NAPISY

niedziela, 06 maja 2012

ROW

 

W jednym z poprzednich tekstów tego cyklu, traktującym o wynajmowaniu lokali, zahaczyłem o kwestię precyzji wypowiedzi. Uważam, że jest to bardzo ważna sprawa. Jak nauczał Święty Ignacy Loyola: "Kto mało precyzuje, ten mało wie, a jeszcze mniej uczy innych". Stwierdzenie, że nieprecyzyjne wypowiedzi wprowadzają odbiorców w błąd, brzmi jak banał, ale jest bez najmniejszej wątpliwości prawdziwe. Nadawca nieprecyzyjnego komunikatu często nie zdaje sobie sprawy z jego nieprecyzyjności, wieloznaczności i możliwości niewłaściwego zrozumienia, nie zna bowiem wszystkich jego możliwych znaczeń. Miał więc rację Święty Ignacy, nauczający, że ten, kto mało precyzuje, ten mało wie, bowiem nieznajomość rozmaitych znaczeń nieprecyzyjnego wyrażenia jest niewątpliwie rodzajem niewiedzy. Brak precyzji wypowiedzi nabiera powoli rozmiarów poważnego problemu społecznego. Zwrócili nań uwagę także twórcy kampanii Polszczyzna-Lubię to. W jednym ze spotów należących do tej akcji została przedstawiona scenka rodzinna, której uczestnicy wyrażają się wybitnie nieprecyzyjnie, wskutek nadużywania zaimków. W scence tej ów brak precyzji prowadzi do konfliktu.

 

Oczywiście nadużywanie zaimków nie jest jedynym powodem nieprecyzyjności wypowiedzi, ba, nie jest nawet najczęstszym. O wiele częściej jest nim używanie wieloznacznych słów. Taki właśnie przypadek opisywałem w tekście o wynajmie i taki też chcę opisać dzisiaj. Tekst zamieszczony na zdjęciu powyżej jest wybitnie nieprecyzyjny. "ROW RYBNIK TO TYLKO PIŁKA!" - cóż to właściwie znaczy? Możliwych znaczeń jest wiele. Słowa "ROW" i "PIŁKA" są wieloznaczne, a do tego znaczenie tekstu jest mocno zaciemnione przez użycie samych wielkich liter. ROW to albo Rybnicki Okręg Węglowy, albo Spółdzielnia Mieszkaniowa ROW, albo klub sportowy K.S. Energetyk ROW Rybnik, albo wreszcie nowo powstały klub sportowy ROW Rybnik, kontynuujący tradycje klubu RKM Rybnik. Piłka zaś to albo 1. narzędzie do cięcia (mała piła), na przykład piłka do metalu, albo 2. okrągły lub owalny sprzęt do zabaw i gier sportowych, a przykład piłka tenisowa, albo 3. dyscyplina sportowa wykorzystująca takiż sprzęt, na przykład piłka nożna, piłka ręczna, albo wreszcie 4. Marian Piłka, polityk Prawicy Rzeczypospolitej.

 

Przyjmijmy wersję najbardziej prawdopodobną, a więc opierającą się na przyjęciu założenia, że "ROW RYBNIK" to "klub sportowy K.S. Energetyk ROW Rybnik", a "PIŁKA" to "piłka nożna (dyscyplina sportu)". Nawet to nie prowadzi nas jednak do jednoznaczności. Otrzymujemy bowiem zdanie w postaci: "Klub sportowy K.S. ENERGETYK ROW Rybnik to tylko piłka nożna (dyscyplina sportu)!", które nadal ewidentnie trąci bełkotem. Rozumienie dosłowne jest niemożliwe. Klub sportowy należy bowiem do zupełnie innej kategorii bytów niż dyscyplina sportowa, toteż nie może zachodzić między nimi relacja równości, czy też tożsamości. Zrozumieć ten napis może tylko osoba mająca pewne, choćby minimalne rozeznanie w realiach rybnickiego sportu. Otóż wspomniany K.S. ENERGETYK ROW Rybnik posiada dwie sekcje: piłki nożnej i koszykówki. Kiedyś posiadał owych sekcyj kilkanaście, ale to już odległa historia. Natomiast wzmiankowany wyżej klub ROW Rybnik, powstał w tym sezonie i zajmuje się żużlem. Autor napisu chciał więc zapewne zaprotestować przeciwko przyjęciu przez nowy twór nazwy łudząco podobnej do starego. Prawdopodobnie uznaje on używanie przez żużlowców szyldu „ROW Rybnik” za swego rodzaju uzurpację. Można domniemywać, ze za napisem tym stoją środowiska kibiców piłki nożnej. Można przyznać im rację, co do meritum, przynajmniej częściowo. Kluby sportowe, podobnie zresztą jak partie polityczne, związki wyznaniowe, stowarzyszenia etc. nie powinny mieć nazw łudząco podobnych i mogących wprowadzać w błąd. Nie można jednak pochwalać niedbalstwa językowego autorów napisu. Kibicowanie drużynie piłkarskiej nie zwalnia z obowiązku precyzyjnego wyrażania się. Gdyby ów zbulwersowany kibic dopisał do swego napisu jeszcze jedna linijkę tekstu, na przykład „A NIE ŻUŻEL”, jego przekaz byłby klarowny i zrozumiały. W obecnej postaci zaś daleko mu do tego.

Autor napisu wpadł w tak zwana pułapkę oczywistości. Dla niego ten tekst był jednoznaczny i z tego wyciągnął on nieuprawniony wniosek, że i dla odbiorców takim będzie. O tej pułapce warto pamiętać, bo wpadnięcie w nią grozi nie tylko kibicom piłkarskim, ale wszystkim autorom jakichkolwiek tekstów.

07:50, svetomir , NAPISY
Link Komentarze (11) »
sobota, 10 marca 2012

marcin

W telewizjach dziecięcych oraz w dziecięcych blokach programowych na antenach telewizyj ogólnych można oglądać setki seriali przeznaczonych dla najmłodszych i nieco starszych telewidzów. Wśród tego ogromu produkcyj znajduje się między innymi francuski serial animowany Martin Matin, którego tytuł jest w Polsce tłumaczony jako Marcin Ranek. Uważam to tłumaczenie za nie najszczęśliwsze. Czemu? Zaraz wytłumaczę.

Niedawno jeden z moich znajomych, zastawszy mnie przy czytaniu zapytał, co też czytam. Odpowiedziałem, że Odyseję w przekładzie Lucjana Siemieńskiego. Stwierdziłem przy tem, że wolę stare przekłady poematów Homera, pisane wierszem polskim, osobliwie zaś trzynastozgłoskowcem, od nowszych, starających się odwzorować wiersz starogrecki i zapytałem, jakie woli mój rozmówca? Odrzekł, że wierne. Odpowiedź ta zdumiała mnie niepomiernie i skłoniła do głębokiego zastanowienia się nad tym problemem. Cóż bowiem oznacza wierny przekład tekstu poetyckiego? Aby mógł być za taki uznany, musiałby ściśle oddawać nie tylko treść oryginału, ale i jego formę, a więc rym, rytm, melodykę, rozkład rymów, długość wersów, etc., etc., etc. Jestem głęboko przekonany, iż jest to absolutnie niemożliwe. Dlatego właśnie Tadeusz Boy Żeleński postulował, aby poematy epickie tłumaczyć prozą. Tylko w ten sposób bowiem można przynajmniej treść utworu oddać całkiem ściśle. Jeśli zaś dokonuje się poetyckiego przekładu wiersza, czy poematu, de facto tworzy się nowy utwór, jedynie inspirowany oryginałem. Dlatego tłumacz poezji nie musi być filologiem, czy nawet biegłym znawcą języka z którego tłumaczy, musi natomiast być poetą z pewną liczbą publikacji.

