanych wcześniej mnichów, Tadeusza Brosia znała swego czasu cała Polska. Prowadził on bowiem Teleranek, w czasach, gdy był to program kultowy. Również wtedy, gdy pewnej nocy wykluła się Wrona z jaja czerwonego, wskutek czego rano tegoż Teleranka nie było.  Dziś jest to tylko jeden z setek programów  dla dzieci emitowanych w dziesiątkach kanałów telewizyjnych, ale w czasach, gdy kanały były tylko dwa, Teleranek miał pozycję absolutnie wyjątkową i absolutnie wyjątkowy wpływ na kształtowanie się świadomości kulturowej młodych widzów. Nic więc dziwnego, że na organizowane w całym kraju spotkania z Brosiem dziatwa waliła tłumnie. W jednym z takich spotkań, zorganizowanym w Gminnym Ośrodku Kultury w Gorzycach, miałem okazję wziąć udział. Niestety, Tadeusz Broś okazał się być gwiazdą jednego programu. Po odejściu z Teleranka niczego znaczącego już nie osiągnął, a z czasem zupełnie się pogubił, mimo że niewątpliwie miał potencjał. Jego smutny przykład ukazuje, że ścieżka Twórcy Jednego Dzieła jest piekielnie niebezpieczna. Tylko artyści największego formatu, tacy jak omawiany kilka wpisów temu Roman Opałka mogą przejść ją zwycięsko.

21:01, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 listopada 2011

  Roman Piętka

Ojca archimandrytę Romana Piętkę OMI poznałem w podobnych okolicznościach, jak wcześniej Ojca Jana Berezę OSB, którego omówiłem w poprzednim wpisie. Po prostu w swoich wędrówkach w poszukiwaniu własnej ścieżki duchowej, parę lat po Lubiniu trafiłem do Kostomłotów. Przeszedł mi już entuzjazm do synkretyzmu, teraz fascynowała mnie duchowość Chrześcijańskiego Wschodu. Taką drogą odbywał się mój powrót do korzeni. W Kostomłotach byłem w lecie 2001 roku. Poznałem Ojca Romana i Brata Romana, a także dwie Małe Siostry, których imion nie pamiętam. Bardzo mi się tam podobało, ale niestety późniejsze okoliczności tak się ułożyły, że już tam nie wróciłem. Może kiedyś tam jeszcze pojadę, ale to już nie będzie to samo. Nie ma już monasteru ojców marianów, a parafia stała się de facto birytualna, zaś część jej wiernych wróciła do prawosławia. Mam poważne obawy, że neoński biskup siedlecki Zbigniew Kiernikowski nie czuje neounii i nie życzy jej dobrze. Jego działania, o których pisałem już tutaj i tutaj, sprawiają wrażenie szkodliwych. Ojciec Roman ożywił i rozsławił Kostomłoty. Biskup Kiernikowski może je zadusić, a resztki wezmą prawosławni. Nie można wykluczyć, że świadomość marnowania dzieła jego życia, przyspieszyła rozwój choroby i śmierć archimandryty.

17:12, svetomir , LUDZIE
Link Komentarze (1) »
piątek, 11 listopada 2011

Bereza

 

Podobnie jak artyści plastycy, również duchowni katoliccy będą w tegorocznym cyklu wspomnieniowym znacznie szerzej reprezentowani, niż w poprzednim. W ubiegłym roku omówiłem bowiem tylko jednego księdza, w tym poświęcę teksty trzem. Nadal, co prawda, obawiam się wprowadzenia tutaj nadreprezentacji duchowieństwa, jestem jednak  głęboko przekonany, że żadnego z tej trójki nie mogę pominąć. Podobnie jak w przypadku wszystkich omawianych w tym cyklu wspomnieniowym zmarłych ludzi kultury,  tak również jeśli chodzi o duchownych, mój wybór jest całkowicie subiektywny. Czasem wybieram postacie mające fundamentalne znaczenie dla narodowej, a nawet światowej, czasem zaś osoby ogólnie mało znane, mające za to fundamentalne znaczenie dla mojej osobistej formacji kulturalnej. Wśród tegorocznych księży tutaj omówionych, znajdują się przedstawiciele obydwu grup. Opisany w ubiegłym tygodniu arcybiskup Życiński należy do pierwszej z nich, dwaj pozostali księża, a właściwie ojcowie, bo chodzi o zakonników, do drugiej.

 

Ojciec Jan Bereza OSB z Opactwa Benedyktynów w Lubiniu, niedaleko Leszna był bardzo interesującą postacią. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku był blisko związany z początkującym wówczas zespołem Maanam jako jego "nadworny" fotografik. Fotografią artystyczną parał się zresztą aż do końca życia, również jako mnich. Pozostawił po sobie wiele pięknych zdjęć, przedewszystkiem macierzystego opactwa. Nie fotografia jednak dominowała w jego twórczości. Bo twórcą był bez najmniejszej wątpliwości. Uprawiał tę dziedzinę twórczości, która kapłanowi przystoi najbardziej, czyli pisarstwo duchowe. Co prawda zwartych publikacyj pozostawił po sobie niewiele, ledwie dwie, czy trzy niewielkie książeczki, ale czytelnicy i widzowie pamiętają go także z niszowych biuletynów i programów telewizyjnych. Jego największym dziełem była jednak grupa medytacyjna skupiona wokół lubińskiego klasztoru. Jej praktyki łączyły w sobie elementy medytacji chrześcijańskiej opartej na doświadczeniu Ojców Pustyni i buddyzmu zen.