Co to wszystko ma do serialu o małym Marcinie? Ma bardzo dużo. Tu też pojawia się to samo pytanie, czy tłumaczenie Tłumaczenie "Martin Matin" jako "Marcin Ranek" jest niewątpliwie doskonale dosłowne, nie jest jednak dosłownie doskonałe, co więcej, dalekie jest od jakiejkolwiek doskonałości. Oddaje co prawda całość werbalną treść oryginału, ale nie oddaje nie mniej ważnej, a w tym przypadku nawet stokroć ważniejszej treści niewerbalnej, czy też raczej pozawerbalnej. Oryginalny tytuł angielski zawiera bowiem pewną zabawną grę słów, której dosłowny przekład polski jest całkowicie pozbawiony. Otóż, jak już czytelnicy zapewne zauważyli, słowa Martin i Matin różnią się tylko jedną literą w zapisie i jedną głoską w wymowie. W wersji polskiej nie ma po tem śladu. A przecież dla fabuły serialu imię chłopca nie ma większego, czy zgoła żadnego znaczenia, zaś tytułowa gra słów ma dla tejże fabuły znaczenie fundamentalne, opiera się bowiem na niej cały koncept serialu. Logicznym więc byłoby odejście od ślepej dosłowności dla zachowania owej gry słów. A można to było uczynić bez najmniejszego trudu. Mnie samemu zastanowienie się nad polskimi formami imion męskich oraz ich zdrobnieniami i wybranie odpowiednich zajęło mniej niż jedną minutę. Szukałem oczywiście takich imion i ich zdrobnień, które od słowa ranek różniłyby się tylko jedną literą. Znalazłem takowe dwa: Radek i Franek. Przymierzyłem obydwa do tytułu serialu i stwierdziłem, że "Franek Ranek" brzmi zdecydowanie lepiej niż "Radek Ranek", głównie z racji dokładności rymu, która w twórczości dla dzieci ma spore znaczenie. Szkoda, że twórcy polskiej wersji serialu nie poszli tą drogą. Tytuł zawierający intrygującą grę słów, a nadto posiadający rym i charakterystyczną melodykę zdecydowanie lepiej zapadałby w pamięć, niż ten, na który się zdecydowano. Przełożyłoby się to w znacznym stopniu na rozpoznawalność, popularność i oglądalność serialu. Polski dystrybutor pokpił więc sprawę i zmarnował wielką szansę. Nie pierwszy to i zapewne nie ostatni tego rodzaju przypadek. Tłumaczenia tytułów filmów i seriali na język polski od wielu już lat są przedmiotem licznych kontrowersyj. Zazwyczaj jednak zarzuca się im przekład zbyt swobodny, bardzo daleko odbiegający od oryginału. Przykłady można by mnożyć: "Wirujący seks", "Nieśmiertelny", "Agentka o stu twarzach" (w oryginale odpowiednio "Dirty Dancing", "Highlander" i "Alias"). Tu sytuacja jest formalnie zupełnie odwrotna. Tytuł omawianego serialu został zepsuty przez nadmierną dosłowność przekładu, a nie jego nadmierną swobodę, jak w podanych przykładach. Wydawać by się to mogło na pierwszy rzut oka niemożliwym, aby swobodność i dosłowność przekładu mogły być w równym stopniu szkodliwe dla tytułu, a co za tem idzie również dla samego dzieła, przedewszystkiem zaś dla jego recepcji. Okazuje się jednak, że jest to jak najbardziej możliwe. W życiu zresztą bardzo często jest tak, że sytuacje skrajnie odmienne są w równym stopniu niepożądane. Już starożytni, a wśród nich przedewszystkiem Eklezjasta i Budda, zalecali unikanie skrajności i podążanie ścieżką umiaru. A byli to mędrcy, więc warto ich słuchać.

 

Mówi się powszechnie o przekładach, że są one albo piękne, albo wierne. Ja osobiście jestem w życiu zdecydowanym optymistą, ale mimo to uważam to zdanie za nazbyt optymistyczne. Jest bowiem na świecie wiele przekładów, które nie są ani piękne ani wierne. Chociażby wymienione wyżej tytuły filmów i seriali, które obok wierności nawet nie leżały, a które pięknymi mało kto nazwie. Zresztą nie tylko piękno, ale i wierność przekładu, to pojęcia mocno względne. Powyżej wyjaśniłem już chyba w stopniu przekonywającym, że przekład wierny to bynajmniej nie to samo, co przekład dosłowny. Tłumaczenie "Martin Matin" jako "Marcin Ranek" jest dosłowne, ale nie jest wierne. Aby bowiem przekład był wierny, musi oddawać nie tylko słowa oryginału, ale i to, co się za owymi słowami kryje.

13:01, svetomir , NAPISY
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 marca 2012

lokal

Stali czytelnicy moich tekstów zapewne zauważyli, ze posługuję się w nich swoistą, delikatną i częściową stylizacją na polszczyznę przedwojenną. Używam w dopełniaczu liczby mnogiej rzeczowników pochodzenia obcego kończących się na -ja lub -ia końcówek -ij, yj, zamiast -ji, -ii, które rezerwuję dla liczny pojedynczej, wyrazu „przedewszystkiem” i starej odmiany zaimka „to”. Czynię tak przedewszystkiem z dwóch przyczyn. Po pierwsze, jest to wyraz mojego konserwatyzmu, ale nie to jest najważniejsze. O wiele ważniejsza jest precyzja wypowiedzi, a te stare formy są zdecydowanie bardziej jednoznaczne i precyzyjne. Gdy ktoś powie „chadzam do restauracji”, nie wiadomo, czy do jednej, czy do wielu, „chadzam do restauracyj” nie pozostawia zaś wątpliwości. A brak precyzji zaburza zrozumiałość komunikatu językowego. Należy więc o tę precyzję dbać. Pięknym przykładem na to, jak użycie takiej stylizacji ratuje precyzje wypowiedzi, jest zdanie Miłosza o Gałczyńskim wyrażone w „Zniewolonym Umyśle”: Ponieważ podobał się czytelnikom, miał wiele propozycji z redakcyj i radia. Celowo niekonsekwentne użycie wzmiankowanej stylizacji znacząco poprawia estetykę zdania.

 

Na zdjęciu powyżej widzimy komunikat mało precyzyjny. Nie wiemy, czy autor słów „wynajmę lokal” szuka lokalu do wynajęcia, czy najemcy. Oczywiście, z kontekstu możemy się domyślić, że chodzi o to drugie, bo ogłoszenie to wisi na ścianie nieczynnej knajpy. Nie zawsze jednak ten kontekst jest widoczny. Gdy ogłoszenie takiej samej treści pojawia się w prasie, jest właściwie niezrozumiałe, chyba że zostanie umieszczone w adekwatnej rubryce. Dużo lepszym komunikatem o tym samym znaczeniu jest ten ze zdjęcia poniżej. Wyrażenie „lokal do wynajęcia” jest jednoznaczne, szkoda tylko, że musi się składać aż z trzech wyrazów. W ogłoszeniu prasowym, gdzie płaci się od słowa, ma to pewne znaczenie. Rodzi się więc dylemat, czy lepiej zapłacić więcej i wyrazić swą myśl jasno, czy zaoszczędzić i narazić się na błędne zrozumienie komunikatu przez jego potencjalnych odbiorców. Oczywiście dotyczy to nie tylko ogłoszeń.

lokal

Problem oczywiście leży w czasownikach „wynająć, wynajmować”. W języku polskim są one dwuznaczne, podobnie zresztą jak bliskoznaczne czasowniki „pożyczyć, pożyczać”. Słownik Języka Polskiego PWN definiuje: wynająć — wynajmować 1. «wziąć w czasowe płatne użytkowanie czyjąś własność» 2. «oddać coś w czasowe, płatne użytkowanie» 3. «przyjąć kogoś do pracy, zwykle krótkoterminowej». Znaczenie trzecie nas oczywiście w tej chwili raczej nie interesuje. Znamienny jest sposób definiowania dwóch pierwszych znaczeń. Słownik nawet nie próbuje podać jakichś ujednoznaczniających synonimów tego słowa. Nie podaje takowych, bo ich w polszczyźnie nie ma. W języku angielskim tego problemu nie ma. Są w nim osobne słowa „lent” i „borrow” odnoszące się do pożyczania oraz „rent” i „lease” odnoszące się do wynajmowania, wyraźnie rozgraniczające stronę, która w wynajem bierze, od tej, która w wynajem puszcza. Anglicy i Amerykanie mają się więc dobrze, my zaś musimy sobie radzić, stosując wyrażenia dłuższe. Można przypuszczać, że jest to spowodowane uwarunkowaniami historycznymi. Kultura polska i literacki język polski ukształtowały się w środowisku szlacheckim. Szlachta polska zaś z mocy prawa nie mogła zajmować się pozarolniczą działalnością gospodarczą, nie dziwi więc fakt, że w polszczyźnie mamy ograniczony zasób słów odnoszących się do takiej właśnie działalności.

 

Wspomniałem już wyżej, ze nieraz wiąże się to z ponoszeniem wyższych kosztów. Gdyby była to jedyna niedogodność, to jeszcze nie byłoby tak źle. Nie byłoby też źle, gdyby taki problem pojawiał się tylko w przypadku tego jednego słowa. W rzeczywistości jest on jednak dużo bardziej rozległy.

Niestety, bardzo często się zdarza, że jedno krótkie słowo niemieckie, czy angielskie po polsku precyzyjnie oddać można tylko kilkoma słowami i to dosyć długimi. Na przykład niemiecki tintenroller, to po polsku „atramentowe pióro kulkowe”. Problem długości i nieprecyzyjności niektórych polskich słów jest może marginalny w tekstach pisanych prozą, ale tłumaczom zagranicznej poezji spędza sen z powiek. Szczególnie dotkliwym staje się przy tłumaczeniu piosenek. Aby utwór przetłumaczony z angielskiego, czy niemieckiego na polski dał się zaśpiewać na tę samą melodię i z ta samą liczba zwrotek, musi zawierać znacznie mniej treści. I niestety, chyba nic się z tym nie da zrobić. O ile w toku ewolucji języka może się tak zdarzyć, że pojawią się osobne czasowniki na owe dwie strony wynajmowania, to ów problem szerszy raczej nie ma szans na rozwiązanie.

 

Ta cecha języka polskiego jest jednym z powodów, dla których nigdy nie stanie się on językiem globalnym. I nie stałby się takim, nawet gdyby Rzeczpospolita miała tyle kolonii, co Anglia. Z drugiej jednak strony, gdyby nie ta cecha, nie mielibyśmy prawdopodobnie tak zachwycającego tworu kulturowego, jak polski trzynastozgłoskowiec. Polski poeta potrzebował bowiem trzynastu sylab, by wyrazić tyle, ile francuski, czy niemiecki mógł zawrzeć w ośmiu. Szkoda, że taki wspaniały wynalazek poetycki powoli odchodzi do lamusa. Prawie nikt już nie pisze trzynastozgłoskowcem. Pomijam już fakt, ze większość współczesnych poetów w ogóle nie uważa za stosowne pisać do rymu i do taktu.

Oddaliłem się w tych swoich rozważaniach dość znaczenie od tekstu zacytowanego na wstępie, ale tak właśnie miało być. Takie jest założenie mojego cyklu „Napisy drobne”, aby od przeczytanego gdzieś jednego zdania przechodzić do problemów ogólnokulturowych.

09:52, svetomir , NAPISY
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 lutego 2012

 

W ostatnich miesiącach, w różnych częściach Rybnika, pojawiły się małe, białe drogowskazy z napisem „Starówka”. Podobne można już od kilku lat zobaczyć w innych śląskich miastach. Ot, taka małpia moda. Nikt nigdy nie nazywał historycznych centrów tych miast starówkami, ale magistraty z bliżej nieokreślonych powodów postanowiły snobować się na warszawskość. Co gorsza plaga starówkowa dotyka nie tylko urzędasów, ale również dziennikarzy. Co jakiś czas w prasie i w internecie można przeczytać o „Starówce” poznańskiej, gdańskiej, czy krakowskiej. Na nic się nie zdają protesty mieszkańców tych miast.

 

Zasadniczo nazywanie każdego starego miasta Starówką nie jest błędem. Słownik Poprawnej Polszczyzny podaje następującą definicje tego słowa: „stara dzielnica miasta, zwłaszcza Warszawy”. Podobnie podają inne słowniki. Z definicji tej wynika jasno, że można nazywać starówkami historyczne centra innych niż Warszawa miast, ale jest to przynajmniej niestandardowe użycie tego słowa. Uchodzi również za nieeleganckie. W klasycznej polszczyźnie Starówka to warszawskie stare miasto. Tak się utarło i dobrze by było się tego trzymać. Prof. Andrzej Januszajtis mówi „Moje pokolenie - ludzie urodzeni przed wojną - kojarzy słowo "starówka" ze Starym Miastem w Warszawie i dodaje „Stosując tę nazwę, co nie bardzo mi się podoba, należałoby ją utożsamić z całym obszarem uznanym za pomnik historii.” (za portalem gazeta.pl) Słowo „Starówka” jest w zasadzie regionalizmem warszawskim. Pochodzi z warszawskiego żargonu zwanego wiechem.

 

Jakiś czas temu przetoczyła się przez polskie media drukowane i internetowe dyskusja nad wprowadzaniem do ogólnopolskiego obiegu językowego regionalizmów krakowskich. Najbardziej wyraziste głosy w tej dyskusji należały do wybitnego aktora Jerzego Stuhra i Michała Rusinka, sekretarza literackiej noblistki Wisławy Szymborskiej. Pierwszy był zwolennikiem używania regionalizmów, drugi zaś ich przeciwnikiem. Stuhr mówił : „One są wpisane w historię mojego regionu. W tej kwestii myślę tak jak Włosi, którzy są dumni z tego, że odzywają się w dialekcie neapolitańskim albo mówią narzeczem toskańskim. To jest historia ich małych ojczyzn. Tak więc regionalizmy krakowskie są historią mojej Galicji, historią mojej rodziny. Ja wiem, co to takiego bil, ponieważ tak mówiła o słoninie moja babcia; biegałem też do sklepu po krachlę. To, że są ludzie, którzy wstydzą się regionalizmów, uważam za jakieś dziwactwo. Cała ta afera, że nie są nam potrzebne, jest aferką inteligencką. Ludzie nadal używają regionalizmów. Proszę iść na Podgórze albo przejść się na Grzegórzki”, natomiast Rusinek : „Regionalizmy są czymś naturalnym wśród "ludu" i jako takie są interesujące dla językoznawców. Wśród ludzi lepiej wykształconych są albo śmieciami, albo cytatami. W pierwszym przypadku są śmieszne w sposób niezamierzony, w drugim - w zamierzony.” (Obydwa cytaty za portalem gazeta.pl). Jako sztandarowy przykład takiego krakowskiego regionalizmu podawano w tej dyskusji wyrażenie „na pole” w znaczeniu „na zewnątrz”. Stuhr tej konstrukcji używa, niezależnie od tego, w jakim regionie kraju się znajduje, natomiast Rusinek zastępuje go nie przywiązanym do żadnego regionu wyrażeniem „na zewnątrz”.

 

Pozornie spór o „na pole” nie ma nic wspólnego z pozawarszawskimi starówkami, ale tylko pozornie. W jednym i drugim przypadku chodzi o eksport regionalizmów do języka ogólnopolskiego i o granice dopuszczalności takiego eksportu. W sporze o regionalizmy krakowskie jestem po stronie Jerzego Stuhra. Uważam regionalizmy za cenny element kultury, a ich używanie przez osoby pochodzące z danego regionu, niezależnie od tego, czy należą do inteligencji, czy ludu, za normalne, właściwe i pożądane. W większości krajów zachodnich nawet elity używają regionalizmów i chlubią się tym. Dlatego też nie dziwi mnie i nie gorszy, gdy to warszawiacy nazywają starówkami stare miasta innych niż Warszawa miast. Zupełnie jednak inna jest sprawa, gdy słowo to przejmują ludzie nie mający warszawskich korzeni, a tak jest w przypadku wspomnianych na wstępie samorządowców i dziennikarzy. To mi się już nie podoba. Gdyby bowiem jakiegoś regionalizmu zaczęli używać wszyscy Polacy, przestałby on być regionalizmem. Warsawianizacja języka ogólnopolskiego, zaśmiecenie go warszawskimi regionalizmami nie jest zjawiskiem pożądanym. Może to bowiem spowodować coraz powszechniejsze postrzeganie tegoż języka ogólnopolskiego przez mieszkańców różnych języków kraju jako obcego tworu. Na taką możliwość wskazują protesty przeciwko rozpowszecnianiu „starówki” poza Warszawą.

Protesty te są przejawem zdrowego patriotyzmu lokalnego. Nie ma powodu by czynić z polskich miast kopie Warszawy. Drogowskazy, takie jak te rybnickie powinny wskazywać na Stare Miasto, lub na Rynek, ja to jest w sąsiednim Wodzisławiu Śląskim, a nie na Starówkę. Bo Starówka jest w Warszawie, podobnie jak Główne Miasto jest w Gdańsku. Historyczne centrum Krakowa, Wrocławia, Poznania, czy Rybnika, to po prostu Stare Miasto. Tak jest w świadomości mieszkańców i należy to uszanować. Włodarze tych miast powinni o tym pamiętać. A jeśli im tęskno do warszawskich regionalizmów, niechaj złożą urzędy swoje i do stolicy się przeniosą.

10:17, svetomir , NAPISY
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 stycznia 2012

 akcja

Jak powszechnie wiadomo, branża usług budowlanych jest prężna i ma się nieźle. Jednak nawet najprężniejsza branża potrzebuje niekiedy reklamy i promocji. Nie ma więc niczego dziwnego w tym, że właściciele domów i mieszkań są wręcz bombardowani reklamami usług budowlanych. Co ciekawe, poszczególne segmenty tej branży reklamują się z różną intensywnością.

 

Najbardziej nachalni są producenci i instalatorzy drzwi. Posuwają się oni do metod budzących poważne wątpliwości. Starają się, co prawda, nie przekraczać granic prawa, niewątpliwie za to przekraczają wszelkie granice dobrych obyczajów i dobrego smaku. Na przykład, chodzą od mieszkania do mieszkania jak Świadkowie Jehowy i namawiają na wymianę drzwi, sugerując przy tem, że większość sąsiadów już się na to zdecydowała, co oczywiście, zazwyczaj nie ma nic wspólnego z prawdą. Inni sięgają po metody bardziej wyrafinowane. Dogadują się na przykład z agentami firm ubezpieczeniowych, które zazwyczaj nie chcą ubezpieczać mieszkań nieposiadających solidnych drzwi. Jeśli więc klient takowych nie ma, agent chętnie poleci zaprzyjaźnionego instalatora. Niektóre firmy idą jeszcze dalej. Gdy w jakiejś okolicy zdarzają się włamania do mieszkań, często pojawia się plotka, że łupem padają jedynie mieszkania bez drzwi antywłamaniowych i że złodzieje przed akcją z rozmysłem takowe typują. Oczywiście nie da się firmom branży drzwiowej udowodnić inspirowania takich plotek. Tak jednak zazwyczaj w życiu bywa, że is fecit, cui prodest. A największą korzyść z owych plotek wynosi właśnie rzeczona branża.