 

Myślę, że ojciec Jan bardzo świadomie wybrał akurat zen, gdyż jest on, wśród dalekowschodnich systemów medytacyjnych, jedynym dającym się praktykować w wersji okrojonej, pozbawionej własnej treści religijnej. Taki okrojony buddyzm zen bez buddyzmu daje się wkomponować w religijność chrześcijańską. Różnie można oceniać takie połączenie. Z jednej strony, skoro wspólnoty takie jak lubińska istnieją i trwają, oznacza to, że jest na nie zapotrzebowanie. Być może istnieją nawet ludzie, dla których są one jedyną drogą do Chrystusa i Kościoła. Z drugiej jednak strony pozostaje niebezpieczeństwo synkretyzmu. Jestem głęboko przekonany, że ojciec Jan synkretystą nie był. Świadczyły o tym jego kazania, jego Msze z Kanonem Rzymskim i wiele innych szczegółów. Nie mogę jednak tego samego szczerze powiedzieć o wszystkich uważających się za jego uczniów. Dlatego nie ganię tej ścieżki, ale też jej nie wychwalam. Dla mnie była ona etapem drogi powrotu do korzeni katolickiej wiary, co sobie cenię, dla kogo innego może być jednak krokiem w kierunku odejścia od Chrystusa i Kościoła, czego nie lekceważę.

21:44, svetomir , LUDZIE
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 listopada 2011

Marsz Niepodległości 

Nie należę bynajmniej do tych, którzy uważają patriotyzm za najważniejszą z cnót. Nie wiem nawet, czy na mojej osobistej liście takowych zdołałby się on zmieścić w pierwszej dziesiątce. Szczerze mówiąc, bardzo w to wątpię. Ojczyzna nie jest dla mnie dobrem najwyższym. Wyżej cenię chociażby Rodzinę, Kościół i Cywilizację. Gdybym musiał wybierać, między dobrem mojej Rodziny, a dobrem mojej Ojczyzny, wybrałbym dobro Rodziny.

 

Jednak mimo to boli mnie, gdy widzę z jaką zaciętością środowiska „politycznie poprawnych” zwalczają polski patriotyzm. Szczególnie widać to na przykładzie warszawskiego Marszu Niepodległości, który stał się dla tych środowisk prawdziwa solą w oku. Imprezę tę zwalcza się za pomocą kłamstwa, oszczerczo przypisując jej organizatorom poglądy neonazistowskie. Przypominam, że Marsz organizuje kilkanaście organizacyj konserwatywnych i kilka narodowych. Żadna z nich nie jest nazistowska, co więcej żadna nie przyjmuje w swe szeregi nazistów. Ale wrogów Marszu fakty nie interesują. Bo marsz jest dla nich tylko pretekstem. Walka z Marszem Niepodległości jest de facto walka z polska Niepodległością, walka z samą Polską.

 

Znamienne, że do walki z patriotami lewacy wezwali na pomoc Niemców. Przeciwko Marszowi staną jutro niemieccy lewaccy terroryści, pogrobowcy Rote Armee Fraktion. Prawdopodobnie będą uzbrojeni i piekielnie niebezpieczne. Mam nadzieję, że policja zdąży ich wyłapać, zanim kogoś zabiją. Przypomnijmy sobie ubiegły rok. Patrioci spokojnie demonstrowali, a lewacy: dokonali wielu pobić, których ofiarami padali tak demonstranci, jak i policjanci, zmusili Marsz do zmiany trasy, eksponowali symbole zbrodniczego komunizmu. To wszystko są poważne przestępstwa, ale lewakom się upiekło i jutro zapewne posuną się dalej. Módlmy się o to, aby kogoś nie zabili, bo te lewackie zdegenerowane ścierwa zdolne są do wszystkiego.

12:37, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 listopada 2011

Opałka

 

Pierwszym przedstawicielem sztuk pięknych, którego omówiłem w tegorocznym cyklu wspomnieniowym był Jerzy Nowosielski. Drugim będzie artysta stylistycznie krańcowo odmienny od tamtego, a mianowicie Roman Opałka. Zmarł on w sierpniu we Francji, gdzie żył od 1977 roku. Najbardziej znany jest z monumentalnego cyklu obrazów, zatytułowanego   Opałka 1965 /1–. Cykl ten przedstawia ciągi cyfr na początkowo czarnym, a później szarym, stopniowo coraz jaśniejszym tle. Od wielu lat artysta skupiał się na tym cyklu i prawie że nie tworzył niczego innego. Cykl budzi powszechne zainteresowanie na całym świecie, niektóre z należących do niego dzieł znajdywały nabywców za zawrotne sumy, dzięki czemu Opałka zyskał status najdroższego żyjącego malarza polskiego. Nie wszystkim jednak te dzieła przypadły do gustu. Artyście zarzucano monotonię, brak pomysłowości, czy pójście na twórczą łatwiznę. Zwłaszcza ten ostatni zarzut jest totalnie chybiony. Konsekwentna, rozłożona na wiele lat,  realizacja jednolitej koncepcji twórczej, nawet pozornie prostej jest zadaniem niezwykle trudnym, można nawet powiedzieć, że przekraczającym możliwości znakomitej większości twórców.

 

Najdobitniej można się o tym przekonać, gdy się samemu spróbuje coś podobnego stworzyć, oczywiście niekoniecznie w dziedzinie malarstwa. Sam mam za sobą takie doświadczenie, oczywiście w nieporównywalnej skali i do tego zakończone całkowitym niepowodzeniem. Otóż w 2007 roku, pod wpływem impulsu, postanowiłem pisać kilka limeryków tygodniowo. Miałem zamiar kontynuować to przedsięwzięcie aż do osiągnięcia liczby tysiąca owych limeryków. Pierwotnie zamierzałem to osiągnąć w ciągu lat trzech, po roku zmodyfikowałem ten okres do lat siedmiu, a po dwóch całkowicie poniechałem tego dzieła. W sumie napisałem mniej niż trzysta limeryków, z których najwyżej jedna czwarta trzyma jakiś poziom.

 

Tymczasem Opałka tworzył swój cykl przez prawie pół wieku, bez dłuższych przerw, czy dzieł znacząco słabszych. Dzieło tego rodzaju zasługuje na najwyższy podziw, niezależnie od tego, czy zaspokaja nasze indywidualne potrzeby estetyczne, czy też nie.

23:00, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 listopada 2011

 

życiński

Wspomnienie o arcybiskupie Życińskim, już raz publikowałem. Uważam jednak za słuszne wznowić je w dorocznym cyklu wspomnieniowym.

Wiadomość z Rzymu o nagłej śmierci metropolity lubelskiego arcybiskupa Józefa Życińskiego bardzo mnie zaskoczyła i zasmuciła. Zmarły arcybiskup był zaliczany do postępowego skrzydła polskiego episkopatu, ale zarówno na tle innych przedstawicieli tej frakcji, jak i ogółu polskich biskupów, wyróżniał się pozytywnie, szczególnie na płaszczyźnie intelektualnej. Cechował się nie tylko inteligencją, czy wiedzą, ale także, nie waham się tego rzec, prawdziwą mądrością.

 

Warto podkreślić, że jego otwartość była prawdziwa i obejmowała również tych, których otwartość innych postępowców zazwyczaj nie obejmuje. W swojej archidiecezji otaczał opieką nie tylko ruchy posoborowe ( a robił to bardzo aktywnie, chociażby dając schronienie tak kontrowersyjnemu teologowi jak o. prof. Wacław Hryniewicz OMI), ale także grupę wiernych przywiązanych do liturgii tradycyjnej. Archidiecezja lubelska była pierwszym w naszym kraju kościołem lokalnym, w którym mogli oni liczyć na dostęp nie tylko do regularnie celebrowanej Mszy Świętej Trydenckiej (co i tak należało już w owych czasach do rzadkości), ale także do sprawowanych w starym rycie takich sakramentów jak chrzest i małżeństwo. A działo się to wszystko na długo przed ogłoszeniem przez Ojca Świętego Benedykta XVI motu proprio Summorum Pontificum "uwalniającego" starą Mszę i stare sakramenty. Natomiast po wejściu w życie tego dokumentu, arcybiskup był pierwszym polskim hierarchą od czasów reformy asystującym do Mszy Trydenckiej (tak zwana Msza coram episcopo). Oczywiście nie można ukrywać i tego, że był bardzo sceptyczny co do szans Mszy Trydenckiej na odegranie znaczącej roli w przyszłości i jej powrót na dominujące pozycje w życiu liturgicznym Kościoła.

 

Była więc w postawie arcybiskupa pewna dwoistość. Dotyczyła ona nie tylko liturgii, ale także innych kwestyj, w tym i politycznych oraz za takowe powszechnie uważanych. Z jednej strony był entuzjastycznie nastawiony do Unii Europejskiej i integracji Polski z tym tworem, sceptycznie zaś do tych sił politycznych w naszym kraju, które odwołują się do tradycyj narodowych i religijnych. Całkiem niedawno ukarał starszego wiekiem kapłana za wygłoszenie patriotycznego kazania. Z drugiej jednak strony był konsekwentnym antykomunistą, jednoznacznie krytykującym także ugrupowania postkomunistyczne, obrońcą życia ludzkiego (ostatnimi czasy wypowiadał się stanowczo w sprawie zapłodnienia in vitro) oraz praw Kościoła i chrześcijan w przestrzeni publicznej. Równie niedawno skrytykował polski rząd za popieranie władz afgańskich, które prześladują chrześcijan. Zdecydowanie bronił też minister Radziszewskiej, atakowanej przez lobby homoseksualne.

 

Oczywiście, nie wszystko, co mówił i czynił zmarły metropolita, może się podobać konserwatywnemu publicyście, a zarazem katolickiemu tradycjonaliście. Nie wykluczam nawet, że te elementy, które podobać się nie mogą, stanowią większość. Nie mniej jednak byłbym intelektualnie nieuczciwy gdybym nie dostrzegał i nie chciał wskazywać ewidentnych, a przy tem niezwykle znaczących pozytywów obecnych w postawie arcybiskupa Życińskiego. Zdecydowanie jest mi on bliższy od tych wszystkich hierarchów, którzy formalnie stoją po stronie politycznej prawicy i nie biorą w obronę osób podejrzanych o herezję, ale z drugiej strony Mszy Trydenckiej boją się jak święconej wody, a w sprawie chrześcijan prześladowanych w Afganistanie nie mają odwagi się wypowiedzieć. Dlatego jego śmierć napełniła mnie smutkiem. Pozostaje nam tylko modlić się za jego duszę i pamiętać o jego dziełach, nie tylko tych wątpliwej wartości, ale przedewszystkiem o tych słusznych i wielkich.

22:26, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 listopada 2011

Jerzy Nowosielski

 

W ubiegłym roku, w cyklu moich Wspomnień o ludziach kultury najwyraźniej zabrakło plastyków. W tym roku nadrobię ów brak i omówię dla równowagi dwóch. Pierwszym będzie zmarły na początku bieżącego roku Jerzy Nowosielski, którego osobiście uważam za najwybitniejszego polskiego malarza drugiej połowy XX wieku.