 

Ja osobiście za najbardziej perfidną i niesmaczną formę reklamy producentów i instalatorów drzwi uważam praktykę takiego redagowania ulotek i plakatów reklamowych, aby przypominały urzędowe komunikaty. Takie ulotki, czy plakaty są zazwyczaj wydrukowane monochromatycznie, prostą czcionką, bez żadnych ilustracyj, czy grafik. Ich treść prawie zawsze zaczyna się od słów "Uwaga lokatorzy!" W kolejnych zdaniach pojawiają się sformułowania w stylu "odbędzie się akcja wymiany drzwi". Czasami w nagłówku występuje słowo "komunikat". Rzadko natomiast pojawia się w tych materiałach nazwa firmy, zazwyczaj jest tylko numer telefonu.   Dla osób mało zorientowanych w temacie, wyglądają one łudząco podobnie do komunikatów administracyj spółdzielni mieszkaniowych. Zwłaszcza ludzie starsi, gdy czytają o "akcji" skierowanej do "lokatorów", nabierają przekonania, że jest ona obowiązkowa, toteż wydają ostatnie zaskórniaki, często od ust sobie odejmując i kupują zupełnie im do niczego niepotrzebne drzwi. Oczywiście przedsiębiorcy stosujące takie niemoralne metody będą się zaklinać i przysięgać, że pod nikogo się nie podszywają, a wszelkie skojarzenia są absolutnie przypadkowe. Zdarzyło mi się kilka razy dzwonić do szefów takich firm. Wszyscy oni butnie i bezczelnie stwierdzali, że nic złego nie robią. Faktycznie, prawa wprost nie łamią. Można by co prawda od biedy podciągnąć ten proceder pod podstępne skłonienie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, ale byłoby to bardzo trudne do udowodnienia. Pozostaje jednak jeszcze ocena moralna takich działań, a ta jest jednoznacznie negatywna.

09:17, svetomir , NAPISY
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 września 2011

rybnik

 

Każdego dnia zalewa nas całe mnóstwo reklam nie tylko w mediach, ale także w domu i na ulicy, chociażby w postaci wszechobecnych ulotek, plakatów i bannerów. Większość z nich jest banalna, ale niektóre są wielce intrygujące. Tak właśnie jest z reklamami pewnej firmy oferującej porady prawne i tłumaczenia ze wszystkich języków. Porady możemy sobie odpuścić, bo to banalne, ale z tymi tłumaczeniami to pewna zagwozdka.  Bez wielkiego ryzyka błędów można przyjąć, że te "wszystkie języki" to po prostu marketingowa hiperbola. Nie jest bowiem możliwe, aby byli w stanie tłumaczyć ze wszystkich języków. Aby tłumaczenie było dobre zasadniczo musi być dokonane przez profesjonalnego tłumacza. Oczywiście są od tej zasady wyjątki, ale nie należą one do tych tłumaczeń, które zleca się firmom przekładowym. Do wyjątków takich należy bowiem na przykład tłumaczenie poezji, do którego nie trzeba być profesjonalnym tłumaczem, ale trzeba być poetą.

 

Aby jednak tłumaczyć normalne, niepoetyckie teksty ze stu języków i robić to należycie firma musi zatrudnić co najmniej kilkudziesięciu tłumaczy. Oczywiście dzięki komputerowym programom tłumaczącym oraz tradycyjnym słownikom można poszerzyć zakres języków dostępnych dla grona kilkudziesięciu tłumaczy do kilkuset, a nawet tysiąca. Aby jednak takie tłumaczenie miało jakąkolwiek wartość, osoba go dokonująca musi mieć, niezależnie od posiadanych narzędzi pomocniczych, przynajmniej podstawową znajomość danego języka. Aby więc obsłużyć tysiąc języków, firma musiałaby zatrudnić co najmniej kilkudziesięciu wysokiej klasy fachowców. Byłoby to więc bardzo kosztowne, a z drugiej strony zupełnie niepotrzebne, bo zamówienia na 95% spośród owego tysiąca języków będą się pojawiać niesłychanie rzadko. Czyni to przedsięwzięcie całkowicie nieopłacalnym. A przecież od tysiąca języków (optymistycznie licząc) do wszystkich języków świata droga jeszcze bardzo daleka. Tych jest co najmniej kilka tysięcy, do większości z nich nie ma polskich słowników, o translatorach już nie wspominając, część jest w ogóle niezbadana, część nawet tajna i w związku z tym nawet niemożliwa do zbadania.

 

Myślę więc, że owa firma dokonuje tłumaczeń z kilkunastu lub co najwyżej kilkudziesięciu języków, a pisząc o wszystkich ma na myśli "wszystkie we współczesnych realiach polskich praktycznie użyteczne". Przykład tej superekstrahiperbolicznej reklamy  skłania do refleksyj ogólniejszej natury. Słowa takie jak wszystko, wszyscy, wszystkie, zawsze, wszędzie, a z drugiej strony, nikt, nic, żaden, nigdy, nigdzie są nagminnie nadużywane nie tylko w reklamie, poezji, czy felietonistyce, gdzie jest to poniekąd uzasadnione i usprawiedliwione, ale też w tych formach wypowiedzi, które wymagają precyzyjnego wysławiania się. A przecież znakomita większość zdań zawierających w sobie któreś ze słów z powyższej listy, to zdania fałszywe, chociaż nie zawsze jest to tak jaskrawo widoczne, jak w wyżej omówionej reklamie.

23:22, svetomir , NAPISY
Link Komentarze (1) »
środa, 31 sierpnia 2011

  kłady

Z reguły nie kupuję "Tygodnika Rybnickiego", który jest gazetą zdecydowanie słabszą od konkurencyjnych "Nowin". Odnoszę zresztą wrażenie, że nie ma on zbyt wielkiego grona stałych czytelników, a utrzymuje się na rynku przedewszystkiem dzięki publikowaniu zdjęć noworodków i długożeńców, co sprawia, że jest dość licznie kupowany przez krewnych i znajomych jednych i drugich. Niedawno jednak kupiłem jeden egzemplarz tego pisma, a to z racji specyficznego języka, jakim została napisana jedna z notek umieszczonych na pierwszej stronie. Notka to zresztą sama w sobie specyficzna, przynajmniej z dwóch względów. Po pierwsze, została ona powtórzona na stronie drugiej, w formie nieco tylko rozszerzonej. Po drugie, żadna z tych dwóch wersyj nie została podpisana, ani imieniem i nazwiskiem autora, ani pseudonimem, ani też inicjałami. Nic, totalny anonim. Notka opowiadała o dosyć przykrym wypadku. Kilkoro dzieci odniosło obrażenia po potrąceniu przez kierowany przez inne dziecko kład. Tak właśnie napisano "kład", a nie, jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić "quad". Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że "Tygodnik Rybnicki" mówiąc kolokwialnie "strzelił byka".

 

W rzeczywistości jednak jest zupełnie inaczej. Z przetłumaczeniem angielskiego  słowa "quad" na język polski jest bowiem pewien problem. Nie da się go jednoznacznie oddać jednym słowem. Są trzy podstawowe potencjalne rozwiązania. Pierwsze to przetłumaczenie słowa oparte na jego znaczeniu. W tym nurcie wytworzyło się słowo "czterokołowiec". Jest to rozwiązanie być może najbardziej eleganckie, najbardziej poprawne i najbardziej zgodne z polską tradycją językową. Jest jednak przy tem także najbardziej niepraktyczne, osobliwie w tej wersji, która się w tym przypadku przyjęła. Słowo "czterokołowiec" jest po prostu stanowczo za długie na to, by stać się podstawowym polskim odpowiednikiem angielskiego słowa "quad". Można by je zastąpić jakimś krótszym, na przykład "czwórkół", ale wypromowanie takowego byłoby obecnie bardzo trudne z racji silnej konkurencji ze strony nie tyle owego czterokołowca, co raczej rozwiązań innych niż tłumaczenie oparte na znaczeniu. Warto jeszcze zaznaczyć, że słowo czterokołowiec ma i tę wadę , że jest niejednoznaczne, używa się go bowiem także w odniesieniu do czterokołowych poziomych rowerów, popularnych zwłaszcza w parkach i kurortach, gdzie zazwyczaj można je wypożyczyć. Najczęściej stosowanym jest zapożyczenie słowa angielskiego w postaci natywnej, czyli quad. Wersja ta jest najpowszechniejsza i bardzo praktyczna, ale przy tem najmniej elegancka i najmniej zgodna z polską tradycją językową, a być może nawet niepoprawna. Należy  bowiem unikać wprowadzania do języka polskiego słów pospolitych zawierających litery q,v i x, nienależące do podstawowego korpusu znaków polskich.

 

I w ten sposób dochodzimy do owego "kłada", który nie jest takim złym rozwiązaniem, jakim się na pierwszy rzut oka wydaje. Zgodnie z regułami obowiązującymi w języku polskim spolszczenie fonetyczne jest jak najbardziej prawidłowe. Kiedyś w ten sposób polonizowano nawet nazwiska cudzoziemskie. Maurycy Mochnacki na przykład tak pisał o zachodnioeuropejskich poetach: „Bayron nie upatrywał w Kornelu prawdziwego poety, a w dziełach Rassyna ledwie jedną myśl poetycką znalazł”. Ciekawe, czy Szanowni Czytelnicy mojego tekstu rozszyfrują wszystkie trzy nazwiska wymienione w powyższym cytacie? Dziś fonetyczne spolszczenia nazwisk, czy nazw miejscowych byłyby nie tylko arcydziwaczne, ale i błędne. Jednak w odniesieniu do nazw pospolitych ta metoda przyswajania słów obcojęzycznych nadal stanowi normę językową. I dobrze funkcjonuje, co dobitnie widać na przykładzie słów takich jak ksero, dżem, czy menedżer. A jednak przy słowie "kład", równie wzorcowo tą metodą spolszczonym, jak wyrazy przytoczone w zdaniu poprzednim, odczuwa się jakąś niepewność. Jest ona wywołana przedewszystkiem przez tę arcysłowiańską literę ł, rażąco niepasującą do anglopochodnego słowa. Może więc lepsza by była forma kuad? Chyba nie, bo chociaż znacznie lepiej wygląda na papierze, to jest zdecydowanie mniej wierna fonetycznie. Mamy więc tu do czynienia z klasycznym problemem tłumaczeń, które ponoć są albo wierne, albo piękne, ale nigdy takie i takie jednocześnie. Mamy więc dylemat, czy wybrać formę precyzyjniejszą, czy ładniejszą. Wyboru jednak nie będą dokonywali autor i czytelnicy tego tekstu. Dokona go ogół użytkowników języka polskiego, w znakomitej zresztą większości nieświadomych faktu, że dokonują jakiegoś wyboru. Rolą autora niniejszego tekstu było jedynie zaprezentowanie możliwych rozwiązań, co niniejszym uczynił. Teraz zaś będzie on cierpliwie czekał miesiące i lata na wykrystalizowanie się jakiegoś jednoznacznego rozwiązania, mając nadzieję, że nie będzie ono zbytnio gwałciło języka polskiego. Obawiam się jednak, ze mogę się w swych nadziejach zawieść, bo anglicyzacja polszczyzny nasila się i co gorsza jest dość powszechnie akceptowana. Najprawdopodobniej wygra więc nie kuad czy czwórkół, ani nawet nie kład, czy czterokołowiec, ale quad.