 

Za moje wspomnienie o tym artyście najlepiej posłuży poświęcony mu fragment mojego starego tekstu Sztuka, jako współuczestnictwo we wspólnocie Ducha:

 

Gdy się czyta jakiekolwiek teksty Jerzego Nowosielskiego, na przykład jego wywiady ze Zbigniewem Podgórcem rzuca się w oczy ciągłe przeplatanie się tematyki sztuki i tematyki religii. Potwierdza to tezę, którą już wyżej wygłosiłem, że dla tego artysty sztuka, a zwłaszcza malarstwo należy do dziedziny sacrum. „Malarstwo jest usiłowaniem wydobycia się na zewnątrz serca ludzkiego. Jako działalność należącą do sfery sacrum jest w porządku empirycznym czynnością rewolucyjną.” Warto tu wspomnieć, że całe malarstwo Nowosielskiego, nawet to zasadniczo świeckie, nawet abstrakcyjne jest w jakimś stopniu inspirowane ikoną, nie tyle zresztą jej treścią, co jej specyficzna estetyką. (...) Dowodzi to jak bardzo artysta jest przywiązany do swojej wizji sztuki jako sacrum. Centrum zarówno jego sztuki, jak i jego życia jest ikona. Zapytany o podział jego malarstwa na sakralne i świeckie, tak odpowiedział: „Broń Boże! Już sam taki podział jest nieporozumieniem. Moim zdaniem, sztuka jako tajemniczy akt ufności wypływający z wiary w rzeczywistość nie stworzoną należy sama w sobie do dziedziny sacrum i poza nią nie może w ogóle istnieć. Stąd wszystkie próby wyprowadzenia sztuki poza obszar sacrum kończyły się porażką. Przecież nie udało się jak dotąd, stworzenie sztuki materialistycznej, należącej wyłącznie do sfery profanum. Sztuka jest domeną sacrum i bez niego nie może istnieć.”

18:24, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 kwietnia 2011

filozofia

W samą Wielkanoc, dwudziestego czwartego kwietnia bieżącego  roku, przed sklepem spożywczo-monopolowym w Pierdziszewie Dolnym zmarł w wieku lat czterdziestu ośmiu, z totalnego przepicia, Szatyn "Stara Baba" znany w całej wsi mistrz duchowy kultu wódu. Jego śmierć pogrążyła w głębokim smutku pięciu Jego wiernych uczniów i wyznawców, którzy przez ostatnie dwadzieścia lat codziennie gromadzili się przed sklepem, aby słuchać Jego wzniosłych Nauk Duchowych i uczestniczyć w Rytuale  Świętego Upojenia.

 

Zmarły Szatyn "Stara Baba" był wielkim odnowicielem kultu wódu, założonego w ostatniej ćwierci ubiegłego stulecia przez proroka  Dekabrystę z Krakowa. Szatyn "Stara Baba" przedewszystkiem dokonał systematyzacji praktyki wóduistycznej. Nauczał, że dla osiągnięcia Pełnego Spełnienia konieczne jest spożywanie w ramach Rytuału Świętego Upojenia  przynajmniej jednego litra wysokoprocentowych napojów alkoholowych tygodniowo. Kto spożywa ich mniej, nie jest prawdziwym wóduistą. Doskonała Praktyka Wóduistyczna polega zaś na regularnym piciu co najmniej pół litra takich trunków dziennie. Zalecenia te przyjęli nie tylko nieliczni formalni uczniowie Szatyna "Starej Baby", ale prawie wszyscy wóduiści rozsiani po kraju i świecie.

 

Cała zaś pierdziszewska wspólnota uczniów Szatyna "Starej Baby" od wielu lat trwała w wiernym przestrzeganiu Doskonałej Praktyki Wóduistycznej, toteż przez ogół wóduistów zwana była Doskonałą Piątką. Obecnie ta maleńka, ale silna duchem wspólnota  pozostanie bez przywódcy. Wszyscy jej członkowie uznali bowiem zgodnie, że żaden z nich nie jest godzien zająć miejsca zmarłego mistrza. Rytuałowi Świętego Upojenia członkowie Doskonałej Piątki będą przewodzić rotacyjnie, a nauk nowych głosić nie będą, zadowalając  się studiowaniem swoich notatek sporządzonych na podstawie kazań Szatyna "Starej Baby". Zmarły mistrz pozostanie więc wśród swych uczniów, obecny w słowach pozostawionych po sobie nauk. Można mieć nadzieje, że Doskonała Piątka, dzięki swemu wiernemu trwaniu przy Doskonałej Praktyce Wóduistycznej zapewni nieśmiertelność imieniu i naukom Szatyna "Starej Baby".

 

***

 

Przedstawione w powyższym tekście osoby i wydarzenia są fikcyjne. Jakiekolwiek ich podobieństwo do postaci i wydarzeń ze świata rzeczywistego jest absolutnie przypadkowe.

11:08, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 marca 2011

życiński

Wiadomość z Rzymu o nagłej śmierci metropolity lubelskiego arcybiskupa Józefa Życińskiego bardzo mnie zaskoczyła i zasmuciła. Zmarły arcybiskup był zaliczany do postępowego skrzydła polskiego episkopatu, ale zarówno na tle innych przedstawicieli tej frakcji, jak i ogółu polskich biskupów, wyróżniał się pozytywnie, szczególnie na płaszczyźnie intelektualnej. Cechował się nie tylko inteligencją, czy wiedzą, ale także, nie waham się tego rzec, prawdziwą mądrością. 

 

Warto podkreślić, że jego otwartość była prawdziwa i obejmowała również tych, których otwartość innych postępowców zazwyczaj nie obejmuje. W swojej archidiecezji otaczał opieką nie tylko ruchy posoborowe ( a robił to bardzo aktywnie, chociażby dając schronienie tak kontrowersyjnemu teologowi jak o. prof. Wacław Hryniewicz OMI), ale także  grupę wiernych przywiązanych do liturgii tradycyjnej. Archidiecezja lubelska była pierwszym w naszym kraju kościołem lokalnym, w którym mogli oni liczyć na dostęp nie tylko do regularnie celebrowanej Mszy Świętej Trydenckiej (co i tak należało już w owych czasach do rzadkości), ale także do sprawowanych w starym rycie takich sakramentów jak chrzest i małżeństwo. A działo się to wszystko na długo przed ogłoszeniem przez Ojca Świętego Benedykta XVI motu proprio Summorum Pontificum "uwalniającego" starą Mszę i stare sakramenty. Natomiast po wejściu w życie tego dokumentu, arcybiskup był pierwszym polskim hierarchą od czasów reformy asystującym do Mszy Trydenckiej (tak zwana Msza coram episcopo). Oczywiście nie można ukrywać i tego, że był bardzo sceptyczny co do szans Mszy Trydenckiej na odegranie znaczącej roli w przyszłości i jej powrót na dominujące pozycje w życiu liturgicznym Kościoła.

 

Była więc w postawie arcybiskupa pewna dwoistość. Dotyczyła ona nie tylko liturgii, ale także innych kwestyj, w tym i politycznych oraz za takowe powszechnie uważanych. Z jednej strony był entuzjastycznie nastawiony do Unii Europejskiej i integracji Polski z tym tworem, sceptycznie zaś do tych sił politycznych w naszym kraju, które odwołują się do tradycyj narodowych i religijnych. Całkiem niedawno ukarał starszego wiekiem kapłana za wygłoszenie patriotycznego kazania. Z drugiej jednak strony był konsekwentnym antykomunistą, jednoznacznie krytykującym także ugrupowania postkomunistyczne, obrońcą życia ludzkiego (ostatnimi czasy wypowiadał się stanowczo w sprawie zapłodnienia in vitro) oraz praw Kościoła i chrześcijan w przestrzeni publicznej. Równie niedawno skrytykował polski rząd za popieranie władz afgańskich, które prześladują chrześcijan. Zdecydowanie bronił też minister Radziszewskiej, atakowanej przez lobby homoseksualne.

 

Oczywiście, nie wszystko, co mówił i czynił zmarły metropolita, może się podobać konserwatywnemu publicyście, a zarazem katolickiemu tradycjonaliście. Nie wykluczam nawet, że te elementy, które podobać się nie mogą, stanowią większość. Nie mniej jednak byłbym intelektualnie nieuczciwy gdybym nie dostrzegał i nie chciał wskazywać ewidentnych, a przy tem niezwykle znaczących pozytywów obecnych w postawie arcybiskupa Życińskiego. Zdecydowanie jest mi on bliższy od tych wszystkich hierarchów, którzy formalnie stoją po stronie politycznej prawicy i nie biorą w obronę osób podejrzanych o herezję, ale z drugiej strony Mszy Trydenckiej boją się jak święconej wody, a w sprawie chrześcijan prześladowanych w Afganistanie nie mają odwagi się wypowiedzieć. Dlatego jego śmierć napełniła mnie smutkiem. Pozostaje nam tylko modlić się za jego duszę i pamiętać o jego dziełach, nie tylko tych wątpliwej wartości, ale przedewszystkiem o tych słusznych i wielkich.

21:05, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 stycznia 2011

kolumb

Na przełomie listopada i grudnia bieżącego roku w polskich mediach pojawiły się informacje o portugalskim profesorze Manuelu Rosie z Uniwersytetu Duke w USA i ogłoszonej niedawno przez niego ciekawej teorii na temat pochodzenia Krzysztofa Kolumba. Zgodnie z nią, oficjalny odkrywca Ameryki miał polskie pochodzenie, a konkretnie był synem króla polskiego i węgierskiego Władysława Warneńczyka. Teoria owa opiera się na krążącym już w średniowieczu podaniu, zgodnie z którym król ów nie poniósł śmierci w bitwie, od której wziął się jego pośmiertny przydomek, ale opuścił jej pole nierozpoznany i udał się do Hiszpanii bądź Portugalii, gdzie prowadził życie prostego człeka, według niektórych wersyj – pustelnika. Opierało się owo podanie na dwóch przesłankach.

Po pierwsze – po bitwie nie znaleziono ciała króla. Po drugie – królewska głowa prezentowana przez Turków była zupełnie niepodobna do głowy żywego Władysława. Inne były rysy twarzy, inny kolor włosów. Tłumaczono to niepodobieństwo zabiegami konserwacyjnymi, ale bynajmniej nie wszystkich przekonano. Hipoteza o polskim pochodzeniu Kolumba też nie jest całkiem nowa. Jej półpubliczne sformułowanie przydarzyło się również mojej skromnej osobie, kiedy to w pracy pisemnej na miejskim etapie olimpiady historycznej w roku szkolnym 1991/1992, zasugerowałem, że Krzysztof Kolumb i Jan z Kolna, półlegendarny żeglarz w służbie duńskiej, który miał dopłynąć do wybrzeży Labradoru kilka lat przed dotarciem Hiszpanów do Nowego Świata, to jedna i ta sama osoba. Jednocześnie przyjąłem za Joachimem Lelewelem, że ten drugi był Polakiem. Argumentem za utożsamieniem tych dwóch żeglarzy był dla mnie zapis ich nazwisk w tekstach hiszpańskich, w których figurują odpowiednio jako Cristóbal de Colón i Juan de Colón.

Teorię o tożsamości obydwu odkrywców głosiło zresztą wielu autorów, z tym, że nie łączyli jej zazwyczaj z hipotezą o polskości Jana z Kolna.