07:09, svetomir , NAPISY
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 sierpnia 2011

 

Często się zdarza, że jakiś błąd językowy jest w powszechnym użyciu i popełniający go wcale nie uważają go za błąd. Zazwyczaj sytuacja taka trwa przez dłuższy czas, a następnie rozwiązuje się na jeden z dwu sposobów. Czasami autorytety językowe, działając za pośrednictwem mediów i systemu edukacji dają radę zmarginalizować, a nawet wyrugować taki powszechny błąd. Częściej jednak błąd staje się tak powszechny i utrwalony, że owe autorytety z czasem akceptują jego użycie, co niekiedy zostaje nawet potwierdzone oficjalnym placetem Rady Języka Polskiego.

 

Bywa jednak czasami i odwrotnie. Zdarza się mianowicie, że jakieś słowo, wyrażenie, czy zwrot powszechnie uchodzi za błąd językowy, mimo że jest całkowicie poprawne. Tak jest ze słowem „wpierw”, a w mniejszym stopniu także z innymi synonimami słowa „najpierw”, takimi jak „najsampierw”, czy „nasamprzód”. Piętnowanie użycia tych słów przybiera często formy prądu ideologicznego, towarzyszą mu też spore emocje. Szczególnie widoczne jest to w internecie. Na autorach używających w swych tekstach słowa „wpierw” niektórzy komentatorzy nie pozostawiają suchej nitki. Gdy na przykład na portalu gazeta.pl zostało ono użyte w artykule o brzydkich sprawkach brytyjskiego tabloidu "News of the World", właśnie zresztą z racji tych sprawek zamkniętego przez swojego właściciela, niejaki huston_mamy_problem raczył napisać następujący komentarz: „cyt,, wpierw ich podsłuchiwali "WPIERW ?? CHYBA NAJPIERW KASZTANIE, ZDAŁEŚ CHOCIAŻ MATURĘ ??” (pisownia oryginalna). Jest to typowy przykład tego zjawiska, które z racji jego zideologizowania i nasycenia emocjami postanowiłem nazywać najpierwizmem, a jego aktywistów najpierwistami, a to dlatego, że zasadniczo tylko formę „najpierw” uważają oni za prawidłową, zaś wszystkie jej synonimy odrzucają. Najbardziej wyrazisty przypadek najpierwizmu znalazłem w komentarzu pod hasłem „wpierw” umieszczonym w internetowym słowniku dla skrablistów. Komentarz ów brzmiał następująco „Naprawdę nie lubię tego słowa - najpierw, OK, ale wpierw - dla mnie brzmi trochę po wiejsku :/ A jeszcze lepsza wersja: NAJSAMPIERW xD Total wiocha !!!”. Użycie wielkich liter (również w pierwszym cytacie), emotikonów i redundantnych wykrzykników, cy pytajników zdradza duże emocje. Ten drugi cytat przybliża nas do istoty tego zjawiska i pozwala przypuszczać, skąd te emocje się biorą. Anonim, który nawet pseudonimem nie raczył się podpisać uważa słowa „wpierw” i „najsampierw” za „wiochę”. Sam, jak widać, niezbyt sprawnie posługuje się językiem polskim (niepotrzebne wtręty angielskie) i niewiele o nim wie, skoro nie odróżnia archaizmów od wpływów gwarowych. Tropi zaś i zwalcza to, co uważa za wiejskie. Wiele to o nim mówi, o wiele więcej, niż powiedziałby jego podpis, gdyby się pod tym komentarzem znalazł. Nie trzeba być psychologiem, aby podejrzewać u niego pewne kompleksy na punkcie wsi. Zwalcza to, co w jego przekonaniu jest wiejskie być może właśnie po to, aby samemu nie być o wiejskość posądzonym. Podobny ton można znaleźć w wypowiedziach praktycznie wszystkich osób piętnujących „wpierw” i jego archaiczne, bądź gwarowe synonimy.

 

Tymczasem językoznawcy są zgodni, słowo „wpierw” jest jak najbardziej prawidłowe i zgodne z wszelkimi normami języka polskiego. Co najwyżej niektórzy uważają je za nieco przestarzałe. Oddajmy głos kilku z nich. Mirosław Bańko z Państwowego Wydawnictwa Naukowego tak pisze: „Nie powiedziałbym, żeby wyraz pierw był „powszechnie stosowany, najczęściej przez ludzi młodych”, przeciwnie – jest przestarzały. Słowa przestarzałe często dłużej niż w języku ogólnym utrzymują się w gwarach, więc może Pana rozmówcy pochodzą ze wsi albo mają rodziców ze wsi, od których przyswoili sobie to słowo. Że nauczyciele go nie lubią, to się wcale nie dziwię. Szkoła powinna upowszechniać współczesny język ogólny (mówi się też: standardowy, dawniej mówiono: literacki), a pierw do niego nie należy. Skoro, jak pisze Pan, „studenci używają go rzadko”, to widocznie szkoła na tym polu odnosi sukcesy. Pewnym kompromisem między przestarzałym pierw, a współczesnym najpierw jest też współczesne, ale książkowe wpierw.” Grzegorz Wojewoda z Uniwersytetu Gdańskiego na pytanie o prawidłowość „wpierw” odpowiada następująco: „Istnieje wiele różnych wyrazów służących mówieniu o uprzedniości, czyli o tym, że coś było wcześniej, było w pierwszej kolejności lub pojawiło się (albo pojawi się) przed czymś. Słowem najbardziej neutralnym i nienacechowanym jest oczywiście najpierw. Jest ono również najczęściej używane, ma jednak wiele synonimów, do których należy m.in. wpierw, o którym mowa w pytaniu. We współczesnej polszczyźnie wpierw jest słowem uważanym za poprawne, jednak nie uchodzi ono za zbyt eleganckie. W sytuacjach neutralnych raczej skłonni jesteśmy mówić najpierw. W tym samym znaczeniu zdarza się również, chociaż bardzo rzadko, usłyszeć archaiczne nasamprzód lub gwarowe najprzód, które w języku ogólnym poprawne nie są. Z tego powodu słowo wpierw, choć już nieco archaiczne, jest mimo wszystko najbliższym synonimem słowa najpierw. Mały słownik języka polskiego z roku 1968 podaje przykład użycia tego słowa w zdaniu: Aby kogo ocenić, trzeba go wpierw dobrze poznać. Wpierw pojawia się również w edycji tego słownika z roku 1980, jednak późniejsze małe słowniki języka polskiego już go nie podają – nie występuje ono już np. w Słowniku współczesnej polszczyzny PWN z roku 2002. Tak więc, mimo że używanie słowa wpierw w dalszym ciągu można uznać za poprawne, wyraz ten staje się coraz bardziej archaiczny i powoli zanika.” Zaś „mistrz polskiej ortografii” Maciej Malinowski uważa: „Słownik poprawnej polszczyzny PWN pod red. prof. Witolda Doroszewskiego sprzed 30 lat podawał, że wpierw to forma potoczna o znaczeniu ‘najpierw’, ale dawni pisarze chętnie się nią posługiwali. To dowód, że traktowali przysłówek wpierw synonimicznie z najpierw także w języku ogólnym. Ale formy wpierw używano również w znaczeniu ‘wcześniej, przedtem, uprzednio’, czego nie odnotowywano w wypadku słowa najpierw. Świadczyłoby to o jednym: o tym, że wyraz wpierw był potrzebny w polszczyźnie. Dziś razi nas nieco archaicznością, podobnie jak formy najprzód, najsamprzód, nasamprzód, najsampierw, wprzód (to też synonimy najpierw), występujące kiedyś powszechnie. Byłoby jednak nadgorliwością traktowanie wyrazu wpierw jako jednoznacznie niepoprawnego. Odnotowuje go najnowszy Uniwersalny słownik języka polskiego PWN pod red. prof. Stanisława Dubisza, choć z adnotacją: przestarzały, a także „Nowy słownik poprawnej polszczyzny” PWN pod red. prof. Andrzeja Markowskiego (ten zalicza ów wyraz ciągle do polszczyzny potoczonej). Inaczej postąpiono z formami najprzód, najsamprzód, nasamprzód, najsampierw. U prof. Dubisza są przestarzałe, u prof. Markowskiego niepoprawne (trzeba mówić i pisać najpierw).”

 

Wydaje się więc, że częste w pewnych środowiskach ataki na „wpierw” i jego synonimy powodowane są w mniejszym stopniu troską o poprawność językową, w większym zaś specyficznie pojmowaną antywiejską ideologią oraz kompleksami na punkcie wsi, powstałymi zapewne, przynajmniej w części przypadków, wskutek wiejskiego pochodzenia, obecnie zamieszkujących miasta „najpierwistów”. Jak słusznie zauważył Grzegorz Wojewoda, wskutek rozpowszechnienia w społeczeństwie takiej postawy, wyraz „wpierw” może z czasem zupełnie zaniknąć. Ten sam los spotka zapewne i to prawdopodobnie jeszcze wcześniej niektóre z jego synonimów. A szkoda ich będzie, bo bez nich język polski stanie się uboższy.

10:53, svetomir , NAPISY
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 lipca 2011

  znak warszawa

Jeśli napisy rozumieć szeroko, a ja osobiście jestem za szerokim rozumieniem wszelkich pojęć kulturowych, to zaliczyć do nich należy nie tylko długie ciągi liter, ale także pojedyncze litery, cyfry i znaki specjalne. A jeśli tak je rozumiemy, to w cyklu poświęconym napisom drobnym możemy bez zbytniego naciągania ram tematu omówić żartobliwe przeróbki znaków drogowych. Tego rodzaju dzieła pod względem przynależności gatunkowej mieszczą się na obrzeżach graffiti. O ile jednak to ostatnie jest zasadniczo sztuką miejską (to znaczy jest miejską, bo sztuką zaledwie bywa), o tyle rozmaite modyfikacje znaków drogowych znaleźć można równie często na wsi, jak i w mieście. Modyfikacje znaków drogowych są dosyć zróżnicowane, a co więcej, pewne ich typy dominują w określonych lokalizacjach, inne zaś w innych. I tak dla przykładu niewielkie naklejki zwane wlepkami są charakterystyczne dla kultury wielkomiejskiej. Z kolei typowe przemalowania znaków, sprawiające że udają one prawdziwe znaki o zupełnie innej treści są typowe dla wiosek i to raczej zapadłych. Nie oznacza to wcale, że tylko tam się one pojawiają, bo można przypuścić, że ma to miejsce w całym kraju z mniej więcej równą częstotliwością, z tym że na wioskach utrzymują się one dłużej, bo rzadziej tam zaglądają służby zainteresowane ich usuwaniem. Różne typy przekształceń znaków drogowych mają też różne funkcje. O ile wlepki niosą zazwyczaj ze sobą jakiś przekaz ideologiczny, o tyle przemalowane znaki należy, jak się zdaje, rozumieć przedewszystkiem w kategorii żartu. Żart ów jest może trochę nietypowy, bliższy nieco prezentowanym za pomocą prasy, radia, czy telewizji, aniżeli opowiadanym bezpośrednio większemu, czy mniejszemu gronu słuchaczy. W przypadku dowcipów znakowych nie tylko odbiorcy są nieznani twórcy, tak jak to ma miejsce przy dowcipach prezentowanych przez media, ale także, w odróżnieniu od tamtych, twórca jest nieznany odbiorcom. Można powiedzieć, że w pewien sposób, nieświadomie zapewne, nawiązuje się tu do sztuki średniowiecza, która to epoka, za wyjątkiem swego okresu schyłkowego, nazywanego niekiedy prerenesansem, cechowała się anonimowością twórców. Sztuka bowiem nigdy nie powstaje w próżni, istnieje jedynie w skomplikowanym systemie świadomych i nieświadomych nawiązań do dzieł i epok dawniejszych. Nawiązania te nie zawsze polegają na zapożyczaniu wątków i motywów. Równie częste są nawiązania na płaszczyźnie funkcjonalnej, to znaczy w obszarze funkcyj społecznych spełnianych przez dzieła sztuki i inne byty kulturowe.

 znak kamesznica

Niestety, przekształcenia znaków drogowych nie zawsze są tylko niewinnymi dziełami sztuki niskich lub średnich lotów. Czasami odgrywają też inną, mniej przyjemną rolę. Przekształcenie bowiem przekształceniu nierówne. Użyteczny wydaje się podział na przekształcenia niezupełne i zupełne. Przekształceniem niezupełnym nazywam takie, które nie znosi czytelności znaku. Spośród przykładów ilustrujących niniejszy tekst, do tej kategorii należą opatrzony wlepkami znak przejścia dla pieszych i obdarzony uśmiechem znak podporządkowania. Natomiast określenie przekształcenia zupełnego należy się tym ingerencjom artystycznym, które znoszą czytelność pierwotnego znaku. Z prezentowanej w tym tekście trójki dzieł do tej kategorii należy przerobiony znak zakazu. Oryginalnie zakazywał ruchu pojazdów o masie przekraczającej pięć ton. Po przerobieniu zakazuje jazdy z prędkością większą niż 150 km/h. Chociaż na pierwszy rzut oka widać, że znak został przerobiony, jego oryginalną treść trudno odczytać, zwłaszcza zza kierownicy samochodu. Przekształcenia zupełne nie mogą być oceniane wyłącznie w kategoriach artystycznych i estetycznych, rodzą one bowiem poważne implikacje prawne i etyczne. Oczywiście z punktu widzenia prawa wszystkie ingerencje w znaki drogowe są czynami zabronionymi, ale przekształcenie zupełne to nie tylko zniszczenie mienia publicznego, ale także sprowadzenie ryzyka katastrofy w ruchu drogowym, a to już przestępstwo dużo poważniejsze. Przekształcenia zupełne są naprawdę niebezpieczne dla uczestników ruchu drogowego. W tym konkretnym  przypadku, nawet jeśli nie pojawią się na tej drodze szaleńcy pędzący sto pięćdziesiąt na godzinę, to samo pojawienie się tam dużych ciężarówek, które jest o wiele bardziej prawdopodobne, może nastręczyć nielichych problemów. Dróżka ta jest bowiem wąska, kręta, stroma i upstrzona lichymi mostkami. Prowadzi nas to wszystko do kwestii odpowiedzialności twórcy za swoje dzieło i za wpływ, jaki to dzieło wywiera na rzeczywistość. Z jednej strony jest rzeczą oczywistą, że jakąś odpowiedzialność za dzieło ponosi. Nie może być bowiem tak, że działania twórcze są wyłączone spod odpowiedzialności, a co za tem idzie spod ogólnoludzkich zasad współżycia społecznego. Z drugiej jednak strony trudno  wymagać od twórców, aby ponosili oni pełną odpowiedzialność za wszystkie skutki wpływu swoich dzieł na rzeczywistość. Wpływ ten bowiem jest kształtowany nie tylko przez samych twórców, ale w nie mniejszym stopniu także przez odbiorców, w pierwszym rzędzie prominentnych (krytycy i recenzenci), a w dalszej kolejności i tych całkiem zwykłych. Każdy bowiem uczestnik kultury, choćby nawet pozornie był tylko zwykłym jej konsumentem, ma wpływ na jej kształt i jest w rzeczy samej jej współtwórcą. To rozłożenie wpływu szczególnie nasiliło się w ostatnich latach, kiedy to nawet najbardziej szeregowy uczestnik   kultury, pozornie tylko odbiorca, może ucieleśnić swój wkład w nią, chociażby klikając facebookowy przycisk "lubię to". Proces ten został dobrze opisany przez Zygmunta Baumana, który nazwał kulturę "spółdzielnią spożywców". Do tej samej sytuacji można też odnieść znacznie szerszy znaczeniowo cytat z Miłosza: "Choćbyś był jak kamień polny, lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach".

 znak rybnik

Pozornie odeszliśmy znacznie od tematu, ale tylko pozornie. Tak naprawdę bowiem przeszliśmy do analizy kolejnego aspektu artystycznego przekształcania znaków drogowych, a mianowicie ich autorstwa. Zacznijmy od momentu powstawania tych dzieł. Większość z nich ma zapewne jednego autora, nie są to bowiem twory zbyt skomplikowane. Odróżniają się w ten sposób od przeważającej części klasycznego graffiti, którego wytwory są zazwyczaj dziełami dosyć skomplikowanymi i mającymi wielu autorów, nawet jeżeli jeden z nich jest głównym. Dzieła naprawdę indywidualne zdarzają się rzadko. Nawet gdy takie się pojawi, to długo indywidualnym nie pozostaje, gdyż inni twórcy rychło dokonują jego przeróbki lub rozbudowy. W przypadku "graffiti znakowego" jest zupełnie odwrotnie. Szczupłość miejsca wymusza prostotę dzieła, a ta z kolei nie daje pola do popisu większej liczby twórców. Oczywiście są też wyjątki od tej prawidłowości. Należy do nich wzmiankowany już parokrotnie w toku powyższych rozważań owlepkowany znak przejścia dla pieszych. Można śmiało założyć, z bliskim pewności prawdopodobieństwem trafności osądu, że dzieło to ma więcej niż jednego autora. Nawet jednak w tych wszystkich przypadkach, gdy pierwotny twórca jest jeden, wpływ na społeczny odbiór dzieła mają także osoby, które można by nazwać twórcami wtórnymi. Będą to na przykład wszyscy ci, którzy taki zmodyfikowany znak sfotografują, a następnie w jakikolwiek sposób rozpowszechnią zdjęcia, na przykład w internecie. Zmodyfikują w ten sposób odbiór dzieła, zmieniając jego charakter z lokalnego na nielokalny. Z powyższych rozważań jasno wynika, że pozornie banalne  bazgroły na tarczach znaków drogowych niosą ze sobą wiele treści i są ważnym składnikiem kultury. Zresztą elementów nieważnych w kulturze nie ma. Wszystkie są na swój sposób istotne.