Portugalski uczony nie wymyślił więc nic nowego, ale połączył krążące od wieków opowieści w jedną w miarę spójną całość. Ma ona do tego tę zaletę, że jest weryfikowalna. Dzięki osiągnięciom współczesnej nauki możemy przeprowadzić testy DNA, które z prawdopodobieństwem bliskim pewności potwierdzą ją lub zanegują. Nie dysponujemy co prawda szczątkami Władysława Warneńczyka, ale mamy oboje jego rodziców oraz dwóch braci. Mamy też szczątki Krzysztofa Kolumba znajdujące się w katedrze w Sewilli. Co więcej, zwłoki odkrywcy zostały już przebadane pod względem kodu genetycznego przy okazji rozstrzygania sporu dotyczącego miejsca jego pochówku. Badania da się więc przeprowadzić i warto to zrobić. Wbrew pozorom fantastyczności, scenariusz portugalskiego uczonego nie jest bowiem całkowicie nierealny. Oczywiście nie czynią go niemożliwym pogłoski o rzekomym homoseksualizmie króla Władysława.

Po pierwsze – są one oparte na bardzo wątłych przesłankach, a konkretnie na wzmiance Długosza o paskudnym nałogu króla. Interpretacja tego zdania jako świadectwa homoseksualizmu monarchy jest niczym innym jak tylko gejowskim mitem. Można bowiem interpretować tę notatkę na wiele innych sposobów. Mógł być na przykład nałogowym onanistą, mógł być zwykłym erotomanem – jak jego bratankowie Jan i Fryderyk (obydwaj prawdopodobnie zmarli na kiłę); mógł też być ekshibicjonistą – jak jego stryjeczny wnuk Ludwik. Jest też całkiem prawdopodobne, że mogło chodzić o sprawy zupełnie nieseksualnej natury. Wiadomo skądinąd, że król Władysław namiętnie parał się magią i wróżbiarstwem. Zachował się nawet jego grymuar, eufemistycznie zwany modlitewnikiem. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że okultystyczne pasje mogły zostać przez pobożnego kanonika nazwane paskudnym nałogiem. Co naprawdę miał on na myśli, pozostanie tajemnicą. Po drugie – nawet gdyby rzeczywiście król był homoseksualistą, nie wyklucza to sporadycznych kontaktów heteroseksualnych i spłodzenia syna. Warto zastanowić się nad możliwymi konsekwencjami ewentualnej prawdziwości tej teorii. Najpierw trzeba wyjaśnić charakter hipotetycznej polskości Kolumba. Władysław III był Polakiem w sensie kulturowym i państwowym, ale nie etnicznym ani tym bardziej genetycznym, był bowiem synem Litwina i Rusinki. Swoim ewentualnym synom, których matka była najprawdopodobniej Portugalką, nie przekazał polskości kulturowej. Można bowiem przypuszczać, że wychowywani byli oni na Portugalczyków. Mógł im natomiast przekazać polskość w sensie państwowym, o ile jego związek z ich matką miał charakter legalnego małżeństwa. W takim przypadku byli oni po prostu polskimi królewiczami. A w sytuacji, w której do dziś istnieje linia książąt de Veragua, legalnych potomków Krzysztofa Kolumba po mieczu, rzecz staje się naprawdę ciekawa. Dotąd było tak, że Polska, jako bodaj jedyny kraj w Europie, nie miała mocnych pretendentów do tronu. Wettynowie, zapisani w Konstytucji Trzeciego Maja, mają prawa słabe, gdyż po pierwsze – konstytucja ta została prawnie zniesiona, po drugie zaś – sami się ich zrzekli, natomiast inne rody, z używającymi polskiej tytulatury Romanowami włącznie, jeszcze słabsze, wręcz zerowe. Jeśli jednak Krzysztof Kolumb był legalnym synem Władysława III, to książęta Veragua mają bardzo mocne prawa do tronu polskiego. Aż tyle i tylko tyle. Nie są „Królami z Prawa”, jak dziedzice tronu francuskiego, bo w odróżnieniu od tego ostatniego tron polski nie jest ani nigdy nie był absolutnie dziedziczny w linii starszeństwa.

Od samego początku zdarzały się wstąpienia na tron młodszych braci z pominięciem starszych, abdykacje, układy i testamenty, a od śmierci Władysława Jagiełły obowiązywała elekcja, choć przez pierwszy wiek z okładem jeszcze nie wolna. Nie mogą więc potomkowie Krzysztofa Kolumba dołączyć do swojej tytulatury arystokratycznej słów „z Bożej Łaski Król Polski…”, a co najwyżej „Dziedzic Korony Polskiej”. Żeby być Królem Polski, trzeba zostać wybranym i koronowanym. Oczywiście żadne polskie tytuły nie będą im przysługiwać, jeśli Kolumb był tylko naturalnym, nie zaś legalnym synem Warneńczyka. Tej legalności natomiast najprawdopodobniej w żaden sposób stwierdzić się dziś nie da. W związku z tym prawa książąt Veragua do polskiego tronu będą co najwyżej nieco mocniejsze od praw Wettynów.

Znaczenie prawne biologicznego pokrewieństwa z Jagiellonami jest więc niewielkie, ale symboliczne może być spore. Gdyby książę de Veragua zdecydował się stanąć na czele ruchu monarchistycznego w Polsce, bardzo by to ów ruch wzmocniło. Zdaję sobie sprawę, że może on egzystować i bez pretendenta, ale nie posiadając takowego, ma małe szanse na stanie się masowym i zyskanie realnego wpływu na życie polityczne kraju, a w dalszej konsekwencji na zmianę ustroju. Dlatego ważną sprawą jest przeprowadzenie wspomnianych badań genetycznych, gdyż ich wyniki mogą znacząco wpłynąć na dalsze losy naszej ojczyzny.