06:52, svetomir , NAPISY
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 czerwca 2011

emo

 

Tropiąc różne zaskakujące napisy nie sposób nie zauważyć tych, które pojawiają się na urządzeniach zabawowych wypełniających place zabaw. Są to często teksty bardzo interesujące, a ich treść zazwyczaj mocno kontrastuje z podstawową funkcją tych miejsc. Place zabaw bowiem są przeznaczone przedewszystkiem dla dzieci i to zasadniczo w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, a znajdujące się na nich napisy ewidentnie nie mają dziecięcego charakteru. Można tu znaleźć teksty erotyczne, subkulturowe, kibicowskie, polityczne, a nawet światopoglądowe. Ich autorami na pewno nie są dzieci, ale raczej starsze nastolatki lub nawet młodzi dorośli. Napisy te wykazują spore pokrewieństwo z ekspresjami plastycznymi takimi jak graffiti i murale, a także napisami pokrywającymi ławki i ściany szatni szkół średnich i wyższych. Z moich obserwacji wynika, że bardzo często jednak napisy na urządzeniach placów zabaw okazują się trwalsze od umieszczonych na murach, ścianach i ławkach. Główną przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że są zazwyczaj nieco zakamuflowane, co chroni je przed wzrokiem potencjalnych zmazywaczy. Najprostszym kamuflażem jest umieszczenie napisu w górnej części urządzenia, na przykład na szczycie zjeżdżalni. Tekst umiejscowiony w takiej lokalizacji będzie miał niezłą możność dotarcia do potencjalnych odbiorców, którymi są zasadniczo rówieśnicy jego autora, jednocześnie zaś nie będzie się narzucał osobom postronnym.

 

Napis, na którym chcę się dzisiaj skupić, przetrwał w ten sposób wyjątkowo długo. Zauważyłem go na wewnętrznej stronie daszku przykrywającego szczyt zjeżdżalni umiejscowionej na jednym z rybnickich placów zabaw ponad dwa lata temu, a ostatnio, przy okazji sporządzania dokumentacji fotograficznej upewniłem się, że nadal znajduje się on na swoim miejscu. Pewnie będzie tam tkwił, aż do rozebrania owej zjeżdżalni. Wzmiankowany napis wyjątkowo nie pasuje do placu zabaw, zdecydowanie bowiem nie jest odpowiedni dla dzieci, choć nie jest bynajmniej obsceniczny, ale za to raczej drastyczny. Brzmi on : "Kocham śmierć, bo tylko ona na mnie czeka". Tekst ten jest cytatem, a dokładnie ostatnim wersem zaczerpniętym z anonimowego, a przynajmniej anonimowo krążącego po internecie, wiersza, czy raczej krótkiego poematu zatytułowanego "Ballada o narkomanie".

 

Utwór ten, literacko nie najlepszy, w dosyć naiwny, ale przy tem przejmujący sposób porusza problemy życia, uzależnienia i śmierci. Opowiada o samobójstwie narkomana poprzedzonym jego obszernymi wyznaniami o zmarnowanym życiu składanymi przypadkowo napotkanej osobie. To właśnie ta osoba jest podmiotem lirycznym tego poematu, zaś tytułowy narkoman jest jego adresatem, utwór jest bowiem napisany w drugiej osobie liczby pojedynczej. Pojawia się najczęściej na blogach nastolatków i nastolatek w kilku, nieznacznie różniących się między sobą, wersjach. W takich samych miejscach pojawia się też sam ostatni werset, traktowany jako sentencja. Wydaje się, że tak cały utwór, jak i jego ostatni wers wpisują się doskonale w filozofię i estetykę subkultury emo, aktualnie popularnej wśród nastoletniej młodzieży. Nurt ten, który można by z powodzeniem określić jako neowerteryzm, wyraża się w depresyjnych nastrojach, epatowaniu bólem i cierpieniem, mrocznej poezji, czarnych strojach, ostrym makijażu, pochwalaniu samobójstw, samookaleczeniach. Te sentencja na zjeżdżalni to filozofia emo w pigułce. A wziąwszy pod uwagę doskonałe umiejscowienie tego napisu, może on być trwalszy od tej subkultury. Ta bowiem, będąc po części po prostu modą, na zbyt trwałą nie wygląda.

16:48, svetomir , NAPISY
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 maja 2011

piwo

 

Niedawno miałem okazję być służbowo we Wrocławiu. Spotkanie, w którym uczestniczyłem, miało miejsce w siedzibie Cefarmu Wrocław mieszczącej się w dzielnicy Rakowiec. Jako że na miejsce przybyłem mniej więcej o godzinę  za wcześnie, zdecydowałem się na mały spacerek po nieodległym Lesie Rakowieckim. Zachwyciło mnie w tym miejscu bogactwo różnorodnej roślinności i wielkie mnóstwo dorodnych winniczków, zasmuciło natomiast równie wielkie mnóstwo śmieci.

 

Wśród owych, generalnie zasmucających, śmieci znalazłem też jednak coś interesującego. Mianowicie w trawie, nieopodal jednej z leśnych dróżek, leżała butelka po piwie. Niby nic w tym nie było dziwnego, bo w ciągu owego spaceru widziałem wzdłuż swej trasy kilkadziesiąt różnych butelek i puszek po piwie i innych napojach alkoholowych. Ta jednak tym się wyróżniała, że była po piwie z Raciborza. Co w tym dziwnego? Ano to, że niezwykle rzadko mam okazję oglądać butelkę po piwie pochodzącym z tego książęcego grodu. I może to właśnie jest naprawdę dziwne. Mój rodzinny Rybnik jest oddalony od Raciborza o nieco ponad dwadzieścia kilometrów, Wrocław zaś o prawie dwieście. A jednak w Rybniku nigdy nie zetknąłem się z taką butelką, ani pełną na sklepowej półce, ani pustą w przydrożnych krzakach. A swego czasu dosyć intensywnie szukałem tego trunku w rybnickich sklepach, niestety bezskutecznie Wiem, że piwo to jest sprzedawane przedewszystkiem lokalnie w Raciborzu i jego najbliższych okolicach. Skąd się zatem butelka po nim wzięła we wrocławskim lesie? Są dwie możliwości. Pierwsza jest taka, że ktoś kupił je w Raciborzu, a następnie pojechał wypić do Wrocławia. Bardziej prawdopodobna wydaje się jednak druga, a mianowicie taka, że piwo to jest dostępne w przynajmniej jednym wrocławskim sklepie.

 

Jeśli ta druga hipoteza jest prawdziwa, stawia to w nowym świetle pojęcie marki lokalnej. Od dawna zresztą nie oznacza już ono dokładnie tego samego, co pierwotnie. Pozostając w tej samej branży, można zauważyć takie ciekawostki, jak piwo rybnickie, ciągle sprzedawane prawie wyłącznie w Rybniku i okolicy, ale od czasu upadku miejscowego browaru, który nastąpił przed mniej więcej pięciu laty, produkowane w Jędrzejowie przez firmę z siedzibą w Warszawie. Czy to jeszcze jest marka lokalna, czy już nie? Powszechnie jest uznawana za lokalną, należy więc chyba przyznać, że taką jest. Tym bardziej więc będzie nią piwo raciborskie, które jest nie tylko dystrybuowane, ale także produkowane w Raciborzu. Jednak fakt, że łatwiej się na nie natknąć w odległym Wrocławiu aniżeli w pobliskim Rybniku, pozwala sądzić, że lokalność tego piwa ma sui generis postmodernistyczny charakter.

 

To co w ostatnich dziesięcioleciach dotknęło wspólnoty ludzkie, gdzie miejsce i rolę lokalnych przejęły nielokalne, ma obecnie miejsce w obszarze marek niszowych. Małe wspólnoty nie przestały istnieć, nie utraciły też swojej roli społecznej, utraciły natomiast swój lokalny charakter. To samo dotyczy marek niszowych, które nie giną bynajmniej pod naporem masowych, globalnych, ale przestają być lokalnymi. Niszowe marki nielokalne nie są zresztą niczym nowym, chociaż to w ostatnich dwóch dziesięcioleciach, dzięki postępującej informatyzacji, zyskały znaczenie wcześniej niespotykane. Na przykładzie wymienionych wyżej dwóch gatunków piwa widzimy jednak, że granice pomiędzy niszowymi markami lokalnymi i nielokalnymi są obecnie wybitnie nieostre. Oczywiście istnieją marki jednoznacznie lokalne, jak też i jednoznacznie nielokalne, jednak pomiędzy nimi jest wiele bytów pośrednich, trudnych do jednoznacznego przyporządkowania. Podobnie zresztą jest na polu wspólnot. Nowego typu wspólnoty nielokalne, zwane przez antropologów plemionami afektywnymi, przenikają się na wiele różnych sposobów z tradycyjnymi wspólnotami lokalnymi. Żyjemy w niezwykle skomplikowanych czasach, w których mało co jest klarowne i jednoznaczne.