22:03, svetomir , LUDZIE
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 listopada 2010

Ósmego listopada bieżącego roku zmarł w Skierniewicach profesor Jan Rumpel, mój stryj, a zarazem nieformalny lider rodu Rumplów. Był długoletnim kierownikiem Zakładu Warzywnictwa Gruntowego w Instytucie Warzywnictwa w Skierniewicach. Napisał wiele książek z dziedziny warzywnictwa, z których najważniejszymi są: "Folia w warzywnictwie gruntowym", "Uprawa warzyw na glebach torfowych", czy "Uprawa pomidorów polowych". Był też autorem wielu nowych rozwiązań technologicznych w dziedzinie warzywnictwa. Ja osobiście pamiętam z czasów swoje dzieciństwa jego występy w telewizyjnej audycji "Tydzień na działce" emitowanej zawsze przed przeznaczoną dla dzieci i młodzieży "Sobótką", którą regularnie oglądałem. Od dziesięciu lat był na emeryturze, już nie pracował w instytucie, nie występował w telewizji, z czasem przestał też jeździć po kraju z prelekcjami dla ogrodników, ale aktywny pozostał do końca, bo nadal pisał artykuły do ogrodniczej prasy.

21:51, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 listopada 2010

CLS

30 października ubiegłego roku zmarł, w wieku lat stu, Klaudiusz Lévi-Strauss, jeden z najwybitniejszych  antropologów kulturowych, czy jak kto woli etnologów, wszech czasów. Z okazji pierwszej rocznicy śmierci chciałbym poświęcić mu słów parę.

 

Nie będę tu streszczał życiorysu tego uczonego, kto ciekam może sobie zajrzeć do wikipedii, pozwolę sobie za to na kilka luźnych uwag o nim i jego twórczości. Mój do niego stosunek jest mocno ambiwalentny. Z jednej strony uważam go za jednego z trzech największych etnologów, czy też antropologów, jacy kiedykolwiek zaistnieli. Pozostali, których w owej trójce umieszczam to Jakub Frazer i Bronisław Malinowski. Ci trzej wybitni uczeni swoimi dokonaniami zapewnili nie tylko nieśmiertelną sławę sobie, ale także silną pozycję dyscyplinie naukowej, którą współtworzyli. Bez nich etnologia, czy też antropologia kulturowa, nie byłaby tym, czym jest. Lévi-Strauss jest, jak na razie ostatnim naprawdę wielkim uczonym z tej dziedziny i nic nie wskazuje na to, aby w przewidywalnym czasie miało się to zmienić. Współczesna antropologia kulturowa jest bowiem podzielona na dziesiątki szkół, z których żadna nie tylko nie dominuje nad innymi, ale nawet się do tego stanu nie przybliża. Wielką zasługą Lévi-Straussa jest uratowanie antropologii gabinetowej, która po Malinowskim zdawała się być definitywnie pogrzebana. A jest ona niezwykle potrzebna, gdyż bez dogłębnych analiz prowadzonych w zaciszu wykpiwanych gabinetów, same badania terenowe, choćby nawet i najdoskonalsze, pozostaną tylko opisywaniem ludów, nie zaś nauką o człowieku i jego kulturze.

 

Uznaję więc wielkie zasługi tego francuskiego antropologa o żydowskich korzeniach, nie przyjmuję jednak założeń jego szkoły. Nie będę ich w tym miejscu dokładnie analizować, zatrzymam się tylko na stwierdzeniu, że twórca strukturalizmu odrzucił funkcjonalistyczną zasadę, zgodnie z którą kulturę należy badać jako system zaspokajania potrzeb. Ja zaś, będąc w szerokim sensie neofunkcjonalistą, na tej właśnie zasadzie opieram swoje badania i analizy. Nie podoba mi się też to, że francuski badacz, całkowicie pomijał duchowy wymiar kultury, skupiając się na kwestii stosunków społecznych. Twórczość Lévi-Straussa jest też dobrym przykładem francuskiego podejścia jeśli nie do nauki w ogólności, to przynajmniej do pisarstwa naukowego. Książki Frazera i Malinowskiego to opasłe tomiska, nie schodzące poniżej pięciuset stron. Dzieła Francuza nie przekraczają stron dwustu. A jednak przeczytanie "Złotej gałęzi", czy "Życia seksualnego dzikich", jest zadaniem o wiele łatwiejszym aniżeli przeczytanie cienkiej książeczki, jaką są na przykład, takie "Drogi masek". Frazer i Malinowski pisali bardzo łatwym językiem, toteż czyta się ich lekko i szybko. Lévi-Strauss natomiast pisał niezwykle zawile. Niektóre zdania trzeba przeczytać kilka razy, żeby je właściwie zrozumieć. Pominięcie nawet króciutkiego fragmentu, skutkuje zazwyczaj niemożnością zrozumienia całości. Jego teksty są, można powiedzieć, bardzo gęste, bardzo zwarte. Dla niektórych czytelników i krytyków jest to dowód genialności autora. Ja jednak pozwolę sobie uznać to za wadę.

 

Jako ciekawostkę dodam, że napisałem w trakcie swoich studiów etnologicznych tekst będący dość mocno krytyczną analizą jednej z jego książek i oddałem go jako pracę semestralną z przedmiotu prowadzonego przez doktora będącego wielbicielem Lévi-Straussa. Ten doktor był jednak na tyle rzetelnym naukowcem, że pozwalał nam na krytykę swojego idola i tę pracę ocenił bardzo dobrze. W Cieszynie zresztą zdecydowana większość naszych wykładowców szanowała nasze poglądy i pozwalała się z sobą nie zgadzać.

14:16, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 listopada 2010

Górecki

12 listopada zmarł w Katowicach, w wieku lat 77, Henryk Mikołaj Górecki, jeden z najwybitniejszych współczesnych kompozytorów, nie tylko w skali Polski, ale i świata. Przez wiele lat rozsławiał on imię naszej ojczyzny w świecie. Jego wkład w kulturę polską i światową jest niezwykle znaczący. Trzy symfonie, a zwłaszcza III, „Małe Requiem dla pewnej polki”, czy „Pięć łatwych utworów na fortepian w dawnym stylu” na stałe weszły do kanonu światowej muzyki. Warto przypomnieć, że w roku 1993, jego III Symfonia, czyli „Symfonia Pieśni Żałosnych” trafiła na szczyty światowych list bestsellerów muzycznych, wyprzedzając nagrania czołowych gwiazd muzyki pop. Polską muzykę tak zwaną poważną sprowadził na tory osadzenia w Tradycji, przerywając awangardowe zaczadzenie. Był jednym z tych kompozytorów, którzy wrócili do stosowania klasycznych, tradycyjnych schematów i motywów w nowo tworzonych utworach muzycznych. Dzięki niemu i innym jemu podobnym współczesna muzyka poważna przestała być tworem zupełnie niestrawnym dla przeciętnego odbiorcy. Górecki w swoich utworach świadomie i obficie korzysta z zasobów tradycji muzycznej, tak klasycznej, jak i ludowej. Obecnie wydaje się to oczywiste, gdyż kompozytorów pełnymi garściami czerpiących z tradycyj muzycznych dawnych epok mamy dziś bardzo wielu, jednak kilkadziesiąt lat temu, wtedy, kiedy Górecki zaczął w tym stylu tworzyć, było to bardzo odważnym popłynięciem pod prąd. Żeby czegoś takiego dokonać i do tego odnieść niekwestionowany sukces, trzeba być naprawdę wielkim i niezwykłym człowiekiem. Zmarły kompozytor niewątpliwie taki był. Niezwykła była już ścieżka jego muzycznej edukacji. Rozpoczął ją formalnie dopiero w wieku lat 19, będąc już po maturze i pracując jako nauczyciel przedmiotów ogólnych w podrybnickich Radoszowach. Z racji zaawansowanego wieku nie chciano go przyjąć do żadnej szkoły muzycznej. Zdecydowali się na to dopiero charyzmatyczni bracia Karol i Antoni Szafrankowie, kierujący tego rodzaju placówką w Rybniku. Odtąd jego edukacja muzyczna szła bardzo szybko, bo już w osiem lat po rozpoczęciu nauki w średniej szkole muzycznej, ukończył Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną w Katowicach. Następnie kontynuował studia w Paryżu. Po powrocie do kraju został profesorem kompozycji w swojej macierzystej uczelni, był też przez pewien czas jej rektorem. Był członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Umiejętności i kawalerem orderów: Orła Białego, Świętego Grzegorza Wielkiego, Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą i Orderu Ecce Homo.

 

Mając na uwadze pragnienie, aby pamięć o Henryku Mikołaju Góreckim w narodzie nigdy nie zaginęła, zaproponowałem bezpośrednio po jego śmierci podjęcie akcji na rzec pochowania go w nowym Panteonie Narodowym w kościele św. św. Piotra i Pawła w Krakowie. Jest on tego ze wszech miar godzien. Nie zawsze doceniamy naszych wielkich rodaków, tak, jak na to zasługują. Hańbą dla nas jest, że nie pochowaliśmy na Skałce Witolda Lutosławskiego. Właśnie jego sprawa zainspirowała mnie do walki o godne pochówki wielkich Polaków. Zdaję sobie sprawę z tego, że mój głos jest słaby i ledwo słyszalny. Pamiętam jednak, że „lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach” (Cz. Miłosz). Dlatego nie zamierzam odpuszczać. W przypadku Czesława Miłosza stanęliśmy na wysokości zadania. Wtedy jeszcze swej walki nie prowadziłem i wkładu w ten pochówek żadnego nie miałem. Gorąco go jednak od samego początku popierałem w trakcie licznych dyskusyj na rozmaitych forach internetowych. Ja wiem, że Czesław Miłosz nie był postacią kryształową i wzbudza ogromne kontrowersje, ale jego przewinienia nie powinny nam przesłaniać jego niezaprzeczalnej wielkości. Uznałem, iż teraz nadszedł czas, abyśmy ostatni hołd oddali Mistrzowi Henrykowi Mikołajowi Góreckiemu. Jestem przekonany, że jest to nasz patriotyczny obowiązek. Budowanie Panteonu Narodowego, stawianie na piedestale najwybitniejszych Polaków, to jedna z najlepszych lekcji patriotyzmu, jakie możemy dać młodemu pokoleniu. .

 

Kiedy w ubiegłym roku poświęciłem podobny apel Leszkowi Kołakowskiemu, spotkałem się z bardzo małą dozą zrozumienia, a bardzo dużą oburzenia i osobistych ataków. Nie dziwię się temu. Wspomniałem już wyżej o kontrowersjach wokół Czesława Miłosza. Leszek Kołakowski był zaś jeszcze bardziej kontrowersyjny, a jego osiągnięcia znacznie mniej oczywiste. Tym razem jednak, gdy głosiłem apel w sprawie Henryka Mikołaja Góreckiego, żadnych kontrowersyj nie było. Apel ten, ogłoszony na kilku portal internetowych został przyjęty przez komentatorów jednogłośnie pozytywnie. Niestety, nie udało mi się nadać mu odpowiedniego rozgłosu, choć skromne echo prasowe wywołał. Dobrze by było, gdyby pochówkiem tego wybitnego kompozytora, Polaka bez wątpienia wielkiego, a przy tem praktycznie niekontrowersyjnego zainaugurowano nowy Panteon Narodowy. Szkoda, że tak się nie stało

 

22:43, svetomir , LUDZIE
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2