14:58, svetomir , NAPISY
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 kwietnia 2011

dziewczynki

Niedawno napisałem nie do końca poważny tekst zainspirowany napisem na znalezionej na chodniku paczce po rosyjskich papierosach. Dlaczego w ogóle zwróciłem uwagę na ten napis? Ano dla tego, ze mnie generalnie bardzo interesują wszelakie napisy. Napisom pobożnym w dekanacie tworkowskim poświęciłem swoją pracę magisterską na etnologii, chętnie tez czytam i fotografuję rozmaite napisy znalezione na mieście, czy to w postaci ogłoszeń naklejanych w różnych miejscach, czy też w postaci murali graffiti, czy zwykłych bazgrołów. Niektóre z nich tylko odnotowuję, innym zaś poświęcam chwilę refleksji, czasami przelewając swoje przemyślenia na papier.

 

Tak właśnie się stało z ową paczką po papierosach, podobnie też zdarzyło się z pewnym ogłoszeniem drobnym, które parę dni temu przeczytałem na jednym z rybnickich słupów ogłoszeniowych. Oto treść tego ogłoszenia: „Sprzedam! Śliczne suczki rasy Yorkshire Terrier. Dziewczynki mają 8 tygodni. Są po malutkich rodzicach: Mama -1,8 kg stalowo-złota Tata – 1,2 kg czarno-złoty. Szczeniaczki mają książeczkę zdrowia, zaszczepione i odrobaczone. Więcej informacji pod numerem telefonu: (…). Cena do negocjacji.” Pogrubiłem słowa, których użycie w tym kontekście szczególnie mnie poruszyło. Pisanie o psach, tak jak się pisze o dzieciach wydaje mi się dalece niestosowne. Nazywanie suczek dziewczynkami nie mieści mi się w głowie.

 

Rzeczą znamienną jest tutaj swoiste pomieszanie tradycyjnego słownictwa z zakresu hodowli psów (suczki, szczenięta, odrobaczone) ze słowami do niedawna jeszcze wyłącznie w odniesieniu do ludzi stosowanymi (dziewczynki, mama, tata). Takie pomieszanie jest świadectwem pewnych niezwykle niepokojących przemian w świadomości nie tylko indywidualnej, ale i społecznej. Autor owego ogłoszenia nie jest bowiem izolowanym przypadkiem, ale typowym przedstawicielem swoistego nurtu kulturowego szeroko w społeczeństwie, nie tylko zresztą polskim, rozpowszechnionego. Nurtu, którego uczestnicy nie zdając sobie w najmniejszym nawet stopniu sprawy.  Polem na którym lewacy wszelkiej maści osiągnęli wyjątkowo obfite sukcesy w dziele niszczenia tradycyjnych cywilizacyj jest negowanie istotowych różnic pomiędzy ludźmi i zwierzętami. Oczywiście ma to na celu podważenie fundamentów religii chrześcijańskiej, a zwłaszcza nauki o nieśmiertelnej duszy ludzkiej. To zacieranie różnic idzie niejako dwutorowo. Po pierwsze, dzieje się to na drodze prawnej, gdzie wymyśla się i wdraźa coraz to nowsze i coraz bardziej absurdalne "prawa zwierząt", jednocześnie ograniczając prawa i wolności ludzi. Mniej widoczne, chociaż nie mniej groźne są zmiany w kulturze, w tym w języku. Szczególnym przypadkiem jest tutaj socjolekt subkultury psiarzy, którego przykładowym i bardzo typowym tekstem jest przytoczone wyżej ogłoszenie. Zasadą podstawową tego socjolektu jest właśnie używanie w stosunku do zwierząt, a osobliwie do psów terminologii tradycyjnie zastrzeżonej dla ludzi. Któż z nas nie zetknął się ze sztandarową psiarską deklaracją "u nas pies jest członkiem rodziny"? Do tej samej kategorii językowej należy oburzanie się psiarzy na nazywanie ich pupili bydlętami. Kiedyś taki jeden powiedział mi: "To nie jest bydle, to jest pies". Czyżby pies nie był zwierzęciem? Przecież "bydlę" to nic innego, jak nieco archaiczny synonim "zwierzęcia". Tak właśnie jest, dla psiarzy pies nie jest zwierzęciem, ale namiastką człowieka, a może nawet nie namiastką, a pełnowartościowym zamiennikiem.

 

Trzeba podjąć próbę przeciwstawienia się lewicy i jej antycywilizacji również i na tym polu. Zacząć należy od uświadomienia sobie i innym, że fanatyczni psiarze wypisujący i wygadujący takie brewerie, jak te powyżej zacytowane, to nie tylko osoby, co do których zdrowia psychicznego można a nawet należy mieć poważne wątpliwości, ale także ofiarami lewicowej ideologii o zabarwieniu wybitnie antyreligijnym. Dla uważnego obserwatora rzeczywistości nie jest to zresztą żadna nowość, ani niespodzianka. Od dawna wiadomo, że wielu z pośród nadmiernie kochających zwierzęta, nie potrafi kochać ludzi. Często się zdarza, że walczący o "prawa zwierząt", walczą również o swobodę mordowania nienarodzonych dzieci.  No ale czego można się spodziewać po ludziach, dla których suczki to dziewczynki?

19:09, svetomir , NAPISY
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 18 kwietnia 2011

 

papierosy

Pewnego przedwiosennego poranka ujrzałem na chodniku porzuconą pustą paczkę po papierosach. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że naklejone na niej ostrzeżenie o zgubnych dla zdrowia skutkach palenia papierosów było napisane po rosyjsku. Skłoniło mnie to do kilku refleksyj.

 

Rybnik, gdzie dokonałem tego "odkrycia", leży w zachodniej części Polski, do Niemiec jest stąd o wiele bliżej niż do Rosji, z krajami Europy Zachodniej łączą mieszkańców mojego miasta o wiele liczniejsze więzi rodzinne, zawodowe i inne niż ze Wschodem, a jednak nigdy nie znalazłem na rybnickich chodnikach, ani w żadnym innym miejscu porzuconych paczek po papierosach opatrzonych napisami angielskimi, czy niemieckimi. Jest to tym bardziej dziwne, że wielokrotnie słyszałem o przypadkach kupowania papierosów na Zachodzie ze względu na ich jakoby znacznie lepszy smak niż tych samych marek będących w obrocie na rynku polskim. Mamy więc do wyboru trzy możliwe interpretacje tego zjawiska. Pierwszą można określić jako optymistyczną. Palaczy papierosów zachodnioeuropejskich jest w naszym regionie więcej niż palaczy papierosów rosyjskich, ale ci pierwsi nie porzucają pustych pudełek na chodnikach, lecz przykładnie wrzucają je do koszy na śmieci. W ślad za zachodnimi papierosami, idzie zachodnia kultura osobista. Ekspansja kultury materialnej pociąga za sobą ekspansję kultury społecznej i duchowej, jeśli trzymać się klasycznego podziału pochodzącego sprzed wieku z okładem. Druga interpretacja jest pesymistyczna. Mieszkańcy mojego miasta dużo częściej palą papierosy rosyjskie, niż zachodnie, tylko się do tego nie przyznają. Oznaczałoby to, że obok wspomnianych wyżej licznych więzi z Zachodem, istnieją u nas mniej widoczne, ale bynajmniej nie słabsze także i ze Wschodem. Pudełko po papierosach ujawnia ich istnienie na polu podziemnego życia gospodarczego, podkreślając znaczącą rolę przemytu w funkcjonowaniu społeczeństwa, należy jednak przypuszczać, że analogiczne więzi istnieją także na innych polach, zjawiska społeczne nie mają bowiem zwyczaju występować w pojedynkę. Tedy pod względem kulturowym nie przynależymy jednoznacznie, jak byśmy tego chcieli do cywilizacji zachodniej, ale stoimy w rozkroku między Wschodem a Zachodem. Trzecia interpretacja ma charakter realistyczny i jest z nich wszystkich najprostsza, a przy tem jako jedyna jest zgodna z zasadami metodologicznymi obowiązującymi w naukach społecznych. Zakłada ona, że jedno pudełko po papierosach, to stanowczo za mała próba badawcza, aby wyciągać z niej jakiekolwiek wnioski. Gdybym przebadał co najmniej sto porzuconych opakowań po papierosach, mógłbym formułować na podstawie takiego badania jakieś uogólnienia. Przy mniejszej liczbie próbek są one nieuprawnione.

 

Równie ciekawa jest treść owego ostrzeżenia. W polskim tłumaczeniu brzmi ono następująco: "Palenie powoduje przyspieszone starzenie skóry". Ci Rosjanie mają się dobrze. U nas paczki straszą rakiem płuc, chorobami serca, czy poważnymi problemami ze wzwodem, a u nich przyspieszonym starzeniem skóry. Dosyć popularny jest dowcip o mężczyźnie, który prosi w kiosku o papierosy wywołujące raka, nie chce zaś tych, które grożą impotencją. U naszych wschodnich sąsiadów nie musiałby się narażać na śmiertelnie niebezpieczny nowotwór, wykpiłby się bowiem banalnymi zmarszczkami. Wychodzi więc na to, że w Rosji palenie jest mniej szkodliwe niż w Polsce. Może to zasługa surowego, kontynentalnego klimatu? A może choroby wywoływane przez dym tytoniowy nie mają czasu aby się u Rosjan porządnie rozwinąć, gdyż tych wcześniej zabija wódka?

07:29, svetomir , NAPISY
Link Dodaj komentarz »